Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spirytyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spirytyzm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 września 2017

Zbigniew Łagosz „Czesław Czyński. Czarny adept”



Ponownie myślami przenosimy się do przełomu XIX i XX w. Są to czasy największego okultystycznego ożywienia, które wywarło decydujący wpływ na najpopularniejsze religijno-ezoteryczne ugrupowania współczesne. Choć w tym przypadku to i tak możemy śmiało pisać o prekursorach tej epoki oraz ich wpływie na wybitne jednostki tamtego okresu. Zbigniew Łagosz po raz kolejny przedstawia nam postać Czesława Czyńskiego, jego losów, działalności, podróży i powiązanego z nim środowiska światowej sławy masonów, różokrzyżowców, martynistów. Tym razem autor postanowił zawężyć temat tylko do postaci „Punar Bhavy”; ponownie poznajemy biografię tej nietuzinkowej postaci ze szczegółami. 

Publikacja tak jak i poprzednim razem oparta została o doskonale zgromadzone unikatowe źródła i dokumenty. Życie i działalność Czyńskiego opisana jest zatem z niezwykłą, detaliczną precyzją. Łagosz poświęcił dużo miejsca problemowi skandali z udziałem Czyńskiego, jego procesom, kontrowersjom oraz zwykłym kłamstwom. A temat ten jest niezwykle popularny jeśli chodzi o notabli tego towarzystwa – nawet kilka dekad później. Tutaj zdemaskowane zostały szarlatańskie występki, z których zasłynął już za życia sławny polski hipnotyzer, mag, członek wielu „tajnych” stowarzyszeń krążąc wokół znaczących dla historii postaci, m.in. rosyjskiego cara. Dodatkowym atutem niniejszej pracy jest dobre przedstawienie rozwoju martynizmu w Polsce i co dla nas Polaków ważne – pokazanie, że rozmaite stowarzyszenia były tutaj tak samo popularne jak w innych częściach Europy czy Ameryki. 

Praca stanowi świetne uzupełnienie poprzedniej książki Łagosza pt. „Punar Bhava. Czesław Czyński i Aleister Crowley w świetle XX wiecznej tradycji ezoterycznej”, sprostowanie oraz rozwinięcie wielu omawianych wcześniej wątków. Autor ma lekkie pióro zatem wszystkim miłośnikom tematu gorąco rekomenduję jego kolejną pracę!

niedziela, 23 kwietnia 2017

Jacek Stanisław „Siwy Jar” Greczyszyn „Obrzęd dziadów. Jak wykonać go skutecznie”




Znając życie, ludzie zaczną góglować słowo klucz „dziady” w październiku z racji zbliżającego się święta o chtonicznej naturze. Pewnie przy tej okazji trafią na niniejszy post napisany w dosyć specyficznym terminie – znajdujemy się na mapie czasu po dziadach wiosennych tuż przed świętem znanym wśród celtyzujących neopogan jako Cethsamhain. Właściwie to mawiają oni „Beltaine”, ale że nazwa Cethsamhain oznacza „przeciwko Samhain” nie zawahałem się jej tu użyć. Dla mnie to i tak Wigilia Majowa, a pewne elementy jej celebrowania w naszej kulturze zachowały się na długo po chrystianizacji; odnotowane zostały przez kronikarzy i folklorystów przy okazji różnych „chrześcijańskich” świąt z okresu późnowiosennego. Mam tu na myśli „Katalog magii” Rudolfa z Rud Raciborskich, wzmianki o święcie Stada, opisy zabobonów z okazji Zielonych Świątek. 

Tak czy siak, jesteśmy kalendarzowo umiejscowieni w okresie silnie związanym z kultem zmarłych w kulturze słowiańskiej, tyle, że trochę bagatelizowanym współcześnie. Na dobrą sprawę oprócz krakowskiej Rękawki, prawosławnej Wielkanocy gdzie raz do roku wspomina się zmarłych pozostają tylko prywatne obrzędy rodzimowierców. O wiosennym kulcie duchów nic się jako tako nie mówi.

Ale dobra, dla kontrastu obrócę to nieszczęsne koło roku o sto osiemdziesiąt stopni chociaż i w tym czasie można dokonać wielu ciekawych praktyk z poczciwymi nieboszczykami. 

„Obrzęd dziadów. Jak wykonać go skutecznie” to niedługa acz wnikliwa propozycja rytuału na jesienne święto Dziadów autorstwa Jacka Greczyszyna. Na początku kilka historii o przeprowadzonych obrzędach, ich efektach i opiniach uczestników. Potem ułożenie święta Dziadów na planie przenikających naszą rzeczywistość kultur. 

Bardzo przypadła mi do gustu krytyka świętowania w wykonaniu rodzimowierców. Na dobrą sprawę również dostrzegam w tym tylko teatr. Bez próby nawiązania bezpośredniej łączności z duchami, czy to widzenia ich przez mgłę oparów kadzideł, czy próbę kontaktu w inny sposób (już nawet tfu, tfu za pośrednictwem środków halucynogennych lub tabliczek Ouija) wszelkie formy scenicznych rytuałów uważam za puste i nie widzę większego sensu ich wykonywania. Trochę na myśl nasuwa mi się scena z jednego odcinka kultowego serialu „Włatcy Móch” podczas której Higienistka wylewa wódkę litrami na grób zmarłego męża, który obserwuje ją z ukrycia z towarzyszem Pułkownikiem i kompletnie nie może pojąć po co ona to robi w ten sposób? Myślę, że rytuały z tej okazji powinny bardziej przypominać obrzęd szamański, czarowniczy niż być tylko spektaklem. W każdym razie trans mile widziany. 

W dalszej części książki następuje opis przebiegu obrzędu, a także porady z jakimi ludźmi powinien zostać przeprowadzony. Kilka opcji, wiele przemyśleń i co da się zauważyć gołym okiem – rytuał ten nie jest taki łatwy do zapamiętania. Trzeba go uważnie przestudiować, żeby nie zrobić czegoś źle. Istotnym elementem jest wywołanie odpowiedniego stanu; wyciągnięcie z rozmowy z duchem wystarczająco dużych korzyści i przede wszystkim o bezpieczeństwo. Odprawienie tego typu obrzędu wiem, że nie jest łatwą sprawą, często wymaga długotrwałych przygotowań i pracy nad sobą.

Jest to oczywiście jedna z propozycji celebrowania dziadów, ale muszę przyznać, że sensowna. Cały rytuał jest oczywiście utrzymany w duchu twórczości Greczyszyna, pojawiają się znane nam alfabety, pojęcia pisane przyjaznym językiem. Oczywiście wykorzystanie ich jest opcjonalne, niemniej żeby dobrze przeprowadzić cały ceremoniał trzeba nauczyć się detali. Dużo teorii i precyzyjne szczegóły teorii i praktyki są głównym atutem tej pracy.

Dla wszystkich miłośników jesiennego święta jest to cenny zabytek literacki. 

Gorąco polecam!

Kamila Ryszkowska „Podróż Duszy na Drugą Stronę”


Temat śmierci, a właściwie oswajania się z nią towarzyszy nam każdego dnia.

Przerabialiśmy wielokrotnie jej zagadnienie w przestrzeni społecznej. Obserwowaliśmy reakcje ludzi na cmentarzach podczas Dnia Wszystkich Świętych; ich twarze, nastroje, zachowanie. Podobnie jak wiecznie wdzierający się do naszej kultury Halloween i jego następstwa w kulturze masowej. Zwróciliśmy na nią uwagę przy okazji popularnego w cyberprzestrzeni tzw. „hejtu” - stosunek do śmierci zmienia się na co dzień – dawniej czyjś zgon uwrażliwiał, łagodził spory skłóconych stron, dziś miejscami śmieszy, wywołuje radość – jak słynne przykłady nastolatków samobójców, którzy ginąc przedwcześnie spotkali się z Internetową pogardą na Facebookowych stronach. Widzieliśmy wizerunki Śmierci w średniowieczu idącej po wioskach. Dziś widzimy ją jadącą na motorze – to kolejny przykład ewolucji wizerunku wujka Kuma. 


No właśnie, przy okazji nieścisłości poprzedniego zdania - Śmierć jest kobietą czy mężczyzną? Co religia to inaczej – Marzanna, Azaryn, Anioł Śmierci, Tanatos. Raz Śmierć jako kobieta występowała w bieli, potem jako kościotrup w czarnym płaszczu. Dawniej straszyła, dziś bardzo często widać jej komiczne oblicze w popkulturze … 


Można by rozmawiać o niej godzinami,  ale prawda jest taka, że nas interesuje to co dzieje się z nami po niej. Może to nie umierania się tak faktycznie boimy, a tego co będzie potem … Ciało gnije.  To wiemy. A co ze świadomością? Internet i prace popularnonaukowe roją się od fascynujących nas spraw: OOBE, dusze ludzkie na zdjęciach, duchy nawiedzające domy. Czy to fakt czy tylko nasze wyobraźnia i działanie niezbadanych sfer naszego umysłu? Zmarli pojawiający się we snach i mówiący o tym, że jedzą chleb a brakuje im mięsa … Temat nieskończony. Ale wejdźmy w sprawy właśnie najbardziej przerażające ludzi. 


Dusze z niezałatwionymi sprawami. Energie błąkające się i nie mogące zaakceptować zaistniałej sytuacji. Najlepiej obrazuje to film „Uwierz w ducha”, ale też w naszej kulturze dużo mówiło się o demonach, które powstawały z ciał lub dusz ludzi, którzy zatrzymali się na pewnym progu nie przekraczając i nie poznając kolejnego etapu. Samobójcy, a więc nie umarli naturalną śmiercią, dusze młodych panien, a więc tych, które nie poznały dorosłego życia itd. Itd.


„Podróż duszy na Druga Stronę” Kamili Ryszkowskiej to swoistego rodzaju Ars Psychopomposi. Jest to krótko pisząc sztuka przeprowadzania cierpiących dusz do stanu spokoju. 

Generalnie znana jest ona od pradziejów; szamani, kapłani plemienni, potem księża podczas ceremonii pogrzebowych przeprawiali dusze na Drugą Stronę. Jednak nie zawsze zmarli mogli dostąpić tego zaszczytu, a co gorsza kiedy duchowni stali się tylko urzędnikami, przestali wierzyć lub czuć siłę własnego umysłu – zmarli nie do końca mogli liczyć na ich pomoc. Zwróćmy ponadto uwagę, że w wielu systemach religijnych popularna jest wiara w reinkarnację. A co z duszami, które cierpią po śmierci? Jakoś trzeba się z nimi uporać, bo może być tylko gorzej ... 

Autorka zanim przechodzi do opisu stosowanych przez siebie metod przytacza kilka ciekawych historii. Wciągnął mnie wątek pamięci roślin, które więdną po odejściu właściciela. Lekceważymy za bardzo rolę kwiatów w naszym życiu, podobnie jak i przedmiotów, na których coś może ciążyć. Tutaj zgadzam się z autorką w pełni. Mało kto wie, ale czasem wolę spalić po sobie stare, dziurawe ubrania niż je wyrzucać do śmieci. Ogień oczyszcza. Podobnie jak powietrze (niekiedy można coś wystawić na parapet na kilka dni, zanim się to wyrzuci). Wiem, że wszystko dookoła mnie (łóżko, półki, książki) zawierają w sobie pewną cząstkę mojej energii, część mnie. Wyrzucając dobre rzeczy niejako wyrzucamy dobrą część siebie, co po pewnym czasie może sprowadzić na nas nieprzyjemne sytuacje, np. problemy finansowe. Tutaj jestem zabobonny na maksa. O ile możemy to zabobonem nazwać. 

Silnie przemawia do mnie sprawa „dawania spokoju zmarłym”. Choć z doświadczenia wiem, że tęsknić można, to lepiej nie zakłócać wiecznego snu. Wszelkie usilne wzywanie, modlenie się do nieboszczyka nie jest dobre. Częste przypominanie sobie go też szkodzi. Nie nam, ale owej duszy. I tu jest główny problem. Popularne sformułowanie „Pokój jego duszy” samo mówi za siebie. Ale! Pamiętajmy o tym, że są w roku chwile, kiedy bramy się otwierają i zmarli krążą wśród nas. Wtedy jednak nie należy o nich zapominać, a wręcz przeciwnie – należycie je ugościć. Pamiętajmy, że nasza kultura przywiązywała ważną troskę dla roli zmarłych. Noc Dziadów, Wigilia Bożego Narodzenia (vide zimowe przesilenie), Dziady Wiosenne (ich pozostałość widoczna w obchodach choćby krakowskiej Rękawki lub wspominania zmarłych podczas Wielkanocy w prawosławiu), Zielone Świątki (może jakieś pozostałości po Wigilii Majowej). 

W krążeniu po świecie i odchodzeniu do Światłości dostrzegam pewne aluzje do wiary w Krainę Wiecznego Lata, która ze spirytyzmu wdarła się m.in. do współczesnego czarownictwa. Umieramy, po pewnym czasie odchodzimy do miejsca odpoczynku dusz, by za jakiś czas móc wrócić wcielając się w nową osobę. Z czasem po śmierci tracimy wspomnienia i przybieramy postać bezkształtnej masy, a wszystko co przeżyliśmy zachowuje się tylko w Kronikach Akaszy. I to mi się układa w jedną harmonijną całość. 

Książka bardzo ciekawa i pisana przystępnym językiem. Porady proponowane przez autorkę uważam za dobre, ale przyznam, że by móc je realizować trzeba mieć talent; m.in. czuć magię, umieć wychodzić na inne plany. W przeciwnym razie praktyka stanie się tylko zabobonną sztuką, na której efekty nie będzie trzeba długo czekać. Jest to jednak bardzo ciekawa pozycja wykładająca kawę na ławę bez zbędnych teorii, oparta praktyczne na przebytych doświadczeniach.

Wszystkim gorąco polecam! 

wtorek, 28 marca 2017

Krzysztof Grudnik "Okultyzm i nowoczesność. Studium literaturoznawcze"


"Katalog Micińskiego jest odpowiedzią na owo przenikanie, współistnienie światów."
(s. 346)

Nie ukrywam, że czuję się wzruszony faktem przepowiedni powstania i nadejścia mojego bloga. Może sieciowy Antychryst to to nie jest, ale zawsze jest co sobie w CV wpisać na wypadek cyberwojny ... A już tak zupełnie poważnie to kolejną pozycją, z która miałem niebywałą przyjemność się zapoznać jest praca doktorska Krzysztofa Grudnika "Okultyzm i nowoczesność. Studium literaturoznawcze". Oczywiście dysertacja została lekko rozwinięta na potrzeby czytelnika, a temat możemy zgłębić dzięki pnącemu się ostatnimi czasy w górę wydawnictwu Black Antlers.

Jest to ogólna przejażdżka po wszystkich miłych zabłąkanej duszy, klasycznych tematach, które niejednemu księdzu jeżą włos na głowie. 

Na samym początku Grudnik krwawo rozprawia się z terminologią. Wskazując (z resztą słusznie) na istniejący w tej dziedzinie totalny bajzel pojęciowy niczym Atylla wychodzi zwycięsko z tej wojny ustawiając wszystko na właściwym miejscu. Mur upadł! Dziwnym sposobem moje osobiste poglądy w tym zagadnieniu są zbieżne z jego wnioskami zwłaszcza w kwestii pojęcia "okultyzm" i tego, które grupy można do niego zaliczyć, a które nie. Wreszcie ktoś napisał to wprost! Ba! Nawet doskonale uargumentował. 

Dalej autor zwraca uwagę na problemy związane ze sprzeniewierzającym się wielkim magom światowym tendencjom do siania niewiary i "racjonalizmu". Szkoda, że w tym miejscu jakoś nie odniósł się do naukowych tez Ernesto de Martino (może to nie zarzut, ale ciekawiłaby mnie jego opinia w tej kwestii). Może nawet więcej byłoby argumentów za tym, że w końcu magia musi działać, skoro na całym świecie, we wszystkich epokach była ona w jakiś sposób praktykowana, o czym wzmianki występują często w historycznych traktatach (czas, przestrzeń, wydarzenia - jak to się ładnie układa nam w jedną całość).

Kolejnym atutem książki jest dobrze opisana historia wszystkich wybitnych dla tematu grup, środowisk i jednostek. Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, Ordo Templi Orientis, spirytyzm, Mesmer, Freud - to jedne z wielu tematów, dzięki którym budzimy się z letargu, by jeszcze móc poznać poglądy polityczne notabli okultyzmu. Wszyscy wiemy, że był to czas porządnych czarowników, nie tej degrengolady lewackiej co teraz ... Oczywiście pewne informacje zdumiewały nawet mnie podczas czytania.

Dalsza część pracy to kwintesencja tematu, czyli dzieła literackie i powiązania ich autorów ze światem "prawdziwego zła w najczystszej postaci", m.in. Machen, Lovecraft, z innej strony Crowley, Huysmans, a z jeszcze innej nasza wspaniała Rzeczypospolita. I tutaj temat robi się wciągający, bo zwykle kiedy dochodzimy do rodzimych źródeł znajdujemy zaskakujące kąski na temat Szatana, czarowników mistrzów - uczniów, orgii i rytuałów opisanych w dziełach klasyków literatury polskiej. Moją uwagę przyciągnął wątek dotyczący "Nietoty" Micińskiego w opinii Krzyżanowskiego. Aż zacytuję cytat:

Powieść o Tatrach-Himalajach, siedzibie nowej religii aryjskiej w duchu i wyrazie, ułożoną wedle nikłej osi kompozycyjnej, antagonizmu Ariamana i Mangra, przeładowaną balastem artystycznie martwym a więc abstrakcyjnymi traktatami religioznawczymi, politycznymi i społecznymi, autor urozmaicił domieszką przygód, przypominających głośne opowiadania Verne'a, oraz elementami niesamowitymi, w których odżyły echa dawnego romansu grozy i jego romantycznego potomstwa, nowel fantastycznych (s. 333-334). 

Turbosłowianie wystąp! Znajdujemy kolejny wątek naprowadzający na dowód istnienia Wielkiej Lechii, a także jej jako kolebki europejskiej cywilizacji. Czyżby dawniej ludzie też tworzyli w podobnym duchu lub przynajmniej inspirowali się Wielką Tartarią, Wielką Lechią, Imperium Ramy? ... W każdym razie ciekawe. 

Dużo dobrych źródeł, wiedzy i porządnej pracy nad usystematyzowaniem tego. Obfite wnioski. Nie zdradzając tradycyjnie szczegółów, by zdobywający wiedzę o świecie Internetowi Odkrywcy nie wykorzystywali tego bez zapoznania się z oryginałem, i nie przerażali swoją nadmierną ignorancją jak to na ogół bywa - wszystkim polecam tę książkę. Stanowi doskonałe opracowanie tematu, zawiera wiele ciekawostek, a co dobre -  motywuje do dalszych poszukiwań.

niedziela, 12 lipca 2015

Arthur E. Waite "Księga magii ceremonialnej"


"Księga magii ceremonialnej wraz z czarostwem i nekromancją" to książka, która pamięcią przenosi mnie w przeszłość do lektur takich jak m.in. "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia" Maxa Adlera czy choćby "Praktyka tajemnej wiedzy magicznej" (wybór i opracowanie Krystiana Cipcera). Czyli czytamy o starych, magicznych grymuarach; o tym jak przywoływać umarłych, demony, diabły etc. oraz zmusić je do posłuszeństwa celem uzyskania materialnych korzyści. 

Jest to o wiele lepsze niż literatura fantasy. Znacznie mocniej przenosi czytelnika w świat mitycznych rytuałów niż cokolwiek innego. 

Owszem mitycznych. Bo kto w końcu zgromadzi wszystkie wymagane składniki, narzędzia, wybierze odpowiedni czas i jeszcze ... osiągnie przy tym upragniony skutek w postaci odwiedzin Lucifera Rosocole'a? 

Trzeba być na prawdę wytrwałym, żeby zdać się na coś takiego. A może po prostu i głupim? Ale jakby nie patrzeć grymuary magiczne, bez względu na to, ile w nich prawdy (podejrzewam, że nawet nie jeden promil) wpłynęły znacząco na współczesną kulturę magiczną (jak choćby "Klucz Salomona" na wicca). 

Książka Waite'a to głównie analiza wielu znanych ksiąg z klasyki gatunku, a pod koniec także ich streszczenie. Autor z pewnością siebie pisze o tym, że są to apokryficzne bzdury. Trudno się z nim nie zgodzić. Głową człowiek muru nie przebije. Zwróćmy uwagę, że Waite, współautor znanej talii Tarot to jeden z przedstawicieli okultyzmu schyłku XIX i początku XX stulecia, a więc epoki niezwykle bogatej w magię i czarowników.  

Zwróciłem uwagę na dywagacje na temat białej i czarnej magii. Antek laVey nie był oryginalny w swoich rozmyślaniach. Pojęcie "święty stolec apostolski" niefrasobliwie mi się skojarzyło ... Zaciekawił mnie też motyw Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami reagującym zbyt żywiołowo na pewne praktyki ... Czyżby magowie przestrzegali  w pełni obowiązującego prawa? A niby kto, jak i gdzie od nich będzie tego egzekwować? Czyżby etyka magów ceremonialnych była aż taka puchata jak wiccańskie flafiki? 

Na koniec jeden cytat:

Czarownika możemy zobrazować w sposób tradycyjny - jako biednego wyrzutka, zazdrosnego, ambitnego, który nie radzi sobie z normalnymi przedsięwzięciami; niezdolnego do zarobienia pieniędzy, tęskniącego za znalezieniem ukrytych skarbów i przemierzającego wzdłuż i wszerz okolicę, która rzekomo je skrywa ... [...]. (s.135) 

Co na to stereotyp wiccanina, któremu szajba odbija od nadmiaru pieniędzy? Wychodzi na to, że dawni magowie ceremonialni wywodzili się z warstw biedniejszych. Pytanie tylko czy dawne warstwy ubogich potrafiły czytać, pisać i znały się na egzotycznych roślinach, Biblii i demonach ... A jeśli magia ceremonialna była dla bogatych, to jaki był sens jej praktykowania, skoro owi magowie wszystko mieli i stać ich było choćby na edukację? 

Dużo niedostępnego lub słabo znanego materiału świetnie tutaj streszczonego. Mała systematyka tych grymuarów; dawniej człowiek czytał różne rzeczy, które nie wiadomo skąd pochodziły, tutaj jest wszystko przynajmniej ogólnie poukładane i wyjaśnione co z czego się faktycznie wzięło.  

Książkę polecam! 

czwartek, 26 lutego 2015

Witold Vargas, Paweł Zych "Duchy polskich miast i zamków"


Po "Bestiariuszu słowiańskim" przyszedł czas na leksykon straszliwych postaci zamieszkujących zamki, miasta, rozdroża, parki, cmentarze, klasztory etc. Kolejna wspólna praca Witolda Vargasa i Pawła Zycha przenosi nas w świat legendarnych duchów, upiorów i innych straszydeł, które z pewnych względów bardziej lub mniej znanych nawiedzają rozmaite tereny Rzeczypospolitej. 

Dzięki temu nasz ludowy folklor posiada ducha w pełnym tego słowa znaczeniu. 

Książka jest po prostu rewelacyjna. Swój największy sukces zawdzięcza nie tylko barwnym ilustracjom ale też językowi, którym napisany został rzeczony leksykon. Autorzy nie oszczędzili sarkazmu, humoru i ludowego słownictwa. Dzięki temu czytelnik jeszcze bardziej przenosi się w klimat staropolskich wierzeń i legend. Na dodatkową pochwałę zasługują zamieszczone czasem uwagi pisane pochyłym drukiem pod niektórymi hasłami. 

Szkoda, że Polacy tak makabrycznie marnują swój potencjał nie tylko w świcie gospodarki, ale też i kultury. Czytając o swoim mieście, nawet nie znałem większości zamieszczonych w leksykonie podań o lokalnych duchach. Uważam, że łatwo można by zwiększyć atrakcyjność turystyczną pewnych miejsc poprzez dodatkowe promowanie historii o związanych z nimi straszydłach. Mam tu na myśli mniejsze miejscowości, bo w większych nie trudno natknąć się na popularny znak drogowy.



A nawet przy okazji pewnych świąt, jak np. Nocy Dziadów warto jest przytoczyć pamięć o niektórych legendach, zwłaszcza upiorach straszących w tym okresie w co poniektórych miejscach. Idealna konkurencja dla Hallowe'en. 

Zatopione miasta, zapadłe pod ziemię klasztory. Duchy zakonników i zakonnic - tego jest u nas wyjątkowo dużo i faktycznie chyba jakiś powód tego być musi. Duchy Szwedów, Niemców, Francuzów, Rosjan, żydów  ... Czego to nasz polski folklor nie zna? Czarownice, alchemicy, przeklęci księża, nieopłaceni rycerze, kabaliści, kochankowie ... Wszystko jak na dłoni. 

Rycerz wykorzystujący umarłych do boju jak Aaragorn w "Powrocie króla". Ksiądz alchemik jako typowy przykład dla wielu współczesnych magów. Upiory wiercące ... 


A już śpiące duchy, które obudzą się gdy Polska będzie w potrzebie ...  Chyba zaspali! A jak nie to już najwyższa pora!

Pewne historie wskazują na powiązania z czasami przedchrześcijańskimi. Zastanawiam się czy postać Jaryły może mieć coś wspólnego z niektórymi jeźdźcami bez głowy?  A to, że pewne podobne historie znane są w kilku miejscach, które w zamierzchłych czasach były ośrodkami kultu pogańskiego ... to przypadek? Nie podejrzewam. 

A książka obowiązkowa dla każdego miłośnika folkloru, tradycji i egregora polskiej ludowości!

PS.
Nie wierzycie na słowo? Zobaczcie sami ...

wtorek, 12 sierpnia 2014

o. Aleksander Posacki SJ "Inwazja neopogaństwa"


Mawiają, że śmiech jest zdrowy bo masuje wątrobę ... Wychodząc z tego założenia przeczytałem książkę autorstwa osoby ojca profesora Aleksandra Posackiego. Takich ubaw nie miałem od czasu, kiedy zetknąłem się z pracą Carlo Climati pt. "Młodzi  i ezoteryzm".

Oczywiście lektury tej nie dam rady w pełni zrecenzować na swoim blogu, jak zwykłem czynić to, kiedy kogoś chcę na prawdę publicznie "skopać". Sama recenzja byłaby (sic!) przynajmniej trzy razy dłuższa od omawianej książki. Na dobrą sprawę śmiech wzbudza co drugie zdanie napisane przez katolickiego uczonego. 

Sam język "księdza profesora" nie budzi kontrowersji, podobnie jak nazwy własne, tytuły, które notorycznie w tego typu dziełach pisane są z błędami. Postarał się!

Natomiast ilość propagandy, hipokryzji, katolickich mądrości w stylu portalu Fronda.pl, jakie zostały zastosowane w tej książce w celach ukształtowania "oświeconego", katolickiego społeczeństwa  największego ponuraka rozweselą do szpiku kości. 

Brak sił na zawartość merytoryczną. Do najzabawniejszych tez (własnych lub powielanych) księdza profesora niewątpliwie należy kult boga Samheina. Bez komentarza ... Satanista Aleister Crowley jako prototyp Harrego Pottera; nasz wybitny uczony dołożył wszelkich starań do udowodnienia numerologicznej zgodności liczby 11 w przypadku obu wymienionych postaci. Szkoda tylko, że badacz erudyta, nie zna podstaw numerologii i nie wie, że liczbę 11 należy skrócić dodając obie cyfry 1+1, co w finale daje nam 2. Ale widzę, że w innych kwestiach jest naprawdę rewelacyjny - zna dobrze współczesną kinematografię, seriale, dogłębnie przeczytał serię "Harry'ego Pottera" i sagę "Zmierzch". Celem walki ze złem zagłębił się w zło ... No proszę! Szacun.  

Książka o wszystkim: Hallowe'en, andrzejki, "Włatcy Móch", okultyzm, wampiry, satanizm, czarownictwo, wróżby, pierścień Atlantów etc. Nie jest to jednak dobre źródło dla czegokolwiek ... 

Lektura jest marna, żałosna, ale przy tym bardzo zabawna dla każdego znającego temat. Można się pośmiać, przy złym humorze jak znalazł. 

Gorąco nie polecam! 

niedziela, 15 czerwca 2014

"Teonanácatl. Święte grzyby" pod redakcją Ralpha Metznera


"Teonanácatl. Święte grzyby" pod redakcją Ralpha Metznera to fenomenalny zbiór artykułów poświęconych tematyce "ciała bogów" ("małych książąt"), czyli innymi słowy grzybków psylocybinowych, po zażyciu których człowiek miewa niespotykane wizje i doświadczenia. 

Przenosimy się w przestrzeń Meksyku, spotykamy w nim curandosów i curandery, takie jak Santa Maria Sabina (wzmiankowana w największej ilości artykułów). A właściwie to czytamy o tym, jak badacze dobrze się bawili nad projektem zagadnienia grzybów halucynogennych i co wynieśli z sesji praktycznych. Lepsze opisy od Apokalipsy Janowej. 

Książka pełna ciekawostek, dużo dobrych tez naukowych zostało w niej przypomnianych. 
Kiedy do molekuły tryptaminy dodamy podwójną  grupę metylową, uzyskamy dimetylotryptaminę (DMT), niezwykle mocny halucynogen, który naturalnie występuje w licznych roślinach szamańskich oraz w ludzkim mózgu. DMT jest syntetyzowane  w szyszynce. Niektórzy badacze pozwalają sobie sądzić, że DMT lub jakaś jej pochodna odpowiada za bogactwo wizji i marzeń sennych. (s. 32)
No proszę!  I pomyśleć, że niektórzy ludzie walczą z narkomanią, a sami w sobie produkują takie rzeczy. Po prostu czysta hipokryzja.
W jednej z książek (Metzner 1994) zaproponowałem, że występujące w mistycyzmie doświadczenia transcendentalne  można traktować jako poszerzające świadomość, podczas gdy zachowania kompulsywne i nawykowe  można uznawać za fiksujące, zawężające świadomość. (s. 35) 
Chyba jednak będę musiał zacząć brać te grzyby, choć nawyki w sumie pokonałem ...
Wasson i Richardson zjedli sześć par grzybków, które w veladzie są rozdawane zawsze w parach (reprezentujące kobiecość i męskość) i jedzone w skupieniu z twarzą skierowaną w stronę ołtarza. (s. 87)
Ta polaryzacja  w trakcie sesji.... Skądś to znam.



Mieliśmy dwa rodzaje grzybów - męskie i żeńskie. Żeńskie osobniki posiadały znajomy parasol, ale czarny, złowieszczy, gorzki wygląd. Anatomia męskich osobników była tak bardzo falliczna, że nie pozostawiała cienia wątpliwości co do ich płci. (s. 171)
No proszę! Zaczyna to przyćmiewać sławę mandragory. Żeby było śmieszniej, też mają swoje zastosowanie w rytuałach czarowniczych. 

A najlepszy cytat:
Doznałem wglądu w kilka schematów zachowań, które nabyłem w dzieciństwie. Jednym z nich była tendencja do usługiwania innym ludziom, żeby darzyli mnie sympatią. Duchy grzybów zasugerowały mi, że znacznie lepsze i bardziej szczere jest otwarte domaganie się uczuć, których pragnę, tak jak pies przewraca się na plecy, kiedy chce, żeby ktoś podrapał go po brzuchu. (s. 225)
Przyznam, że sama rada jest wspaniała. Żeby to grzyby lepiej wpływały na działanie człowieka, niż on sam.

Dla miłośników ciosania "kotłem i mieczem" też znajdzie się sympatyczny rozdział. Jedna osoba opisuje swoje kontakty z Boginią po zażyciu grzybów. Wprawdzie nie jest to wiccanka tradycyjna, ale doświadczenia opisuje bardzo rzetelnie co wpływa pozytywnie na wizerunek samej eksperymentatorki. Są też podobne, pogańskie elementy w innych opisanych sesjach. 

Słowianie to mykofile, co zostało także przypomniane w tym tekście. Może więc sam kiedyś spróbuję tego typu grzybów? Tylko, gdzie je zerwać? Dobra, póki co skupmy się lepiej na marynowanych pieczarkach, a doświadczenia z teonanácatlem zostawmy sobie na późniejsze lata.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Max Adler "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia"



Ze wszystkich dotychczas skleconych przeze mnie postów na "Agōgē Ræderze" teraz napiszę najsentymentalniej. Dlatego, może zmieńmy tradycyjną formułę i tym razem wyobraźmy sobie scenariusz filmu:


PROLOG

Nieznana osoba wchodzi do mieszkania, w którym znajduje stary, rozwalający się dziennik. Kartki w nim poukładane są chaotycznie, bez jakiejkolwiek chronologii i numerów stron. Niespodziewanie wszystko wysypuje się z okładki i spada na podłogę. Nasz bohater zaczyna losowo czytać odnalezione zapiski i zapoznawać się z ich treścią:

Było południe, 31 października 2000 r., kiedy to wysoki, chudy siedemnastolatek, o krótkich, jasnych włosach, ubrany od stóp po szyję na czarno, spakował swój militarny plecak. Włożył tam m.in. wykonane z papieru laleczki wangi. Tak, jak miał napisane w instrukcji:

Innym sposobem robienia wangi jest wykonanie jej z papieru. Należy wyciąć z arkusza papieru rysunek kobiety lub mężczyzny, zależnie od tego, na kogo pragnie się rzucić zły urok. Jeśli dysponuje się fotografią danej osoby należy w rejonie głowy przykleić tę fotografię. Całą figurkę najlepiej wycinać podczas zmiany kwadry Księżyca. Należy sporządzić siedem takich wycinanek i na każdej musi być wypisane imię osoby, której źle się życzy. Figurki z papieru należy ułożyć jedną na drugiej, a potem należy wbijać szpilkę w różne miejsca poczynając od głowy. Następnie papierowe figurki wkłada się do pudełka zrobionego z kartonu i podpala, niszcząc je w ten sposób. Czyni się to dokładnie o zachodzie słońca. Tego rodzaju ceremoniał jest ponoć nadzwyczaj skuteczny, zazwyczaj powoduje śmierć wroga w bardzo krótkim czasie. (s. 84)
Chłopak nawet nie miał jak i gdzie sprawdzić, kiedy zmienia się kwadra, ale wziął to na intuicję i obserwację. Wykonał wszystko jak trzeba i zdobył rekwizyty. Zamiast zdjęcia ofiary wyciął tekst, napisany ręcznie długopisem przez znienawidzoną osobę i dołączył go do głowy wangi.
Siedemnastolatek spakował do plecaka także igły. W rogu pokoju leżało pudełko kartonowe, które również wziął ze sobą. Zapałki schował do kieszeni, podobnie jaki klucze do mieszkania. Za chwilę widział, jak rodzice wchodzą z zakupami. Chłopak oznajmił im: "na chwilę wychodzę. Za niedługo wrócę!" Założył czarną kurtkę i poszedł w kierunku miejsca przeznaczenia. W jego myślach powtarzało się w kółko jedno zdanie: "to się musi udać!" Przed oczami ciągle miał fragment rzeczonej książki:
Rzucanie uroku wiąże się z wpływem, jaki wywiera mag na ciało astralne człowieka, którego chce pozbawić życia lub zdrowia. Osoba, na którą rzucono śmiertelny urok, umiera bądź ginie wskutek nieszczęśliwego wypadku. (s. 79)
Po kilkunastu minutach dotarł do starego, rozsypującego się domu znajdującego się za torami kolejowymi wśród działek ogrodowych. Miejsce to od lat znane było jako punkt schadzek metalowców, punkowców, satanistów i niepokornej młodzieży. Chłopak wszedł po schodach na dach. Minął tylko zarośnięta chwastami, pełną śmieci stertę cegieł i gruzu, jakie pozostały po czterech pokojach, z których ów budynek się składał. Na jednej ze ścian, oprócz odpadającego tynku ujrzał narysowany sprayem odwrócony pentagram, a przy nim trzy szóstki. "Nasi tu byli" - pomyślał sobie wchodząc na dach. Z każdym krokiem czuł, że dach za niedługo się zawali. Niespokojnie doszedł do rogu, tak by gałęzie rosnącego obok domu drzewa ukryły jego postać przed okiem ludzi mieszkających na pobliskim osiedlu, które teraz znajdowało się za jego plecami. Słabo był widoczny, jednak wiedział, że to zagwarantuje mu pełną niewidzialność. Za nim stare peerelowskie osiedle. Przed nim puste pola i łąki niezagospodarowane przez nikogo. W oddali widać był nowo powstające bloki i instytucje. Z jego prawej strony zza drzew słychać było szum ruchliwej ulicy. Chłopak ustawił się twrazą w kierunku zachodu. "Czas zaczynać!"- Pomyślał sobie, widząc, że słońce powoli chowa się za horyzont.
Uklęknął na swoim plecaku. Na wierzch wyciągnął spod swojej koszulki wiszący na rzemyku złoty pentagram, który jak widział, chronił go całkowicie przed negatywnymi mocami. Wprawdzie kupił mu go brat nad morzem, a nie zrobił go on zgodnie z wieloma procedurami z książki Adlera, ale wierzył, że to wystarczy. Albo raczej, że to musi wystarczyć. W głębi duszy nie był tego pewien. Wiele procedur z książki zwyczajnie pominął. Zachował tylko całodniowy post - nic nie jadł i nie pił od wschodu słońca, aż do tej chwili.
Podniósł leżący w zasięgu ręki kamień. Po zarośniętym mchem, lekko zabrudzonym i chwiejącym się podłożu nakreślił wokół siebie krąg. W nim pentagram. Niezdarnie, a z pewnością nie było to dzieło sztuki. Nie wykorzystał poświęconej kredy, ani węgla jak radził Adler, ale uznał, że to musi wystarczyć.
Z plecaka wyjął wszystkie rekwizyty. A więc zaczęło się! ...
Wykonał stosowny gest krzyża, którego przez wiele ostatnich lat nawet nie uznawał za jakikolwiek efektowny i znaczący. Lecz teraz, kiedy uwierzył w działanie magii, wiedział, że bez tego się nie obejdzie. Następnie niczym ksiądz ochrzcił wangę, choć samo imię napisane było na każdej z kopii, którą uprzednio sporządził. Następnie wypowiedział inwokację z książki Adlera:
"Chemen - etan, El, Ati,Titeju, Azja, Chin, Tew, Minosel, Achadon, Waj, Woo, Eje, Aaa, Ekse, A, El, Hi Hau, Wa, Chavaiot, Aje, Saraje" (s.78)
Na wszelki wypadek powiedział też drugą wersję:
Per, Elochin, Rabur, Bathos
Super abrac, ruens superveniens
Abeor super aberer Chavaoit
Chavaiot, impero tibi por clavem
Salomonis et nomen magnum
Semhamphoras. (s. 78)
 Chwilę siedział nieruchomo zastanawiając się, czy coś się wydarzy? Nic. Cisza. A nagle, jakby ptak się zerwał z jednego pobliskiego drzewa, zaś samo drzewo, jakby ktoś kopnął. Nikogo nie było w pobliżu. "Demon przybył!" - Pomyślał sobie chłopak, po czym wziął przygotowane do tego celu igły i zaczął je wbijać zgodnie z instrukcją w związane papierowe figury.
Nie szło mu to łatwo, ani igły nie były ostre, ani papier nie chciał ich łatwo przyjąć. Myślał intensywnie o śmierci osoby, którą mocno wizualizował. Psychopatyczne myśli o cierpieniu ofiary przechodziły mu przez wyobraźnię. Nie miał w sobie żadnej litości. Wbijając igły kazał wezwanemu demonowi zabrać duszę wskazanej osoby. Wiedział, że duch go słyszy.
W końcu wrzucił wangę do kartonowego pudła i podpalił. Patrzył przez cały czas na zachód słońca. W pewnej chwili, ni z tego, ni z owego przez myśl przeszło mu: "A może jednak nie ma sensu go zabijać? A może wystarczy go poważnie uszkodzić lub zranić, wtedy już i tak nie będzie dla mnie szkodliwy?!" Nie wiadomo co młodego czarownika skłoniło do takiej myśli, ale wiadomo, że każda taka w magicznym kręgu może wpłynąć na zmianę całego przedsięwzięcia. Gdy słońce zniknęło za horyzontem, a półmrok zaczął obejmować swym zasięgiem stary dom, młody mag zjadł zabraną ze sobą kanapkę, która jak zbawienie była dla niego po całodziennym poście. Karton dopalił się do końca wraz z całą zawartością. Chłopak wstał, zatarł za sobą krąg i biorąc plecak poszedł do swojego mieszkania. Zapamiętał, jak przyjazne miejsce zaczęła ogarniać cisza i ciemność...

I tutaj urywa się naszemu bohaterowi tekst. Zaczyna on więc czytać inny:

... Pamiętna lekcja religii w siódmej klasie. Ksiądz włączył młodym ludziom film o satanistach. Występowały w nim m.in. osoby, które odeszły od tejże bluźnierczej religii. W pamięci najbardziej utkwił mi jeden fragment, który w filmie zaznaczony został jako cytat z gazety. Oczywiście teraz nie wiem, czy był to autentyczny przekład, bo cały ten film był tylko i wyłącznie elementem katolickiej propagandy, który najwyraźniej miał pokazać "satanizm" jako jedno, wielkie, patologiczne zło. Wspominał on o tym, że "udowodniono, że czar rzucony przez sektę przyniósł efekt". Tak samo jak w pamięci utkwił mi cytat, że wśród satanistów są: prawnicy, lekarze, nauczyciele ... Wniosek jeden - trzeba się dobrze uczyć, żeby zostać satanistą! ...

Kolejny losowo wybrany fragment:

...Kiedy zacząłem rozmawiać z Moniką o tym, że interesuje mnie temat magii ona opowiedziała mi, że ma w klasie koleżankę, która odbiła jednej panience chłopaka za pomocą czarów ... Zapytałem ją więc, czy mogłaby mi pożyczyć od niej coś na ten temat? Po dłuższym czasie Monika przyniosła mi książkę, z oderwaną okładką, obklejoną czarną taśmą samoprzylepną. Na pierwszej stronie w środku ujrzałem napis: "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia. Na podstawie najstarszych zapisków i tajemnych ksiąg do druku podał Max Adler. Res Polona". Książka z 1992 roku. Zaintrygowany, w pierwszej wolnej chwili po powrocie zacząłem studiować tę pozycję...

Jeszcze inny fragment, dosyć niejednoznaczny:

- Cześć! Wiesz ... Przyszłam po książkę... - Nie byłem zadowolony widząc Elę, ale co miałem zrobić? Od razu poszedłem po pożyczoną lekturę. Od tej pory nie widziałem jej już na oczy.

Jeszcze inny fragment dziennika wydawałoby się, że w ogóle nie miał sensu:


... Ku mojemu zdziwieniu miałem okazję się przekonać, że takich książek jak "Księga wiedzy magicznej" ukazało się kilka wydań, a ta którą właśnie trzymam zawiera jakieś komiczne wątki z telefonem do wróżki (już notabene nie aktualnym). Lepsza była ta wersja, którą widziałem u Eli. Były tam m.in. szkice demonów, które można było zobaczyć po odpowiednim nasmarowaniu oczu jakąś maścią ...

Itd. Itd.

Możemy to uznać za koniec prologu mojej oficjalnej biografii.

KATHARSIS

Dobra, czas zejść na ziemię... A może właściwie czas uronić jedną łzę dla cieniów minionych?

Tak, Drogi Czytelniku! Właśnie po raz pierwszy najdokładniej opisałem swoje pierwsze doświadczenia z magią, które to miały miejsce, kiedy byłem w trzeciej klasie liceum, choć jak widać temat zaintrygował mnie już w podstawówce.

Na efekty magii nie trzeba było długo czekać; osoba, na którą rzuciłem urok wylądowała w szpitalu. Wprawdzie nie umarła, tak jak bardzo chciałem, ale potem w przyszłości odegrała pozytywną rolę w moich dziejach. Być może to celowo tak się stało, jak się stało? Głos własnej podświadomości mnie ocalił? Los był dla mnie łaskaw? Kto wie?

W każdym razie nie zniechęciło mnie to do dalszego studiowania tematu - wręcz przeciwnie - zacząłem go zgłębiać bardziej.

Późniejsze lata przyniosły mi jeszcze ciekawsze doświadczenia - pełne sukcesy w magii, znaki, objawienia bogów, dziwne zjawiska podczas moich samotnych rytuałów. Nie zabrakło także niemiłych doświadczeń, jak nawiedzenia podczas snów, ataki demonów, uroki, które trafiły we mnie samego zamiast w moje ofiary. Raz przywołałem nieświadomie Licho, które mnie odwiedziło właśnie w trakcie takiego typowego, nocnego ataku, a które następnie oślepiłem metodą "na Odysa". Dziwny kudłaty demon straszył mnie często, ale ostatnio pewna osoba wnikliwie pod względem psychoanalizy rozszyfrowała mi tę postać. Od tej pory się go nie boję. Z resztą nawet przestał mnie odwiedzać. Ciekawe co u niego słychać? Z resztą nieważne ... A moje przygody z "wicca" i słowiańskimi bogami? Wiele by tu pisać.

Tak po przeszło czternastu latach z pewnym sentymentem patrzę na to wszystko co miało wtedy miejsce. Stąd też nie zawahałem się poszukać książki Adlera na Allegro i niezwłocznie kupić.

Koniecznie chciałem sobie przypomnieć to wszystko od czego zaczęła się moja droga w kierunku poznania i wpływania na rzeczywistość. I nie był to głupi pomysł. Nawet dziś, zanim oficjalnie poznałem słowo "wicca" w książce pt."Wiedźmy i czarownicy", choć za pewne obiło mi się już o oczy dużo wcześniej (m.in w tym filmie o satanistach, tyle, że wtedy nie wiedziałem, co znaczy "Wiccans"), często zastanawiam się, jakim mianem określić tę magię, od której zaczęła się moja przygoda? I tak do końca nawet nie wiem, co to za magię praktykowałem na samym początku? Może to coś z pogranicza magii ceremonialnej, kabały i czegoś jeszcze? Na to wychodzi...

Był to schyłek lat 90. Nie było wtedy takich książek dużo w sklepach. Właściwie to wcale. Dopiero z upływem lat dział "ezoteryka" zaczął się pojawiać w księgarniach, ale na samym początku i tak były to tylko pierdoły w stylu astrologii  czy medycyny naturalnej. A człowiek chciał czegoś więcej od życia...

Większa część tej książki była wtedy zupełnie dla mnie niezrozumiała. Nikt nie uczył człowieka religioznawstwa w szkole, a tutaj nagle młody mag został wyrzucony na głęboką wodę z pojęciami rodem z hinduizmu, teozofii, ezoteryki etc. Sama treść książki nawet po latach wydaje się dziwna, a stanowi na dobrą sprawę wykrój pewnych fragmentów z dawnych magicznych ksiąg. Niestety bez ładu i składu. Stąd wtedy przestudiowałem tę lekturę bardzo powierzchownie, a swój pierwszy rytuał odprawiłem pomijając wiele istotnych szczegółów, którym jako biedny nastolatek nie mogłem sprostać. Np. próba zrobienia talizmanu z łyżki do ciast zakończyła się fiaskiem. Nawet nie miałem do tego odpowiednich rekwizytów.

Przyznam szczerze, książka ta po latach wydaje się być totalnym gniotem:
1) Zawiera mnóstwo błędów merytorycznych.
2) Zawiera wiele nieścisłości i braków szczegółów w opisie praktyk. Nawet teraz po latach studiowania tematu czytając Adlera, nie jestem w stanie ogarnąć tematu. Adeptom "wyższej magii" zdecydowanie polecam zacząć od książki Israela Regardie - on to przynajmniej wyjaśnił wszystko punkt po punkcie na jasno opisanych przykładach. Dawniej nawet nie miałem gdzie sprawdzić co to za roślina "Melia Azadirachta". Teraz wystarczy mi do tego Wikipedia.
3) Tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia. 
4) Terminologia używana w książce też wpłynęła negatywnie na moją wiedzę. Np. pojęcie "egregor", błędnie definiowane jest tutaj wykorzystywane.

Analizując szczegółowo przyznam, że padłem po przeczytaniu pierwszego rozdziału, który wiele lat temu tak bardzo mnie fascynował. Zastanawiam się, czy autor jest Polakiem, bo satanizm w Polsce opisał dosyć specyficznie. Pojęcia typu "biała" i "czarna" magia, satanizm, albo:
Czarna magia jest antagonistyczna w stosunku do religii. (s. 8)
Dobry cytat:
Joseph Ratzinger, watykański prefekt Świętej Kongregacji d.s. Doktryny Wiary, stwierdził: "Diabeł to obecność tajemnicza, lecz realna, cielesna, a nie symboliczna". (s. 8)
Wtedy musiałem po raz pierwszy zobaczyć to nazwisko. A osobę minąłem na ul. Grodzkiej, widząc jak niedwuznacznie spogląda na moją koszulkę z napisem "Blood & Honour", schodząc mi z drogi. 

W 1968 roku La Vey napisał Czarną Biblię - podstawowy kanon wiary dla czcicieli Szatana. Eksponuje ona trzy sposoby oddziaływania:
1. Słowo - nośnik informacji o Panu.
2. Pobłażliwość - zabieg socjotechniczny, który polega na zacieraniu granicy między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem.
3. Muzykę - nośnik emocji. 
Szatańska biblia La Veya zawiera kanon czarnej mszy, świadectwo nowej Ery Szatana, przepisy, jak sprzedać swoją duszę, opis satanistycznego seksu, listę diabelskich imion i wezwań oraz dziesięć satanistycznych praw i objawień. (s. 9)
Matko Ziemio Wilgotna! Chyba inną "Biblię" czytałem ... Nic dziwnego, że po przeczytaniu jej byłem taki zawiedziony ... Po tak dobrze zapowiadającej się reklamie Adlera ...
W Polsce współcześnie satanizm pojawił się w 1981 roku.
Za moment inicjalny uznaje się fakt powstania zespołu muzyki heavy metalowej "Kat", grającego ciężką, psychodeliczną odmianę metalu - black metal. Struktury koncertów tego zespołu zmierzały do odwzorowania obrzędów czarnej mszy. (s. 9) 
No to już jest jakiś absurd! Dwa razy byłem na koncercie Kata i żadnych mszy tam nie było. Oprócz ceremonii oddania Kostrzewskiemu stringów, którymi bawił się przez cały koncert, z niczym bardziej bluźnierczym się nie spotkałem. A ten "black metal" ... Norweską scenę wpędza w kompleksy. A swoją drogą Kat powstał wcześniej, w 1981 r. chyba nagrali swoją pierwszą demówkę. 


 Czy ktoś z Was jeszcze pamięta te stare okładki kaset?

Dalej czytamy o satanistach, szatanistach, lucyferianach, członkach Kościoła Kirke ... Pamiętam, jakby to było wczoraj ... Cały rozdział jest przedebilny.

Musiałbym pół książki przepisać, żeby ją szczegółowo omówić, ale obawiam się, że nie dam rady za bardzo (nie chce mi się) ... Ale zwrócę jeszcze uwagę na kilka perełek.

Wprowadzenie do okultyzmu napisane jest beznadziejnie. Wywoływanie duchów, magia miłosna, talizmany, magia seksualna, misa negra, zabobony i przepisy w stylu: zmieszaj po równo tłuszczu białej kury z tłuszczem czarnej kury to na prawdę jakaś paranoja. A przynajmniej opisana w tym dziele. No, tylko fragmenty książki o kabale biją to wszystko na łeb. Aż strach pomyśleć, że człowiek na początku miał wizję, że magia działa tylko w taki sposób ...

Czytając po latach znalazłem także wiele innych "wspaniałości", a najlepszy fragment pozwolę sobie zacytować, zaczyna on rozdział:

Prolegomena do magii praktycznej 
Magia seksualna
Rytuały i instrukcje uprawiania magii (czarów) zawarte są w Księdze Cieni Aleistera Crowleya (1875-1947), wielkiego maga i okultysty, autora wielu prac, m.in. Magia w teorii i praktyce, Księga prawa, Wizja i głos, pozostają wciąż podstawowymi wskazaniami dla pragnących uprawiać magię. Współczesne czary posiadają trzy stopnie wtajemniczenia:
I - Kapłan lub (dla kobiety) Czarownica Wielkiej Bogini.
II - Mag lub (dla kobiety) Królowa Czarownic.
III - (stopień najwyższy) Wielki Kapłan lub (dla kobiety) Wielka Kapłanka.
W rytuałach stopnia pierwszego osoba poddawana inicjacji wprowadzana jest naga, z zawiązanymi oczyma i skrępowanymi z tyłu rękoma do "Kręgu Mocy". Następuje szereg magicznych zaklęć i kandydat na "wtajemniczonego" otrzymuje pięć pocałunków: w stopy, kolana, genitalia, piersi, usta oraz czterdzieści uderzeń biczem. Następnie składa przysięgę dochowania tajemnicy. Po czym następuje ceremonia ciasta i wina (nawiązuje ona do chrześcijańskiej komunii świętej, używane do niej ciasta zawierają: sól, mąkę, miód, oliwę, a czasem również krew). Na koniec rytuału odbywa się "Wielki Ryt", podczas którego kapłan z kapłanką oddają się seksualnej orgii. Pozostali przystępują do wspólnego ucztowania i tańca, wielu uczestników popada w trans. (s. 105 - 106)
Brzmi znajomo! Skądś to znam! Tylko skąd? Ach, te niezapomniane ciastka z krwią, jedzone ze śmiechem w transie wywołanym widokiem kapłana w orgii z kapłanką zmuszających się do niewyuzdanej namiętności przy recytacji Crowleya ... Takich bzdur o wicca już dawno nie czytałem.

A cała książka jest mniej więcej taka ...

Mimo wszystko dochodzę do wniosku, że pewne elementy poglądów głoszonych w tej książce tkwią w moim umyśle do dziś, np. rozdział dotyczący ciała sfery i projekcji astralnych. Pewnych zabobonów np. dotyczących pieniędzy dalej się kurczowo trzymam (tak, stąd mój egoizm).

14 LAT PÓŹNIEJ ...

(teraz zdecydowanie lepsza będzie taka muzyka)




Powyższe zdjęcie przedstawia miejsce, gdzie wiele lat temu odbył się pamiętny rytuał. Dziś to już tylko zwał gruzu. Co ciekawsze, od kilku niezwiązanych ze sobą osób dowiedziałem się, że stary dom uchodził za nawiedzony. Cóż, może... Ja zaś mam prywatną mini tradycję i zawsze w noc z 31 października na 1 listopada go omijam. Raz sobie darowałem kiedy szedłem odprawiać halloweenowe obrzędy, a potem podczas ceremonii działy się dziwne rzeczy... Więcej nie będę próbował i dochowam wierności tradycji. A tak to mijam ruiny starego domu od wielu lat, codziennie spacerując obok ścieżką ze swoim psem.

...

Siedzę sobie przy biurku. Piszę na laptopie tego posta. Popijam herbatę. Mam na sobie czarną koszulkę ze smokami, kremowe bojówki. Na mojej szyi wisi talizman; srebrny, niewidoczny dla nikogo - już nie pentagram, ale coś o wiele potężniejszego i jak dla nie znacznie skuteczniejszego. We włosach znaczne przerzedzenie. Nie jestem już maksymalnie mroczny jak dawniej. Nie mam w sobie żadnej żądzy mordu (no dobrze, są osoby, które posłałbym do piachu, ale wolę nie próbować swojego szczęścia w tej dziedzinie magii). Kiedy po wielu latach tak sobie o tym wszystkim myślę... Sądzę, że pewien sentyment do tego pozostał. Dziś zrobienie czegoś takiego na bazie takiego źródła uznałbym za debilne, ale wiadomo, w tamtych czasach człowiek inaczej zupełnie na wszystko patrzył i oceniał. Nie miał takich łatwości w znalezieniu dobrych źródeł co dziś. Sama wola i siła człowieka też były inne. Nawet zdobycie pewnych rzeczy leżało poza możliwościami.
Cóż tu na koniec dodać poza tekstem: "dzieci, nie czytajcie tej książki, chyba, że dla czystej ciekawości"? Tyle doświadczeń, tyle książek, burze myśli ... Aż słów brakuje! Więc może jednak nie powiem wiele, bo "Agōgē Ræder" ze słowami kluczowymi po prawej stronie ma szufladkę o nazwie "Biblioteka Aleksandryjska". Lepiej przeczytać inne rzeczy.

Czas na napisy końcowe mojej biografii. :)