Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2018

Piotr Szarota "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji"


Świat się zmienia. Czujemy to w powietrzu. Czujemy to w wodzie. Czujemy to w cyberprzestrzeni. Co on nam jednak przynosi w relacjach z innymi ludźmi? Na to pytanie stara się odpowiedzieć Piotr Szarota, autor pracy "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". 

Książka opisuje wiele tematów, mniej lub bardziej poruszanych przez badaczy współczesności. Na piedestale stoi kwestia przyjaźni. I faktycznie, jak to zjawisko się zmienia! Dążymy coraz bardziej do bycia samotnymi, skazanymi wyłącznie na swój telefon/ laptop. Ludzi zastępujemy zwierzętami, robotami, sztucznymi lalkami ... Tworzymy awatary i funkcjonujemy w wirtualnym świecie zaniedbując wszystko dookoła. Spada przyrost naturalny, spada ilość małżeństw ... Co się z tą rzeczywistością dzieje i w jaki kierunku ona w ogóle dąży? 

Szarota omawia szczegółowo ten temat prognozując nam nieciekawą przyszłość. Problemy natury seksualnej, ucieczki od rzeczywistości, zmiany obyczajowe ... Tak, tak drogie dzieci, ciągle to powtarzam, że ucieczka od konserwatywnej rzeczywistości do niczego dobrego nas nie zaprowadzi. Nowoczesność i postęp to w rzeczywistości zacofanie, skrzywienie i degrengolada. Gadające lalki, umierające zwierzaki w tamagotchi, agencje do wynajmu przyjaciół ... 

Człowiek jest zwierzęciem stadnym a wszelkie próby zmiany tego będą jak usilne udowadnianie, że 2+2=5. Błąd! Tak nigdy nie będzie. Ludzie noszą pampersy, żeby nie musieli przerywać gry i tracić czasu na wizytę w toalecie ... W Korei rodzice tak byli zaangażowani w świat wirtualny, że zaniedbali dziecko, które zmarło z głodu. Inny człowiek choć miał żonę i dziecko to dodatkowo "żonaty był z inna osobą z sieci, z którą żyje w alternatywnej rzeczywistości", z którą non-stop był w kontakcie. Z kolei jeden ojciec nie mógł zaakceptować faktu, że jego syn miał sztuczna lalkę zamiast żywej partnerki. Wyimaginowani przyjaciele to niby domena dzieci, a okazuje się, że i dorośli je tworzą. To nieliczne przypadki degrengolady, które Szarota przedstawia jak przykłady rzeczywistości współczesnej.
Cacioppo przekonuje, że potrzeba kontaktów społecznych jest w nas na tyle silna, że osoby samotne dążą do tworzenia relacji tzw. relacji paraspołecznych, których przykładem może być przywiązanie do bohaterów seriali, mogą też traktować jak ludzi swoje psy czy koty. Wyniki prowadzonych przez jego zespół badań przekonują, że konsekwencje samotności w wieku dojrzałym są dramatyczne. Poczucie izolacji od innych wpływa na pogorszenie funkcjonowania poznawczego, powoduje zaburzenia snu, podnosi ciśnienie krwi, zwiększa poziom kortyzolu (hormonu stresu), zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, zwiększa ryzyko depresji i obniża samopoczucie (s. 5).
To już mówi samo za siebie.

Na pewne rzeczy człowiek nie zwracał dawniej uwagi np. serial "Przyjaciele", który przedstawia dorosłych ludzi używających życia zamiast dążenia do klasycznego kierunku. 

Zastanawia mnie też kwestia gejsz, którą przy okazji omawiania kultury Japonii autor pomija zwracając uwagę na tradycjonalizm w życiu tego narodu, a omawia problem agencji przyjaciół.

Książka pełna jest ciekawostek, miejscami wręcz przeraża wizją nowoczesności. Zebrane kompendium rozmaitych ciekawostek, których dobrą cechą okazuje się być fakt, że zdajemy sobie sprawę z tego co się dzieje z ludzkością. Ale czy to się kiedyś skończy? Czy wrócimy do dawnej rzeczywistości? Sam wstęp pracy dał mi jasno do zrozumienia, że warto było ją kupić. Oczywiście co chwila pada nazwisko znanego badacza współczesności prof. Zygmunta Baumana (Rest In Piss!) jednak jego wnioski wydają się tutaj sensowne. 

Gorąco polecam!

sobota, 18 sierpnia 2018

Elisabeth Kübler-Ross „Śmierć. Ostatni etap rozwoju”


No cóż, trochę nawywijałem. Więc Śmierć przyjdzie za pewne do mnie szybciej niż norma przewiduje. Oni mi tego nie podarują. No, ale skoro zasłużyłem ... Szkoda. Jestem za młody, żeby umierać. Paradoksalnie do niedawna myślałem ciągle o śmierci. Moje życie było więc niejako wpisane w kulturę śmierci. Co za życie? Jakie życie, taka śmierć. Przygotujmy się zatem na jej wizytę. Napije się Pani kawki? 


Do Hallowe’en jeszcze czas. Może w tym roku sam będę straszył po domach? Tylko kto by się mnie bał? Zeszłoroczne doświadczenie w Święto Duchów jasno obaliło wiele moich lęków o braku istnienia życia po śmierci. I bardzo dobrze. Nie mam się czego bać. Najgorzej, że po swoim zgonie mogę spotkać osoby, z którymi za życia miałem na pieńku. Na szczęście po śmierci ludzie się zmieniają, a samemu wyjściu z ciała towarzyszy uczucie błogostanu, braku nerwów, lęku etc. Jest surrealistycznie, ale też dziwnie. No cóż, inny stan egzystencji. Ale nie tym się teraz zajmijmy.  


Elisabeth Kübler-Ross to światowej sławy badaczka tematu śmierci, zwłaszcza z jej socjologicznej perspektywy. Praca „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” to kilka rozdziałów na temat śmierci w poszczególnych religiach (nie zbyt wielu), historie osób, które zetknęły się z agonią bliskich lub same doświadczały powolnego procesu umierania i wysuniętych na ich bazie kilka porad i wniosków.

Z głównymi tezami autorki i poradami jestem w stanie się zgodzić.
Narzucamy sobie formy ukształtowane dla nas przez nasze rodziny, naszych pracodawców, przyjaciół i publiczne wizerunki, aż przestajemy być sobą i stajemy się karykaturą wizerunku kogoś innego. Tracimy kontakt z tym, czym i kim tak naprawdę jesteśmy. Tracimy kontakt ze świeżością i energią płynącą z tej „oryginalnej” świadomości nas samych, naszych własnych potrzeb, naszych własnych wyborów. (s. 237)
Trudno się zatem nie zgodzić, że tym sposobem człowiek umiera powoli. Tylko co, kiedy czasem paradoksalnie nie może o niczym sam stanowić? Ale warto zachować tę prawdę. Ludzie się dziwią, że czasem uaktywniam swoją superpersonę i jestem jaki jestem. Jestem sobą, lub przynajmniej tym co drzemie w moich najgłębszych instynktach.
Kiedy  dojrzewamy, obawa przed utratą relacji z innymi ważnymi dla nas osobami jest większa niż strach przed utratą własnego życia. Jesteśmy zwierzętami, które myślą o sobie w kategoriach związków z innymi ludźmi. Jesteśmy z gruntu istotami społecznymi. I nie potrafimy zerwać naszych wzajemnych więzów bez stania się bezwartościowymi. Ponieważ najważniejsze dla nas wartości skupiają się w naszych relacjach z innymi, śmierć oznacza dla nas koniec związków z innymi albo „brak łączności duchowej”. (J. Haroutunian, cytat za opisywaną w niniejszym poście książką, s. 230)
To także wiele tłumaczy. Czasem nawet w prosty sposób – nie dogadujemy się z innymi, pragniemy odejść z tego świata. Zgodzę się także z główną tezą Kübler-Ross, że tylko używanie życia i to, jeśli wszystko w nim osiągniemy da nam spokojną śmierć. Gorzej tylko jak nie możemy tego wszystkiego osiągnąć. Wtedy śmierć wywołuje przerażenie. Nawet Antek LaVey o tym pisał. 


Cóż, praktycznie życie mam za sobą. Mój czas mnie (zdaje się) dogonił, nie wiem jak długo jeszcze pożyję i co mnie za chwilę spotka? W sumie nic nie osiągnąłem, a ciągle jestem w tyle. Z drugiej strony mam wielu wrogów. A jak nie masz wrogów to znaczy nic w życiu nie osiągnąłeś. Dziwnymi zasadami świat się rządzi.

Książka z jednej strony wciąga, może właśnie te historie o zgonach młodych ludzi wciągają i ranią za jednym zamachem. Może właśnie ten fakt, że nie przeżyli oni wszystkiego tak jak powinni powoduje to dziwne uczucie. Przedwczesna śmierć, nieprzejście do kolejnych etapów (tak rodzą się demony w naszym folklorze), ryty przejścia – inicjacje ... Ech zaczynam znowu fiksować na myśl o pewnych tematach. 

Lektura może zainteresować rozmaitych tanatomaniaków, samobójców czy nekrofili, ale generalnie jak to praca z zakresu socjologii – ciekawy temat podany w nudny, niestrawny sposób. Warto się z nią zapoznać jako ciekawostką by wiedzieć, że w życiu trzeba coś osiągnąć i się spełnić.

sobota, 6 maja 2017

Paweł Zaborowski "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe"


Nie ukrywam, że było mi dane w życiu poznać kilku zadeklarowanych "magów chaosu". Niestety owi przedstawiciele nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia - zapamiętałem ich jako skończonych idiotów, którym się wydawało, że posiedli wiedzę o wszechświecie, a przy okazji myśleli, że są nieźle wyluzowani... Ale mniejsza z tym. 

Natrafiłem na rzetelne opracowanie tematu, które wyszło z rąk religioznawcy Pawła Zaborowskiego. "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe" to kolejne dzieło, którego możliwość podziwiania zawdzięczamy wydawnictwu Black Antlers. Zaczyna się klasycznym syndromem prac XXI w., autor omawia wszystkie możliwe definicje znanych terminów. Potem przechodzi do kwintesencji tematu; przedstawia szczegółowo historię, doktrynę magii chaosu, strukturę organizacyjną Zakonu Iluminatów Thanaterosa i rytualne praktyki. W końcu główny temat przemielony zostaje przez kwestie, które umownie zaliczyć należy do obszaru badań socjologii religii. Tutaj przeplata się m.in. wątek New Age, nowej duchowości, scjentyzacji nauki etc.

W moim odczuciu Zaborowski rozpracował cały problem od każdej możliwej strony; wyczerpująca ilość zagadnień, definicji, nazwisk nie pozostawia żadnych złudzeń; od psychologii po dominującą w rzeczonej pracy socjologię. Praca pisana jest przystępnym językiem, wszystko co trzeba punkt po punkcie. Dokładne przedstawienie założeń magii chaosu sprawia, że temat ten wydaje się bardzo czytelny. 

W zasadzie książka mogłaby być swoistego rodzaju podręcznikiem dla adeptów. Przedstawiając pewne kluczowe aspekty tego systemu w świetle badań religioznawczych wiele zarówno "tajemnic" jak i zagadnień czy praktyk staje się jasnych nawet dla osób niewtajemniczonych. Choć nie jest to żadna "Liber Al ..." mniemam, że dla studiującego temat magii i okultyzmu czarownika znającego tylko podstawy magii chaosu jest to dobre kompendium rozwijające wiedzę w tym zakresie także o dodatkowe ciekawostki. 

Pozycja wyczerpująca i wiele wyjaśniająca, jak można ją podsumować. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Gorąco polecam!

sobota, 6 czerwca 2015

Robert Witold Florkowski "Homo Nudus. Naturyzm w społecznej perspektywie"


Panie i Panowie! Poproszę wszystkich o powstanie, a poczet sztandarowy o wniesienie błękitnej flagi. Prawą rękę kładziemy na sercu. Do hymnu przystąp! 

Skoro już sobie zaśpiewaliśmy i posłuchaliśmy starego przeboju to czas na coś nowszego. Choć socjologiczne drgania nie dostrajają się idealnie z wibracjami fluidów w moim organizmie, to muszę przyznać, że książkę czytało się z wypiekami. Oczywiście, nie z wypiekami od słońca, pomimo, że czytałem ją także na plaży, a upalne dni dodatkowo motywowały mnie do połączenia przyjemnego z pożytecznym.

Książka Roberta Witolda Florkowskiego "Homo Nudus. Naturyzm w społecznej perspektywie" to analiza zjawiska naturyzmu dokonana od chyba każdej możliwej strony. Na pierwszym planie znajduje się socjologia. Mnie osobiście najbardziej wciągnął wątek historyczny. Autor zaznaczył jednak, że historia nie jest jego celem. A szkoda. Gdyby napisał coś o gimnozofii, wicca, naturystach chrześcijanach i kilku pokrewnych tematach uznałbym jego pracę  za rewelacyjną.  

Pozycja pełna ciekawostek. 
  • Chociaż narodziny współczesnego naturyzmu kojarzy się z Niemcami (schyłek XIX/XX w.), nie trudno zauważyć, że już wśród Polaków pojawiały się w tym okresie pierwsze grupy. Pewnie gdyby nie zabory bylibyśmy na kartach historii. 
  • Trochę śmieszy mnie to, że zjazdy naturystów odbywały się w miejscowości o nazwie Rowy. Sama nazwa budzi dziwne skojarzenia w tym kontekście. 
  • Podobają mi się podziały naturystów i ukazanie, że ruch ten nie jest jednorodny. Osobiście pływać czy opalać się nago bardzo lubię, ale już jazdy rowerowe po mieście, czy chodzenie po sklepach nago absolutnie nie leżą mi we krwi. 
  • Nie wiedziałem, że św. Franciszek z Asyżu wygłaszał rekolekcje nago. Co na to naturyści chrześcijanie, albo co gorsza, co na ten temat franciszkanie? 

Ale już pewne znajome tematy zbiły mnie z nóg, jak ten cytowany przez Florkowskiego fragment z fakty.interia.pl: 

Kilku napastników pobiło wczoraj ludzi opalających się na plaży nudystów w podkrakowskim Kryspinowie. Bili i kopali plażowiczów, malowali ich też farbą w sprayu, atakowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Trzy pobite osoby zgłosiły się do lekarza. Policja zatrzymała kilku podejrzanych mężczyzn (s. 136)

Czyżby jakaś ciekawa zabawa mnie ominęła? A od 17 lat tam chodzę ... 

Inny fragment nawiązuje do terenów rekreacyjnych nieopodal Krakowa: "Po drugiej stronie zalewu znajduje się plaża naturystów, gdzie wypoczywają między innymi geje i lesbijki" (s. 147)  

Ja tam zbyt wielu lesbijek nie widziałem. A wielbicieli cała masa. Nie wiem ilu się we mnie mogło zakochać, ale jestem łatwo w stanie oszacować ilość złamanych serc w danych procentowych wahających się od 100 do 100. 

Bardzo ciekawą kwestią omówioną przez autora jest terapeutyczne znaczenie naturyzmu. Podobnie jak cenne są jego uwagi na temat tego, jak do nauki podchodzi współczesna moralność namiętnie ją niszcząc i utrudniając. Dużo odsłonięć dziwnych, utartych przez społeczeństwo stereotypów np. tego, że naturyści są rozwięźli seksualnie. Prawdą jest, że na plaży obowiązuje konkretna etyka, a złamanie jej może doprowadzić do niemiłych sytuacji. Podobał mi się opis ruchów, które traktują naturyzm jako pewnego rodzaju komponent filozofii i postaw życiowych i osobiście uważam, że ma to pewien sens. 

Książka świetna, gorąco polecam!

Czas na kolejną dawkę ideologicznej muzyki.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Roger Scruton "Co znaczy konserwatyzm"


Stwierdzam jednomyślnie, że szukanie sobie nowych zainteresowań na siłę jest bardzo ciężkie. Kupno i przeczytanie tej książki niemalże potwierdziło moje założenie. 

Ponieważ pewne osoby, które bardzo cenię za dorobek życia deklarują (bądź deklarowali) się być konserwatystami, to doszedłem do wniosku, że zapoznam się bliżej z ich punktem widzenia. Nie długo mi jednak trzeba było dostrzec różnicę pomiędzy zwykłym konserwatyzmem a konserwatyzmem liberalnym, który odpowiada mi znacznie bardziej. 

Książka pisana jest strasznym językiem. Czasem miałem wrażenie, że zgadzam się z autorem w pewnych kwestiach, niestety za chwilę pisał takim filozoficznym układem wyrazów, że już nawet nie wiedziałem o co mu chodzi i czy się z nim zgadzam, czy nie? Robi to tak chaotycznie, jakby starał się ukryć własny brak argumentów na pewne tematy próbując zakryć to głębią swojej mowy uczuć. A może to po prostu taki gatunek naukowej prozy, do której nie jestem przyzwyczajony?  

Jak zaznacza autor, w konserwatyzmie chodzi o autorytet. No tak. Po co inne argumenty? Aczkolwiek założenie jest moim zdaniem całkiem w porządku. 

Już na stronach 8 i 9, miałem okazje przeczytać ciekawostki na temat Polski. Tyle, że trochę odmienne od mojej emicznej wizji, po tym, jak ponad trzydzieści lat żyję w tym kraju. 

Twierdzę, że prawdziwym wrogiem prawa naturalnego nie jest sędzia, lecz polityk, a największe zagrożenie dla sprawiedliwych stosunków międzyludzkich stanowi próba odgórnego przerobienia społeczeństwa w zgodzie z pojęciem sprawiedliwości społecznej. (s. 12-13)

Coś jest na rzeczy.  

Lecz ani socjalisty, ani liberała nie da się udobruchać. Ich fanatyzm (a będę dowodził, że nie ma większego fanatyzmu nad fanatyzm liberalizmu) nie dopuszcza możliwości ugody, a ich stwierdzenia wydają się czytelne, określone, osadzone w systemie. (s. 21)

J/w. 

We wszystkich epokach w historii cywilizacji, poprzedzających naszą, zawsze istniała jakaś forma cenzury, niewiele natomiast jest okresów  w równym stopniu skłonnych do aktów fanatycznego świętokradztwa w imię sztuki, dokonywanych w pogoni za tanią oryginalnością. (s. 141)  

J/w.

Kto nie postrzega narodzin w aspekcie losu, ten może pozwać rodziców do sądu za to, że nie wykonali prenatalnych badań genetycznych albo obarczyć winą za swoje kalectwo lekarza, który odmówił usunięcia ciąży. Nie należy sądzić, że są to historie rodem z fantastyki. W tej właśnie chwili rozpatrują je amerykańskie sądy. (s. 299)

Bez komentarza. Dobrze, że nie urodziłem się dziewczynką. Ale mogę narzekać na zbyt mało jasne oczy, słabe włosy, których mi powoli brakuje i jeszcze kilka innych cech w urodzie. O zdrowiu nie wspomnę. 

Świecka ideologia - obecnie nosząca nazwę "poprawności politycznej" - zawiera tyle absurdów, że trudno uwierzyć, aby była ona wytworem postępów edukacji lub oświecenia. (s. 300) 

Nie mam pytań. 

Nie powinno budzić zaskoczenia rozpowszechnianie się w Ameryce sekt manichejskich i czarownictwa. (s.301) 

Udam, że tego nie zauważyłem... Po co sobie psuć piękny dzień? 

Tradycyjne społeczeństwa dzielą się na klasę wyższą, średnią i robotniczą. We współczesnych społeczeństwach na podział ten nałożył się inny, również trójklasowy. W porządku rosnącym są to matoły, yuppie i gwiazdy. Ci pierwsi oglądają telewizję, ci drudzy robią programy, ci trzeci w nich występują. (s. 312)

Kolejny raz pełna zgoda.  

Kiedy uzmysłowimy sobie jednak, jak głupawe są mity "postępu", przestaniemy widzieć rzeczywistość w ten sposób. (s. 331)

J/w.


A więc ogółem pisząc, dużo mądrych rzeczy podanych w niestrawny sposób.


Dla ludzi o mocnych głowach.

wtorek, 5 lutego 2013

Dominika Motak "Nowoczesność i fundamentalizm. Ruchy antymodernistyczne w chrześcijaństwie"



 
 "Wypędzić liberałów i ateistów ze świątyni!" 

Nadchodzą mohery! 

Co tutaj mamy takiego ciekawego? 

Książki Dominiki Motak "Nowoczesność i fundamentalizm. Ruchy antymodernistyczne w chrześcijaństwie" to głównie socjologiczne opracowanie fundamentalizmu, leksyki tego pojęcia, historii w łonie protestantyzmu amerykańskiego, a także bliższego nam kulturowo katolicyzmu. Autorka bardzo akcentuje, że termin "fundamentalizm" w bajzlu, jaki dominuje w literaturze przedmiotu, odnosił się początkowo głównie do ruchów w obrębie protestantyzmu. Ciekawe jest to, że autorka nie chce stosować względem islamu pojęcia "fundamentalizm". Jej zdaniem (i kilku innych badaczy) bardziej odpowiada tutaj pojęcie "natywizm". 
Rzuca mi się w oczy informacja, że niby nie ma opracowań na temat fundamentalizmu judaistycznego, jednak wcześniej autorka podaje jakąś książkę z tym elementem w tytule (strony 9 i 11), ale dobra może to tylko mylący tytuł. Ale dobra, jedźmy dalej ...

A jakie ciekawostki mamy tutaj? 

Podoba mi się teza Samuela P. Huntingtona, jego zdaniem, globalizacja nowoczesnej kultury Zachodu jest nieprawdopodobna, i w przyszłości należy raczej oczekiwać zaostrzenia się konfliktów pomiędzy poszczególnymi cywilizacjami. Super, obrońcy tych wszystkich mniejszości, których tak nie lubię. No o muzułmanach są też ciekawe wzmianki, m.in. taka, że nie traktują oni nowoczesności jako jednego z wielu prądów kulturowych, lecz jako ideologię narzuconą z zewnątrz obcej kultury, z której przyswajają sobie tylko sferę technologiczną. 
Warta uwagi jest przede wszystkim teza Thomasa Meyera, który twierdzi, że fundamentalizm pojawia się tam, gdzie sprzeczności pomiędzy obietnicami nowoczesności, a jej przesadnymi wymaganiami stają się nieznośne. Tak, tak dobrzy czytelnicy! Możemy sobie kupić willę w lesie, tylko czy nas na to stać? Fundamentalizm wyrasta na gruncie "utraconej pewności", no bo w końcu kto z nas by jej nie chciał mieć?

A jakie "perełki" niesie nam historia?

Kolonialiści USA m.in. uznawali się za "Naród wybrany", a ich ich kraj ("Nowy Izrael") miała czekać świetlana przyszłość. Tym się chyba udało.
Podoba mi się określenie papież-mason nadane Leonowi XIII ze względu na podejście do nowoczesności. 
 Dowiadujemy się, o amerykańskich walkach z rządem - o zakazie nauczania ewolucjonizmu w szkołach i o tym, że w późniejszych latach osoby, którym stało to w sprzeczności ze światopoglądem były zwalniane z zajęć szkolnych. Super! Dlaczego nikt mnie nie zwolnił z fizyki, chemii czy matematyki? ... One też były sprzeczne z moim światopoglądem.
Walka Goga z Magogiem miała być wojną Izraela z ZSRR w koalicji z państwami arabskimi. Urocze było to kiedy egzegeci decydowali które fragmenty Biblii należy traktować dosłownie, a które nie ...
Były też prawdomówne zagadnienia. Bob Jones III, na którego uniwersytecie obowiązywała segregacja rasowa, głosił wszem i wobec: 

Bóg stworzył ludzi różnymi i chce, by te różnice zostały zachowane. Współczesna agitacja na rzecz wzajemnego zbliżania ras i zatarcia różnic jest działaniem Szatana" (s.117)
Najbardziej przerażającym fragmentem książki było życie członków Opus Dei ... Zawsze wiedziałem, że Kościół rzymsko-katolicki to państwo w państwie, ale po tym, co przeczytałem tutaj ... Włos się na łysej głowie jeży ... Wiadomym mi był fakt, że same klasztory mają strukturę sekt, bo w końcu ten kto do nich wstępuje ma ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym, musi nosić przymusowy ubiór, praktykować określone modlitwy czy medytacje, poznawać wiedzę w oparciu o źródła pochodzące ze środka etc. Ale to już przerosło moje najgłębsze oczekiwania ...

Z relacji członków wynika, że numerariusze, właściwi członkowie Opus Dei nie mogli chodzić do teatru, kina czy na koncerty etc. Mieszkali w zamkniętych wspólnotach, składali śluby czystości etc. Funkcje przywódcze pełnili tzw. "inscriti", kobiety stanowiły oddział żeński o nazwie "numeriae auxiliares". Były tam też mniejsze grupy, które mogły mieszkać z rodzicami czy zawierać małżeństwa. Członkowie OD zobowiązani byli do praktykowania ascezy i pokuty. Umartwienia dzieliły się na dobrowolne i obowiązkowe. Wszyscy celibatariusze i celibatariuszki musieli przez dwie godziny dziennie nosić tzw. pas pokutny (druciany pas z kolcami skierowanymi do wewnątrz, którym opasuje się udo). Raz w tygodniu obowiązywało samobiczowanie się pięciopalczastym skórzanym pejczem (również wskazane nieletnim). Ponadto numerariuszki spały na deskach (zamiast materaca, jak inni członkowie OD). Do praktyk dobrowolnych należał m.in. zimny prysznic. I do tego cytat mistrza Escrivy:

"Błogosławmy cierpienie. Miłujmy cierpienie. Uświęcajmy cierpienie. Wychwalajmy cierpienie." (s.152)

Z innych cytatów nauczanych w OD:

"Należy być "maleńkim", jak dwuletnie, najwyżej trzyletnie dziecko (gdyż starsze dzieci zaczynają już oszukiwać rodziców); trzeba osiągnąć "duchowe dziecięctwo", które "wymaga poddania władz umysłowych". "Trzeba oddać się całkowicie, trzeba wyrzec się siebie we wszystkim. Ofiara musi być całopaleniem". (s.156)
"Nie trzeba dodawać, że pozytywnie waloryzowane cechy przypisywane mężczyznom, podczas gdy cechy "kobiece" należy wręcz zwalczać: "Potrzebna jest krucjata w imię męskości i czystości"; "Bądź silny. Bądź męski. Bądź mężczyzną. A następnie ... bądź świętym"; "Czuły, męski, słaby ... Nie chcę cię takim widzieć" (s.162)

Jest tam też trochę perełek o wyrzuceniu pewnych fragmentów z literatury niemieckiej z programu nauczania podobnie jak i tez o ewolucji, a wprowadzeniu tomizmu jako dobrego elementu wykształcenia. 

A tak poza tym to ... 

Pojawiają się w tekście dwa pojęcia, które warto zapamiętać. Pierwszy to "ilfallibilizm", czyli "wiedza pewna", "nieomylna", która cechuje fundamentalistów. No i chyba nie tylko fundamentalistów, bo w rozmowie o wierze z przeciętnym katolikiem odnoszę wrażenie, że taką ma każdy z nich ...
 Drugi termin to "Disciplum arcani" - przysięga milczenia. Nawet fajnie brzmi i ciekawie mi się kojarzy.
 Fajnym terminem jest też "Kościół elektroniczny", czyli obecność w mediach fundamentalistów kaznodziejów dążących do zdobycia jak największej ilości "zagubionych owieczek".

Książka świetna, i tak nie napisałem wiele z tego co warto by było tutaj zacytować. Autorka zahacza dodatkowo o psychologiczne podstawy fundamentalizmu (nie będę tutaj swojej autobiografii przedstawiał). Uważam, że lektura jest warta czasu, zarówno dla badaczy tematu jak i sympatyków. Polecam!

wtorek, 27 marca 2012

Simon Frith "Sceniczne rytuały"


Simon Frith "Sceniczne rytuały. O wartości muzyki popularnej" to jedna, wielka socjologiczna pigułka na bezsenność. Od dawna nie czytałem niczego równie nudnego. Badacz analizuje stosunek słuchaczy do muzyki, próbuje wysnuć filozoficzne powody, dla których ludzie jej słuchają. Pisze trochę o folku, muzyce klasycznej, jazzie i kilku innych odmianach (np. heavy metalu, co już w moich oczach go skreśla jako wspaniałego badacza, bo jako socjolog nie poznał dobrze odmian muzyki, a żeby badać muzykę nie trzeba wcale być muzykologiem. Ja nim nie jestem, a wiem, że metal to nie tylko heavy metal, ale też wiele innych ciekawych postaci). Książka jest pełna moich własnych poglądów na muzykę jaką zdołałem sobie wyrobić przez wiele lat chodząc ubranym na czarno, w ciężkim, czarnym obuwiu i z długimi włosami. Tyle, że u mnie prezentowało to mikroskalę, zawężoną tylko do pewnych muzycznych fuzji, a pan Frith próbuje wciągnąć to w szerszy zakres. Może i dobrze. Dzięki temu miałem kilka ubaw. Najbardziej śmieszyły mnie te postawy fanów muzyki rap czy jazz i rozważanie ich w etno-rasowym kontekście. Może nie aż tak dokładnie zostało to powiedziane, ale czytanie pomiędzy wierszami dodało mi uciechy aryjskiego ducha ... Z wiadomych względów. 

Co z tego dzieła zapamiętałem? Wyrażenie "Up Yours!" co znaczy tyle co "Goń się!". Z kolei Torch songs - to pieśni o nieszczęśliwej miłości. Nie znałem wcześniej tego określenia. 

Jeden wielki, typowy naukowy esej, oparty na dobrych źródłach. Nie zrozum mnie źle czytelniku! Książka absolutnie nie jest głupia, autor na prawdę wiele źródeł zgromadził, zanim ją napisał. Recenzje na okładce również wskazują na to, że nie bez powodu owo dzieło zostało przetłumaczone na język polski.W każdym razie interesująca jest jak biografia Róży Luksemburg ... Czy mogę ją polecić? Wytrwałym jednostkom i badaczom.