Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2017

Paweł Zaborowski "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe"


Nie ukrywam, że było mi dane w życiu poznać kilku zadeklarowanych "magów chaosu". Niestety owi przedstawiciele nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia - zapamiętałem ich jako skończonych idiotów, którym się wydawało, że posiedli wiedzę o wszechświecie, a przy okazji myśleli, że są nieźle wyluzowani... Ale mniejsza z tym. 

Natrafiłem na rzetelne opracowanie tematu, które wyszło z rąk religioznawcy Pawła Zaborowskiego. "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe" to kolejne dzieło, którego możliwość podziwiania zawdzięczamy wydawnictwu Black Antlers. Zaczyna się klasycznym syndromem prac XXI w., autor omawia wszystkie możliwe definicje znanych terminów. Potem przechodzi do kwintesencji tematu; przedstawia szczegółowo historię, doktrynę magii chaosu, strukturę organizacyjną Zakonu Iluminatów Thanaterosa i rytualne praktyki. W końcu główny temat przemielony zostaje przez kwestie, które umownie zaliczyć należy do obszaru badań socjologii religii. Tutaj przeplata się m.in. wątek New Age, nowej duchowości, scjentyzacji nauki etc.

W moim odczuciu Zaborowski rozpracował cały problem od każdej możliwej strony; wyczerpująca ilość zagadnień, definicji, nazwisk nie pozostawia żadnych złudzeń; od psychologii po dominującą w rzeczonej pracy socjologię. Praca pisana jest przystępnym językiem, wszystko co trzeba punkt po punkcie. Dokładne przedstawienie założeń magii chaosu sprawia, że temat ten wydaje się bardzo czytelny. 

W zasadzie książka mogłaby być swoistego rodzaju podręcznikiem dla adeptów. Przedstawiając pewne kluczowe aspekty tego systemu w świetle badań religioznawczych wiele zarówno "tajemnic" jak i zagadnień czy praktyk staje się jasnych nawet dla osób niewtajemniczonych. Choć nie jest to żadna "Liber Al ..." mniemam, że dla studiującego temat magii i okultyzmu czarownika znającego tylko podstawy magii chaosu jest to dobre kompendium rozwijające wiedzę w tym zakresie także o dodatkowe ciekawostki. 

Pozycja wyczerpująca i wiele wyjaśniająca, jak można ją podsumować. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Gorąco polecam!

sobota, 6 czerwca 2015

Robert Witold Florkowski "Homo Nudus. Naturyzm w społecznej perspektywie"


Panie i Panowie! Poproszę wszystkich o powstanie, a poczet sztandarowy o wniesienie błękitnej flagi. Prawą rękę kładziemy na sercu. Do hymnu przystąp! 

Skoro już sobie zaśpiewaliśmy i posłuchaliśmy starego przeboju to czas na coś nowszego. Choć socjologiczne drgania nie dostrajają się idealnie z wibracjami fluidów w moim organizmie, to muszę przyznać, że książkę czytało się z wypiekami. Oczywiście, nie z wypiekami od słońca, pomimo, że czytałem ją także na plaży, a upalne dni dodatkowo motywowały mnie do połączenia przyjemnego z pożytecznym.

Książka Roberta Witolda Florkowskiego "Homo Nudus. Naturyzm w społecznej perspektywie" to analiza zjawiska naturyzmu dokonana od chyba każdej możliwej strony. Na pierwszym planie znajduje się socjologia. Mnie osobiście najbardziej wciągnął wątek historyczny. Autor zaznaczył jednak, że historia nie jest jego celem. A szkoda. Gdyby napisał coś o gimnozofii, wicca, naturystach chrześcijanach i kilku pokrewnych tematach uznałbym jego pracę  za rewelacyjną.  

Pozycja pełna ciekawostek. 
  • Chociaż narodziny współczesnego naturyzmu kojarzy się z Niemcami (schyłek XIX/XX w.), nie trudno zauważyć, że już wśród Polaków pojawiały się w tym okresie pierwsze grupy. Pewnie gdyby nie zabory bylibyśmy na kartach historii. 
  • Trochę śmieszy mnie to, że zjazdy naturystów odbywały się w miejscowości o nazwie Rowy. Sama nazwa budzi dziwne skojarzenia w tym kontekście. 
  • Podobają mi się podziały naturystów i ukazanie, że ruch ten nie jest jednorodny. Osobiście pływać czy opalać się nago bardzo lubię, ale już jazdy rowerowe po mieście, czy chodzenie po sklepach nago absolutnie nie leżą mi we krwi. 
  • Nie wiedziałem, że św. Franciszek z Asyżu wygłaszał rekolekcje nago. Co na to naturyści chrześcijanie, albo co gorsza, co na ten temat franciszkanie? 

Ale już pewne znajome tematy zbiły mnie z nóg, jak ten cytowany przez Florkowskiego fragment z fakty.interia.pl: 

Kilku napastników pobiło wczoraj ludzi opalających się na plaży nudystów w podkrakowskim Kryspinowie. Bili i kopali plażowiczów, malowali ich też farbą w sprayu, atakowali mężczyzn, kobiety i dzieci. Trzy pobite osoby zgłosiły się do lekarza. Policja zatrzymała kilku podejrzanych mężczyzn (s. 136)

Czyżby jakaś ciekawa zabawa mnie ominęła? A od 17 lat tam chodzę ... 

Inny fragment nawiązuje do terenów rekreacyjnych nieopodal Krakowa: "Po drugiej stronie zalewu znajduje się plaża naturystów, gdzie wypoczywają między innymi geje i lesbijki" (s. 147)  

Ja tam zbyt wielu lesbijek nie widziałem. A wielbicieli cała masa. Nie wiem ilu się we mnie mogło zakochać, ale jestem łatwo w stanie oszacować ilość złamanych serc w danych procentowych wahających się od 100 do 100. 

Bardzo ciekawą kwestią omówioną przez autora jest terapeutyczne znaczenie naturyzmu. Podobnie jak cenne są jego uwagi na temat tego, jak do nauki podchodzi współczesna moralność namiętnie ją niszcząc i utrudniając. Dużo odsłonięć dziwnych, utartych przez społeczeństwo stereotypów np. tego, że naturyści są rozwięźli seksualnie. Prawdą jest, że na plaży obowiązuje konkretna etyka, a złamanie jej może doprowadzić do niemiłych sytuacji. Podobał mi się opis ruchów, które traktują naturyzm jako pewnego rodzaju komponent filozofii i postaw życiowych i osobiście uważam, że ma to pewien sens. 

Książka świetna, gorąco polecam!

Czas na kolejną dawkę ideologicznej muzyki.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Roger Scruton "Co znaczy konserwatyzm"


Stwierdzam jednomyślnie, że szukanie sobie nowych zainteresowań na siłę jest bardzo ciężkie. Kupno i przeczytanie tej książki niemalże potwierdziło moje założenie. 

Ponieważ pewne osoby, które bardzo cenię za dorobek życia deklarują (bądź deklarowali) się być konserwatystami, to doszedłem do wniosku, że zapoznam się bliżej z ich punktem widzenia. Nie długo mi jednak trzeba było dostrzec różnicę pomiędzy zwykłym konserwatyzmem a konserwatyzmem liberalnym, który odpowiada mi znacznie bardziej. 

Książka pisana jest strasznym językiem. Czasem miałem wrażenie, że zgadzam się z autorem w pewnych kwestiach, niestety za chwilę pisał takim filozoficznym układem wyrazów, że już nawet nie wiedziałem o co mu chodzi i czy się z nim zgadzam, czy nie? Robi to tak chaotycznie, jakby starał się ukryć własny brak argumentów na pewne tematy próbując zakryć to głębią swojej mowy uczuć. A może to po prostu taki gatunek naukowej prozy, do której nie jestem przyzwyczajony?  

Jak zaznacza autor, w konserwatyzmie chodzi o autorytet. No tak. Po co inne argumenty? Aczkolwiek założenie jest moim zdaniem całkiem w porządku. 

Już na stronach 8 i 9, miałem okazje przeczytać ciekawostki na temat Polski. Tyle, że trochę odmienne od mojej emicznej wizji, po tym, jak ponad trzydzieści lat żyję w tym kraju. 

Twierdzę, że prawdziwym wrogiem prawa naturalnego nie jest sędzia, lecz polityk, a największe zagrożenie dla sprawiedliwych stosunków międzyludzkich stanowi próba odgórnego przerobienia społeczeństwa w zgodzie z pojęciem sprawiedliwości społecznej. (s. 12-13)

Coś jest na rzeczy.  

Lecz ani socjalisty, ani liberała nie da się udobruchać. Ich fanatyzm (a będę dowodził, że nie ma większego fanatyzmu nad fanatyzm liberalizmu) nie dopuszcza możliwości ugody, a ich stwierdzenia wydają się czytelne, określone, osadzone w systemie. (s. 21)

J/w. 

We wszystkich epokach w historii cywilizacji, poprzedzających naszą, zawsze istniała jakaś forma cenzury, niewiele natomiast jest okresów  w równym stopniu skłonnych do aktów fanatycznego świętokradztwa w imię sztuki, dokonywanych w pogoni za tanią oryginalnością. (s. 141)  

J/w.

Kto nie postrzega narodzin w aspekcie losu, ten może pozwać rodziców do sądu za to, że nie wykonali prenatalnych badań genetycznych albo obarczyć winą za swoje kalectwo lekarza, który odmówił usunięcia ciąży. Nie należy sądzić, że są to historie rodem z fantastyki. W tej właśnie chwili rozpatrują je amerykańskie sądy. (s. 299)

Bez komentarza. Dobrze, że nie urodziłem się dziewczynką. Ale mogę narzekać na zbyt mało jasne oczy, słabe włosy, których mi powoli brakuje i jeszcze kilka innych cech w urodzie. O zdrowiu nie wspomnę. 

Świecka ideologia - obecnie nosząca nazwę "poprawności politycznej" - zawiera tyle absurdów, że trudno uwierzyć, aby była ona wytworem postępów edukacji lub oświecenia. (s. 300) 

Nie mam pytań. 

Nie powinno budzić zaskoczenia rozpowszechnianie się w Ameryce sekt manichejskich i czarownictwa. (s.301) 

Udam, że tego nie zauważyłem... Po co sobie psuć piękny dzień? 

Tradycyjne społeczeństwa dzielą się na klasę wyższą, średnią i robotniczą. We współczesnych społeczeństwach na podział ten nałożył się inny, również trójklasowy. W porządku rosnącym są to matoły, yuppie i gwiazdy. Ci pierwsi oglądają telewizję, ci drudzy robią programy, ci trzeci w nich występują. (s. 312)

Kolejny raz pełna zgoda.  

Kiedy uzmysłowimy sobie jednak, jak głupawe są mity "postępu", przestaniemy widzieć rzeczywistość w ten sposób. (s. 331)

J/w.


A więc ogółem pisząc, dużo mądrych rzeczy podanych w niestrawny sposób.


Dla ludzi o mocnych głowach.

wtorek, 5 lutego 2013

Dominika Motak "Nowoczesność i fundamentalizm. Ruchy antymodernistyczne w chrześcijaństwie"



 
 "Wypędzić liberałów i ateistów ze świątyni!" 

Nadchodzą mohery! 

Co tutaj mamy takiego ciekawego? 

Książki Dominiki Motak "Nowoczesność i fundamentalizm. Ruchy antymodernistyczne w chrześcijaństwie" to głównie socjologiczne opracowanie fundamentalizmu, leksyki tego pojęcia, historii w łonie protestantyzmu amerykańskiego, a także bliższego nam kulturowo katolicyzmu. Autorka bardzo akcentuje, że termin "fundamentalizm" w bajzlu, jaki dominuje w literaturze przedmiotu, odnosił się początkowo głównie do ruchów w obrębie protestantyzmu. Ciekawe jest to, że autorka nie chce stosować względem islamu pojęcia "fundamentalizm". Jej zdaniem (i kilku innych badaczy) bardziej odpowiada tutaj pojęcie "natywizm". 
Rzuca mi się w oczy informacja, że niby nie ma opracowań na temat fundamentalizmu judaistycznego, jednak wcześniej autorka podaje jakąś książkę z tym elementem w tytule (strony 9 i 11), ale dobra może to tylko mylący tytuł. Ale dobra, jedźmy dalej ...

A jakie ciekawostki mamy tutaj? 

Podoba mi się teza Samuela P. Huntingtona, jego zdaniem, globalizacja nowoczesnej kultury Zachodu jest nieprawdopodobna, i w przyszłości należy raczej oczekiwać zaostrzenia się konfliktów pomiędzy poszczególnymi cywilizacjami. Super, obrońcy tych wszystkich mniejszości, których tak nie lubię. No o muzułmanach są też ciekawe wzmianki, m.in. taka, że nie traktują oni nowoczesności jako jednego z wielu prądów kulturowych, lecz jako ideologię narzuconą z zewnątrz obcej kultury, z której przyswajają sobie tylko sferę technologiczną. 
Warta uwagi jest przede wszystkim teza Thomasa Meyera, który twierdzi, że fundamentalizm pojawia się tam, gdzie sprzeczności pomiędzy obietnicami nowoczesności, a jej przesadnymi wymaganiami stają się nieznośne. Tak, tak dobrzy czytelnicy! Możemy sobie kupić willę w lesie, tylko czy nas na to stać? Fundamentalizm wyrasta na gruncie "utraconej pewności", no bo w końcu kto z nas by jej nie chciał mieć?

A jakie "perełki" niesie nam historia?

Kolonialiści USA m.in. uznawali się za "Naród wybrany", a ich ich kraj ("Nowy Izrael") miała czekać świetlana przyszłość. Tym się chyba udało.
Podoba mi się określenie papież-mason nadane Leonowi XIII ze względu na podejście do nowoczesności. 
 Dowiadujemy się, o amerykańskich walkach z rządem - o zakazie nauczania ewolucjonizmu w szkołach i o tym, że w późniejszych latach osoby, którym stało to w sprzeczności ze światopoglądem były zwalniane z zajęć szkolnych. Super! Dlaczego nikt mnie nie zwolnił z fizyki, chemii czy matematyki? ... One też były sprzeczne z moim światopoglądem.
Walka Goga z Magogiem miała być wojną Izraela z ZSRR w koalicji z państwami arabskimi. Urocze było to kiedy egzegeci decydowali które fragmenty Biblii należy traktować dosłownie, a które nie ...
Były też prawdomówne zagadnienia. Bob Jones III, na którego uniwersytecie obowiązywała segregacja rasowa, głosił wszem i wobec: 

Bóg stworzył ludzi różnymi i chce, by te różnice zostały zachowane. Współczesna agitacja na rzecz wzajemnego zbliżania ras i zatarcia różnic jest działaniem Szatana" (s.117)
Najbardziej przerażającym fragmentem książki było życie członków Opus Dei ... Zawsze wiedziałem, że Kościół rzymsko-katolicki to państwo w państwie, ale po tym, co przeczytałem tutaj ... Włos się na łysej głowie jeży ... Wiadomym mi był fakt, że same klasztory mają strukturę sekt, bo w końcu ten kto do nich wstępuje ma ograniczony kontakt ze światem zewnętrznym, musi nosić przymusowy ubiór, praktykować określone modlitwy czy medytacje, poznawać wiedzę w oparciu o źródła pochodzące ze środka etc. Ale to już przerosło moje najgłębsze oczekiwania ...

Z relacji członków wynika, że numerariusze, właściwi członkowie Opus Dei nie mogli chodzić do teatru, kina czy na koncerty etc. Mieszkali w zamkniętych wspólnotach, składali śluby czystości etc. Funkcje przywódcze pełnili tzw. "inscriti", kobiety stanowiły oddział żeński o nazwie "numeriae auxiliares". Były tam też mniejsze grupy, które mogły mieszkać z rodzicami czy zawierać małżeństwa. Członkowie OD zobowiązani byli do praktykowania ascezy i pokuty. Umartwienia dzieliły się na dobrowolne i obowiązkowe. Wszyscy celibatariusze i celibatariuszki musieli przez dwie godziny dziennie nosić tzw. pas pokutny (druciany pas z kolcami skierowanymi do wewnątrz, którym opasuje się udo). Raz w tygodniu obowiązywało samobiczowanie się pięciopalczastym skórzanym pejczem (również wskazane nieletnim). Ponadto numerariuszki spały na deskach (zamiast materaca, jak inni członkowie OD). Do praktyk dobrowolnych należał m.in. zimny prysznic. I do tego cytat mistrza Escrivy:

"Błogosławmy cierpienie. Miłujmy cierpienie. Uświęcajmy cierpienie. Wychwalajmy cierpienie." (s.152)

Z innych cytatów nauczanych w OD:

"Należy być "maleńkim", jak dwuletnie, najwyżej trzyletnie dziecko (gdyż starsze dzieci zaczynają już oszukiwać rodziców); trzeba osiągnąć "duchowe dziecięctwo", które "wymaga poddania władz umysłowych". "Trzeba oddać się całkowicie, trzeba wyrzec się siebie we wszystkim. Ofiara musi być całopaleniem". (s.156)
"Nie trzeba dodawać, że pozytywnie waloryzowane cechy przypisywane mężczyznom, podczas gdy cechy "kobiece" należy wręcz zwalczać: "Potrzebna jest krucjata w imię męskości i czystości"; "Bądź silny. Bądź męski. Bądź mężczyzną. A następnie ... bądź świętym"; "Czuły, męski, słaby ... Nie chcę cię takim widzieć" (s.162)

Jest tam też trochę perełek o wyrzuceniu pewnych fragmentów z literatury niemieckiej z programu nauczania podobnie jak i tez o ewolucji, a wprowadzeniu tomizmu jako dobrego elementu wykształcenia. 

A tak poza tym to ... 

Pojawiają się w tekście dwa pojęcia, które warto zapamiętać. Pierwszy to "ilfallibilizm", czyli "wiedza pewna", "nieomylna", która cechuje fundamentalistów. No i chyba nie tylko fundamentalistów, bo w rozmowie o wierze z przeciętnym katolikiem odnoszę wrażenie, że taką ma każdy z nich ...
 Drugi termin to "Disciplum arcani" - przysięga milczenia. Nawet fajnie brzmi i ciekawie mi się kojarzy.
 Fajnym terminem jest też "Kościół elektroniczny", czyli obecność w mediach fundamentalistów kaznodziejów dążących do zdobycia jak największej ilości "zagubionych owieczek".

Książka świetna, i tak nie napisałem wiele z tego co warto by było tutaj zacytować. Autorka zahacza dodatkowo o psychologiczne podstawy fundamentalizmu (nie będę tutaj swojej autobiografii przedstawiał). Uważam, że lektura jest warta czasu, zarówno dla badaczy tematu jak i sympatyków. Polecam!

wtorek, 27 marca 2012

Simon Frith "Sceniczne rytuały"


Simon Frith "Sceniczne rytuały. O wartości muzyki popularnej" to jedna, wielka socjologiczna pigułka na bezsenność. Od dawna nie czytałem niczego równie nudnego. Badacz analizuje stosunek słuchaczy do muzyki, próbuje wysnuć filozoficzne powody, dla których ludzie jej słuchają. Pisze trochę o folku, muzyce klasycznej, jazzie i kilku innych odmianach (np. heavy metalu, co już w moich oczach go skreśla jako wspaniałego badacza, bo jako socjolog nie poznał dobrze odmian muzyki, a żeby badać muzykę nie trzeba wcale być muzykologiem. Ja nim nie jestem, a wiem, że metal to nie tylko heavy metal, ale też wiele innych ciekawych postaci). Książka jest pełna moich własnych poglądów na muzykę jaką zdołałem sobie wyrobić przez wiele lat chodząc ubranym na czarno, w ciężkim, czarnym obuwiu i z długimi włosami. Tyle, że u mnie prezentowało to mikroskalę, zawężoną tylko do pewnych muzycznych fuzji, a pan Frith próbuje wciągnąć to w szerszy zakres. Może i dobrze. Dzięki temu miałem kilka ubaw. Najbardziej śmieszyły mnie te postawy fanów muzyki rap czy jazz i rozważanie ich w etno-rasowym kontekście. Może nie aż tak dokładnie zostało to powiedziane, ale czytanie pomiędzy wierszami dodało mi uciechy aryjskiego ducha ... Z wiadomych względów. 

Co z tego dzieła zapamiętałem? Wyrażenie "Up Yours!" co znaczy tyle co "Goń się!". Z kolei Torch songs - to pieśni o nieszczęśliwej miłości. Nie znałem wcześniej tego określenia. 

Jeden wielki, typowy naukowy esej, oparty na dobrych źródłach. Nie zrozum mnie źle czytelniku! Książka absolutnie nie jest głupia, autor na prawdę wiele źródeł zgromadził, zanim ją napisał. Recenzje na okładce również wskazują na to, że nie bez powodu owo dzieło zostało przetłumaczone na język polski.W każdym razie interesująca jest jak biografia Róży Luksemburg ... Czy mogę ją polecić? Wytrwałym jednostkom i badaczom.