Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzimowierstwo słowiańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzimowierstwo słowiańskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 sierpnia 2018

Maciej Witulski „Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały”



This is Wiccarmaggeddon! 

A więc stało się! Przez długie lata, polski rynek wydawniczy nie mógł doczekać się solidnego, naukowego opracowania tematu dotyczącego współczesnej religii czarownic, kontrowersyjnie (na ogół) zwanej wicca. Nadeszła w końcu wiekopomna chwila! 

„Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały” Macieja Witulskiego, to pierwsza w Polsce pozycja, która dokładnie i ze szczegółami opisuje historię, ewolucję, legendarne początki wicca oraz to, jak religia ta wpłynęła na kulturę współczesną. Pracę zamyka rozdział omawiający szczegółowo doktrynę, kult i organizację tego konglomeratu religijnego. 

Oczywiście już na pierwszy rzut okiem widać (nie tylko po zamieszczonej bogatej bibliografii), że praca napisana jest na solidnych podstawach. Autor korzysta wprawdzie głównie ze sprawdzonych publikacji książkowych napisanych przez znawców tematu, ale także aby uwiarygodnić swoje tezy, przeprowadził obserwację uczestniczącą w covenie tradycji aleksandriańskiej Świątyni Stella Matutina w Warszawie. Całość uzupełnił o informacje uzyskane m.in. z zamkniętych forów internetowych dla inicjowanych wiccan. Korzystał więc z wielu źródeł, uzyskał informacje od osób które (również) wyznają wicca od samego początku powstania reprezentowanej przez siebie tradycji. 

W książce Macieja Witulskiego, po raz pierwszy w Polsce opisane zostały dokładnie rytuały wicca tradycyjnej. Autor wyjaśnił bardzo precyzyjnie i z gruntowną znajomością tematu, na czym polegają wiccańskie sekrety, przysięga milczenia oraz jakie metody i zabiegi socjotechniczne stosują wiccanie, rekrutując nowych członków. Omówił również drobiazgowo ogólnodostępne  księgi cieni i udzielił wielu wyczerpujących informacji na temat rytuałów. 

Witulski krytycznie podchodzi do źródeł, w żadnym wątku nie przedstawia zagadnienia jednostronnie, czyli tak, jak pragnęliby tego sami wiccanie, natomiast stara się prezentować różne racje. Z dystansem podchodzi do autopromocyjnych zabiegów wiccan, wielokrotnie prezentujących stronniczo i w sposób wyidealizowany swój image w pisanych przez siebie podręcznikach. Jest bezdyskusyjne, że książka ma charakter obiektywnej publikacji  naukowej - autor profesjonalnie podszedł do postawionego sobie zadania, podając wiele punktów widzenia i dowodów na podane tezy. Bez żadnych oporów, dla dobra nauki ujawnia również rozliczne fakty, wstydliwie skrywane przez wyznawców. 

W oczy rzuca się pietyzm z jakim Witulski podszedł do zadania. Autor dokonał wiwisekcji wszelkich kwestii związanych z terminologią i rozwojem współczesnego czarownictwa. Klasyfikuje je i rozbija tradycyjną wicca na elementarne cząsteczki, dokładnie je analizując oraz wskazując na to, co się z czego w tej religii wywodzi. Autor daje to przykład solidnej syntezy źródeł, zahaczając także mocno o sprawy związane z okultyzmem, neopogaństwem, bajkami etc. 

Książka oprócz religijnych rytuałów zawiera wiele ciekawostek z czarowniczych kręgów. O wielu z nich przeciętny sympatyk religii wicca na pewno nawet nie słyszał. Zwyczaje, sposoby odprawiania rytuałów, etc. Autor wyraźnie rozgranicza wicca tradycyjną od eklektycznej i w przeciwieństwie do niektórych badaczy, nie wrzuca wszystkiego do jednego wora. Wyraźnie widać też obiektywizm pracy – Witulski choć jako punkt wyjścia obrał opis praktyk, w których sam brał udział, bardzo często podaje informacje o praktykach i zwyczajach innych covenów, linii i tradycji, które zdobył od wyznawców.

... Podejrzewam, że większość wiccan w Polsce o tej książce nie wypowie się w sposób pozytywny, a wręcz przeciwnie - można się spodziewać, że wyznawcy rozpoczną solidny bojkot i liczne akcje dyskredytujące zarówno publikację jak i osobę autora. Z prostej przyczyny – praca bez znieczulenia wyjawia praktycznie wszystkie informacje na temat podstaw wiccańskich praktyk. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że o ile osoby studiujące źródła anglojęzyczne wiedzą już na ten temat  prawie wszystko, tak Polacy nie mówiący po angielsku, mają wreszcie okazję dowiedzieć się dużo więcej. I do tego w skompresowanym jednym kompendium wiedzy. Spodziewany i sygnalizowany wcześniej przez autora spory opór środowiska, na pewno stanie się faktem, co autorowi jest wyraźnie obojętne. Książka ma charakter pracy naukowej więc jest adresowana wyłącznie do tych osób, które chcą wzbogacić swoją wiedzę merytoryczną, a nie dla przypadkowych, anonimowych członków rozmaitych forów internetowych, których poziom merytoryczny często delikatnie mówiąc, rozbraja. … Karawana jedzie dalej!

Praca nie ma charakteru zamkniętego. Współczesne czarownictwo, to ruch bardzo szeroki, pełen odstępstw od rozmaitych reguł. Nic nie jest oczywiste i ostateczne. Jeśli wierzyć deklaracjom  autora, z uwagi na ograniczenia wydawnicze, musiał mocno skrócić objętość swojej publikacji. Z uwagi na to, nie zawarł w swojej pierwszej książce wszystkiego, co zamierzał i planuje zrobić to w kolejnych wydaniach zostawiając sobie margines i dodatkowy czas na badania. Jak na blisko 350 stron w formacie A-4 uważam, że i tak dopiero od tej książki zaczęła się prawdziwa historia wicca w Polsce.  

Pisanie prac naukowych o wicca, bez powoływania się lub odnoszenia do zawartości tej książki, to już będzie przegrana sprawa. Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich badaczy, fanów tematu wicca, okultyzmu, neopogaństwa, ezoteryki. Solidna, encyklopedyczna i bogata merytorycznie kompilacja wiedzy o współczesnym czarownictwie. 

Koniecznie trzeba ją przeczytać!  

czwartek, 28 czerwca 2018

Adam Anczyk "The Golden Sickle. An Introduction to Contemporary Druidry"


Przenosimy się myślami do Wielkiej Brytanii. 

Z resztą nie tylko tam, bo Adam Anczyk zabiera nas w podróż przez otchłanie historii i przestrzeni: czytamy o tym, co na temat starożytnych druidów zachowało się w zabytkach piśmienniczych, głównie wśród rzymskich kronikarzy, poznajemy pra-neodruidyzm jako ruch inspirowany dawną myślą celtycką by w końcu przenieść się do współczesności i poczytać czym jest on dzisiaj w Europie i w Stanach Zjednoczonych. 

Punkt po punkcie Anczyk wprowadza w temat. 

Na pewne rzeczy nie zwracałem dawniej większej uwagi, mam tu na myśli wpływ aleksandrianina Philipa Shallcrassa oraz Isaaca Bonewitsa dla tego nurtu religijnego, cieszę się, że w niniejszej pracy  rozwinięto te tematy. Ponadto powinszować świetnego przedstawienia wielu innych zagadnień z omówieniem szczegółów historii Zakonu Bardów, Druidów i Owatów (czy może Vatów) oraz Ár nDraíocht Féin. 

Generalnie książka wciąga, autor przysporzył starań do opisania tematu od tej strony jakiej jest to możliwe. 

Moją wątpliwość budzi tylko fakt czy Anczyk faktycznie poznał druidyzm dogłębnie czy tylko bazował na dostępnych mu podstawowych źródłach? Pisząc o wicca przyłapałem go na opcji numer dwa. I teraz zastanawiam się czy tu nie ma tego samego; trochę zdradza go styl pisania - nie waha się stosować wesołych anegdot czy może raczej wesołych aluzji (typowe dla badaczy zakrywających coś) czy odniesień do powszechnie znanych tematów popkulturowych m.in. kilka razy czytałem o Panoramiksie (po angielsku Getafiksie). Napisał, że Gerald Gardner należał do Ancient Order of Druid Hermetists. Wiem, że należał do Ancient Druid Order, nie wiem teraz czy to jest to samo? Zastanawia mnie także rozdział na temat celtyckiego rekonstrukcjonizmu, autor praktycznie nie wymienia z nazwy konkretnych grup pisząc jedynie teoretycznie o nich i porównując z innymi, m.in. z rodzimowiercami słowiańskimi.

Ale tutaj nie mam jasnych podstaw do stawiania podejrzeń i oskarżeń. Ponadto zwrócę uwagę, że temat druidyzmu nie jest tak tajemniczy jak temat wicca, którego nie sposób łatwo zbadać. To w sumie działa na korzyść autora. Jak dotąd nie poznałem lepszego badacza druidyzmu w Polsce od Adama Anczyka. Wnioski, które wysuwa sprawiają wrażenie powszechnie znanych - duża ilość badaczy neopogaństwa kieruje je w identycznym kierunku. Książka jest zatem godna uwagi.

Polecam!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

środa, 28 lutego 2018

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król (ed.) "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion"


Wracamy do tematu uwielbianego przeze mnie neopogaństwa. Tym razem pod lupę weźmiemy sobie pracę zbiorową pod redakcją Adama Anczyka i Joanny Mality-Król pt. "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion". Zaczynamy!

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król 
"Between "theological correctness" and everyday life: contemporary Paganism as lived religion".

Na samym początku redaktorzy tomu wprowadzają nas do tematu neopogaństwa - czyli piszą o problemie antykoncepcji, stosunków seksualnych przed ślubem u polskich katolików i przebywających w naszym kraju muzułmanów. Muszę przyznać, że do tematu poruszanej w niniejszej książce tematyki pasuje to wręcz jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod koniec autorzy coś łaskawie wspominają o neopogaństwie, tak więc może skończonej tragedii nie ma.

Z jednym małym wyjątkiem - Malita-Król i Anczyk wspominając o rodzimowierstwie informują, że w 2016 r. istniały w Polsce trzy zarejestrowane związki wyznaniowe, powołując się na pracę P. Ciecieląga. Z tym nie jest tak łatwo, bo w latach 90. ubiegłego stulecia do rejestru podały się faktycznie trzy grupy: Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański i Rodzima Wiara (początkowo Zrzeszenie Rodzimej Wiary). W następnej dekadzie dołączyła także Słowiańska Wiara - Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy. Powinny być zatem cztery grupy. Los PKS jest nam nieznany, prawdopodobnie przestał on istnieć choć dalej widnieje w rejestrze. 

Ważne jak dla mnie jest to, że oprócz tych zarejestrowanych związków istnieje też cały szereg mniejszych gromad, które utworzyły nawet Konfederację Rodzimowierczą. Część z nich przyłączyła się formalnie do tych zarejestrowanych, a niektóre utworzyły nowy Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród” (to akurat mniej więcej z czasem ukazania się tej publikacji, więc nie można autorom mieć za złe, że tego nie wymienili). 

Osobiście uważam, że nie można ograniczać wizerunku rodzimowierstwa w Polsce tylko do zarejestrowanych związków, bo to właśnie te mniejsze gromady i charakterystyczny dla tego nurtu religijnego regionalizm jest głównym wyróżnikiem. Tym "zarejestrowaniem" wycierają sobie twarz przedstawiciele jednej z najmniej reprezentatywnych grup, co wpływa negatywnie na wizerunek pozostałej reszty - tej znacznie bardziej szanowanej i wzorcowej.

Dominique Beth Wilson, Carole M. Cusack 
"Australian Pagans: fashion, music, and festivals"

Autorzy następnego artykułu przenoszą nas myślami do Australii. Na początku czytamy regularnie powtarzane brednie  o tym, jak to Gerald Gardner opowiadał, że inicjowała go Dorothy Clutterbuck-Fordham. Wiemy, że nie były to zeznania ojca religii wica, tylko osób, które (prze)interpretowały jego słowa. Potem robi się już lepiej, czytamy o Rosaleen Norton i o tym jak w ostatnich dekadach poganizowała się Australia. Powiem szczerze, że artykuł wydaje mi się być pisanym na siłę esejem o charakterze reklamowym. Wilson i Cusack referują o subkulturach, festiwalach, artystach dobrze znanych, firmach produkujących akcesoria czy ubrania dla fluffików. Nic nadzwyczajnego. Oczywiste oczywistości.

Monika Banaś 
"In the name of Odin I pronounce you husband and wife". Neo-Pagan movements as a sign of reshaping the social and cultural order in contemporary Nordic countries"

Trochę o historii państw nordyckich, trochę podstaw o mitologii skandynawskiej i trochę o Ásatrú w kilku krajach. W sumie niczego nowego się nie dowiedziałem, powtórzenie popularnych informacji.

Ullrich R. Kleinhempel 
"New Ways to Sites of Power. Retrieving  a spiritual landscape in Franconia"

Niby artykuł jest o różnych, energetycznych miejscach, ale w rzeczywistości stanowi dobre lekarstwo na bezsenność. Kilka ciekawostek, kilka ładnych zdjęć, a z artykułu nic konkretnego nie wynika.

Celso Luiz Terzetti Filho 
"Celebrating the Gods of the Land. The Three Races Myth and the case of Piaga Paganism in Brasil"

Ku swojemu zaskoczeniu czytam o specyficznym micie trzech ras: białej, czarnej i lokalnej, które tworzą swoistego rodzaju mieszankę dla swoich pogańskich wyznawców określaną mianem "Piaga", co oznacza "szamana".

Widzę, że nie tylko my mamy Turbo-Słowian - są też Turbo-Brazylijczycy, którzy uważają się za potomków Atlantów, Fenicjan, Wikingów czy Europejczyków z Basenu Morza Śródziemnego.

W dalszej części artykułu Filho dokładnie opisuję "Villę Paga" stworzoną i prowadzoną przez Rafaela Nolêto. Powiem szczerze, że podziwiam tę grupę, obserwuję ją na bieżąco na Facebooku. W swojej kultowej wiosce mają ulice poświęcone rozmaitym bogom wielu panteonów. Czczą bogów wielu kultur (nie brakuje też ołtarzy poświęconych naszym, słowiańskim), a wszystko w lokalnym, brazylijskim stylu. Unikatowy klimat. Gorąco go polecam artykuł na ten temat!

Yentl Schattevoet 
"All Power is in nature: Dutch Pagans and their relationship with Other-Than-Human Persons" 

Przenosimy się myślami do pogańskiej Holandii. A dokładnie do kwestii bytów nadprzyrodzonych (bogów, demonów, aniołów, zwierząt totemicznych etc.) wśród holenderskich neopogan. Pani Schattevoet posługuje się pojęciem "other-than-humans" pochodzącym z prac Grahama Harveya, które autor pierwotnie używał w określeniu istot z religii Odżibwejów. Ciekawa praca podparta wywiadami; kilku wyznawców dokładnie opisało jak rozumie owe byty i jak z nimi pracuje, współżyje, a także jak je na co dzień traktuje. Interesujący esej.

Roman Shizhenskiy 
"The role of food in contemporary Russian Neopaganism" 

Przenosimy się do Rosji. Trochę czytamy o neopogaństwie powstałym w ZSRR i jego kontynuacjach. Na piedestale stoją napoje i potrawy jedzone podczas obrzędów i świąt. Nie brakuje kolorowych zdjęć. Jest też trochę o ofiarach, tych krwawych i bezkrwawych. Już wiem, że rytualne pojedynki nazywają się "prya" po rosyjsku. Dużo ciekawostek. Ogólnie fajny artykuł.

Adam Anczyk 
"The Art of borrowing: interpreting contemporary Pagans' ritual fashion" 

Tutaj Pan Anczyk nakłania nas do małej wizualizacji celem wykazania różnic we wrażeniu jaki zrobi na nas strój rodzimowierców ze strojem grupy wiccan eklektycznych. Tylko pytanie co będzie jeśli pobłądzę i zobaczę typową grupę amerykańską, która często łączy eklektyczną wicca z rekonstrukcjonizmem? A coraz więcej wiedźm z Nowego Kontynentu chwali mi się inspiracjami słowiańskimi w prywatnych wiadomościach na Facebooku. Eksperyment się nie udał, ale mniej więcej rozumiem o co chodziło autorowi. Ponadto dlaczego mam wizualizować coveny składające się głównie z kobiet? Marne stereotypy.

Potem kilka stron na temat mody. Tylko pytanie czy w przypadku np. czarownic możemy mówić o modzie? Kolor ma znaczenie dla większości wyznawców, a także liczy się także pewna praktyczność stroju (np. czarne peleryny by nie być widocznymi w nocy w lesie czy luźna szata by móc ją szybko zrzucić z siebie).

Mam wrażenie, że w dalszej części artykułu Anczyk na siłę powiązać ze sobą pewne historyczne fakty. Moim zdaniem trochę przez to spłyca dokładny obraz rzeczywistości. Czym np. ezoteryczny armanizm czy ariozofia wpłynęły na późniejsze postacie neopogaństwa? Runy znane są z wielu źródeł, czy to tylko wpływ Guido von Lista? Ile z zachodniej tradycji ezoterycznej wchłonął druidyzm i co powoduje, że zalicza go Pan do tej kategorii? Tak samo autor wspomina Lecha Emfazego Stefańskiego jako jednego z twórców słowiańskiej ezoteryki i założyciela RKP. OK, tyle, że z tego co się orientuję RKP to nie jest wielce ezoteryczna organizacja, co poniektórzy z tego związku sprawiają wrażenie jakby w ogóle się tym tematem nie interesowali.

Clothing used in esoteric traditions, apart from being important in celebrations, festivities and mystery ceremonies, has a certain "working" character, with mages or wizards, or witches, using specific clothing when they work. (s. 190)

Tylko kogo miał Pan na myśli pisząc "wizards"? Jeśli wiccan, to wielu "(male) witches" poczuło się obrażonych. Wiem, że są tacy mężczyźni co chcą używać tego słowa zamiast "witch", jednak należą oni do mniejszości. W tym konkretnym przypadku nie wiem jednak o kim mowa?

The symbolism (the pentagram, for instance) and clothes used in  some Wiccan ceremonies can suggest to a potential observer that the group in question is esoteric in character (even if it invokes Pagan deities during rituals, since Aleister Crowley also raised his arms to Pan, Isis or Horus). (s.191)

Też ten nawias wskazuje ponownie na jakieś usilne łącznie różnych faktów. Działalność Crowleya kończy się na dobrą sprawę wtedy kiedy Gerald Gardner tworzy swoją religię. "Hymn do Pana" to rok 1913, czas powstania wicca (pierwotnie wica) to na dobra sprawę schyłek lat 40. XX w. Tak samo możemy powiedzieć, że "dla wiccan znaczenie ma nagość odkąd Ruch Wędrownych Ptaków maszerował nago po niemieckich górach (bo w końcu to korzenie współczesnego naturyzmu, a wica powstała wiele lat później wśród brytyjskich naturystów)", albo "zakreślenie rytualnego kręgu ma znaczenie dla wiccan od czasu kiedy "Klucz Salomona" był znany w kręgach czarowników w renesansie". Czasowo dostrzegam w tym pewną rozbieżność. Czego to ma dowodzić?

Dalej w artykule czytamy o muzułmankach, które oburzyły się słysząc, że w Europie żyją politeiści, a na końcu jakieś dziwne reakcje na widok zdjęć z poganami różnych wyznań i powiązane z tym statystyki. Nic specjalnego.

Giuseppe Maiello 
"Representations of one's own funeral among the contemporary Czech Pagans" 

W 2011 r. czeska poganka zginęła w wypadku samochodowym, a pod koniec tego samego roku jeden z sześciu współzałożycieli rodzimowierczej grupy w tym kraju popełnił samobójstwo. Tym śmiertelnym akcentem przechodzimy do artykułu kolejnego, który porusza kwestię schodzenia z tego świata przez naszych pogańskich sąsiadów zza południowej granicy. Maiello opisuje zaistniałe problemy i sytuację wśród czeskich pogan po śmierci "Rowen" i "Stanislava". Co ciekawsze w dalszej części eseju autor przedstawia wyniki wywiadów, w których czescy poganie opisali jak wyobrażają sobie swoje pogrzeby i co powinno stać się z ich ciałami po śmierci. Wesołe pochówki, kremacje lub ich brak. Ciekawy temat. Gorąco polecam, artykuł na prawdę wciągający choć krótki.

Joanna Malita-Król 
"Wiccan tools. On the accesories of a modern witch" 

O dyletanctwie jakim zaszpanowała na oczach wielu Pani Joanna Malita-Król pisałem już w poście dotyczącym jej artykułu pt. "Wiccańskie gadżety, czyli narzędzia współczesnej czarownicy", który ukazał się w pracy zbiorowej pt. „Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess. Gorąco zachęcam do przeczytania!

Malita-Król najwyraźniej myślała, że zdobędzie Rysy Sławy, a moim zdaniem udało jej się zdobyć co najwyżej Rysy Samoupokorzenia. Ale, żeby tego było mało autorka, najwyraźniej pewna swoich sukcesów postanowiła przetłumaczyć opublikowany wcześniej artykuł na język angielski i puścić w świat by zdobyć Himalaje Sławy. Moje gratulacje! Właśnie udało jej się zdobyć Himalaje Samokompromitacji!

Często polscy studenci śmieją się z zachodnich badaczy, którzy przejeżdżają do naszego kraju myśląc, że zaskoczą wszystkich swoją olbrzymią wiedzą. Kiedy tylko zadaje im się pytanie o podstawowe rzeczy od razu nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Dlaczego oni mają takie wyobrażenia na nasz temat? Długo się zastanawiać nie muszę skoro widzę, jakie prace polskich "badaczy" wpadają im do rąk ...

Myślę, że nie ma co tutaj się wiele powtarzać. Wszystko omówiłem poprzednio. Pani Malita-Król twierdząc, że jako "wicca" rozumie przede wszystkim "wicca tradycyjne (czyli gardnerian i aleksandrian) oraz wicca eklektyczne" opisuje narzędzia czarownic czysto z perspektywy wicca eklektycznej za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i rzadziej eklektycznej ... Wychodzi z tego totalny misz masz.

Autorka kompletnie nie rozróżnia tych dwóch ścieżek. To tak jakby pisać o Kościołach chrześcijańskich i twierdzić, że ikony świętych wiszą w zborach - nie rozróżniać prawosławia od protestantyzmu, a wszystko opisywać zbiorczym terminem "chrześcijaństwo".

Przykładem tego jest choćby pomylenie "bolline", charakterystycznego dla eklektyzmu narzędzia z nożem z białą rączką używanym przez wiccan tradycyjnych, pomimo faktu, że respondenci wspominają o nim w wywiadach ... Malita-Król nie stroni od wielu merytorycznych błędów. Twierdzi np., że narzędzi czarownic jest 7, a prawda jest taka, że w niektórych liniach jest ich np. 9. Daje przy tym ślepą wiarę jednemu ze źródeł, którym dysponuje i chociaż w innym, z którego także korzysta znajdują się jeszcze inne informacje, całkowicie je ignoruje z nieznanych mi przyczyn. Z innych ciekawostek np. dowiaduję się, że wiccanie nie korzystają z ksiąg cieni podczas swoich obrzędów, co jest bzdurą. Jeśli nikt mi nie wierzy, to zachęcam do wysłuchania wystąpienia Maxine Sanders (dostępny na YouTube film pt. "Friends of the Museum of Witchcraft - Annual General Meeting - Maxine Sanders - In Conversation." Dokładnie w 14 minucie jest o tym mowa). Autorka opisując ołtarz nie wymienia nawet 50% rzeczy, które na nim leżą. Wszelkie jej domysły okazują się być błędne (np. że symbolika narzędzi zależna jest od linii przekazu), opisuje różdżkę typową dla eklektyzmu, podobnie jak wykorzystanie innych narzędzi. Itd. itd. itd. Gdzie mogła się pomylić tam to bez wahania uczyniła ...

Co nowego tutaj? Właściwie jest to ten sam artykuł, więc czym autorka mogła się skompromitować w Polsce tym skompromitowała się na cały anglojęzyczny świat. Zwracam uwagę, że na Zachodzie jest dużo publikacji na ten temat, a tamtejsi wiccanie biorąc do rąk taką pracę muszą sobie dopiero nieźle pomyśleć: "autorka odkryła Amerykę i to jeszcze na poziomie 15-letniej dziewczynki, która wrzuca film na YouTube i uczy wszystkich jak wygląda prawdziwa "wicca" ...". Może jej tego nie powiedzą, a jeszcze ją pochwalą (w szaleństwie jest metoda), no, ale cóż, fakty prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale przyjrzyjmy się temu dokładnie.

Oczywiście zeszłym razem byłem na tyle litościwy, że nie wywaliłem na wierzch autorce wszystkich błędów, które znalazłem w jej tekście. Stwierdziłem, że niech Joanna Malita-Król pozna moje dobre serce. Może jednak zmienię zdanie tym razem? A może przynajmniej trochę ... Anglojęzyczna wersja artykułu jest trochę rozbudowana. A zatem przyjrzyjmy się, czym nowym zaimponowała wicccanom badaczka.


SKYCLAD GUN 33 i 1/3 ...

Kolejną wtopą autorki jak na mój gust jest zdjęcie na stronie 231. Przedstawia ono pentagram, a Pani Malita-Król twierdzi, że to pentakl. Pentakl to płaski dysk, który leży na ołtarzu, a to na zdjęciu wygląda mi na pentagram, który się nosi na szyi.

Przykład zdjęcia pentakli podaję poniżej (a przynajmniej tego jak mniej więcej on wygląda w wicca tradycyjnej):


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niżej pod zdjęciem Malita-Król informuje:

The pentacle is a flat disc made from brass, wood or other solid material with pentagram inscribed on it (the pentagram is the symbol, whereas the pentacle is the physical object - but sometimes those both names are used to identify the physical object), although other markings can be added as well, like the symbols of the gods or particular elements. (s. 231-232)
Jakby już sama nie wiedziała o czym pisze ... Na pentaklu np. błogosławi się sól (o czym referuje autorka dalej w tekście). Jak wyobraża sobie Pani robienie tego na tym czymś co nam sfotografowała, a konkretnie mam na myśli wysypywanie na to coś soli? A to, że pojęcia "pentakl" i "pentagram" są mylone wynika rzecz jasna z tego, że w literaturze dotyczącej eklektyzmu pojawiają się rozbieżności. Pani jednak tego nie zaznacza.

Potem znowu wzmianka o pentagramie i co on symbolizuje, a znowu dalej autorka kontynuuje wątek pentaklu mieszając pojęcia doszczętnie (s. 232). Tutaj powołuje się na eklektyka Cunninghama i twierdzi, że pentakl może być wieszany nad drzwiami  i oknem dla ochrony domu. Moja uwaga jak wyżej.

Na stronie 233 mam wrażenie, że autorka myli sznury rytualne z miarą, o których wspomina w poprzednim zdaniu.  To miara jest zwracana adeptowi, a nie sznury, które nie mają wpływu na przysięgę ...

Potem czytamy o biczowaniu 40 razy inicjowanego (s. 233). Wszystko fajnie, ale na innych stopniach inicjacji wygląda to inaczej. 

Potem Malita-Król zachwyca nas cytując za Raymondem Bucklandem tekst mówiony podczas ceremonii błogosławieństwa ciastek i wina. Oczywiście autorka daje się łatwo nabrać na zmyloną wersję. Wiccanie często publikują zaklęcia z pominiętymi fragmentami, ze zmyłkami, bo uważają, że w ten sposób dochowują tajemnicy. Ten sam tekst podają m.in. Janet i Stewart Farrarowie w filmie "The Occult Experience", ale i tu jest ukryty pewien szkopuł. Ci znani aleksandrianie wystąpili w latach 70. w reportażu dla BBC. Na samym początku inscenizują scenę błogosławieństwa, a ten tekst mówią w jeszcze innej, zmylonej wersji. Co Pani badaczka na to? Zapewniam, że obie wersje nie są prawdziwe.

Niżej wzmianka o figurkach bogów i koncepcjach teistycznych wśród wiccan. No dobrze, ale jak ma się np. to, że niektórzy wiccanie to ateiści (co autorka odnotowuje w przypisie) do figurek bogów na ołtarzu? Czy wiccanie-ateiści ich tam nie stawiają? Po co ten odnośnik?

Potem na stronie 234, Pani Malita-Król zwraca uwagę, że wiccanie nie lubią łączyć panteonów, przy okazji figurek wspomina, że koło Artemidy nie powinno się stawiać Horusa. No fajnie, ale zapewniam Panią, że główna boska para bogów, których imiona wykorzystywane są podczas rytuałów wicca tradycyjnej wywodzą się z różnych panteonów, a wiccanie nie widzą w tym problemu. 

Na stronie 235 kolejne zdjęcia autorstwa Pani Mality-Król tym razem przedstawiające kolorową świeczką z symbolem Potrójnej Bogini. Generalnie używana w rytach eklektyków, w moim covenie coś takiego uznane by pewnie zostało za śmieszne. Mam wrażenie, że autorka próbuje pokolorować ten marny artykuł zdobiąc go zdjęciami ... 

Potem kolejne zadziwiające zdjęcie różdżki, typowo-eklektycznej jakiej w swoim covenie nigdy nie widziałem. Swoją drogą mam podobną - wystruganą z drzewa, w które uderzył piorun. Ale to nie do rytuałów wicca tradycyjnej. 

Na s. 237 informacja, że szata jest biała albo czarna - zapewniam, że nie zawsze. 

Na s. 242 fotka z kolejnym pięknym kociołkiem. I znowu się zastanawiam co autorka chciała za jego pośrednictwem udowodnić? Mam taki sam. Zapewniam Panią, że w rytuałach w moim covenie nie wykorzystywaliśmy takich. Używaliśmy dużo większych, o wielkości kotłów ogrodowych. Miało to swój wieloraki powód: praktyczniejsze - można więcej spalić w nim rzeczy, zrobić większa chmarę dymu z kadzidła. Drugi powód jest taki, że metal, z którego był ów kocioł zrobiony odgrywał dużą role przy dywinacji - charakterystyczny, metaliczny połysk wpływał na zmysły. Wyobraża sobie Pani wróżenie z takiego malutkiego kociołeczka i to z takiego tworzywa? Prędzej by Pani zasnęła nad nim niż coś zobaczyła ... Ewidentnie Pani Malita-Król chce się pochwalić, że nabyła coś takiego w przeciętnej brytyjskiej rupieciarni, którą można znaleźć w każdym mieście w tym kraju. Niebywałe osiągnięcie! Oczywiście takie kociołki wiodą prym w eklektyzmie.

242-243 - Jakieś ciekawostki o tym, że wiedźma w ogóle nie potrzebuje narzędzi. No wiccańskiego rytuału Pani nie odprawi inaczej. A magia prywatna wyznawców, odbywająca się poza kręgiem, to już zupełnie inna para kaloszy.

BADANIA TERENOWE, OBSERWACJA UCZESTNICZĄCA, UCZESTNICTWO W RYTUAŁACH - CZYLI TUPET, WYSOKA SAMOOCENA ORAZ DOBRY PIJAR PODSTAWĄ SUKCESU...

Nie jest dla mnie tajemnicą, że aby dokładnie zbadać wicca tradycyjną jest tylko jedna ku temu metoda: trzeba wstąpić do covenu, przejść inicjację i zobaczyć wszystko od środka. Nie ma innej metody! Jedynie wtedy mamy dokładną możliwość zbadania tego tematu. Wtedy widzimy co w publikacjach jest kłamstwem, a co nie. Poznajemy szczegóły rytuałów nieopublikowane nigdzie. Poznajemy ukryte zachowania samych wiccan i ich środowiska. Wielu badaczy poszło tą drogą, z czego najbardziej chyba znana jest Tanya Luhrmann. Czy ktoś zakwestionował wartość merytoryczną prac tych naukowców, którzy tak zrobili? Osoba, która chce zbadać temat z perspektywy obserwatora z zewnątrz nie ma szans nie natknąć się na pułapki jakie ten temat za sobą niesie.

Jako inicjowany wiccanin widzę gołym okiem, że Joanna Malita-Król nie jest inicjowaną wiccanką, bo gdyby była nie pisałaby takich bzdur. Dosłownie wykłada się na wszystkim co możliwe.

W jej zachowaniu drażni mnie nie tyle sam dyletantyzm. On jest typowy dla osób, które sobie przeczytały kilka książek o wicca eklektycznej i wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej, bo na dobrą sprawę we wszystkich napisane jest to samo.

Jeśli sobie otworzymy przeciętny podręcznik to przeczytamy:

Czym jest wicca? ... Bla, bla, bla ...  Potrójna Bogini i Rogaty Bóg ...Bla, bla, bla ... Magia ... Bla, bla, bla ...Koło roku ... Bla, bla, bla ... Reinkarnacja ... Bla, bla, bla ... narzędzia czarownicy ... Bla, bla, bla ... Czyń co chcesz tylko nikogo nie krzywdź nie znaczy wcale ... Bla, bla, bla ... Magia kamieni, kolorów ... Bla, bla, bla ... 
I taki jest schemat przeciętnej książki. Ale zapewniam, że nie oddają one tego co ma miejsce w wiccańskich kręgach. Bardzo łatwo się na to nabrać.

Irytuje mnie pompa z jaką autorka buduje sobie doskonały Public Relation; że niby "przeprowadziła obserwację uczestniczącą, badania terenowe, uczestniczyła w rytuałach wiccańskich" ... A przyjrzyjmy się temu dokładnie.

W tekście znajduję informację, że autorka brała udział w wiccańskich rytuałach na północy kraju. To teraz pojawia się pytanie, co to były za rytuały? Przecież wicca tradycyjna to według definicji nawet przyjętej przez autorkę "inicjacyjna, misteryjna religia". Żeby wziąć w nich udział trzeba przejść inicjację. Wiccanie nie wpuszczają na swoje obrzędy gości, a już tym bardziej badaczy czy dziennikarzy, no chyba, że jak historia pokazuje robią specjalny show imitując swoje prawdziwe rytuały. Więc z tego wniosek, że autorka musiałaby przejść inicjację, żeby brać udział w rytuałach wiccańskich. Już wiemy z dokładnej analizy obu artykułów, że nie mogła tego zrobić.

Nieskromnie podejrzewam, że autorka brała udział w rytuałach warsztatowych, które organizuje co roku środowisko "Wiccańskiego Kręgu" pod nazwą Wicca Study Group. Oczywiście jest to rodzaj spotkania integracyjnego, mającego charakter promocyjny - wiccanie mówią podstawowe rzeczy o swojej religii, pokazują siebie jako kochająca się rodzinę ze swoimi symbolami na szyi. Zachęcają tym sposobem innych do wstąpienia w swoje szeregi. Na tych warsztatach odbywa się też rytuał integracyjny, który bazuje swoim schematem na rytuale wiccańskim.

Oczywiste jest to, że wyznawców obowiązuje w dalszym ciągu przysięga milczenia. Jak wiemy dochowują jej na różne sposoby przy swojej publicznej działalności: mówią rytualne teksty okrojone, ołtarz przygotowują ze zmyłkami, np. to co powinno leżeć po prawej stronie kładą w innym miejscu, albo wystawiają tylko część narzędzi. Nieskromnie podejrzewam, że to właśnie stąd Malita-Król wzięła opis ołtarza - ze zmylonego, pokazowego ołtarza podczas rytuału dla mas. To mniej więcej tak jakby recenzować film oglądając tylko i wyłącznie sam zwiastun. Chyba nie muszę mówić, jaki jest tego efekt ... Widać go tutaj gołym okiem.

Pokazowy rytuał, w którym udział wziąć może każdy ma być w pełni podstawą dla Mality-Król do opisania obrzędów inicjacyjnej religii misteryjnej? To się kłóci samo w sobie. Czy tam wszyscy byli nadzy z Panią włącznie? Nie, tam niektórzy byli w szatach, inni przebrani w jakieś śmieszne stroje, a reszta w zwykłym codziennym ubiorze. Jak na bazie czegoś takiego można powiedzieć, że się uczestniczyło w rytuale wiccańskim? Jest to czysty przykład hipokryzji. Kogo Malita-Król próbuje na swój pijar nabrać?

Dla przykładu powiem, że z tego co wiem amerykańscy skauci często pod koniec swojego obozu przebierają się w stroje Indian i odprawiają uroczysty "indiański ryt". I teraz pytanie, czy to jest ryt typowo indiański? Idąc tokiem rozumowania Pani Mality-Król, uczestnicząc w czymś takim pewnie miałbym podstawy, żeby wpisać sobie w CV "uczestniczyłem w rytuałach indiańskich". Tak dokładnie postępuje autorka w przypadku wiccan. Albo inny przykład: chodziłem do klasy z koleżanką, która była świadkiem Jehowy, raz przyszli do mnie członkowie jej grupy ze "Strażnicą" zatem mam podstawy, żeby twierdzić, że "przeprowadziłem obserwację uczestniczącą wśród świadków Jehowy". No chwila, ale życie tych ludzi to spotkania w sali królestwa, domowe wielbienie, unikanie wielu rozrywek, nie zgadzanie się na transfuzję etc. Jaki mieć mogę obraz wyznawców po jednej znajomości, a co dopiero nazywać to "obserwacją uczestniczącą"?

Zachowanie Mality-Król jest dla mnie przejawem zwykłego kłamstwa - autorka próbuje sztucznie zagwarantować sobie autorytet twierdząc, że robiła coś o czym nie ma tak na prawdę pojęcia. Pod ryty warsztatowe ukradkiem wkłada informacje o wicca. Nie tylko fałszuje obraz wicca tradycyjnej, ale z tupetem tworzy sobie image erudyty. 

Oczywiście gdy przyjrzymy się uważnie całemu tekstowi to widzimy, że w prowadzonych wywiadach respondenci wymienili tylko jakich narzędzi używają i kilka sensacyjnych nowinek. Informacje o samych narzędziach Malita-Król czerpie z książek, na czym też wychodzi nie najlepiej. Oczywiście korzysta z nich wybiórczo, raptem z kilku prac na krzyż, pomija inne źródła.

Poziom "badań" autorki przypomina mi rozważania na temat tego jakiego koloru są róże. Idę na stragan, widzę, że sprzedają tam czerwone róże, to piszę, że "róże są czerwone". No dobrze, ale kiedy zerknę do innych źródeł to się dowiem, że róże są też w wielu innych kolorach. Jeśli chcemy zbadać mentalność Brazylijczyków, to musimy polecieć do Brazylii i tam chwilę z tubylcami przebywać. To jak bada wicca Malita-Król przypomina mi raczej robienie tego zdalnie poprzez oglądanie telenoweli brazylijskich. Chyba każdy się zgodzi, że nie jest to najlepsza metoda.


Uważam, że Malita-Król zwyczajnie posuwa się do kłamstw podciągając sobie wiele rzeczy pod pojęcia "obserwacja uczestnicząca" czy "badania terenowe". Jak już pisałem, jest tylko jeden sposób na wykonanie tego, którego ona nie wykorzystała.

DOKTORANTKA W INSTYTUCIE RELIGIOZNAWSTWA 
UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

Na jednej z Facebookowych grup znalazłem ostatnio wpis Pani Mality-Król, którym poinformowała wszystkich, że za niedługo będzie bronić pracy doktorskiej na temat wicca. Mając za sobą dwa artykuły jej autorstwa chyba nie muszę spekulować jaki będzie finał jej pracy. Oczywiście jak znam życie autorka obroni go, bo profesorowie w komisji nie znając tematu łatwo dadzą się nabrać na serwowany przez nią kit.

Najwyraźniej tupet, wysoka samoocena wystarczą w zupełności do osiągnięcia sukcesu. Nie od dziś wiadomo, że Instytut Religioznawstwa UJ to siedlisko naukowego lobby - kto wejdzie w dobry układ ten mimo wszystko wyjdzie z doktoratem. Kto jest bez układu to go kopną i potraktują jak śmiecia. Tak wygląda polska nauka - nieważne co wiesz, co sobą prezentujesz, wciskanie kitu i tak przejdzie jak jesteś w solidnym układzie. Jeszcze na początku studiów doktorant zmuszany jest do podpisania się pod przysięgą, w której zobowiązuje się dbać o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego ...

Co do prac Mality-Król to jako inicjowany aleksandrianin gorąco przed nimi przestrzegam. Autorka kompletnie nie zna się na temacie wicca.

Melissa Harrington
"The Wicca Man - a quiet revolutionary" 

Tom zamyka artykuł autorstwa znanej wiccańskiej arcykapłanki Melissy Harrington na temat mężczyzny-czarownika. Bardzo lubię ten temat, więc cieszę się, że esej wpadł mi w rękę.

Na pierwszy rzut oka widać, że pisze to osoba dobrze zaznajomiona z tematem - prowadząc badania w środowisku wiccan, autorka zwraca uwagę na wiele detali, m.in. stopnie kapłanów. Dla osoby  zewnątrz pewnie nie grałoby to żadnej roli, jednakże wiccanie wiedzą, że pewne etapy odpowiadają pewnemu doświadczeniu, a co za tym idzie - wpływa to na dalszy światopogląd.

Stosując metodę kuli śnieżnej Harrington dotarła do wielu "panów-czarownic" w swoim kraju. Ciekawe wyniki. Te historie o dzieciach i rozwodach brzmią śmiesznie, ale taka rzeczywistość. Ale, że autorka znalazła tylu heteroseksualnych kapłanów wiccańskich? I to jeszcze kilkoro z nich było konserwatystami. To chyba tylko ja miałem takiego pecha lądując gdzie wylądowałem ... Zawsze wierzyłem, że istnieją coveny dla porządnych ludzi. Tylko w Polsce takich brakuje. Emigrowałbym!

Nie rozumiem tylko co autorka miała na myśli pisząc, że tylko heteroseksualizm odgrywa w magii pozytywną rolę przytaczając nauki Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, słowa Tanyi Luhrmann, a potem prace Dion Fortune i (sic!) "Mszę gnostycką" Aleistera Crowleya? Przecież Crowley tak w pełni heteroseksualny nie był ... Chyba, że coś źle zrozumiałem.

Artykuł bardzo poprawił mi humor. Miejscami czułem się jakbym sam o sobie czytał. Zdecydowanie jest to najciekawszy jak dla mnie esej w całym zbiorze.

Podsumowanie

Jak to w takich zbiorówkach; nie brakuje artykułów lepszych (Harrington, Filho, Maiello, Schattevoet, Shizenskiy), przeciętnych (Anczyk, Wilson & Cusack, Banaś, Kleihempel), po skończoną tragedię (Malita-Król). Generalnie dochodzę do wniosku, że tomik warty jest swojej ceny, kilka wypracowań wniosło coś nowego do badań nad neopogaństwem. Polecam, acz zaznaczam, nie wszystkie opublikowane w nim teksty zasługują na miano dobrych.

sobota, 14 października 2017

Radomir Ristic „Balkan Traditional Witchcraft”




“Pogańska w żyłach płynie krew,

Kapłanki, wino, taniec, śpiew

Zasadę w życiu mam full fill –

if You harm none do what thou wilt”

Fragment utworu pt. “Wiccanica”, który już tutaj raz zaprezentowałem. Tak gwoli przypomnienia, po moich tegorocznych wakacjach w Bułgarii czuję stale klimat Bałkanów.


Po ciekawym wykładzie znanej artystki, Mariny Abramovic możemy kontynuować temat z jednej strony nam daleki, z drugiej bardzo bliski. 

Z dumą mogę w końcu to napisać - jestem wśród swoich! Odnalazłem coś, czego stale szukam - magię Słowian, którą można zaadoptować do współczesnego czarownictwa. A może nawet nie musimy iść w stricte wiccańskim kierunku? Może pójdziemy w stronę SlavicCraft? Letz fajnd ałt! Jakkolwiek mało słowiańsko by to zabrzmiało:

In the most potent and powerful names of Tartor and Muma Padura!

Wiem, ale nie tylko gimby „nie wiedzo o co ranuje...”

Praca „Balkan Traditional Witchcraft” Radomira Ristica to opis czegoś co zaliczylibyśmy do jednej z podgrup współczesnego czarownictwa znanego jako czarownictwo tradycyjne. Pod lupę wzięty został bałkański obszar geograficzno-kulturowy. Autor opisał głównie praktyki Serbów, Wołosów (głównie Arumunów), ale wspomina także o innych Słowianach (Chorwatach, Bośniakach, Bułgarach, Słoweńcach) i pozostałych mieszkańcach tego regionu (m.in. Albańczyków). Na piedestale stoją Serbowie. 

Praca pełna ciekawostek. Nie wiedziałem, że południowosłowiańsie czarownice były też wampirzycami. Może współczesne fluffy bunny gothki nie są tak oryginalne jak im się to wydaje. Dzięki Risticowi poznajemy bałkańskie miejsca sabatów czarownic: Klerk, Slivnicę, Grintavec czy Rogaskę. Już chyba wiem gdzie się wybrać w przyszłe lato na wakacje. Pierwszy raz spotkałem się z opisem rytuału z wykorzystaniem czarnego kocura, ale nie polecam nikomu go praktykować. Nie wiedziałem, że łowcy wampirów nosili bycze skóry. By wilk nas nie zjadł prosimy go by został naszym „ojcem chrzestnym”. Czarny koń nie przeskoczy nad grobem wampira. By samemu nie stać się wampirem po tym jak inny nieboszczyk nas użarł wystarczy dotyk miotłą z jałowca. Czytamy o pogańskich korzeniach święta Andrzejek, które autor łączy z Welesem. Trudno mu racji nie przyznać nawet z naszego regionalnego punktu widzenia. Jest też ciekawa rozkminka na temat symboliki liczby 44 – niby prezentować ma magiczną liczbę prawosławnych świętych. A więc prawdopodobnie nie tylko rymy do  „bohatery” odgrywały u Mickiewicza ważną rolę. A już najstraszniejszą jak dla mnie ciekawostką było to, że dzieci urodzone w sobotę będą widziały czarownice, duchy i inne tego typu istoty. Kurcze, nie ukrywam, że podobno w ten dzień tygodnia się urodziłem. No czarownicę nie jedną w życiu widziałem. Z duchami bywało różnie. A już historie o nagich kowalach w liczbie dziewięciu kłujących razem amulety czy nagich kobiet odprawiających rytuały płodności nasuwają pewne skojarzenia. Podobnie jak rytualne tańce w prawą i w lewą stronę. Historie o sabatach, na czele których stał człowiek z żółtą brodą. Albo postać ubrana na zielono z czerwoną czapką ... Dawniej miałem problem z pogodzeniem pewnych zachodnich wzorców czarownictwa z lokalnym słowiańskim pierwiastkiem duchowym, teraz widzę, że wszystko do siebie pasuje jak ulał. Czyżbyśmy mieli podstawy do stworzenia nowego religijnego systemu?

Przejdźmy do meritum sprawy. Widzimy siebie w drewnianej chacie, gdzie na środku znajduje się palenisko, a nad nim łańcuch. Siedzimy przed ogniem nago, przypięty mamy tylko pasek, a na nim przyczepioną kusturę; rytualny nóż z czarną rękojeścią zrobioną z rogu barana. Na łańcuchu widzimy głowę koguta. Nasze rekwizyty rytualne oczekują nas w torbie zrobionej z koziej lub rzadziej owczej  skóry (alternatywa dla „magicznej szafeczki”, o której istnieniu nie tak dawno temu się dowiedziałem ...).

No cóż, nie mam w domu paleniska, a przed mikrofalówką robić tego samego nie zamierzam. No na upartego może, włożę kogoś do kuchenki na tradycyjne, trzy zdrowaśki i na wszelki wypadek ustawię czas grzania na 20 minut. Mkrofale robią swoje w takiej magii ... A już tak zupełnie poważnie. Interesujące są szkoły magii prezentowane przez Radica. Branie pod uwagę tylko dwóch z czterech kierunków świata, silny synkretyzm kulturowy i religijny. Autor niejednokrotnie porównuje praktyki bałkańskie ze znanym nam współczesnym, zachodnim czarownictwem co w moim odczuciu jest olbrzymim plusem dla tego przedsięwzięcia. Ma to jednak pewną wadę, np. inicjacje wiccańskie, na które się powołał przypominają te w starogardneriańskim stylu. Od czasów Gardnera wiele się zmieniło. Urocze jest doszukiwanie się wspólnych elementów kultu Boga i Bogini z wicca w kulcie Tartora czy Mumy Paduri. Tyle, że to bardziej duchy natury niż bogowie. Ale gdyby się tak dobrze przyjrzeć im i porównać z Hernem w takiej postaci jakiej znamy go z serialu o „Robinie z Sherwood” w interpretacji Pana Richarda Carpentera to koncepcje gdzieś tutaj się nachodzą na siebie. 

Praca pełna jest ciekawostek, które nam Polakom z jednej strony powinny być jako Słowianom bliskie, z drugiej jako praktyki z oddalonego o ponad półtora godziny lotu samolotem drogi są praktycznie odległe, a przez to bardzo egzotyczne. Uważam dzieło Ristica za jedno z ciekawszych opracowań tematu współczesnego czarownictwa, które dla nas Polaków i dla naszych czarownic może stać się jednym z głównych źródeł inspiracji rozwijania nowej, słowiańskiej duchowości. Lektura obowiązkowa. Także dla wiccan.