Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia Słowian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia Słowian. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2019

Daniel Kalinowski, Tomasz Górecki "Bestiariusz pomorski"


"Bestiariusz pomorski" to do przeczytania raptem w pół godziny krótki, ilustrowany leksykon bogów, demonów i postaci z folkloru terenów Pomorza, od Kaszub po Rugię. 

Kilka informacji rzuciło mi się w oko:
Trzeba przy tym wszystkim pamiętać, że w porządku najdawniejszych wierzeń słowiańskich i germańskich nie było fatalizmu i pesymizmu, zaś Dobro utrzymywało się ze Złem w równowadze. (s. 8)
W ostatniej przeczytanej przez siebie książce znalazłem coś z deka innego - przynajmniej w kwestii przeznaczenia u Germanów. Ponadto pojęcie "Dobro" i "Zło" też inaczej były widziane wśród dawnych pogan niż wśród chrześcijan. 

O Świętowicie:
Róg świadczyłby, że było to bóstwo urodzaju; włócznia, iż mógł być kojarzony z grzmiącymi i błyskającymi piorunami niebiosami. (s.12)
Po pierwsze skąd ta włócznia u posągu Świętowita z Arkony? Włócznie z tego co wiem wykorzystywano głównie przy hippomancji. Po drugie, dlaczego niby włócznia miałaby mieć związek z piorunami? 

O Rugiewicie:
To bóg wojny i świata podziemnego. (s. 14)
Wojny na pewno, ale dlaczego świata podziemnego? Dalej autor twierdzi, że jego kult znajdował się w obecnym Barth. Z tego co wiem, czczono go w Gardźcu, a to obecnie Garz. Czy to jest to samo miejsce? 

O Morlawie czytam, że to:
... słowiańska bogini śmierci. Blada, chuda, kobieta w czarnej szacie. (s. 15)
Słowianie widzieli raczej śmierć w bieli. Czarny kolor to chrześcijańska naleciałość. 

Potem czytam o Perunie:
... litewsko-słowiańskie bóstwo kojarzone z ogniem i piorunem. (...) Jest władcą zaborczym, nieznoszącym sprzeciwu, wszechwiedzącym i wszechmocnym. (s. 15)
Za dużo skrótów myślowych. Raczej ogniem zajmował się inny bóg, choć są badacze, którzy ich ze sobą utożsamiali. Ale dlaczego litewsko-słowiańskie? Wśród Bałtów istniał Perkunas, odpowiednik Peruna. I skąd te jego cechy charakteru zostały wzięte? 

Przez moment myślałem, że może pracę będę mógł polecić przynajmniej dla ilustracji, które jak zwykle obrazują nam wiele. Niestety jak mówi przysłowie "diabeł tkwi w szczegółach", a autorzy zupełnie je pominęli. Przecież posąg arkońskiego Świętowita miał równo podstrzyżone włosy, na co nawet badacze zwrócili uwagę. Tutaj widzimy Świętowita zarośniętego z długą brodą. 

Marna komercha.

wtorek, 22 stycznia 2019

Leszek Paweł Słupecki "Wróżby i wyrocznie pogańskich Skandynawów"


Dawno, dawno temu miałem przyjemność przeczytać "Wilkołactwo" oraz "Mitologie skandynawską w epoce wikingów" prof. Leszka Pawła Słupeckiego. Przyszedł czas na "Wróżby i wyrocznie pogańskich Skandynawów". 

Przenosimy się zatem do czasów wikińskich. Poznajemy m.in. tajemnice kleromancji, hippomancji, nekromancji, seidr, czytania snów etc.

Autor na piedestał wziął głównie sagi z Północy oraz mitologię skandynawską we wszystkich znanych jej wariantach. Nie zabrakło porównań do praktyk znanych pogańskim Słowianom oraz Bałtom. 

Nie ukrywam, moja wiedza w tej dziedzinie nie jest [niestety] najlepsza; pracę przeczytałem głównie, żeby powtórzyć sobie podstawy wierzeń dawnych Germanów. Zwróciłem uwagę, że Słupecki korzysta z wielu ważnych opracowań, od klasyków po czasy współczesne. Nie stroni od tekstów źródłowych. Widać więc, że praca jest bardzo rzetelnie napisana, a autor kruczym okiem łączy wiele faktów, na które przeciętna osoba nie zwróci uwagi. 

Jedyną wadą książki, jak dla mnie jest to, że przytoczonych jest wiele cytatów napisanych w różnych językach, a nie zawsze podane jest ich tłumaczenie. No cóż, kiedy się np. łaciny nie zna trochę utrudnia to zapoznanie się z głównymi myślami badacza. 

Solidna pozycja, którą polecę wszystkim osobom poważnie interesującym się pogańskimi wierzeniami. Zaznaczę jednak, że nie jest to łatwe w odbiorze dla osób, które nie przeczytały sag oraz nie znają dobrze podstawowych opracowań na temat wierzeń nordyckich.

Obowiązkowa lektura w domowej biblioteczce każdego poganina!

środa, 19 grudnia 2018

Tadeusz Linkner "Słowiańskie bogi i demony"


Wszyscy chcielibyśmy, żeby mitologia dawnych Słowian była znana nam ze szczegółami niczym germańska z islandzkiej "Eddy". Niestety na dzień dzisiejszy pozostaje to tylko marzeniem tłumu. Od lat trwają prace nad jej pełną lub przynajmniej teoretyczną rekonstrukcją. Efekty tego są rozmaite, od ciekawszych teorii po odrodzony sceptycyzm. Nie traćmy jednak wiary! 

Gorszy problem mieli nasi przodkowie w czasach, kiedy zapotrzebowanie na wiedzę o wierzeniach religijnych Słowian stawało się modne. Dało to pole do popisu wielu fałszerzom, artystom czy pisarzom. Pod koniec listopada 2018 r. w Krakowie ruszyła wystawa "Apokryfów słowiańskich"; oprócz znanych Kamieni Mikorzyńskich po raz pierwszy w Polsce mieliśmy okazję zobaczyć  niektóre Idole z Prillwitz. Oprócz samej wystawy odbyła się ciekawa konferencja, na której słuchaliśmy o zapomnianych dziełach Julii Stabrowskiej (wykład prof. Izabeli Trzcińskiej), próbach i problemach związanych z interpretacją znalezisk (dyrektor Muzeum Archeologicznego w Krakowie Jacek Górski), a także o apokryficznych bogach i talizmanach, jakie można znaleźć w Internecie (wykład Scotta Simpsona). 

Problem z religią dawnych Słowian jest taki, że już u podstaw nie wiemy czy dawni bogowie byli czczeni czy byli tylko wyobraźnią powstałą na bazie błahych informacji (np. Panteon Długosza rozbity przez Brücknera, Lelum Polelum, Białobóg i Czarnobóg). 

Fakt faktem zapotrzebowanie na mitologię Słowian od kilku stuleci stało się wyzwaniem dla wielu środowisk. Prym wiodą dzieła typowo apokryficzne oraz literackie. Oprócz wspomnianych rzeźb warto wspomnieć duńskiego romantyka Bernhardta Severina Ingemanna, który stworzył dziwne, nieznane światu bogi, m.in. Silinieza. Z nowszych dzieł nie możemy pominąć "Słowiańsko-aryjskich  Wed", w których spotkamy np. Ramhata. W innych pracach panteon słowiański mieszał się z indyjskim jak w "Księdze Welesa". Zofia Stryjeńska namalowała nam Warwasa. Popis wyobraźni dał Czesław Białczyński w swojej "Księdze Tura". Itd. Itd. A już Internet? Poczytajmy o tych wierzeniach na anglojęzycznych portalach ...

Nie brakuje także zwyczajnych, literackich prób odtworzenia mitologii dawnych Słowian, jak "Drzewo. Mity słowiańskie i inne opowieści" Łukasza Wierzbickiego czy "Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony

Niektórzy z twórców pseudomitologii podobnie jak artyści zostają zapomniani przez rodaków. O Bronisławie Trentowskim wspominają już chyba tylko historycy neopogaństwa i nieliczni miłośnicy literatury. Jest on jednym z klasyków mitologii słowiańskiej stworzonej od podstaw. Oczywiście identycznie jak w przypadku wielu innych pisarzy stworzył on panteon na bazie podstawowych, dostępnych mu informacji o religii Słowian łącząc go z wiedzą o folklorze i własną wyobraźnią. 

"Słowiańskie bogi i demony. Z rękopisu Bronisława Trentowskiego" to leksykon bogów, demonów, świąt jakie swoją wyobraźnią dał światu polski filozof z XIX w. Opracowany w postaci leksykonu przez prof. Tadeusza Linknera przystępnie obrazuje nam jak w minionych wiekach próbowano przedstawić, wyobrazić sobie nasze pra-wierzenia. Boskie rody, demony, rytuały przejścia. Czyta się to jak typową sielankę. Oczywiście mam tutaj na myśli miłośników kultury słowiańskiej, którzy uwielbiają klimaty inspirowane dawnym folklorem. Spoglądając na to współcześnie musimy powiedzieć jasno - nie wiele ma to wspólnego z faktycznymi wierzeniami i przeczy oficjalnej nauce. Pamiętajmy jednak, że w XIX w. nie wszystko było takie proste jak dziś. Książka więc niejako streszcza nam zabytkowe rozważania i koncepcje nad starymi wierzeniami. Możemy na tę pracę spojrzeć jak na historyczne rozważania nad myślą romantyzmu. Uważam, że prof. Linkner odstawił kawał dobrej roboty, a świetnym pomysłem było wydanie tego i przedstawienie młodemu pokoleniu, które za bardzo nie zna dawnych wyobrażeń o kulcie Peruna, Rugiewita oraz pozostałych bogów. Co ciekawsze, często w Internecie znajdujemy jakieś specyficzne pojęcia lub postacie, których pochodzenie nie są znane. Jak się okazuje mogą one właśnie pochodzić z dzieł apokryficznych. Dlatego warto przynajmniej poznać koncepcje wysnuwane przez dawnych myślicieli by móc oddzielić ziarno od plew, poznać dawne próby rekonstrukcji mitologii czy ich źródła.

Uważam, że każdy miłośnik tematu neopogaństwa, religii Słowian powinien się zapoznać z treścią tej książki. Gorąco polecam! 

niedziela, 18 listopada 2018

Dariusz Andrzej Sikorski "Religie dawnych Słowian"


Aleksander Brückner (Damnatio Memoriae!) wprowadził zamęt do badań nad religią Słowian praktycznie na samym początku istotnej dla  Polaków epoki. Od tego czasu, nasi czcigodni badacze robili co w ich mocy, żeby jak najrzetelniej przywrócić nam obraz wierzeń naszych przodków i udowodnić, że Słowianie czcili bogów tak jak inne ludy. I w sumie szło to wszystko w dobrym kierunku, przez ostatnie lata nawet Brückner doczekał się ostrej krytyki swoich osiągnięć. Wydawałoby się, że uda nam się w końcu odnaleźć zaginione. Tylko, że z kolei teraz na drodze pojawia nam się praca Dariusza Andrzeja Sikorskiego "Religie dawnych Słowian", która znowu wprowadza ferment do całokształtu. 


Autor nie tyle rozwodzi się nad samą religią Słowian co raczej podchodzi krytycznie do źródeł i sposobów badań interesującego nas zagadnienia. Ma to swoje plusy. Dziś bardzo często powielamy jakieś znaleziony w sieci informacje i bezkrytycznie budujemy puzzle historii, z czego czasem wyjdzie coś sensownego, a czasem nie. 

Ciekawe, że rodzimowiercy słowiańscy drą łacha z TurboSłowian, ale tak na prawdę chyba nikt z nich nie miał w ręku oryginalnych źródeł, na których bazowała w późniejszych latach nauka. Odpisy, kopie cytowane w pracach badaczy ... to wręcz pokazuje, że wiedza o oryginale nie jest łatwa do zdobycia, a przez to jej nie znamy. Wszyscy czytamy tylko opracowania, w których są cytaty, ale nie wiemy jak z tym było na samym początku. 

Sikorski bardzo krytycznie podszedł do tego tematu. Zwrócił uwagę, że bardzo często informacje z jednych źródeł są prawdopodobnie kalką innych.Tylko czy aby tak było na pewno?

Tym sposobem znowu powracamy do punktu wyjścia w rozważaniach nad kultem Peruna i Swarożyca. 

Książka naturalnie ma też pewne minusy. Widać, że autor na piedestale ustawia wyjściowych, starych badaczy i mało odnosi się do wielu innych, mniej znanych współcześnie źródeł. W oko rzuca mi się także ogląd na sprawę typu - nie mamy informacji o kapłanach z terenów obecnej Polski, znaczy to jednoznacznie, że owych kapłanów musiało tu nie być. Brak źródeł nie wyklucza przecież istnienia jakiegoś fenomenu religijnego. Autor uważa, że chrześcijaństwo było atrakcyjniejsze dla ludzi od pogaństwa, które zakładało, że życie kończyło się wraz z momentem śmierci, co najwyżej po zgonie ludzie zostawiali upiorami lub innymi demonami. Na pewno istniała jakaś wizja życia po śmierci, w końcu dusze czczono i wierzono, że powracają. Słabo chce mi się wierzyć, że chrześcijaństwo było atrakcyjniejsze. Jeśli już to jedynie dla elit. Dziwi mnie też fakt, że autor twierdzi, że w późnym średniowieczu mało było już przeżytków pogaństwa. Niektórzy spekulują, że Polacy byli chrześcijanami nie wcześniej niż w XV w. Wcześniej wiarę tę wyznawały tylko elity. Ile w naszych czasach zachowało się dawnych zwyczajów? Mam uwierzyć, że pewne obyczaje znane w różnych częściach Europy (jak toczenie jajek z góry) są przypadkowe? A ile elementów kultu Welesa znajduje w kulcie świętego Mikołaja Borys Uspienski na Wschodzie? 

Pewne rzeczy mnie zaskoczyły. Teraz już wiem, że "kąciny" to za pewne nie tylko określenia świątyń, ale generalnie "domów". Przynajmniej w kwestii innych wyrazów jak np. chram pozostanę semper fidelis swoim założeniom. Zaciekawiła mnie wzmianka o kulcie bogini "Trigli". Gdyby powiązać to z kultem Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej z Góry Chełmskiej to znajdziemy dowody na to, że Trzygłów był kobietą ... Tego już inne źródła nie potwierdzają (kojarzy mi się to z Białoboginią i Czarnogłowem stworzonymi przez Czesława Białczyńskiego). Pozostaje mieć nadzieję, że to inna postać - triady bogiń są znane, głównie w wierzeniach celtyckich. Choć i u nas Zórz, rodzanic nie brakuje. Albo i może Sikorski pogonił własny ogon i sam oparł się na błędnych  informacjach z późniejszych opracowań?

Ostry wstrząs mózgu dla rodzimowierców słowiańskich.

Niemniej warto zapoznać się z treścią tej książki.

Polecam! Ale też nie warto czytać bezkrytycznie.

poniedziałek, 15 października 2018

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona "Mitologia słowiańska"


"Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony to kolejna obok "Księgi Tura" Czesława Białczyńskiego czy "Drzewa. Mitów słowiańskich i innych opowieści" Łukasza Wierzbickiego literacka wizja słowiańskich mitów. 

Oczywiście na samym wstępie należy zaznaczyć, że chociaż autorzy twierdzą, że podstawą napisania tej pracy była wiedza na temat dawnej mitologii odtwarzanej przez badaczy to w rzeczywistości dalekie jest to od prawdy. Przykładowo Swarożyc i Dadźbóg to tutaj dwie, inne postacie. Opisane dalej historie zawierają słownictwo importowane (np. chram). Przedstawione w następnych rozdziałach legendy również sprawiają wrażenie widzianych współcześnie, a nie oddających realia starych, pogańskich czasów.

Wniosek nasuwa się sam - jest to kolejna próba zaskarbienia serca rodzimowierców słowiańskich i napisania czegoś pod publikę.

Miłośnikom słowiańskich klimatów polecam, acz zaznaczam, że nie jest to punkt wyjścia do czegokolwiek. Literackie Rodnover Fiction.

piątek, 21 września 2018

Paweł Szczepanik "Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity"


 " [...] leciał książę ciemności z nieba, z nim 9 zastępów aniołów od lewicy, którzy się odtąd z woli Boga Ojca stali ciemnymi duchami, czy diabłami (...)" 
Fragment pochodzący z pracy Oskara Kolberga cytowany w omawianej w niniejszym poście książce na stronie 47.

No trudno żeby cokolwiek z lewicy nie było ciemne ...

"Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity" Pawła Szczepanika to jedna ze świeżych wycieczek po religii dawnych Słowian. Choć tytuł sugeruje, że na piedestale staną zaświaty, praca wbrew pozorom porusza wiele ogólnych kwestii na temat wierzeń naszych przodków. 

Na samym początku powtórka z teorii mitu. Stare, dobre nazwiska od Cassirera po van Gennepa. Dalej autor przechodzi do popularniejszych zagadnień - jaja kosmicznego, boskich postaci, mitu wyłonienia etc. Wszystko po kolei jak bogowie przykazali. 

Osobiście wrogiem jestem tezie Witczaka, który widzi w Nyji boginię zaświatów nie zaś męskiego boga. Myślę, że Długosz nie bez powodu stosując interpretatio romana przyrównał go do Plutona a nie do Prozerpiny. Ponadto używał słowa "deum" a nie "deam". W innych źródłach też mówi się o "bożku" a nie "bogini". Szczepanik przyjął opcję "żeńską", co niespecjalnie przypadło mi do gustu. Ponadto już w następnym rozdziale autor pisze o Marzannie i wyszczególnia jej cechy jako chtonicznej bogini. Czyżby więc dwie panie piastowały te same urzędy? Z tym nie mogę się zgodzić. 

Zainteresowała mnie wzmianka o wielkim, czarnym kogucie jako wierzchowcu diabłów i czarodziejów. Coś czuje, że to kolejne echo pogańskich wierzeń znajdujące swoje odbicie w lokalnej wersji legendy o Diable i Kowalu czy w dziejach mistrza Twardowskiego. Ciekawe są też rozważania na temat rytualnych masek.


Książka oparta jest o znane i mniej znane opracowania naukowe. Z tego co zauważyłem Szczepanik nie pomija żadnych ważniejszych teorii - odnosi się do większości znaczących tez. Nie szczędzi też niektórym z nich krytyki. W przypadku Aleksandra Brücknera jest to rzecz jasna wręcz wskazane i obligatoryjne w pracach z XXI w. Nie brakuje tradycyjnych porównań do mitów innych ludów. 

Co zaś do osobistych tez autora, to myślę, że miejscami na siłę brnie on w kierunku, w którym już żadna osoba błądzić nie zamierza. Pewne rozważania uznałbym za zbędne, choć oparte na ciekawych źródłach przeanalizowanych z ciekawych horyzontów.

Dużo solidnego materiału, dobra kompilacja. Obowiązkowa lektura dla wszystkich słowianofili, religioznawców, rodzimowierców oraz pogan różnych ścieżek.

Gorąco polecam!

sobota, 30 czerwca 2018

Witold Vargas, Paweł Zych "Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik"


"Był taki kowal, Maciek się zwał co z diabłami żył za pan brat. Nie żeby je specjalnie lubił, ale jak przyszło komu figla spłatać, żeby mu w pięty poszło, zawsze mógł na nie liczyć, a i lepszych kompanów do kielicha trudno było znaleźć."
(s. 108) 

Może zostanę kowalem? W sumie to każdy jest kowalem swojego losu. 

"Ja chciałem wytwarzać złoto, chciałem zdobyć kamień filozoficzny, ale nie udało mi się. Taki ze mnie czarownik, że ja nie nauczyłem się swojego fachu, a wy tak!"
(s. 170) 

Oj! To powinno być moje motto-metafora. Choć jeszcze nie wszystko poszło na marne. Wojna trwa, piłka w grze.

"Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik" to kolejny zbiór legend, podań i bajek z terenów Polski podanych w formie krótkich opowiadań wzbogaconych o barwne ilustracje. Jak to bywa w pracach Witolda Vargasa i Pawła Zycha poznajemy mało znane historie z naszego folkloru, które powinny być znane każdemu, polskiemu dziecku. Jak to my Polacy nie potrafimy się dobrze promować, a mamy czym ... Pisałem to wielokrotnie. Tutaj na piedestale stoją panowie machający młotami w kuźniach, ale także i górnicy i inni czeladnicy. Wreszcie panowie od magii na piedestale - dobrze jest!


A jakie ciekawostki poznajemy?

Urocza legenda o żelaznym moście, na którym bój toczą chrześcijańscy rycerze z pogańskimi wojownikami ... To powinno być w herbie pogan z Zakopanego. Istny Ragnarök! Kibicuję poganom. Nie wiem co na to kibicerki? 

Przytoczona została znana nam wszystkim historia o Diable skutym 12 łańcuchami pod ziemią, który wysyła inne, pomniejsze diabły na swoje usługi. Czuć przeżytki starej religii na kilometr. 

Wzruszają mnie historie o Cyganach - zwłaszcza ta, która rzekomo stanęła u podstaw powiedzenia "kowal zawinił, Cygana powiesili". Po swojej konfrontacji z tą nacją uważam, że to najlepsze rozwiązanie. 

Ciekawych pogańskich wątków można doszukiwać się w legendzie katolickiego świętego Eligiusza.  Ale już tak nie bluzgajmy na to okropne chrześcijaństwo bowiem okazuje się, że w polskich legendach Jezus nie tylko podróżował jak Aleksander Macedoński w dawnych rękopisach, ale też potrafił za pomocą młota zamieniać stare, brzydkie baby w piękne i młode ... To jest dopiero alchemia - znacznie lepsza niż zamiana ołowiu w złoto. Nawet chirurdzy plastyczni nie osiągną tego w pełni. Ja już się raczej nie nawrócę, choćby nie wiadomo jaki cud mnie w życiu spotkał ...

Zastanawia mnie ten kult figurek diabłów omawiany w legendach. I palenie im ogarków zamiast dwóch świec. No cóż, może i dawna tradycja uległa lekkiej transformacji z czasem ...

Wciągnął mnie też wątek kożuchów zakładanych na lewa stronę. Nie od dziś wiemy, że np. zimowy Gwiazdor takowy nosi. Jest to więc ewidentnie jakieś echo dawnych wierzeń ze słowiańskiego kultu.


Dużo spostrzeżeń mam co do popularnej legendy o Kowalu i Diable. Jak wiemy ma ona swoich kilka wariantów. Wspomina o niej Radomir Ristic przy okazji serbskiej wersji. W Irlandii znamy ją jako historię o Chciwym Jacku, którą wiąże się ze świętem Hallowe'en. Podobnie jak historia o papieżu Sylwestrze II.


Widzimy gołym okiem, że w polskim folklorze również ona występuje, co ciekawsze jej echo przetrwało w kilku historiach (co dzięki książce Vargasa i Zycha mamy jasno potwierdzone), z czego najpopularniejsza zdaje się być legenda czarnoksiężnika Jana Twardowskiego. Autorzy pomijają tylko fakt, że u genezy tej ostatniej wersji stać może także historia Johna Dee. Tak czy siak mamy tutaj ewidentnie nałożenie się na siebie kilka wątków w jedną całość. A w końcu ta legenda jest prawdopodobnie znacznie starsza. Ciekawe, że autorzy przytaczają tylko niektóre wersje przygód Twardowskiego. Jedna z nich nie do końca jasno została przedstawiona, jakby nie wiadomo było czy bohaterem jest Jan Twardowski i jego ojciec Mikołaj, czy Jan Twardowski i jego syn (?). W każdym razie dzięki autorom poznajemy więcej ciekawych wątków z tej szlacheckiej opowieści.

Książka rewelacyjna, na jeden dzień rozrywki jak znalazł. Dużo pogańskich wątków ukrytych pomiędzy wierszami, które nie trudno amatorom tematu wyłonić. Polecam gorąco!

I niech Was Piekło pochłonie!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

niedziela, 18 lutego 2018

Bartłomiej Grzegorz Sala „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów”



„ ... Krew ...Trudno o nią w tych czasach [...]”

Gdzie się podziały tamte wampiry? Te ohydne bestie z oślizłymi twarzami pełnymi sierści ... Teraz to romantycy w skórzanych płaszczach z podkreślonymi czarną kredką oczami, bladymi twarzami, którzy piją krew ludzką a co gorsza, cierpią, bo ludzie nie mogą ich przez to zrozumieć. Wygląda mi to na hollywódzko-gotycki refleks współczesnych problemów gejowskich, ale co gorsza psuje to image prawdziwego, ludowego wampira. Teraz nieumarli udzielają wywiadów, piszą blogi, ujawniają się w programach ze swoim trupim coming-outem ... Dość poprawności politycznej! Chcemy prawdziwego Nosfateru! Czy jak mu tam leciało (krwią z ust)? 

Jeśli chcemy klasycznych wampirów, to przeczytajmy sobie książkę Bartłomieja Grzegorza Sali „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów”. I wracamy do swojskiego nam Słowianom folkloru pełnego groźnych żywych trupów dziesiątkujących wsie, których nie tak łatwo się pozbyć. 


Wreszcie trafiła mi do rąk praca przedstawiająca najbardziej znanych z historii wampirów. Do tej pory większość opracowań pomijała kompletnie takie postacie jak Myśleta, Brodka Duchaczowa, Wampir z Bolkowa, Jure Grando, Wampir z Mykonos, Georg Eichner, Petar Blagojevic, Milica, Sava Savanovic czy Arnaut Pavle. Autor poruszył także postacie znane z literatury: Filinnion, Lord Ruthven, Wampir Morlacki, Książę Kostaki Brancovan i wielu innych, w tym klasyczne dla tego środowiska postacie jak Hrabia Dracula czy Erzesebeth Bathory. Na końcu jest trochę o filmach i wampirze w kulturze współczesnej. 


Podoba mi się to, że ktoś wreszcie stworzył przystępne opracowanie przedstawiające kompletnie nie znane postacie zarówno z historii jak i z literatury. Autor dobrze przedstawił historię, ewolucję i niepopularne jak dotąd sposoby jak radzić sobie z krwiopijcami. Wprawdzie nie znalazłem żadnej wzmianki o tym, że łowcy wampirów nosili bycze skóry, ale spodobało mi się zwrócenie uwagi na czosnek i to, że rozwija się on odwrotnie do faz księżyca, co sprawia, że przez wieku przypisywano mu apotropeiczne właściwości. Dużo ciekawostek w książce (tak poza tym). Najbardziej do gustu przypadły mi historie o Draculi, o tym jak kazał zabić leniwą żonę pewnego chłopa za nieróbstwo, o tym jak (Polak potrafi)ł siebie ocalić, o turbanach przybitych Turkom do głów! Tak trzymać panie hrabio! W sumie to legendy o hospodarze, a nie hrabim, ale co tam ...

Jedynym minusem w całej pracy wydaje mi się zapełnianie tekstu historią. Jest to w niektórych przypadkach kompletnie bezsensowne i mam wrażenie, że na siłę wydłużać ma ilość stron.

Podobają mi się wnioski autor na temat współczesnego image wampira i tego, że jest on marnym cieniem swojego poprzednika. Cóż, wampirom przypisuje się refleks rozmaitych problemów – starego człowieka pożądającego młodej pięknej kobiety (np. niektóre wizje hrabiego Draculi), lesbijki (Carmilla), kobiety nienawidzącej młodszych i piękniejszych (Elunia Bathory), pedofila-pederasty (Vardelek) etc. Teraz to wszystko sprowadziło się chyba do jednego. Ale nie martwmy się, może za niedługo kino zacznie wracać do starych dobrych trendów. Tyle, że filmu Coppoli nic i tak nie przebije. 

Książkę polecam! 
 

czwartek, 4 stycznia 2018

„Księga Smoków Polskich”


Wracamy z wnętrza umysłu na ziemie polskie. Tym razem na piedestał wystawimy sympatyczne lub mniej sympatyczne, jedno lub wielogłowe gady, które terroryzują okolicę, w jakiej się zagnieździły. Dokładnie jak dresiarze. Spotykamy śmiałków, którzy sprytnymi sposobami je pokonali. Najczęściej było to podrzucanie im barana zatrutego różnymi chemicznymi składnikami. 

Już chyba wiem dlaczego trudno spotkać smoka w XXI w. – wszystkie od razu by wyginęły od zatrutego jadła. Nawet dziewice skażone są chemią do tego stopnia, że mają problem z rozrodczością. A co ze smokami wegetarianami lub weganami? Rolnictwo padło w naszym kraju więc czym niby się gadziny mogłyby raczyć? Na szczęście (lub raczej nieszczęście) w naszym kraju są mężczyźni, których trudno od dziewic odróżnić ... może sam wygląd powoduje, że omyłkowo bierzemy ich za dziewice. Te kiteczki na głowach ...  

„Księga Smoków Polskich” to kolejny legendarz z ilustracjami Witolda Vargasa i Pawła Zycha oraz tekstami autorstwa Bartłomieja Grzegorza Sali o smokach, a także ich krewnych: gryfach, meluzynach, olbrzymich niedźwiedziach, pająkach i rybach. Nakładem wydawnictwa Bosz twórcy zabierają nas w świat legend o smoczych królach, śmiałkach, spryciarzach, królach, książętach czy innych „herosach”. 

Niektóre historie wydawały mi się bardzo polskie, kiedy czytając je znajdowałem spore aluzje do baśni, klechd z jakimi zapoznawałem się będąc dzieckiem. Podróżujemy zatem po naszym kraju i jego historycznych obszarach i walczymy ze smokami, próbujemy ukraść im skarby, uciekamy przed wężami, wcielamy się w bohatera Reszka i walczymy ze zbójami, przywracamy do życia umarłych. Rewelacyjny polski folklor opatrzony charakterystyczną, baśniową narracją i ślicznymi obrazkami. 

Warto posiadać egzemplarz w swojej domowej demonotece! Praca do przeczytania na raptem dwie godziny. Gorąco polecam!

środa, 6 grudnia 2017

Kamil Kajkowski "Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian"


Przenosimy się myślami w czasie i w przestrzeni nad teren Bałtyku. Konkretnie do czasów przedchrześcijańskich Pomorców. W podróż zabiera nas praca "Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian" Kamila Kajkowskiego. Generalnie jest to kompilacja wcześniejszych artykułów autora wydana  w formie książki. Czytamy m.in. o bogach, rytualnej dekapitacji, dzikach, psach, pochówkach, diabelskich kamieniach, ofiarach z ludzi etc. Na piedestale stoi archeologia i znaleziska z obszaru Pomorza. Kajkowski porusza także inne bliskie fanom dawnej Słowiańszczyzny zagadnienia.

Przyznam szczerze, że od kilku lat trochę opuściłem się w studiach nad religią "Pra-Polaków" więc pewne teorie i źródła, na które powołał się autor były dla mnie poniekąd czymś nowym. Nie jestem w stanie wszystkiego zweryfikować, choć pracę oceniam jako bardzo rzetelną, napisaną na solidnych fundamentach. 

Jedyną wadą jaką dostrzegam w tekście (oprócz nagminnego "niemniej jednak") jest lekkie pominięcie przez Kajkowskiego wielu teorii. Autor jak to bywa (bo inaczej się prawdopodobnie nie da), porównuje znaleziska i informacje z kronik na temat Pomorza do wszystkiego co znamy z innych części Słowiańszczyzny. Jako miłośnik Panteonu Długosza stwierdzam, że nie uwzględnione zostało porównanie Białoboga do lechickiego Jessy i wschodniosłowiańskiego Peruna. Osobiście uważam, że jest to jedno bóstwo, a "biały bóg" to po prostu określenie Jessy. Zdaje się, że ten dualizm dokładnie omawiał Andrzej Szyjewski w "Religii Słowian". Podobnie np. przy Trygławie-Welesie można by trochę popisać o św. Mikołaju jako o folklorystycznej pozostałości po dawnym kulcie. Takie braki trochę osłabiają wartość merytoryczną pracy - autor sprawia wrażenie jakby na siłę próbował stworzyć nowe teorie, pomimo, że wiele starych przekonało zarówno środowisko badaczy jak i rodzimowierców i są na dobrą sprawę nie do obalenia. Jest to jak dla mnie na siłę próba stworzenia nowej wizji dawnej religii naszych przodków. 

Czytało się przyjemnie, choć książki z zakresu archeologii nie wpływają korzystnie na moją grupę krwi. Jest za to dużo ciekawostek na temat historii, religii i obyczajowości przedchrześcijańskich Słowian. Dobre odświeżenie tematu. 

Polecam jako ciekawostkę!

sobota, 14 października 2017

Radomir Ristic „Balkan Traditional Witchcraft”




“Pogańska w żyłach płynie krew,

Kapłanki, wino, taniec, śpiew

Zasadę w życiu mam full fill –

if You harm none do what thou wilt”

Fragment utworu pt. “Wiccanica”, który już tutaj raz zaprezentowałem. Tak gwoli przypomnienia, po moich tegorocznych wakacjach w Bułgarii czuję stale klimat Bałkanów.


Po ciekawym wykładzie znanej artystki, Mariny Abramovic możemy kontynuować temat z jednej strony nam daleki, z drugiej bardzo bliski. 

Z dumą mogę w końcu to napisać - jestem wśród swoich! Odnalazłem coś, czego stale szukam - magię Słowian, którą można zaadoptować do współczesnego czarownictwa. A może nawet nie musimy iść w stricte wiccańskim kierunku? Może pójdziemy w stronę SlavicCraft? Letz fajnd ałt! Jakkolwiek mało słowiańsko by to zabrzmiało:

In the most potent and powerful names of Tartor and Muma Padura!

Wiem, ale nie tylko gimby „nie wiedzo o co ranuje...”

Praca „Balkan Traditional Witchcraft” Radomira Ristica to opis czegoś co zaliczylibyśmy do jednej z podgrup współczesnego czarownictwa znanego jako czarownictwo tradycyjne. Pod lupę wzięty został bałkański obszar geograficzno-kulturowy. Autor opisał głównie praktyki Serbów, Wołosów (głównie Arumunów), ale wspomina także o innych Słowianach (Chorwatach, Bośniakach, Bułgarach, Słoweńcach) i pozostałych mieszkańcach tego regionu (m.in. Albańczyków). Na piedestale stoją Serbowie. 

Praca pełna ciekawostek. Nie wiedziałem, że południowosłowiańsie czarownice były też wampirzycami. Może współczesne fluffy bunny gothki nie są tak oryginalne jak im się to wydaje. Dzięki Risticowi poznajemy bałkańskie miejsca sabatów czarownic: Klerk, Slivnicę, Grintavec czy Rogaskę. Już chyba wiem gdzie się wybrać w przyszłe lato na wakacje. Pierwszy raz spotkałem się z opisem rytuału z wykorzystaniem czarnego kocura, ale nie polecam nikomu go praktykować. Nie wiedziałem, że łowcy wampirów nosili bycze skóry. By wilk nas nie zjadł prosimy go by został naszym „ojcem chrzestnym”. Czarny koń nie przeskoczy nad grobem wampira. By samemu nie stać się wampirem po tym jak inny nieboszczyk nas użarł wystarczy dotyk miotłą z jałowca. Czytamy o pogańskich korzeniach święta Andrzejek, które autor łączy z Welesem. Trudno mu racji nie przyznać nawet z naszego regionalnego punktu widzenia. Jest też ciekawa rozkminka na temat symboliki liczby 44 – niby prezentować ma magiczną liczbę prawosławnych świętych. A więc prawdopodobnie nie tylko rymy do  „bohatery” odgrywały u Mickiewicza ważną rolę. A już najstraszniejszą jak dla mnie ciekawostką było to, że dzieci urodzone w sobotę będą widziały czarownice, duchy i inne tego typu istoty. Kurcze, nie ukrywam, że podobno w ten dzień tygodnia się urodziłem. No czarownicę nie jedną w życiu widziałem. Z duchami bywało różnie. A już historie o nagich kowalach w liczbie dziewięciu kłujących razem amulety czy nagich kobiet odprawiających rytuały płodności nasuwają pewne skojarzenia. Podobnie jak rytualne tańce w prawą i w lewą stronę. Historie o sabatach, na czele których stał człowiek z żółtą brodą. Albo postać ubrana na zielono z czerwoną czapką ... Dawniej miałem problem z pogodzeniem pewnych zachodnich wzorców czarownictwa z lokalnym słowiańskim pierwiastkiem duchowym, teraz widzę, że wszystko do siebie pasuje jak ulał. Czyżbyśmy mieli podstawy do stworzenia nowego religijnego systemu?

Przejdźmy do meritum sprawy. Widzimy siebie w drewnianej chacie, gdzie na środku znajduje się palenisko, a nad nim łańcuch. Siedzimy przed ogniem nago, przypięty mamy tylko pasek, a na nim przyczepioną kusturę; rytualny nóż z czarną rękojeścią zrobioną z rogu barana. Na łańcuchu widzimy głowę koguta. Nasze rekwizyty rytualne oczekują nas w torbie zrobionej z koziej lub rzadziej owczej  skóry (alternatywa dla „magicznej szafeczki”, o której istnieniu nie tak dawno temu się dowiedziałem ...).

No cóż, nie mam w domu paleniska, a przed mikrofalówką robić tego samego nie zamierzam. No na upartego może, włożę kogoś do kuchenki na tradycyjne, trzy zdrowaśki i na wszelki wypadek ustawię czas grzania na 20 minut. Mikrofale robią swoje w takiej magii ... A już tak zupełnie poważnie. Interesujące są szkoły magii prezentowane przez Radica. Branie pod uwagę tylko dwóch z czterech kierunków świata, silny synkretyzm kulturowy i religijny. Autor niejednokrotnie porównuje praktyki bałkańskie ze znanym nam współczesnym, zachodnim czarownictwem co w moim odczuciu jest olbrzymim plusem dla tego przedsięwzięcia. Ma to jednak pewną wadę, np. inicjacje wiccańskie, na które się powołał przypominają te w starogardneriańskim stylu. Od czasów Gardnera wiele się zmieniło. Urocze jest doszukiwanie się wspólnych elementów kultu Boga i Bogini z wicca w kulcie Tartora czy Mumy Paduri. Tyle, że to bardziej duchy natury niż bogowie. Ale gdyby się tak dobrze przyjrzeć im i porównać z Hernem w takiej postaci jakiej znamy go z serialu o „Robinie z Sherwood” w interpretacji Pana Richarda Carpentera to koncepcje gdzieś tutaj się nachodzą na siebie. 

Praca pełna jest ciekawostek, które nam Polakom z jednej strony powinny być jako Słowianom bliskie, z drugiej jako praktyki z oddalonego o ponad półtora godziny lotu samolotem drogi są praktycznie odległe, a przez to bardzo egzotyczne. Uważam dzieło Ristica za jedno z ciekawszych opracowań tematu współczesnego czarownictwa, które dla nas Polaków i dla naszych czarownic może stać się jednym z głównych źródeł inspiracji rozwijania nowej, słowiańskiej duchowości. Lektura obowiązkowa. Także dla wiccan.