Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2018

"Superpamięć" Trening z Kevinem Trudeau


"Superpamięć" Trening z Kevinem Trudeau to jedna z propozycji rozwijania zmysłu zapamiętywania. Co by dużo nie pisać, oparta o metody skojarzeniowe. Z jednej strony ma sens, z drugiej jakby wszystko komplikuje. Dobrym atutem tej pracy jest zwrócenie uwagi, jakie artykuły spożywcze szkodzą pamięci - zwłaszcza, że są to cukry i produkty z mąki pszennej. 

Zalecanego treningu nie wykonywałem w pełni; przyznam się szczerze, bo chyba nigdy bym tej książki nie przeczytał. Ale faktycznie podstawowe rady pierwszych rozdziałów uświadomiły mi, że pamięć mam lepszą niż myślałem.

Trudeau pomija wiele wątków ważnych dla funkcjonowania umysłu i sprawia wrażenie, jakby podchodził do tematu bardzo ogólnie. Mam tu na myśli np. unikanie nadmiaru światła monitorów. W sumie praca adresowana jest do przeciętnego zjadacza chleba, więc zbyt wiele kwestii pobocznych autor nie rozwija.

Kojarzenie czarownicy z liczbą 13 to obraza moich byłych uczuć osobistych. Chociaż może coś jest na rzeczy? To faktycznie pechowy temat. A już powiązanie jej z kołowrotkiem podczas zalecanych ćwiczeń prowadzi mnie w jakiś obsesyjny trans wizualny. 

Pół na pół!

poniedziałek, 22 października 2018

Nicholas Kardaras, Ph.D. "Dzieci ekranu. Jak uzależnienie od ekranu przejmuje kontrolę nad naszymi dziećmi - jak wyrwać je z transu."


"... Co więcej, nieustannie rosnąca liczba badań klinicznych wiąże technologię ekranu z takimi zaburzeniami psychiatrycznymi jak ADHD, uzależnienia, niepokój, depresja, nadmierna agresja czy nawet psychoza. Najbardziej jednak może szokować fakt, że najświeższe badania techniką neuroobrazowania ponad wszelką wątpliwość pokazują, że nadmierna styczność z ekranem może neurologicznie zniszczyć rozwijający się mózg młodej osoby w taki sam sposób jak uzależnienie do kokainy. 
Otóż to - mózg dziecka pod wpływem tej technologii (jarzących się ekranów) wygląda jak mózg pod wpływem narkotyków. (s. 14)."

Zdaje się, że odkryłem kolejny element układanki przedstawiającej mój niedoskonale działający umysł. Ten budzi jednak grozę bardziej niż inne. 

Bardzo często zastanawiamy się, jak to jest, że ciągle siada nam koncentracja? Jesteśmy pobudzeni i jednocześnie wykończeni. Nie możemy się nad niczym skupić. Mamy niekontrolowane napady złości.

Do tej pory byłem przekonany, że to pewien natłok informacji płynący z portali społecznościowych typu Facebook jest za to odpowiedzialny. Teraz już wiem, że nie tak do końca. 

W pracy doktora Nicholasa Kardarasa poznajemy rewelacyjny opis życia młodego pokolenia i jego następstwa. Warto jednak zwrócić uwagę, że do starszych ludzi, którzy tylko siedzą z laptopem na kolanach pasuje on równie idealnie.


Winę za nasze problemy z uczeniem się, zapamiętywaniem ponoszą monitory. Telewizor, gry komputerowe, laptopy, tablety, telefony komórkowe ... Ich hipnotyczne, jarzące światło wyżera z nas energię niczym pasożyt. A co gorsza, nie jesteśmy tego w pełni świadomi. Podobnie jak i tego, że nieustanne korzystanie z nich to zwyczajny nałóg porównywalny z uzależnieniem od narkotyków, hazardu czy alkoholu.

Przerażające jest dla mnie to, że jadąc na wakacje widzę ludzi, którzy zamiast korzystać z plaż, chodzić po miastach i zwiedzać to siedzą w hotelach i spoglądają w błyszczące smartfony. Ja jadąc za granicę nawet nie szukam dostępu do sieci - podróżuje, żeby od tego wszystkiego odpocząć. 

Kultowy film pt. "Zwiedzanie Wenecji". 

Kardaras pokazuje przykłady uzależnień od telefonów, omawia eksperymenty z odłączeniem się od współczesnej technologii. Przedstawia przypadki maniaków gier komputerowych, którzy zatracili kontakt z rzeczywistością lub pozabijali rodzinę. Nie pominął hejtu. Zwraca także uwagę na podatność poszczególnych ludzi na ten problem i to, że czasem Internet przyczynia się do rozwoju depresji, osamotnienia i metamorfozy kontaktów z rówieśnikami by nie rzec - jej rozpadu.

Okazuje się, że technologia wcale nie jest taka cudowna jak  nam się wydaje.
  • Autor dowodzi, że absolutnym błędem jest wprowadzanie tabletów czy komputerów do edukacji dzieci. Prawda jest taka, że inaczej czyta nam się teksty wydrukowane na papierze, a inaczej wszelkie z monitorów. 
  •  Nie jest prawdą w pełni to co piszą niektóre portale, że "jako ludzkość debilniejemy i nie potrafimy przeczytać dłuższych artykułów w sieci ograniczając się tylko do nagłówków". Prawdą jest to, że ekrany męczą nasze umysły w specjalny sposób, przez co przeczytanie tego samego online co w wydaniu papierowym jest trzy razy bardziej męczące. Dziwne? A tak to po prostu jest.
  • Nie jest prawdą, że tablety czy urządzenia do klikania są dobre. Rozwijamy inne partie mózgu pisząc dłonią a zupełnie inaczej nasz mózg funkcjonuje kiedy tylko pstrykamy palcem w jeden punkt. Jak niby w ten sposób mają rozwijać się dzieci w szkole?  

Mnóstwo intrygujących ciekawostek. Karadaras opisuje jak rannego żołnierza leczono grami co działało jak morfina. Spodobał mi się cytat "wcześnie robi się późno". Nowym pojęciem jest dla mnie Efekt Tetrisa, sytuacja, w której na skutek nadmiernej ilości godzin grania w gry, braku snu, człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Ludzie sikają do słoików lub noszą pieluchy, żeby nie odchodzić od gier. Podobne kwestie omówione zostały w książce Piotra Szaroty "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". Co się okazuje, dzieci wynalazców chodzą do szkół m.in. waldorfowskich, a ich rodzice celowo nie wprowadzają ich w arkana stworzonej przez siebie technologii gdyż doskonale zdają sobie sprawę z tego, do czego ona prowadzi. Autor wprowadza także terminy "zombiefikacja" oraz "dystopijne społeczeństwo", które moim zdaniem mówią same za siebie w precyzyjnym opisie ludzkości. Dzieci seksualizowane a dorośli zachowujący się jak quasi-nastolatkowie to także ciekawa wzmianka. Cytacik:
" ... Dr Dunckley zaobserwowała, że wszystkie dzieci ulegają wpływowi na pewnym poziomie. Nawet te z tak zwanym "umiarkowanym" obcowaniem z ekranem wykazują oznaki "subtelnego uszkodzenia", takiego jak chroniczna drażliwość, zaburzenia koncentracji, ogólny marazm, apatia czy często stan bycia "podłączonym i zmęczonym" (czyli pobudzonym, ale zmęczonym). (s. 160-161)
Nic dodać, nic ująć.

Teraz pozostaje inny problem. Co zrobić skoro technika weszła nam tak głęboko w krew? Ciężko jest nam nie sprawdzać e-maili, zaglądać co u znajomych na Facebooku czy nie wchodzić na YouToube'a. Myślę, że wszystko jest stworzone dla ludzi, ale, żeby nie kisnąć w sobie, nie zwariować należy ograniczać życie internetowe do minimum. 

Moje nowe wyzwanie - unikać technologii nawykowo czy nałogowo. Chwila rano, chwila wieczorem. Nie więcej niż godzina. Znajomi zapraszają mnie do udziału w życiu forów, stron etc. Niestety czuję, że muszę im odmawiać. Stopniowo będę musiał rakiem się od tego oddalać. Może pewnego dnia, uda się to w ostateczności? Ciort wie.

Książkę polecam wszystkim! Zwłaszcza bystrym inaczej politykom, dyrektorom szkół i innym wielce oświeconym ludziom, którzy publicznie głoszą, że "dzieci powinny od najmłodszych lat poznawać tablety w szkołach". Każdy szanujący się nauczyciel absolutnie nie przyjmie takiej opinii bezkrytycznie.

Klasyczne metody nauczania okazują się być najlepszymi! Powróćmy do nich, starych programów nauczania. Precz z postępem! Viva conservativia!

środa, 3 października 2018

Urszula Jakubowska "O naturze preferencji politycznych. Perspektywa psychologiczna"


Jak najprościej sprowokować konflikt? Rozpocząć dyskusję o polityce! 

Nie od dziś wiadomym mi było, że ludzie w rzeczywistości nie kłócą się o to, kto ma rację, czy o to, który polityk będzie lepszy, tylko o różnice w sposobie wychowania, jakie ich spotkało za młodu. Czy tylko tyle? Teraz już wiem, że nie.

"O naturze preferencji politycznych" to niedługie acz wciągające opracowanie na temat wyborów światopoglądów politycznych. Na początku autorka mierzy się z problematyką klasyfikacji tego zjawiska.

Niestety nie jest łatwo dzielić umownie ludzi na prawicę i lewicę gdyż jak wiemy, zarówno pod względem wizji gospodarki jak i norm obyczajowych wszystko się maksymalnie wymieszało. Czasem jest to tylko kwestia tego, kto chce dojść do władzy i czyje głosy mu będą potrzebne. Ponadto pojęcia różnie są definiowane; Jakubowska podkreśla m.in., że amerykański liberalizm to odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.

Następnie poruszone zostają dalsze kwestie celem rozwikłania tej zagadki - na poglądy polityczne może mieć wpływ nie tylko wychowanie i najbliższe środowisko domowe, ale i grupy rówieśnicze, geny, doświadczenia ... Wszystko by tutaj pasowało.

Podoba mi się to, że Jakubowska opisuje temat od A do Z stroniąc od pokazywania pewnych wzorców jako tych "dobrych" a innych jako tych "złych" co nagminnie czynią dzisiejsze propagandowe media. Wykorzystanie dobrego, obfitego stanu badań umożliwiło autorce dojście do odpowiednich wniosków i omówienie temat kompleksowo.

Dużo ciekawostek, a to dla nich czytamy przecież książki.

Mam wrażenie, że autorka jak wielu innych stosuje pojęcie "faszyzm" jako synonim nazizmu. Nie cierpię tego!

Interesujące, jeśli ktoś ma uprzedzenia do Żydów, ma je też do innych nacji (s. 26). No ze swojej strony przyznam, że nie do aż tak wielu. oprócz Cyganów reszta to już całe rasy, grupy religijne czy mniejszości odstające od norm. Mało w tym innych narodów.

Tak się czasem zastanawiam, wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że mój światopogląd polityczny jest bardzo synkretyczny. Wszystkie odcienie konserwatyzmu (90%), trochę tego o czym tutaj nie napiszę (nie chcę, żeby moi wrogowie to wykorzystali przeciwko mnie), trochę nawet humanizmu (nie sprzeciwiam się aborcji, daleki jestem od Kościoła katolickiego) ... To teraz jakie ja mam geny, doświadczenia, grupę rówieśniczą?
Stwierdzono, że im większe nasilenie orientacji na dominację społeczną, tym m.in. większe nasilenie postaw rasistowskich, nacjonalistycznych, niechęci do imigrantów, seksizmu, poparcia kulturowego elitaryzmu i ideologii merytokratycznej, polityczno-ekonomicznego konserwatyzmu, opresyjnego prawa  (surowych kar za przestępstwa i kary śmierci), militaryzmu, niechęci wobec polityki rządu zmniejszającej dyskryminację osób homoseksualnych, polityki wyrównującej szanse grup upośledzonych społecznie itp. (s.94-95).
No i spoko. Tylko czy ja dążę do jakiejś dominacji społecznej? Po prostu borykam się z problemami codzienności, które powyższa lista świetnie by rozwiązała. Chociaż może:
Orientacja na dominację społeczną jest skutkiem wychowania "zimnego", zdystansowanego (unaffectionate) i osobowości nazwanej za Eysenckiem (1954) twardością umysłową, która w ujęciu Duckitta charakteryzuje się takimi cechami, jak brutalność, cynizm, niezdolność do wybaczania, bezwzględność itp. Świat jest postrzegany przez takich ludzi jako rywalizacyjny, w którym panuje prawo silniejszego na podobieństwo darwinowskich praw dżungli. Główny cel motywacyjny to osiągniecie wyższości i dominacji w relacjach społecznych. Ludzie ci są nadwrażliwi na zagrożenia dotyczące potencjalnej zmiany struktury społecznej - układu sił, jak również statusu społecznego.  (s.101)
No nieźle! Siliniez w pastylce politycznej. Ale zaraz, dalej czytamy:
Ich przeciwieństwem są osoby zorientowane na równościowe relacje społeczne. Jest to efekt wychowania w ciepłej atmosferze uczuciowej, okazywaniu miłości i akceptacji. W takich warunkach kształtuje się osobowość nazwana zgodnie z typologią Eysencka (1954) umysłowością miękką, wyrażającą się w cechach uprzejmości, współczucia, opiekuńczości, wybaczania itp. osoby te charakteryzują się przekonaniem, że świat jest oparty na współpracy i harmonii. Ich główny cel motywacyjny to altruistyczna troska o innych (Duckitt, 2001). (s. 101)
Acha! To już wiem, co jest przyczyną choroby lewackiej - zbyt dobre życie i zbyt wysoka uczuciowość. Tylko, że z tego się właśnie rodzi marazm i bezmyślność, która cechuje zachodnie narody. Na efekty długi czekać nie trzeba. Widzimy po statystykach gwałtów, terroru itp.

Psueodkonserwatyzm - ciekawe pojęcie (s.26-27), pasowałoby do mnie, podobnie jak konserwatywny-liberalizm, konserwatyzm, Alt-Right. Podobnie jak wyznawanie wartości sprzecznych -  wolność i równość, ale nie nazwałbym ich pro-systemowymi.

Nie zwróciłem uwagi, że "lewicowcy" są niby bardziej tolerancyjni dla pewnych zjawisk, ale mniej tolerują opozycję polityczną. Gdzie ta Wasza tolerancja lewaki?

Z książki dowiedziałem się też, że tylko prawicowcy są autorytarni, ale im większy poziom wiedzy na temat historii i polityki to i większy poziom autorytaryzmu. No i właśnie, kto się zna - ten wie. Kto się nie zna żyje wyimaginowanymi wizjami rzeczywistości.
 
Nie znałem pojęcia "postawy punitywne" oznaczające czynności dążące do zmniejszenia zagrożenia obywateli. Dobrze je znać, bo przydatne w dyskusjach.

Cóż dla prawicowców świat ma strukturę pionową góra, środek, dół. Dla lewicowców świat ma strukturę poziomą. I weź teraz wszystkie zwierzęta umieść w jednej sferze ... Co z tego będzie? Nic dobrego.

Książka rewelacyjna, podobnie jak inne z tej serii. Gorąco polecam!

piątek, 28 września 2018

Robert L. Leahy "Pokonaj depresję, zanim ona pokona ciebie"


Ze mną już nie wygra. Jej dobre chęci spełzły na niczym. Zdrowie zwyciężyło. Tylko, czy aby na pewno? W sumie to nie kupowałbym tej książki gdyby wszystko grało jak należy. 

Depresja to przerąbana sprawa, a kto przez nią przeszedł na pewno moim słowom nie zaprzeczy. Stan jak we śnie - nic nie możesz, każde wyjście z domu to kłopot, jesteś wiecznie rozkojarzony, nie możesz się skupić nad czytanym zdaniem, pamięć ci siada do tego stopnia, że kiedy idziesz do sklepu to po wejściu już nie wiesz po co przyszedłeś, budzisz się w nocy i nie śpisz, separujesz się od znajomych ... Wyrwanie się z tego to po prostu makabra, bo zasadniczo nie wiesz co się dzieje i jak to pokonać. Ale udało się! 

LAUVIAHU PROWADŹ! 

"Pokonaj depresję, zanim ona pokona ciebie" to poradnik dla osób cierpiących na to ***** (cenzura nakazuje, nie nazywać rzeczy po imieniu w tym miejscu) jak radzić sobie z tym ****** (tu też) i stopniowo wracać do mentalnej kondycji umysłu. 

Przyznam szczerze, że o ile teraz jestem w stanie to przeczytać to wiele lat temu nie byłoby prostym zadaniem tak się po prostu z tego leczyć ćwicząc to czego Leahy uczy. Warto jednak próbować. 

Kluczem jest poznanie przyczyn depresji. Każdy klucz coś otwiera w tym przypadku bramy świadomości.
W swojej pracy Leahy przytacza wiele ciekawostek.
Psycholog Jean Twenge odkryła, że wzrost zachorowań na depresję w ciągu ostatnich 50 lat ma związek z postępującą indywidualizacją jednostek i rozluźnieniem więzi społecznych. W XIX w. prawie nikt nie mieszkał sam. Dzisiaj prawie 26% gospodarstw domowych to gospodarstwa jednoosobowe. (s. 13)
Jednym z niefortunnych zjawisk w społeczeństwie amerykańskim w okresie ostatnich 30 lat jest spadek zainteresowania organizacjami, takimi jak kościoły, związki wyznaniowe, kluby, koła zainteresowań. Stajemy się narodem jednostek odizolowanych od siebie nawzajem. (s. 214)
No i właśnie. Postęp i idee współczesności. Nic dodać, nic ująć. 

Uwielbiam to stwierdzenie:
... w nauce zawsze znajduje się coś, czego się akurat nie szuka. (s. 19)
Urocza historia:
Wiele lat temu profesor Uniwersytetu Yale wysłał artykuł do pewnego czasopisma naukowego. Otrzymał recenzję od redaktora, który twierdził, że tekst jest przeciętny i bezużyteczny.  Nie zmieniwszy ani słowa, profesor wysłał artykuł do innego czasopisma, którego redaktor odpisał: "To będzie klasyk w swojej dziedzinie". (s. 127)
Typowe!

Prawdą jest, że chorzy na depresję prowadzą niezdrowy styl życia. Pamiętam kilka butelek coli dziennie, do tego kakao, dwie tabliczki czekolady ... Dzień bez tego byłby dniem straconym. 

Przywracanie negatywnych myśli to tzw. ruminacja. Dobrze, nie znałem tego pojęcia. 

Prawdą jest też, że przy depresji trudno jest nam dokonać jakichkolwiek wyborów i podjąć decyzję o czym także wspomina Leahy. 

Wadą książki jest to, że zaczyna się robić nudna, średnio co dwadzieścia stron przerwa wskazana. Na początku też nagminne "ta książka pomoże ci jak ...". Można cholery dostać.

Pytanie tylko czy da się wyrwać z tego stanu samemu? Moim skromnym zdaniem (a mam w tym zakresie odpowiednie doświadczenie) - nie! Robert L. Leahy przytacza niby jakieś przykłady, że może być na odwrót. Osobiście uważam, że bez odpowiedniej psychoterapii, a potem zmiany stylu życia i przekonań to raczej mało wykonalne. 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Piotr Szarota "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji"


Świat się zmienia. Czujemy to w powietrzu. Czujemy to w wodzie. Czujemy to w cyberprzestrzeni. Co on nam jednak przynosi w relacjach z innymi ludźmi? Na to pytanie stara się odpowiedzieć Piotr Szarota, autor pracy "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". 

Książka opisuje wiele tematów, mniej lub bardziej poruszanych przez badaczy współczesności. Na piedestale stoi kwestia przyjaźni. I faktycznie, jak to zjawisko się zmienia! Dążymy coraz bardziej do bycia samotnymi, skazanymi wyłącznie na swój telefon/ laptop. Ludzi zastępujemy zwierzętami, robotami, sztucznymi lalkami ... Tworzymy awatary i funkcjonujemy w wirtualnym świecie zaniedbując wszystko dookoła. Spada przyrost naturalny, spada ilość małżeństw ... Co się z tą rzeczywistością dzieje i w jaki kierunku ona w ogóle dąży? 

Szarota omawia szczegółowo ten temat prognozując nam nieciekawą przyszłość. Problemy natury seksualnej, ucieczki od rzeczywistości, zmiany obyczajowe ... Tak, tak drogie dzieci, ciągle to powtarzam, że ucieczka od konserwatywnej rzeczywistości do niczego dobrego nas nie zaprowadzi. Nowoczesność i postęp to w rzeczywistości zacofanie, skrzywienie i degrengolada. Gadające lalki, umierające zwierzaki w tamagotchi, agencje do wynajmu przyjaciół ... 

Człowiek jest zwierzęciem stadnym a wszelkie próby zmiany tego będą jak usilne udowadnianie, że 2+2=5. Błąd! Tak nigdy nie będzie. Ludzie noszą pampersy, żeby nie musieli przerywać gry i tracić czasu na wizytę w toalecie ... W Korei rodzice tak byli zaangażowani w świat wirtualny, że zaniedbali dziecko, które zmarło z głodu. Inny człowiek choć miał żonę i dziecko to dodatkowo "żonaty był z inna osobą z sieci, z którą żyje w alternatywnej rzeczywistości", z którą non-stop był w kontakcie. Z kolei jeden ojciec nie mógł zaakceptować faktu, że jego syn miał sztuczna lalkę zamiast żywej partnerki. Wyimaginowani przyjaciele to niby domena dzieci, a okazuje się, że i dorośli je tworzą. To nieliczne przypadki degrengolady, które Szarota przedstawia jak przykłady rzeczywistości współczesnej.
Cacioppo przekonuje, że potrzeba kontaktów społecznych jest w nas na tyle silna, że osoby samotne dążą do tworzenia relacji tzw. relacji paraspołecznych, których przykładem może być przywiązanie do bohaterów seriali, mogą też traktować jak ludzi swoje psy czy koty. Wyniki prowadzonych przez jego zespół badań przekonują, że konsekwencje samotności w wieku dojrzałym są dramatyczne. Poczucie izolacji od innych wpływa na pogorszenie funkcjonowania poznawczego, powoduje zaburzenia snu, podnosi ciśnienie krwi, zwiększa poziom kortyzolu (hormonu stresu), zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, zwiększa ryzyko depresji i obniża samopoczucie (s. 5).
To już mówi samo za siebie.

Na pewne rzeczy człowiek nie zwracał dawniej uwagi np. serial "Przyjaciele", który przedstawia dorosłych ludzi używających życia zamiast dążenia do klasycznego kierunku. 

Zastanawia mnie też kwestia gejsz, którą przy okazji omawiania kultury Japonii autor pomija zwracając uwagę na tradycjonalizm w życiu tego narodu, a omawia problem agencji przyjaciół.

Książka pełna jest ciekawostek, miejscami wręcz przeraża wizją nowoczesności. Zebrane kompendium rozmaitych ciekawostek, których dobrą cechą okazuje się być fakt, że zdajemy sobie sprawę z tego co się dzieje z ludzkością. Ale czy to się kiedyś skończy? Czy wrócimy do dawnej rzeczywistości? Sam wstęp pracy dał mi jasno do zrozumienia, że warto było ją kupić. Oczywiście co chwila pada nazwisko znanego badacza współczesności prof. Zygmunta Baumana (Rest In Piss!) jednak jego wnioski wydają się tutaj sensowne. 

Gorąco polecam!

sobota, 18 sierpnia 2018

Elisabeth Kübler-Ross „Śmierć. Ostatni etap rozwoju”


No cóż, trochę nawywijałem. Więc Śmierć przyjdzie za pewne do mnie szybciej niż norma przewiduje. Oni mi tego nie podarują. No, ale skoro zasłużyłem ... Szkoda. Jestem za młody, żeby umierać. Paradoksalnie do niedawna myślałem ciągle o śmierci. Moje życie było więc niejako wpisane w kulturę śmierci. Co za życie? Jakie życie, taka śmierć. Przygotujmy się zatem na jej wizytę. Napije się Pani kawki? 


Do Hallowe’en jeszcze czas. Może w tym roku sam będę straszył po domach? Tylko kto by się mnie bał? Zeszłoroczne doświadczenie w Święto Duchów jasno obaliło wiele moich lęków o braku istnienia życia po śmierci. I bardzo dobrze. Nie mam się czego bać. Najgorzej, że po swoim zgonie mogę spotkać osoby, z którymi za życia miałem na pieńku. Na szczęście po śmierci ludzie się zmieniają, a samemu wyjściu z ciała towarzyszy uczucie błogostanu, braku nerwów, lęku etc. Jest surrealistycznie, ale też dziwnie. No cóż, inny stan egzystencji. Ale nie tym się teraz zajmijmy.  


Elisabeth Kübler-Ross to światowej sławy badaczka tematu śmierci, zwłaszcza z jej socjologicznej perspektywy. Praca „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” to kilka rozdziałów na temat śmierci w poszczególnych religiach (nie zbyt wielu), historie osób, które zetknęły się z agonią bliskich lub same doświadczały powolnego procesu umierania i wysuniętych na ich bazie kilka porad i wniosków.

Z głównymi tezami autorki i poradami jestem w stanie się zgodzić.
Narzucamy sobie formy ukształtowane dla nas przez nasze rodziny, naszych pracodawców, przyjaciół i publiczne wizerunki, aż przestajemy być sobą i stajemy się karykaturą wizerunku kogoś innego. Tracimy kontakt z tym, czym i kim tak naprawdę jesteśmy. Tracimy kontakt ze świeżością i energią płynącą z tej „oryginalnej” świadomości nas samych, naszych własnych potrzeb, naszych własnych wyborów. (s. 237)
Trudno się zatem nie zgodzić, że tym sposobem człowiek umiera powoli. Tylko co, kiedy czasem paradoksalnie nie może o niczym sam stanowić? Ale warto zachować tę prawdę. Ludzie się dziwią, że czasem uaktywniam swoją superpersonę i jestem jaki jestem. Jestem sobą, lub przynajmniej tym co drzemie w moich najgłębszych instynktach.
Kiedy  dojrzewamy, obawa przed utratą relacji z innymi ważnymi dla nas osobami jest większa niż strach przed utratą własnego życia. Jesteśmy zwierzętami, które myślą o sobie w kategoriach związków z innymi ludźmi. Jesteśmy z gruntu istotami społecznymi. I nie potrafimy zerwać naszych wzajemnych więzów bez stania się bezwartościowymi. Ponieważ najważniejsze dla nas wartości skupiają się w naszych relacjach z innymi, śmierć oznacza dla nas koniec związków z innymi albo „brak łączności duchowej”. (J. Haroutunian, cytat za opisywaną w niniejszym poście książką, s. 230)
To także wiele tłumaczy. Czasem nawet w prosty sposób – nie dogadujemy się z innymi, pragniemy odejść z tego świata. Zgodzę się także z główną tezą Kübler-Ross, że tylko używanie życia i to, jeśli wszystko w nim osiągniemy da nam spokojną śmierć. Gorzej tylko jak nie możemy tego wszystkiego osiągnąć. Wtedy śmierć wywołuje przerażenie. Nawet Antek LaVey o tym pisał. 


Cóż, praktycznie życie mam za sobą. Mój czas mnie (zdaje się) dogonił, nie wiem jak długo jeszcze pożyję i co mnie za chwilę spotka? W sumie nic nie osiągnąłem, a ciągle jestem w tyle. Z drugiej strony mam wielu wrogów. A jak nie masz wrogów to znaczy nic w życiu nie osiągnąłeś. Dziwnymi zasadami świat się rządzi.

Książka z jednej strony wciąga, może właśnie te historie o zgonach młodych ludzi wciągają i ranią za jednym zamachem. Może właśnie ten fakt, że nie przeżyli oni wszystkiego tak jak powinni powoduje to dziwne uczucie. Przedwczesna śmierć, nieprzejście do kolejnych etapów (tak rodzą się demony w naszym folklorze), ryty przejścia – inicjacje ... Ech zaczynam znowu fiksować na myśl o pewnych tematach. 

Lektura może zainteresować rozmaitych tanatomaniaków, samobójców czy nekrofili, ale generalnie jak to praca z zakresu socjologii – ciekawy temat podany w nudny, niestrawny sposób. Warto się z nią zapoznać jako ciekawostką by wiedzieć, że w życiu trzeba coś osiągnąć i się spełnić.

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

środa, 3 stycznia 2018

Christine Preißmann "Asperger. Życie w dwóch światach."


Kilka razy w życiu zdarzyło mi się, że pewne osoby zapytały mnie wprost czy jestem "Aspergerowcem"? Hmmm ... Przyznam, że pytanie to zaskakiwało mnie przez dłuższy czas, bo niby dlaczego? Co w ich opinii łączy mnie z tym czymś?

Asperger to jakaś odmiana autyzmu - a czy ja sprawiam wrażenie osoby autystycznej? Nie tak dawno temu oglądnąłem sobie wszystkie odcinki "Atypowego" dostępne na Cda.pl. Pewne cechy Sama zdecydowanie bym u siebie dostrzegł, ale do ciężkiej cholery - no już może bez przesady!
  • Uśmiechać się potrafię. Patrzeć w oczy ... no w sumie też, acz nie zawsze. Miałem takie dni że nie wychodziło mi to łatwo. Czasem coś mnie blokowało nawet przed podaniem ręki. 
  • Ludzie zastanawiają się dlaczego np. nie mam w sobie empatii do innych? Dlaczego potrafię mijać umierającą osobę na chodniku i się tym nie przejmować? 
  • Dlaczego jestem taki aspołeczny? 
  • Dlaczego wolę popołudnia spędzać sam w domu i dlaczego nie mogę długo przebywać w czyjejś obecności. 
  • Nie cierpię jak się mnie dotyka, albo moich rzeczy. 
  • Lubię tylko jeden temat w życiu jakim jest pogaństwo we wszystkich jego odcieniach. Mało na jakikolwiek inny potrafię dyskutować. Albo zawsze zmierzam w jego kierunku w jakiejkolwiek rozmowie. 
  • Zastanawiam się także, dlaczego muzyka tak rozprasza moją uwagę i powoduje problemy z pamięcią i koncentracją przez następnych kilka dni? 
  • A już czytanie wyrazów twarzy innych ludzi? Jak mi ktoś czegoś nie powie wprost to trudno jest mi się domyśleć. Zwłaszcza jeśli chodzi o kobiety. 
  • A związki? To już w ogóle nie temat dla mnie. Przytulanie mnie wkurza. Nie lubię mieć kogoś przy sobie zbyt długo. Bliżej mi do żywota pustelnika. 
  • Nie lubię publicznych wystąpień. 
  • Musi być tak jak ja chcę! Tu moja bezkompromisowość się odzywa.
I teraz nie wiem czy pewne cechy mam wrodzone czy nabyte na drodze negatywnych życiowych doświadczeń?

Ostatnio zrobiłem sobie Internetowy test, w którym na 50 pytań uzyskanie 33 punktów już mogło świadczyć o Zespole Aspergera. Uzyskałem ich aż 37. Ale to wciąż tylko test. Z takich testów można wiele wywnioskować a diagnoza może być zupełnie nietrafiona.

No i kurde jak jest w końcu? Mam Aspika czy nie mam Aspika? Oto jest pytanie.


Gros moich problemów wynika niby z zupełnie innych powodów. A może jednak ich podstawą jest Zespół Aspergera lub przynajmniej jego umiarkowana postać?

Od niedawna zacząłem drążyć temat szerzej. Teraz sięgnąłem po książkę  "Asperger. Życie w dwóch światach" autorstwa Christine Preißmann. Są to krótkie biografie kilku aspergerowców i praktyczne rady jak pomagać takim ludziom. Próbowałem w tym dziele przede wszystkim znaleźć refleksję siebie i generalnie różnie z sukcesami na tym polu bywało. Muszę przyznać, że dalej tkwię w punkcie wyjścia - niby tak, a niby nie.

Też mam straszną awersję do przebywania długo z innymi ludźmi. Przez lata borykałem się z problemem ciasnego pokoju i niemożliwością wręcz posiadania własnej przestrzeni. W sumie to do dzisiaj marzę tylko o własnym domu. Wszyscy mi życzą żony, miłości i innych rzygowin. Chyba bym żonę zamordował po kilku dniach życia pod wspólnym dachem. Dlaczego mi zatem wszyscy życzą tak źle? Choć i aspergersony żyją w związkach i podobno żyje im się dobrze. 

Awersja do większości sportów? W sumie podobnie do bohaterów książki też jedynie kręci mnie pływanie, jazda na rowerze bo do siłowni się wręcz przymuszam (ataki podagry zrobiły swoje - nikt mnie tak nigdy solidnie nie zmobilizował). 

Co do porad to znowu widzimy różnicę w mentalności Niemców i Polaków. Kto się w naszym kraju przejmuje jakimś Zespołem Aspergera? Traktują Cię wszyscy jak zwyczajnego obywatela i tradycyjnie wymagają więcej niż jesteś w stanie osiągnąć. To raczej powinno być usuwane z polskiego tłumaczenia by nie drażnić polskich aspików jeszcze bardziej. Drugą wadą pracy Preißmann jest to, że używa ona pojęć "autyzm" i "Asperger" zamiennie, niczym synonimów, przez co do końca nie wiem czy to jedno i to samo, czy raczej jedno to skrajna postać drugiego. 

Niczego konkretnego się nie dowiedziałem, a porady jak zwykle nie na nasze nerwy. Książki nie polecam, uważam to za typowe porady, z którymi nie wiadomo co robić, zdecydowane obce naszej mentalności.

niedziela, 13 sierpnia 2017

dr Suzana E. Flores „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi”




Wiele badań naukowych wykazało, że ludzie, którzy spędzają masę czasu na tym portalu, mają większą skłonność do depresji, niepokoju i obniżonego poczucia własnej wartości. Dlaczego więc nie staramy się trochę tego ograniczyć? Ponieważ bez wątpienia Facebook ma poważnie uzależniający składnik. Podczas badania przeprowadzonego dla Retrevo, internetowej strony konsumenckiej specjalizującej się w elektronice, zapytano użytkowników mediów społecznościowych, jak często zaglądają na strony takie jak Facebook i Twitter. Wykazano, że nasze mózgi uwalniają zastrzyk dopaminy, gdy tylko zachwyci nas konkretny status. To wywołuje poczucie euforii. Uzależniamy się od tego dopaminowego haju i zaglądamy na Facebooka w pogoni na nim. Kochamy ten serwis i nienawidzimy go niczym narkoman narkotyk. Chcemy spędzać na nim mniej czasu, ale nie potrafimy. Nie możemy się doczekać, aż opiszemy każde wspaniałe doświadczenie, jakie staje się naszym udziałem. Potrzebujemy naszej dawki Facebooka. I dopóki nie znajdziemy jakiegoś innego sposobu na zajęcie naszych myśli, on nadal będzie naszym narkotykiem z wyboru. Facebook nie tylko wpływa na nasze decyzje, ale także przeobraża nasze mózgi. (s. 217-218).

Pamiętam, że nie tak dawno temu czytałem na jakiejś stronie internetowej artykuł poświęcony szkodliwościom jakie rodzi Facebook. I w sumie nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na samym końcu eseju znajdował się link reklamowy „polub nas na Facebooku”. To tylko udowadniało, że zawarta w nim treść była prawdziwa ... 

O tym, że życie na portalach społecznościowych wzięło nad nami górę nie od dziś wiadomo. Podobnie jak to, że owe magazyny wirtualnych dusz działają w dwie strony, z których ta negatywa może dać się silnie odczuć ... 

Sam zaczynałem od Naszej Klasy, a skończyłem z sześcioma (obecnie) kontami na Facebooku. Tyle, że ta liczba spowodowana jest niedoskonałością tego portalu i złośliwościami jakie ten socjalistyczno-komunistyczny judoetwór wywiera na naszą codzienność. Tak więc przez jedno konto przeglądam strony o wicca, współczesnym czarownictwie, druidyzmie etc. Przez drugie i trzecie moderuję swoją stronę. Przez czwarte przeglądam politykę i sytuację rozmaitych środowisk meta politycznych. Przez piąte oglądam fotografię artystyczną. A szóste to moje oficjalne konto. Bany i inne zabawy spowodowały u mnie zmianę taktyki życia w sieci. Nie mam zwyczaju trollowania czegokolwiek. Co najwyżej zgłaszam po cichu posty. Nie zawsze to jednak skutkuje. Jestem już weteranem życia na kultowych witrynach, ale przyznam szczerze – większość z nich mnie już znudziła. Zaczynam odkładać tego typu sprawy na bok. To doświadczenie mam powoli za sobą – lepszy rower, basen i książki. 

Problem z portalami społecznościowymi jest jak dla mnie głównie taki, że osoby mojego pokroju preferują wąskie grono odbiorców najczęściej o podobnych poglądach religijnych, politycznych, gustach muzycznych, zainteresowaniach etc., a są oni rozproszeni po różnych miastach, państwach czy regionach. I to rodzi kłopot, bo niby jak się z nimi inaczej komunikować? Jestem na Facebooku dlatego, że:

- otrzymuję wieści o interesujących mnie wydarzeniach, środowiskach, wydawnictwach muzycznych czy naukowych, badanych grupach,
- mam możliwosć czatu z wszystkimi w łatwy sposób (nie muszę dodatkowo instalować na dysku jakichś przeżytków w rodzaju Gadu-Gadu),
- nie muszę płacić więcej za rozmowy z osobami, wystarczy załatwienie wszystkiego na fejsowym czacie włącznie z przesyłaniem plików,
- kiedy dzieje się coś ciekawego, to nie będę dzwonił do setki osób, tylko wyślę im zaproszenie do wydarzenia na Facebooku
- wiem, kiedy kto ma urodziny,
- jestem na bieżąco z tym co słychać u znajomych, których latami nie widziałem (ale jak napisałem wcześniej jest to sprawą drugorzędną, cieszę się, że mogę utrzymywać znajomość dalej, ale nie jest to najistotniejsze),
- wszystko co mnie interesuje informuje mnie samo o tym na bieżąco – nie muszę skakać po portalach i śledzić. Czasami znajomi podrzucą coś krążącego aktualnie na topie,
- wszystko mam w kupie, zarówno znajomych jak i informacje na różne tematy, nie muszę wszędzie szperać, 

Facebook uzależnia mnie generalnie swoimi praktycznymi aspektami.


Należy jednak brać pod uwagę i drugą stronę medalu, która opisuje dr Suzana E. Flores w swojej bestsellerowej publikacji „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi”. Owe magazyny dusz niestety stają się źródłem konfliktów, upokorzeń, przyczyną samobójstw, pożywką dla stalkerów i innych osób, które wertują nasze strony, żeby zdobyć informacje na nasz temat, by następnie wykorzystać je przeciwko nam. Byli kochankowie śledzący się bez przerwy to tylko przykład. Flores omawia dobrze znane sytuacje i zmierza ku słusznemu wnioskowi, że dzięki mediom społecznościowym najczęściej nie pokazujemy siebie, lecz próbujemy stworzyć swój wizerunek – doskonali na zdjęciach, przedstawiający sytuacje, których wszyscy mogą nam pozazdrościć (wakacje w drogim kurorcie, duży dom, nowy samochód etc.). Działanie Facebooka czy Twittera to podświadoma zmiana sposobu życia, a także niestety pewien czynnik kumulujący niską samoocenę, depresję i inne przypadłości nałogowe, z którymi borykamy się jako ludzie XXI w. Rzeczone portale powinny być oknem na świat a stały się celem samym w sobie. Mamy już jasne przykłady uzależnień, tylko jeszcze nikt tego nie zaczął leczyć:
Chociaż IAD [Internet Addiction Disorder – przypis Siliniez] nie jest aktualnie przyjętą jednostką chorobową, badania wykazują, że może wywoływać określone objawy, takie jak wyraźne cierpienie, zmiany nastroju, tolerancja, głód, upośledzenie wyników zawodowych i akademickich oraz życia towarzyskiego. IAD kojarzony jest również z depresją, zachowaniami samobójczymi, zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, zaburzeniami odżywiania, zespołem nadpobudliwości z deficytem uwagi oraz używaniem alkoholu i narkotyków. (s. 218).
Flores opisuje ciekawe przypadki, których dostarczyli jej respondenci. Nękanie, siedzenie do rana spoglądając w główny wall, zamieszczanie czyichś zdjęć bez zgody, a następnie wynikłe z tego sytuacje. Niestety ludzkość miejscami się zezwierzęciła, i nie trzeba na to dużej ilości dowodów. Przypadła mi do gustu wypowiedź osoby przedstawionej jako „Angie”:
Angie, 27 lat
Detroit, Michigan
Wolę Facebooka od seksu. Mogę sobie wyobrazić, że nie uprawiam miłości przez tydzień, ale wizja tygodnia bez fejsa jest nie do pomyślenia. Potrzebuję go. Nie wiem, jak wyglądałoby bez niego moje życie. (s. 270-271). 
Autorka książki omawia też interesujące nas zjawisko np. FOMO, lęk przed pominięciem jakiejś istotnej informacji, która wszyscy już znają. Albo hiper-dodawanie jak największej ilości znajomych. Niestety, pewne rzeczy to już choroby umysłowe, tylko jak to w tych czasach bywa, nikt tego głośno nie mówi, a pewne style życia wydają się być wszystkim normą. Dowartościowywanie się za pomocą lajków, komentarzy, liczby znajomych etc. 


Flores też udziela rad jak korzystać mądrze z Fejsa. I powiem, że jest to pozytywny atut tej książki. Ja sam mam konta pozamykane, a wpisy widzą już konkretni znajomi, po tym, jak da się to ustawić za pomocą konkretnych opcji. Ale za słuszne uważam stwierdzenie, że  im więcej chcemy udostępnić jednym, tym więcej chcemy by inni tego nie widzieli. Lepiej pozwólmy naszym przyjaciołom, żeby wiedzieli o nas tyle, ile byśmy chcieli, żeby wiedzieli o nas nasi wrogowie. I tak będzie najbezpieczniej. 

Książkę polecam, choć dziwnie jest pisana. Myślę, że czasem autorka niepotrzebnie z jednego zdania robi dwa, ponadto zastanawia mnie w polskim tłumaczeniu raz zwracanie się do czytelnika jak do mężczyzny, a raz jak do kobiety. Niemniej warto przeczytać by uświadomić sobie jak głęboko w szponach nałogu możemy się znaleźć. Wirtualny świat stał się klatką, tylko ludzie tego nie dostrzegają. Ale cóż, wszystko ma swoje dwie strony.

sobota, 6 maja 2017

Paweł Zaborowski "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe"


Nie ukrywam, że było mi dane w życiu poznać kilku zadeklarowanych "magów chaosu". Niestety owi przedstawiciele nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia - zapamiętałem ich jako skończonych idiotów, którym się wydawało, że posiedli wiedzę o wszechświecie, a przy okazji myśleli, że są nieźle wyluzowani... Ale mniejsza z tym. 

Natrafiłem na rzetelne opracowanie tematu, które wyszło z rąk religioznawcy Pawła Zaborowskiego. "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe" to kolejne dzieło, którego możliwość podziwiania zawdzięczamy wydawnictwu Black Antlers. Zaczyna się klasycznym syndromem prac XXI w., autor omawia wszystkie możliwe definicje znanych terminów. Potem przechodzi do kwintesencji tematu; przedstawia szczegółowo historię, doktrynę magii chaosu, strukturę organizacyjną Zakonu Iluminatów Thanaterosa i rytualne praktyki. W końcu główny temat przemielony zostaje przez kwestie, które umownie zaliczyć należy do obszaru badań socjologii religii. Tutaj przeplata się m.in. wątek New Age, nowej duchowości, scjentyzacji nauki etc.

W moim odczuciu Zaborowski rozpracował cały problem od każdej możliwej strony; wyczerpująca ilość zagadnień, definicji, nazwisk nie pozostawia żadnych złudzeń; od psychologii po dominującą w rzeczonej pracy socjologię. Praca pisana jest przystępnym językiem, wszystko co trzeba punkt po punkcie. Dokładne przedstawienie założeń magii chaosu sprawia, że temat ten wydaje się bardzo czytelny. 

W zasadzie książka mogłaby być swoistego rodzaju podręcznikiem dla adeptów. Przedstawiając pewne kluczowe aspekty tego systemu w świetle badań religioznawczych wiele zarówno "tajemnic" jak i zagadnień czy praktyk staje się jasnych nawet dla osób niewtajemniczonych. Choć nie jest to żadna "Liber Al ..." mniemam, że dla studiującego temat magii i okultyzmu czarownika znającego tylko podstawy magii chaosu jest to dobre kompendium rozwijające wiedzę w tym zakresie także o dodatkowe ciekawostki. 

Pozycja wyczerpująca i wiele wyjaśniająca, jak można ją podsumować. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Gorąco polecam!

niedziela, 18 września 2016

Michał Wawrzyniak "Hejtoholik. Czyli jak zaszczepić się na hejt, nie wpaść w pułapkę obgadywania oraz nauczyć zarabiać na tych, którzy cię oczerniają"


Temat tzw. "internetowego hejtu" stał się jednym z czołowych zainteresowań badaczy wielu dziedzin, a także dziennikarzy odkąd dzięki sieciowym portalom, forom ludzie mnóstwo kwasu zaczęli wylewać na głowy innym. Stwierdziłem, że skoro to temat na topie warto go poznać od jakiejś szerszej strony. Ponieważ nie miałem ostatnio szczęścia do ciekawych książek postanowiłem dla rozrywki przeczytać sobie coś lekkostrawnego. W Matrasie przypadkowo znalazłem pracę Michała Wawrzyniaka pt. "Hejtoholik. Czyli jak zaszczepić się na hejt, nie wpaść w pułapkę obgadywania oraz nauczyć zarabiać na tych, którzy cię oczerniają". Stwierdziłem, że zaryzykuję. 

Stare powiedzenie mówi "nie oceniaj książki po okładce". Ale na przyszłość może warto zapoznać się z informacjami na niej zawartymi. Duży błąd, że nie dokonałem tego. Biję się w pierś. Następnego dnia jadąc rano do pracy w tramwaju zacząłem czytać o autorze: "... Silna, charyzmatyczna osobowość, budząca skrajne emocje. Jest człowiekiem biznesu, filantropem i kimś, kto postanowił przekazać innym swój unikalny sposób widzenia świata (pod warunkiem, że zaakceptowane zostaną forma i styl jego pracy) ..." I od razu wiedziałem, że pieniądze wydałem na marne. Z doświadczenia wiem, że stare powiedzenie o krowie, która dużo ryczy sprawdza się w stu procentach, zwłaszcza kiedy czyta się takie "CV" i od razu widzi z jakim typem człowieka ma styczność. I tu się nie pomyliłem. 

Zweryfikowanie takich deklaracji z reguły długo nie trwa. Zapoznając się z treścią "Hejtoholika" mogłem szybko się przekonać, że wertuję książkę napisaną przez człowieka, który przeszedł w życiu przez piekło i dzięki temu wie wszystko najlepiej i wszystkich będzie pouczał. Przypomina mi to ględzenie starych babć, takie "niemądre bycie mądrym". I tutaj większych różnic nie widzę.

Ale nie! Ja się na to nie nabiorę. Żeby coś wiedzieć trzeba także przeczytać wiele mądrych książek, znać celne uwagi, ciekawostki etc. Mieć się czym podzielić oprócz smutnych wspomnień, jak to mnie wszyscy bili.

Moje główne uwagi:
1) Z ponad dwustu stron można było spokojnie zrobić góra sto. Książka to niemiłosierne lanie wody, rozrzucanie tekstu na siłę z wielkimi odstępami na kolejne strony. Mniej papieru by się zmarnowało.
2) Cała ta praca nie zawiera prawie żadnych naukowych wzmianek. Nieliczne uwagi, które autor zamieścił można bez problemu znaleźć w sieci. Nie ma żadnej polecanej bibliografii. 
3) Nie widzę w tej książce żadnych praktycznych porad, żadnych skutecznych sugestii, a nawet sposobu radzenia sobie z "hejtem". Pustosłowie i zero praktycznego podejścia. Zalecenia autora przypominają sposób walki z terrorem w Belgii - malowanie chodników kredą.
4) Autor pod pojęciem "hejt" i "hejterzy" wrzuca do jednego wora wszystko co możliwe - hejt internetowy, gnębienie słabszych przez silniejszych, narzekanie na szefa w pracy etc. Nie wiem jaki to ma sens? Czym innym jest problem gnębienia słabszych przez silniejszych w szkole, czym innym narzekanie na warunki pracy a czym innym sytuacja kiedy ktoś komuś robi zdjęcie i wrzuca na ośmieszające portale.
5) Pokaźna liczba wulgaryzmów zawarta w tej książce sprawia, że nie wiem do kogo jest ona adresowana. Do złośliwych hejterów? Oni jej i tak nie przeczytają. Do młodych ludzi, którzy są gnębieni? Czy taki zasób słownictwa robi na takich pozytywne wrażenie? Mnie osobiście język stosowany przez Wawrzyniaka pełen łaciny kuchennej i zapożyczeń z angielskiego zwyczajnie zniechęcił. 
6) Pewne przytoczone historie są jak dla mnie zupełnie nie na temat.

Autor nie zaimponował mi praktycznie niczym. Może zgodziłbym się tylko z jednym jego pomysłem odnośnie wyłączania możliwości komentowania na pewnych stronach. Ale czy to załatwiłoby problem? Nie sądzę, ale jest to temat na dłuższą dyskusję.

W całej tej pracy dostrzegam tylko próbę autolansu autora i prowadzonej przez niego działalności. Zdecydowanie jego książki nie mogę polecić. Uważam, że jest po prostu słaba.