Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 lipca 2017

Dayal Patterson "Black Metal. Ewolucja kultu"


DECEM ANNO

I pomyśleć, że to już dziesięć lat minęło od pamiętnego roku, w którym to obroniłem pracę magisterską pt. "Neopogańskie idee Varga Vikernesa". W tych samych dwunastu miesiącach  przeżyłem też pamiętny koncert swojego ulubionego zespołu w Nottingham. Na tę chwilę czekałem aż siedem lat bo wcześniejszej możliwości inicjacji w misterium prawdziwego zła nie miałem. Jakiś czas potem dokonałem jednej z najsmutniejszych czynności w swoim życiu - ściąłem włosy. To akurat było podyktowane łysieniem. I to wszystko wydarzyło się w 2007 roku. I pomyśleć, aż tyle wody w Wiśle upłynęło ... 

Przy okazji pochwalę się, że na dziesięciolecie pamiętnych wydarzeń nabyłem w Empiku "Władców Chaosu" Moynihana i Søderlinda. Pisząc magisterkę dysponowałem płytą z książką w wersji pdf, gdzie każda strona sfotografowana została osobno. I to w wersji anglojęzycznej. Załatwił mi ją kolega: Marcin - po dzień dzisiejszy wysławiam Twoje imię! Jeśli czytasz tego posta, to wiedz, że ten chwalebny czyn przeszedł do historii! Dziś z tytułu sentymentów wzbogaciłem swoją kolekcję lektur o nowe wydanie rzeczonej publikacji, tym razem polskojęzyczne. Pewnie za jakiś czas do niej zaglądnę, choć czytać w pełni i recenzować jej tutaj nie zamierzam.
Moja praca magisterska zadedykowana była:  
Wszystkim „Prawdziwym”, których nie zmienia czas
Tylko jak to przetłumaczyć na angielski? Nie mam pojęcia bo "Prawdziwym" nie miało równać się z tymi "true", tylko tymi, którzy pomimo upływu lat nie mówią, że "... już ich to wszystko znudziło ...", " ... już dawno od tego odeszli ..." etc. Czy mnie znudziło? Nie! Co najwyżej wykończyło, ale jednak z pewnych przyczyn jedną nogą tkwię w tym dalej. Chyba fakt, że sięgnąłem po pracę Dayala Pattersona jest tego najlepszym dowodem.

BLACK METAL
 
"Black Metal. Ewolucja kultu" to grube arcydzieło, prawie pięciuset stronicowe przedstawiające historię muzyki metal - głównie zespołów, które odegrały największą rolę dla black metalu jako protoplaści, mistrzowie i odstępcy od klasycznych norm. Pełna mroku, zła, Szatana, mizantropii, bólu i zdjęć pozycja dogłębnie opisuje dzieje muzyków z wielu krajów, ich biografie i problemy z nagrywaniem albumów, poświęceniem dla sprawy i rezultaty. 


I tak kiedy sobie czytałem o pierwszych grupach od razu włączał mi się fetyszystyczny stosunek do kaset i płyt, które gromadziłem, a które teraz znajdują się w piwnicy (nie oddam! Nie sprzedam! Fak of! Fuk, fuk!). Te analogowe brzmienia ... te urocze okładki ... tak samo te płyty, które przeszły do historii ... Kiedy słuchałem muzyki ze sprzętu audio pamiętałem doskonale gdzie się który utwór zaczyna, jak daleko muszę przewinąć. Pamiętałem perfekcyjnie skład zespołów etc. Dziś w erze YouTube, nawet nie pamiętam tytułów ulubionych ścieżek. Tak nas niszczy socjalistyczno-komunistyczny świat ...

Patterson przeprowadził całe mnóstwo wywiadów z elitą black metalu, a przynajmniej tymi panami, którzy jeszcze żyją. No właśnie! Kobiety zostały prawie zupełnie zepchnięte na margines i nikt nie narzeka na dyskryminację. Black metal jest domeną mężczyzn! Panie mogą co najwyżej słuchać. Tego im nie zabronię. To zbyt okrutne. 

Czytamy o wielu skandalach i poświęceniach. Po latach stwierdzam, że moja magisterka wcale nie zawierała jakichś strasznych, merytorycznych błędów. Prawdą się okazuje być to, że z kości Ohlina koledzy zrobili sobie amulety na pamiątkę, a zwłok chcieli spróbować, tylko za bardzo były zepsute. Nie wiedziałem też nic o licznych podpaleniach kościołów w Polsce. No może za wyjątkiem tego jednego z Woli Justowskiej, który właśnie jest odbudowywany. To co dzieje się w Norwegii to i w Polsce też się zdarza. W Rosji pod cerkwie podkłada się ładunki wybuchowe u nas raczej stosuje styl klasyczny. Nie wiedziałem też o licznych samobójstwach w tym gronie. Doszły mnie słuchy o raptem kilku. Z interesujących mnie osobiście zagadnień była fascynacja tematem wicca Cronosa z Venom, Nocturno Holocausto z Beherit czy Daniego Filtha z Cradle of Filth. Ten cytat o rysowaniu nauczycieli na szubienicach coś we mnie obudził. Chłopaki uwielbiam Was! Z resztą, kto jak kto, ale chyba Cradle of Filth zagrał najwspanialsze pod względem klimatu piosenki o czarownicach - gotyk, erotyzm, historia, piękno, okrucieństwo świata stopione w jedną całość. A to, że Manheim ocalił kościół przed spaleniem uważam, za przecenienie więzi kulturowych. A przynajmniej w jego towarzystwie wzajemnej adoracji Szatana. A to, że wielu muzyków miało rasistowskie wypowiedzi? I to jeszcze z zespołów niepodejrzewanych o to jak mój ulubiony? No proszę! Panowie ubóstwiam Was! A już poświęcenie się trzynastoletniego wokalisty Shining, który sprzedawał się pedofilowi, żeby mieć pieniądze na realizację swoich celów ... Bezcenne. Tak wygląda wyższa idea.

Pozycja zdecydowanie najlepsza jak do tej pory spośród tych na temat ciężkiej muzyki, które miałem okazję czytać. Kompilacja wielu zachowanych materiałów i informacji, wywiadów rodem z zine'ów oraz unikatowych zdjęć. Pisana jest bardzo neutralnie, Patterson pozwolił zawsze wypowiedzieć się obu stronom wielu konfliktów, choć mam wrażenie, że centralną pozycję w historii stanowi tak na prawdę Euronymous i jego śmierć. Widać, że wiele wydarzeń oscylowało wokół jego postaci, a jego przyspieszone odejście zmieniło znacznie scenę metal na świecie. Poznałem ciekawostki na temat wielu zespołów, o których wcześniej tylko dochodził mnie słuch, że istnieją. 

Swoją drogą dawniej nie zwróciłem uwagi, że większość metalowych boysbandów była "true" z założenia. Jako fan tego zepsutego, komercyjnego metalu po prostu słuchałem tego co mi się podoba, a wszelkie ideologie nie grały dla mnie większej roli. Dostrzegłem jednak pewne analogie w kwestii podziemia do mojego ulubionego życiowego tematu. Jedni się w tym zatrzymali, inni z czasem od tego odeszli, jeszcze inni dopiero po wielu latach od tego odchodzą, nieliczni obłudni próbują dalej w tym być ... Takie to znajome, ale nie będę wyjaśniał o co dokładnie mi chodzi. 

"Black Metal. Ewolucja kultu" to wręcz obowiązkowa biblia dla wszystkich spod szyldu długich włosów, czarnych ubrań i ciężkich butów. Gorąco polecam! 

poniedziałek, 22 maja 2017

Jordan Babula "Sabaton. Lwy północy"

"... Z naszego punktu widzenia trasa z Therion i Grave Digger jest szczególnie ważna z innego powodu. To na niej bowiem Sabaton zawitał po raz pierwszy do Polski. I to aż na dwa koncerty - 13 lutego w Klub 38 w Krakowie i dzień później w warszawskiej Stodole." (s. 72)

Zaraz, zaraz. Nie tak hop! Po kolei! 

Ale może od samego początku.  Otwieramy "Pamiętnik czerwonego pantoflarza!" (Black Martens Diary). Poprosimy o reminiscencję!
................................................................................................................
13 luty 2007 r., Kraków 

W końcu wraz z Arkiem dotarliśmy na miasteczko studenckie. Oczywiście kiedy u celu naszej wędrówki sprawdzała nas ochrona grał już pierwszy support. Tak więc chyba jedna czy dwie piosenki nam przepadły. Czułem się stratny, ale to na szczęście wychodziłem z założenia, że to jakiś tam z pozoru zespolik, a nie gwiazda wieczoru. Tradycyjne powitania z szeregiem znajomych, których jak zwykle nie brakowało i pełna świadomość tego, że Klub 38 wypełniony był po brzegi widzami towarzyszyły w pierwszych chwilach po przekroczeniu bram. No i grał sobie pierwszy zespół. Podeszliśmy bliżej wsłuchując się w ich radosną twórczość. Nawet przyjemnie było. W ucho wpadały melodyjne, powermetalowe brzmienia. Zagrali kilka piosenek i nawet mi się spodobali. Szkoda, że człowiek nie znał ich wcześniej. Widownia średnio się bawiła, ale niestety tak to bywa kiedy większość przybyłych na koncert zna tylko główną atrakcję, którą był Therion. Po Sabatonie zagrał jeszcze Grave Digger, który choć uchodzi za klasykę gatunku dla wielu, nie przypadł mi osobiście do gustu (wiem, byli i tacy co przyszli głównie na ten występ). W sumie nawet Arek zgodził się z moją opinią co do wyższości zbroi ochraniającej stopę nad grobowym górnikiem. Już następnego dnia pamiętam, że poszukałem sobie w sieci kilku ich utworów. Najbardziej spodobał mi się "Light in the Black". No i po samym koncercie miałem okazję dowiedzieć się, że zespół nazywa się "Sabaton", a nie "Sabation" jak to błędnie przeczytałem na bilecie ... A i tak nazwę wiązałem z wyrazem "sabat" jak wiem z perspektywy czasu - mylnie.

Po latach mogę śmiało wyznać, że byłem na koncercie Sabatonu zanim stało się to modne. I to jeszcze na pierwszym, który zagrali w Polsce. Kindermetale, całować mój pierścień! 

Oczywiście o zespole długo było cicho zanim nagle media głównego nurtu nie poinformowały o amatorskim teledysku do "40:1" zamieszczonym na YouTube, który przekroczył znacznie przeciętną liczbę wyświetleń. I tym sposobem kosmiczny porządek został odwrócony. Polskie mainstreamowe media pokazały Polsce zespół metalowy. Ba! Nawet wyższy katolicki duchowy Sławoj Leszek Głódź wręczał metalowcom nagrody. Kurcze, ja czekam aż espiskopat wręczy zespołowi Kat statuetkę św. Cecylii za całokształt twórczości. Szok jak potraktowano w Polsce zespół grający metal. Honorowe obywatelstwo, reklama w telewizji, odznaczenia od władz państwa ... 

"Sabaton. Lwy północy" to oficjalna autobiografia zespołu Sabaton. Jordan Babula przeprowadził w niej wywiady z wokalistą Joakimem Brodénem i basistą Pärem Sundströmem. Dodatkowo przestrzeń wypełniają zarchiwizowane wywiady oraz zdjęcia. Wypowiadają się także inni członkowie zespołu. Historia, koncerty, działalność, sukcesy i porażki. Wiem już, którą linią lotniczą nie podróżować.

Sabaton, jak to Sabaton oceniam jako zespół grający dobrze, bo lubię melodyjne kompozycje. Podoba mi się muzyka, nawiązywanie w tekstach do historii. Jako metal-rencista nie mogłem wobec sprawy przejść obojętnie. Dlatego trochę poczytałem sobie o tym jaka to polska publiczność jest zadżebista. Nie nowość to dla mnie, acz muszę przyznać, że trochę się mentalność polskich metali popsuła w młodszym pokoleniu. Słyszałem też plotkę, że najlepiej bawi się Kraków i Śląsk, a najgorzej Warszawa. Trudno to stwierdzić, bo na koncerty i tak przyjeżdżają ludzie z różnych miast, ale chyba coś jest na rzeczy, bo pamiętam w wywiadzie jakiś wątek obił mi się o wzrok w tej kwestii. 

Zafascynowało mnie to, jak Szwedzi postrzegają Polaków, nasz stosunek do historii, wartości etc. I tu chyba faktycznie znowu pniemy się do góry na tle reszty kontynentu, który popadł w totalną degrengoladę świadomościową.

Irytuje mnie to, że biedaki wiecznie muszą się tłumaczyć, że śpiewają o historii, a nie propagują nazizm o co się ich notorycznie podejrzewa. I tu im współczuję faktycznie. Pierdolec społeczny pod tym względem jest ogromny i jest to jedna z gorszych chorób umysłowych XXI w. Pamiętam też jak czytałem o śpiewaniu hymnu w Szwecji. No to już jest dla mnie tragedia skończona. Ten kraj po prostu umarł śmiercią samobójczą ...

Trochę też drażni mnie to, że Polacy koniecznie chcą ze Szwedów zrobić swój narodowy zespół. Wprawdzie Sabaton zaśpiewał kilka piosenek o Polakach (lub tych wydarzeniach, gdzie grali oni główną rolę), no ale do cholery, bądźmy ludźmi. Niech Sabaton śpiewa o całym świecie, a nie tylko pod nas, dla nas, o nas.

Dużo ciekawostek, znajomych nazw zespołów i klimatów bliskich każdemu człowiekowi, który miał serce z metalu.

Fanom tematu polecam! Samo ZUO \m/

poniedziałek, 26 września 2016

"Roman Kostrzewski - Głos z ciemności"


ŁZA DLA CIENIÓW MINIONYCH 
(czyli osobiste refleksje, pewnie Cię one nie zainteresują, dlatego z łaski Szatana zjedź od razu do pogrubionego punktu następnego ...) 

Czerwiec 2002

A był to dzień gorący kiedy udałem się do "Zimy". Zaskoczył mnie widok jej włosów ciekawie ułożonych. Image niczym egipska faraonka, ale zastanawiałem się, jak z tak starannie przygotowaną fryzurą chce ona przeżyć nadchodzący koncert ... Matura zdana, można pozwolić sobie na chwilę luzu przed egzaminami na studia. Dotarliśmy pod Extreme o odpowiedniej porze. W końcu zjawił się Józek z totalnie spraną i wypłowiałą koszulką "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". Towarzyszył mu "Dzięcioł". Mnóstwo ludzi odzianych na czarno kręciło się pod klubem. Wiele znajomych twarzy ze szkoły, z knajpy, a nawet z osiedla. Upał i Sahara. Stoimy i czekamy. Towarzystwo radośnie się upijało dookoła profanując (bo trudno to inaczej nazwać) piosenki Kata. Garstka wiernych kultowego zespołowi fanów niecierpliwie oczekiwała na otwarcie bram. Emocje grały. Pamiętam jak kilka osób stało przy wąskiej uliczce pod Extreme, a kiedy przejeżdżał obok nich samochód pozorowali, że oponami przejechał im po nogach. Było śmiesznie. I niecierpliwie. Poszedłem po chipsy, ale to był błąd. Upał dawał we znaki, a świadomość tego co będzie pod estradą jeszcze bardziej podgrzewała ... Dwie godziny czekania. I krzyczenia: "Kurwa mać! Ile mamy stać!" ... No w końcu stało się! Otworzyły się ziemskie bramy. Bramy żądz! Wyszliśmy na płytę czekając na kolej rzeczy. Najpierw wyszedł jakiś tam zespół. Pamiętam, że wszyscy cierpliwie czekali aż wreszcie skończą, bo w końcu nie oni byli atrakcją wieczoru. Za chwilę zgasły światła ... Dym wypełnił salę ... Intro! ... Widać mgliste postaci wychodzące na scenę. "Oset!" krzyczeli co poniektórzy na widok sylwetki we mgle, którą przez sekundę rozświetlił reflektor. I ruszyło! 

 AlKATraz!!!

Z chmary dymu wyłonił się sam Romek Kostrzewski śpiewając pierwszą piosenkę z albumu "Error". Większego tłumu nie było, ale atmosfera była niezastąpiona. Romek po zagraniu pierwszego kawałka stwierdził: "Ponieważ na sali zrobiło się na prawdę gorąco, dlatego Panowie ściągają koszulki ... Panie ściągają biustonosze!" Oznajmił także, że oficjalnie ogłaszają konkurs, na największą ilość zebranych staników, a na antenie któregoś radia, ogłoszą, które miasto wygrało. I zabawa na całego! Pamiętam, że zapytałem "Zimy" dlaczego nie ściąga, ale odpowiedź i tak znałem patrząc na jej minę ... Większość panów zdjęła koszulki (jak zwykle należałem do wyjątków, bo po co wątłą klatę pokazywać, a już żeby było weselej zgubić gdzieś ją na sali, gdzie jeden glanem depta po drugim). Pamiętam, że Romek dostał piękne czarne stringi. Przez cały koncert z nimi stał i śpiewał. Na końcu zadeklarował, że "koszulki są do zwrotu i to też jest do zwrotu, bo potem stara z chałupy wywali ..." No obiecywał także, że w razie potrzeby przygarnąć może. Oczywiście kilka piosenek AlKATrazu, a potem cała reszta rewelacyjnych utworów Kata. To był koncert nad koncertami. Trzech oryginalnych Katów grało w AlKATrazie. Miała miejsce dedykacja jednego utworu dla zmarłego niedawno wcześniej "Fenrisa", osoby której nie miałem okazji poznać. Pamiętam tylko te krzyki "Fenris żyje, Fenris nie umarł!" ... Koncert nad koncertami! Tego się nie da zapomnieć ... 

Pół roku później

Już jako Kat z Piotrem Luczykiem! Teraz dla odmiany zimno! Wszyscy czekają na chłodzie. Stary slogan znowu uroczyście wznawiano: "Kurwa mać! Ile mamy stać!" Pełno znajomych i co ciekawsze u góry w Rotundzie koncert jakiejś gwiazdy ze spalonego teatru, chyba Renaty Przemyk, ale nie dam sobie głowy uciąć (żadnemu Katowi) - i przyszło na niego chyba 200 osób. A na dole w ciasnym Extreme koncert Kata, na który przyszło chyba ... 600 osób! Żeby było śmieszniej tylko ok. 250 biletów wydrukowano. Sajgon! Pamiętam Józka, Ewę, Włochatego, pamiętam kolegów z Apogheum. Pamiętam, że był Arek i koledzy z jego klasy. I jakoś wszedłem w końcu na ten koncert ... A reszta musiała czekać aż bilety dodrukują. Na koncercie złapałem doła, co mi trochę popsuło zabawę, ale w owych czasach było to normą. Do momentu aż wydźwignąłem się z depresji doły były non stop dzień w dzień przez następne lata. Jakoś przynajmniej starałem się szaleć. Pamiętam też jakąś wielką flagę, mokrą od potu, którą jakiś fan machał, a większość poczuła ją na ryjach. Romek miał katar, bo co chwila nos wycierał. A te wiadra zimnej wody w rozgrzaną publiczność ... Pamiętam pijanego Arka, który pojawił się na sali w środku koncertu, a który wcześniej z kolegami poszedł pić z rozpaczy wywołanej brakiem biletów. A to, że zapomnieli flaszkę wziąć ze stoiska świadczy dobitnie o tragedii, która mogła fanów Kata spotkać. Skapnęli się dopiero nad Wisłą gdzie poszli odreagować. Nagle padła informacja, że bilety dodrukowano. Dzięki temu część znajomych mogła wejść ... Pamiętam, że tym razem Romkowi ktoś rzucił czerwone gacie, ale jak on sam słusznie zauważył "metalówy takich nie noszą" ... Ale koncert również zapisał się w historii ... W każdym razie ten poprzedni wspominam lepiej. 

===
Fanem Kata zostałem odkąd usłyszałem "Łzę dla cieniów minionych", ze starej jeszcze kasety moich kuzynek. Wcześniej zespół ten kojarzył mi się z agresywnymi gnojami z osiedla. No, ale czasy się zmieniły. Stałem się wielkim fanem Kata, a bardzo dużo jego utworów przypadło mi do gustu. Na zdjęciu powyżej prezentuję cała zgromadzoną kolekcję prac Kostrzewskiego. Była też bluza "Oddech wymarłych światów" i koszulki "666" oraz "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". No, ale czas je posunął ... Jestem z tego pokolenia, które załapało się na reedycję kaset i płyt; winyli nie posiadam podobnie jak kultowych edycji kaset ze starymi, zabytkowymi okładkami. Muzyka Kata należy do wyjątkowej. Dołujące rytmy, które mi trochę prostowały nastroje w ciężkich dla mnie czasach. A teksty? Miejscami niezwykłe, miejscami dziwaczne. Na pewno ambitne. Uważam, że Kat ma w sobie więcej słowiańskości niż 99% zespołów, które rzekomo propagując idee pogańskie tworzą totalny chłam, w którym nie da się odczuć tego co powinno. Klimaty czarnych mszy i lat minionych. Kiedy słucham Kata czuję stare budynki, pozostałości po poprzednim systemie ... Jakoś tak to odbieram. 

GŁOS Z CIEMNOŚCI 
 (  Stop!   Tutaj miałeś/miałaś doscrollować!)

"Roman Kostrzewski - Głos z ciemności. Legendarny lider zespołu Kat w prowokującej rozmowie z Mateuszem Żyłą" to wywiad autobiograficzny, w którym znany polski muzyk, "Pierwszy Satanista RP" opowiada o swoim dzieciństwie, młodości, problemach w czasie Stanu Wojennego, relacjach rodzinnych, związkach, kłopotach na jakie natrafia artysta. Są też relacje z życia metalowego muzyka, na co wszyscy czekali najbardziej.

Po klimatycznym wstępie Łukasza Orbitowskiego i przedmowie Mateusza Żyły myślami przenosimy się na Śląsk w czasy PRL. Widzimy tamtejsze realia takimi jakimi one były. Romek opisuje rozmaite przeżycia, lepsze i gorsze, a także wnioski jakie z nich wyciągnął. 

Zaciekawił mnie wątek przekazów podprogowych w tekstach Kata. Jako człowiek o bardzo uduchowionej wówczas (na początku XXI w.) naturze zupełnie inaczej je odbierałem. Problemy codzienności, metafizyka, niezwykłe potencjały umysłu, zainteresowanie magią, czarownictwem, demonami i fascynacja poznaniem wyższych sił rządzących Wszechświatem zupełnie inaczej kierowały moje emocje ... Ale cóż, może dobrze, że człowiek nie był świadom pewnych spraw.

Zainteresował mnie wątek Jarocina, a nawet oglądając film o rzeczonym festiwalu łatwo dostrzegam, że ludzie dawniej byli zupełnie inni niż dzisiaj ...

Można też przyjąć że za pośrednictwem tego wywiadu Romek dementuje wszystkie plotki, jakie na jego temat krążyły; słyszałem, że jest gejem, że był księdzem ... Bzdury! Albo nadinterpretacja tekstów. 

Wywiad jest bardzo wyczerpujący. Pokazuje idola wielu koneserów porządnego grania jako zwykłego człowieka, a przy okazji mądrego, z zasadami, buntownika z wyboru, oczytanego i w przeciwieństwie do wielu maniaków - umiarkowanego w swoich postępowaniach. 

Gorąco Polecam!

czwartek, 5 lutego 2015

Igor D. Górewicz "Mieczem pisane. Odtwórcologia"


"Mieczem pisane. Odtwórcologia" Igora Górewicza to świetna książka, która pozwala nam  wyrwać się z szarych odcieni codzienności. Na dobrą sprawę, jest to zbiór artykułów autora opublikowanych wcześniej głównie w "Gazecie rycerskiej".

Choć sam w szeregi żadnego bractwa rycerskiego czy grupy rekonstrukcji historycznej nigdy nie wstąpiłem; nie dysponowałem ani czasem, ani innymi ważnymi ku temu środkami, przyznam, że uwielbiam przynajmniej raz w roku udać się na Rękawkę i cyknąć sobie kilka zdjęć w kolczudze ze szłomem na głowie. Czytając "Mieczem pisane" miałem okazję w pełni przenieść się myślami na rozmaite pikniki archeologiczne (zwłaszcza te, na które nigdy nie dotarłem jak np. doroczny Festiwal Słowian i Wikingów ma Wolinie) i poznać jak to wszystko wygląda od strony organizacyjnej. 

Muzyczne klimaty typu pogański / słowiański / wikiński metal też są mi znane od wielu lat. Sam fakt znajomości i nagrywania teledysków z Amon Amarth (dobra, byłem na ich dwóch koncertach i też ściskałem pieści z wokalistą!) czy Manowar wymuszają na mnie napisania publicznie znanego ze slangu młodzieżowego wyrazu: Szacun!

Górewicz opisuje swoje podróże przez rozmaite kraje Europy, uczestnictwo w festiwalach archeologicznych, prowadzenie rytuałów pogańskich, współpracę przy nagrywaniu filmów i teledysków. Miejscami przenosi nas w historię czasów barbarzyńskiej Europy, świata dawnych Słowian, Wikingów, Rzymian, Gotów etc. Opisuje stroje, uzbrojenie, zwyczaje, ale akcent i tak stawia na rekonstrukcję bitew. 

Podróże kształcą, o czym wiemy nie od dziś. Świetne opisy potraw islandzkich przyprawiły mnie o dreszczyk... Potrawy rzymskie też nie zachwycają.... Zaciekawił mnie motyw odprawiania rytuałów pogańskich dawnych Słowian podczas pobytu na jednym z festiwali wikińskich na Islandii. Potwierdza się to, co od dawna podejrzewałem prowadząc swój fanpage Slavic Paganism & Witchcraft na Facebooku; wbrew pozorom poganie z innych krajów interesują się tym, jak to zjawisko u nas wygląda i bardzo chętnie przyglądają się rytuałom w rodzimej wersji (nawet językowej). Trochę dywagacje na temat mitu Robin Hooda mnie nie przekonały - to zjawisko zbyt długiej dyskusji i nie wszyscy zgadzają się ze stanowiskiem autora. Jest to jednak ciekawa koncepcja. 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Max Adler "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia"



Ze wszystkich dotychczas skleconych przeze mnie postów na "Agōgē Ræderze" teraz napiszę najsentymentalniej. Dlatego, może zmieńmy tradycyjną formułę i tym razem wyobraźmy sobie scenariusz filmu:


PROLOG

Nieznana osoba wchodzi do mieszkania, w którym znajduje stary, rozwalający się dziennik. Kartki w nim poukładane są chaotycznie, bez jakiejkolwiek chronologii i numerów stron. Niespodziewanie wszystko wysypuje się z okładki i spada na podłogę. Nasz bohater zaczyna losowo czytać odnalezione zapiski i zapoznawać się z ich treścią:

Było południe, 31 października 2000 r., kiedy to wysoki, chudy siedemnastolatek, o krótkich, jasnych włosach, ubrany od stóp po szyję na czarno, spakował swój militarny plecak. Włożył tam m.in. wykonane z papieru laleczki wangi. Tak, jak miał napisane w instrukcji:

Innym sposobem robienia wangi jest wykonanie jej z papieru. Należy wyciąć z arkusza papieru rysunek kobiety lub mężczyzny, zależnie od tego, na kogo pragnie się rzucić zły urok. Jeśli dysponuje się fotografią danej osoby należy w rejonie głowy przykleić tę fotografię. Całą figurkę najlepiej wycinać podczas zmiany kwadry Księżyca. Należy sporządzić siedem takich wycinanek i na każdej musi być wypisane imię osoby, której źle się życzy. Figurki z papieru należy ułożyć jedną na drugiej, a potem należy wbijać szpilkę w różne miejsca poczynając od głowy. Następnie papierowe figurki wkłada się do pudełka zrobionego z kartonu i podpala, niszcząc je w ten sposób. Czyni się to dokładnie o zachodzie słońca. Tego rodzaju ceremoniał jest ponoć nadzwyczaj skuteczny, zazwyczaj powoduje śmierć wroga w bardzo krótkim czasie. (s. 84)
Chłopak nawet nie miał jak i gdzie sprawdzić, kiedy zmienia się kwadra, ale wziął to na intuicję i obserwację. Wykonał wszystko jak trzeba i zdobył rekwizyty. Zamiast zdjęcia ofiary wyciął tekst, napisany ręcznie długopisem przez znienawidzoną osobę i dołączył go do głowy wangi.
Siedemnastolatek spakował do plecaka także igły. W rogu pokoju leżało pudełko kartonowe, które również wziął ze sobą. Zapałki schował do kieszeni, podobnie jaki klucze do mieszkania. Za chwilę widział, jak rodzice wchodzą z zakupami. Chłopak oznajmił im: "na chwilę wychodzę. Za niedługo wrócę!" Założył czarną kurtkę i poszedł w kierunku miejsca przeznaczenia. W jego myślach powtarzało się w kółko jedno zdanie: "to się musi udać!" Przed oczami ciągle miał fragment rzeczonej książki:
Rzucanie uroku wiąże się z wpływem, jaki wywiera mag na ciało astralne człowieka, którego chce pozbawić życia lub zdrowia. Osoba, na którą rzucono śmiertelny urok, umiera bądź ginie wskutek nieszczęśliwego wypadku. (s. 79)
Po kilkunastu minutach dotarł do starego, rozsypującego się domu znajdującego się za torami kolejowymi wśród działek ogrodowych. Miejsce to od lat znane było jako punkt schadzek metalowców, punkowców, satanistów i niepokornej młodzieży. Chłopak wszedł po schodach na dach. Minął tylko zarośnięta chwastami, pełną śmieci stertę cegieł i gruzu, jakie pozostały po czterech pokojach, z których ów budynek się składał. Na jednej ze ścian, oprócz odpadającego tynku ujrzał narysowany sprayem odwrócony pentagram, a przy nim trzy szóstki. "Nasi tu byli" - pomyślał sobie wchodząc na dach. Z każdym krokiem czuł, że dach za niedługo się zawali. Niespokojnie doszedł do rogu, tak by gałęzie rosnącego obok domu drzewa ukryły jego postać przed okiem ludzi mieszkających na pobliskim osiedlu, które teraz znajdowało się za jego plecami. Słabo był widoczny, jednak wiedział, że to zagwarantuje mu pełną niewidzialność. Za nim stare peerelowskie osiedle. Przed nim puste pola i łąki niezagospodarowane przez nikogo. W oddali widać był nowo powstające bloki i instytucje. Z jego prawej strony zza drzew słychać było szum ruchliwej ulicy. Chłopak ustawił się twrazą w kierunku zachodu. "Czas zaczynać!"- Pomyślał sobie, widząc, że słońce powoli chowa się za horyzont.
Uklęknął na swoim plecaku. Na wierzch wyciągnął spod swojej koszulki wiszący na rzemyku złoty pentagram, który jak widział, chronił go całkowicie przed negatywnymi mocami. Wprawdzie kupił mu go brat nad morzem, a nie zrobił go on zgodnie z wieloma procedurami z książki Adlera, ale wierzył, że to wystarczy. Albo raczej, że to musi wystarczyć. W głębi duszy nie był tego pewien. Wiele procedur z książki zwyczajnie pominął. Zachował tylko całodniowy post - nic nie jadł i nie pił od wschodu słońca, aż do tej chwili.
Podniósł leżący w zasięgu ręki kamień. Po zarośniętym mchem, lekko zabrudzonym i chwiejącym się podłożu nakreślił wokół siebie krąg. W nim pentagram. Niezdarnie, a z pewnością nie było to dzieło sztuki. Nie wykorzystał poświęconej kredy, ani węgla jak radził Adler, ale uznał, że to musi wystarczyć.
Z plecaka wyjął wszystkie rekwizyty. A więc zaczęło się! ...
Wykonał stosowny gest krzyża, którego przez wiele ostatnich lat nawet nie uznawał za jakikolwiek efektowny i znaczący. Lecz teraz, kiedy uwierzył w działanie magii, wiedział, że bez tego się nie obejdzie. Następnie niczym ksiądz ochrzcił wangę, choć samo imię napisane było na każdej z kopii, którą uprzednio sporządził. Następnie wypowiedział inwokację z książki Adlera:
"Chemen - etan, El, Ati,Titeju, Azja, Chin, Tew, Minosel, Achadon, Waj, Woo, Eje, Aaa, Ekse, A, El, Hi Hau, Wa, Chavaiot, Aje, Saraje" (s.78)
Na wszelki wypadek powiedział też drugą wersję:
Per, Elochin, Rabur, Bathos
Super abrac, ruens superveniens
Abeor super aberer Chavaoit
Chavaiot, impero tibi por clavem
Salomonis et nomen magnum
Semhamphoras. (s. 78)
 Chwilę siedział nieruchomo zastanawiając się, czy coś się wydarzy? Nic. Cisza. A nagle, jakby ptak się zerwał z jednego pobliskiego drzewa, zaś samo drzewo, jakby ktoś kopnął. Nikogo nie było w pobliżu. "Demon przybył!" - Pomyślał sobie chłopak, po czym wziął przygotowane do tego celu igły i zaczął je wbijać zgodnie z instrukcją w związane papierowe figury.
Nie szło mu to łatwo, ani igły nie były ostre, ani papier nie chciał ich łatwo przyjąć. Myślał intensywnie o śmierci osoby, którą mocno wizualizował. Psychopatyczne myśli o cierpieniu ofiary przechodziły mu przez wyobraźnię. Nie miał w sobie żadnej litości. Wbijając igły kazał wezwanemu demonowi zabrać duszę wskazanej osoby. Wiedział, że duch go słyszy.
W końcu wrzucił wangę do kartonowego pudła i podpalił. Patrzył przez cały czas na zachód słońca. W pewnej chwili, ni z tego, ni z owego przez myśl przeszło mu: "A może jednak nie ma sensu go zabijać? A może wystarczy go poważnie uszkodzić lub zranić, wtedy już i tak nie będzie dla mnie szkodliwy?!" Nie wiadomo co młodego czarownika skłoniło do takiej myśli, ale wiadomo, że każda taka w magicznym kręgu może wpłynąć na zmianę całego przedsięwzięcia. Gdy słońce zniknęło za horyzontem, a półmrok zaczął obejmować swym zasięgiem stary dom, młody mag zjadł zabraną ze sobą kanapkę, która jak zbawienie była dla niego po całodziennym poście. Karton dopalił się do końca wraz z całą zawartością. Chłopak wstał, zatarł za sobą krąg i biorąc plecak poszedł do swojego mieszkania. Zapamiętał, jak przyjazne miejsce zaczęła ogarniać cisza i ciemność...

I tutaj urywa się naszemu bohaterowi tekst. Zaczyna on więc czytać inny:

... Pamiętna lekcja religii w siódmej klasie. Ksiądz włączył młodym ludziom film o satanistach. Występowały w nim m.in. osoby, które odeszły od tejże bluźnierczej religii. W pamięci najbardziej utkwił mi jeden fragment, który w filmie zaznaczony został jako cytat z gazety. Oczywiście teraz nie wiem, czy był to autentyczny przekład, bo cały ten film był tylko i wyłącznie elementem katolickiej propagandy, który najwyraźniej miał pokazać "satanizm" jako jedno, wielkie, patologiczne zło. Wspominał on o tym, że "udowodniono, że czar rzucony przez sektę przyniósł efekt". Tak samo jak w pamięci utkwił mi cytat, że wśród satanistów są: prawnicy, lekarze, nauczyciele ... Wniosek jeden - trzeba się dobrze uczyć, żeby zostać satanistą! ...

Kolejny losowo wybrany fragment:

...Kiedy zacząłem rozmawiać z Moniką o tym, że interesuje mnie temat magii ona opowiedziała mi, że ma w klasie koleżankę, która odbiła jednej panience chłopaka za pomocą czarów ... Zapytałem ją więc, czy mogłaby mi pożyczyć od niej coś na ten temat? Po dłuższym czasie Monika przyniosła mi książkę, z oderwaną okładką, obklejoną czarną taśmą samoprzylepną. Na pierwszej stronie w środku ujrzałem napis: "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia. Na podstawie najstarszych zapisków i tajemnych ksiąg do druku podał Max Adler. Res Polona". Książka z 1992 roku. Zaintrygowany, w pierwszej wolnej chwili po powrocie zacząłem studiować tę pozycję...

Jeszcze inny fragment, dosyć niejednoznaczny:

- Cześć! Wiesz ... Przyszłam po książkę... - Nie byłem zadowolony widząc Elę, ale co miałem zrobić? Od razu poszedłem po pożyczoną lekturę. Od tej pory nie widziałem jej już na oczy.

Jeszcze inny fragment dziennika wydawałoby się, że w ogóle nie miał sensu:


... Ku mojemu zdziwieniu miałem okazję się przekonać, że takich książek jak "Księga wiedzy magicznej" ukazało się kilka wydań, a ta którą właśnie trzymam zawiera jakieś komiczne wątki z telefonem do wróżki (już notabene nie aktualnym). Lepsza była ta wersja, którą widziałem u Eli. Były tam m.in. szkice demonów, które można było zobaczyć po odpowiednim nasmarowaniu oczu jakąś maścią ...

Itd. Itd.

Możemy to uznać za koniec prologu mojej oficjalnej biografii.

KATHARSIS

Dobra, czas zejść na ziemię... A może właściwie czas uronić jedną łzę dla cieniów minionych?

Tak, Drogi Czytelniku! Właśnie po raz pierwszy najdokładniej opisałem swoje pierwsze doświadczenia z magią, które to miały miejsce, kiedy byłem w trzeciej klasie liceum, choć jak widać temat zaintrygował mnie już w podstawówce.

Na efekty magii nie trzeba było długo czekać; osoba, na którą rzuciłem urok wylądowała w szpitalu. Wprawdzie nie umarła, tak jak bardzo chciałem, ale potem w przyszłości odegrała pozytywną rolę w moich dziejach. Być może to celowo tak się stało, jak się stało? Głos własnej podświadomości mnie ocalił? Los był dla mnie łaskaw? Kto wie?

W każdym razie nie zniechęciło mnie to do dalszego studiowania tematu - wręcz przeciwnie - zacząłem go zgłębiać bardziej.

Późniejsze lata przyniosły mi jeszcze ciekawsze doświadczenia - pełne sukcesy w magii, znaki, objawienia bogów, dziwne zjawiska podczas moich samotnych rytuałów. Nie zabrakło także niemiłych doświadczeń, jak nawiedzenia podczas snów, ataki demonów, uroki, które trafiły we mnie samego zamiast w moje ofiary. Raz przywołałem nieświadomie Licho, które mnie odwiedziło właśnie w trakcie takiego typowego, nocnego ataku, a które następnie oślepiłem metodą "na Odysa". Dziwny kudłaty demon straszył mnie często, ale ostatnio pewna osoba wnikliwie pod względem psychoanalizy rozszyfrowała mi tę postać. Od tej pory się go nie boję. Z resztą nawet przestał mnie odwiedzać. Ciekawe co u niego słychać? Z resztą nieważne ... A moje przygody z "wicca" i słowiańskimi bogami? Wiele by tu pisać.

Tak po przeszło czternastu latach z pewnym sentymentem patrzę na to wszystko co miało wtedy miejsce. Stąd też nie zawahałem się poszukać książki Adlera na Allegro i niezwłocznie kupić.

Koniecznie chciałem sobie przypomnieć to wszystko od czego zaczęła się moja droga w kierunku poznania i wpływania na rzeczywistość. I nie był to głupi pomysł. Nawet dziś, zanim oficjalnie poznałem słowo "wicca" w książce pt."Wiedźmy i czarownicy", choć za pewne obiło mi się już o oczy dużo wcześniej (m.in w tym filmie o satanistach, tyle, że wtedy nie wiedziałem, co znaczy "Wiccans"), często zastanawiam się, jakim mianem określić tę magię, od której zaczęła się moja przygoda? I tak do końca nawet nie wiem, co to za magię praktykowałem na samym początku? Może to coś z pogranicza magii ceremonialnej, kabały i czegoś jeszcze? Na to wychodzi...

Był to schyłek lat 90. Nie było wtedy takich książek dużo w sklepach. Właściwie to wcale. Dopiero z upływem lat dział "ezoteryka" zaczął się pojawiać w księgarniach, ale na samym początku i tak były to tylko pierdoły w stylu astrologii  czy medycyny naturalnej. A człowiek chciał czegoś więcej od życia...

Większa część tej książki była wtedy zupełnie dla mnie niezrozumiała. Nikt nie uczył człowieka religioznawstwa w szkole, a tutaj nagle młody mag został wyrzucony na głęboką wodę z pojęciami rodem z hinduizmu, teozofii, ezoteryki etc. Sama treść książki nawet po latach wydaje się dziwna, a stanowi na dobrą sprawę wykrój pewnych fragmentów z dawnych magicznych ksiąg. Niestety bez ładu i składu. Stąd wtedy przestudiowałem tę lekturę bardzo powierzchownie, a swój pierwszy rytuał odprawiłem pomijając wiele istotnych szczegółów, którym jako biedny nastolatek nie mogłem sprostać. Np. próba zrobienia talizmanu z łyżki do ciast zakończyła się fiaskiem. Nawet nie miałem do tego odpowiednich rekwizytów.

Przyznam szczerze, książka ta po latach wydaje się być totalnym gniotem:
1) Zawiera mnóstwo błędów merytorycznych.
2) Zawiera wiele nieścisłości i braków szczegółów w opisie praktyk. Nawet teraz po latach studiowania tematu czytając Adlera, nie jestem w stanie ogarnąć tematu. Adeptom "wyższej magii" zdecydowanie polecam zacząć od książki Israela Regardie - on to przynajmniej wyjaśnił wszystko punkt po punkcie na jasno opisanych przykładach. Dawniej nawet nie miałem gdzie sprawdzić co to za roślina "Melia Azadirachta". Teraz wystarczy mi do tego Wikipedia.
3) Tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia. 
4) Terminologia używana w książce też wpłynęła negatywnie na moją wiedzę. Np. pojęcie "egregor", błędnie definiowane jest tutaj wykorzystywane.

Analizując szczegółowo przyznam, że padłem po przeczytaniu pierwszego rozdziału, który wiele lat temu tak bardzo mnie fascynował. Zastanawiam się, czy autor jest Polakiem, bo satanizm w Polsce opisał dosyć specyficznie. Pojęcia typu "biała" i "czarna" magia, satanizm, albo:
Czarna magia jest antagonistyczna w stosunku do religii. (s. 8)
Dobry cytat:
Joseph Ratzinger, watykański prefekt Świętej Kongregacji d.s. Doktryny Wiary, stwierdził: "Diabeł to obecność tajemnicza, lecz realna, cielesna, a nie symboliczna". (s. 8)
Wtedy musiałem po raz pierwszy zobaczyć to nazwisko. A osobę minąłem na ul. Grodzkiej, widząc jak niedwuznacznie spogląda na moją koszulkę z napisem "Blood & Honour", schodząc mi z drogi. 

W 1968 roku La Vey napisał Czarną Biblię - podstawowy kanon wiary dla czcicieli Szatana. Eksponuje ona trzy sposoby oddziaływania:
1. Słowo - nośnik informacji o Panu.
2. Pobłażliwość - zabieg socjotechniczny, który polega na zacieraniu granicy między dobrem a złem, prawdą a kłamstwem.
3. Muzykę - nośnik emocji. 
Szatańska biblia La Veya zawiera kanon czarnej mszy, świadectwo nowej Ery Szatana, przepisy, jak sprzedać swoją duszę, opis satanistycznego seksu, listę diabelskich imion i wezwań oraz dziesięć satanistycznych praw i objawień. (s. 9)
Matko Ziemio Wilgotna! Chyba inną "Biblię" czytałem ... Nic dziwnego, że po przeczytaniu jej byłem taki zawiedziony ... Po tak dobrze zapowiadającej się reklamie Adlera ...
W Polsce współcześnie satanizm pojawił się w 1981 roku.
Za moment inicjalny uznaje się fakt powstania zespołu muzyki heavy metalowej "Kat", grającego ciężką, psychodeliczną odmianę metalu - black metal. Struktury koncertów tego zespołu zmierzały do odwzorowania obrzędów czarnej mszy. (s. 9) 
No to już jest jakiś absurd! Dwa razy byłem na koncercie Kata i żadnych mszy tam nie było. Oprócz ceremonii oddania Kostrzewskiemu stringów, którymi bawił się przez cały koncert, z niczym bardziej bluźnierczym się nie spotkałem. A ten "black metal" ... Norweską scenę wpędza w kompleksy. A swoją drogą Kat powstał wcześniej, w 1981 r. chyba nagrali swoją pierwszą demówkę. 


 Czy ktoś z Was jeszcze pamięta te stare okładki kaset?

Dalej czytamy o satanistach, szatanistach, lucyferianach, członkach Kościoła Kirke ... Pamiętam, jakby to było wczoraj ... Cały rozdział jest przedebilny.

Musiałbym pół książki przepisać, żeby ją szczegółowo omówić, ale obawiam się, że nie dam rady za bardzo (nie chce mi się) ... Ale zwrócę jeszcze uwagę na kilka perełek.

Wprowadzenie do okultyzmu napisane jest beznadziejnie. Wywoływanie duchów, magia miłosna, talizmany, magia seksualna, misa negra, zabobony i przepisy w stylu: zmieszaj po równo tłuszczu białej kury z tłuszczem czarnej kury to na prawdę jakaś paranoja. A przynajmniej opisana w tym dziele. No, tylko fragmenty książki o kabale biją to wszystko na łeb. Aż strach pomyśleć, że człowiek na początku miał wizję, że magia działa tylko w taki sposób ...

Czytając po latach znalazłem także wiele innych "wspaniałości", a najlepszy fragment pozwolę sobie zacytować, zaczyna on rozdział:

Prolegomena do magii praktycznej 
Magia seksualna
Rytuały i instrukcje uprawiania magii (czarów) zawarte są w Księdze Cieni Aleistera Crowleya (1875-1947), wielkiego maga i okultysty, autora wielu prac, m.in. Magia w teorii i praktyce, Księga prawa, Wizja i głos, pozostają wciąż podstawowymi wskazaniami dla pragnących uprawiać magię. Współczesne czary posiadają trzy stopnie wtajemniczenia:
I - Kapłan lub (dla kobiety) Czarownica Wielkiej Bogini.
II - Mag lub (dla kobiety) Królowa Czarownic.
III - (stopień najwyższy) Wielki Kapłan lub (dla kobiety) Wielka Kapłanka.
W rytuałach stopnia pierwszego osoba poddawana inicjacji wprowadzana jest naga, z zawiązanymi oczyma i skrępowanymi z tyłu rękoma do "Kręgu Mocy". Następuje szereg magicznych zaklęć i kandydat na "wtajemniczonego" otrzymuje pięć pocałunków: w stopy, kolana, genitalia, piersi, usta oraz czterdzieści uderzeń biczem. Następnie składa przysięgę dochowania tajemnicy. Po czym następuje ceremonia ciasta i wina (nawiązuje ona do chrześcijańskiej komunii świętej, używane do niej ciasta zawierają: sól, mąkę, miód, oliwę, a czasem również krew). Na koniec rytuału odbywa się "Wielki Ryt", podczas którego kapłan z kapłanką oddają się seksualnej orgii. Pozostali przystępują do wspólnego ucztowania i tańca, wielu uczestników popada w trans. (s. 105 - 106)
Brzmi znajomo! Skądś to znam! Tylko skąd? Ach, te niezapomniane ciastka z krwią, jedzone ze śmiechem w transie wywołanym widokiem kapłana w orgii z kapłanką zmuszających się do niewyuzdanej namiętności przy recytacji Crowleya ... Takich bzdur o wicca już dawno nie czytałem.

A cała książka jest mniej więcej taka ...

Mimo wszystko dochodzę do wniosku, że pewne elementy poglądów głoszonych w tej książce tkwią w moim umyśle do dziś, np. rozdział dotyczący ciała sfery i projekcji astralnych. Pewnych zabobonów np. dotyczących pieniędzy dalej się kurczowo trzymam (tak, stąd mój egoizm).

14 LAT PÓŹNIEJ ...

(teraz zdecydowanie lepsza będzie taka muzyka)




Powyższe zdjęcie przedstawia miejsce, gdzie wiele lat temu odbył się pamiętny rytuał. Dziś to już tylko zwał gruzu. Co ciekawsze, od kilku niezwiązanych ze sobą osób dowiedziałem się, że stary dom uchodził za nawiedzony. Cóż, może... Ja zaś mam prywatną mini tradycję i zawsze w noc z 31 października na 1 listopada go omijam. Raz sobie darowałem kiedy szedłem odprawiać halloweenowe obrzędy, a potem podczas ceremonii działy się dziwne rzeczy... Więcej nie będę próbował i dochowam wierności tradycji. A tak to mijam ruiny starego domu od wielu lat, codziennie spacerując obok ścieżką ze swoim psem.

...

Siedzę sobie przy biurku. Piszę na laptopie tego posta. Popijam herbatę. Mam na sobie czarną koszulkę ze smokami, kremowe bojówki. Na mojej szyi wisi talizman; srebrny, niewidoczny dla nikogo - już nie pentagram, ale coś o wiele potężniejszego i jak dla nie znacznie skuteczniejszego. We włosach znaczne przerzedzenie. Nie jestem już maksymalnie mroczny jak dawniej. Nie mam w sobie żadnej żądzy mordu (no dobrze, są osoby, które posłałbym do piachu, ale wolę nie próbować swojego szczęścia w tej dziedzinie magii). Kiedy po wielu latach tak sobie o tym wszystkim myślę... Sądzę, że pewien sentyment do tego pozostał. Dziś zrobienie czegoś takiego na bazie takiego źródła uznałbym za debilne, ale wiadomo, w tamtych czasach człowiek inaczej zupełnie na wszystko patrzył i oceniał. Nie miał takich łatwości w znalezieniu dobrych źródeł co dziś. Sama wola i siła człowieka też były inne. Nawet zdobycie pewnych rzeczy leżało poza możliwościami.
Cóż tu na koniec dodać poza tekstem: "dzieci, nie czytajcie tej książki, chyba, że dla czystej ciekawości"? Tyle doświadczeń, tyle książek, burze myśli ... Aż słów brakuje! Więc może jednak nie powiem wiele, bo "Agōgē Ræder" ze słowami kluczowymi po prawej stronie ma szufladkę o nazwie "Biblioteka Aleksandryjska". Lepiej przeczytać inne rzeczy.

Czas na napisy końcowe mojej biografii. :)

czwartek, 24 stycznia 2013

"Adam Nergal Darski Spowiedź Heretyka"



Od razu muszę zaznaczyć, że oryginalne kasety magnetofonowe Behemotha, takie jak "Chaotica" oraz "Thelema 6" pokryte kurzem zdobią moją półkę. Tak więc, trudno będzie uznać ten post za całkowicie neutralny w ocenie. Ale cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, tak więc przez pryzmat własnych pośladków muszę napisać co myślę. Nie mogę inaczej, kiedy tylko słyszę coś co dotyczy czarnych klimatów, roni się łza dla cieniów minionych ... 

"Adam Nergal Darski Spowiedź Heretyka" to długi wywiad przeprowadzony przez Krzysztofa Azarewicza i Piotra Weltrowskiego z nie byle kim, bo z samym Nergalem - liderem, wokalistą zespołu Behemoth. 

Kiedy sam jeszcze hodowałem długi zarost na pustym łbie, pamiętam, jak czytałem w internecie, że Behemoth był pierwszym polskim zespołem grającym black metal. Niestety do dziś nie wiem czy to prawda, gdyż niby pewne zespoły, takie jak Christ Agony grały znacznie wcześniej ... Prawdy prędko się nie dowiem. W każdym razie za moich czasów, Behemoth był bardzo znany. Z poszanowaniem było różnie, gdyż jak to w kręgu największych fanów bywa, Nergal zdradził podziemie i zaczął grać dla szerokich mas, grał pogański black metal, potem połączył to z death'em i nawiązywał do kultu Szatana ... W końcu zaczął lansować okultystyczne treści. 

A tak przy okazji miejskich legend, Nergal niby miał dowodzić jakąś podziemną organizacją neopogańską, którą utrzymywał ze swojej muzyki. Ponoć się rozpadła, gdy Behemoth dokonał zdrady. Za zdradę podziemia muzycy zostali pobici. Po Mystic Festivalu też nie było łatwo. Ponoć cierpiąc na arytmię serca Nergal wyszedł ze szpitala na własne życzenie i będąc na lekach, na uroczystym spotkaniu zespołów po festiwalu, w knajpie Proxima (obecnie chyba jeszcze pod nazwą "Tower Pub" istnieje) zalał się jednym piwem ... I na tym zakończyła się moja wiedzą na temat Behemotha, do czasu aż poprzednia zdrada podziemia okazała się niczym w porównaniu z następną. Nergal przebił wszelkie granice gdy media ujawniły jego romans z Dodą Elektrodą. Od tej pory wszyscy go znali. Ale, że każda reguła ma swój wyjątek, pamiętam, jak na koncercie Dimmu Borgir w 2010 r. w Krakowie, ponoć kiedy padła publiczna dedykacja dla chorującego na raka Nergala, jakiś  młody chłopak na publiczności zaczął się pytać swojego kolegi: "A kto to jest Nergal?" No cóż ... 

Tyle wspomnień i plotek. A co z faktami?

"Adam Nergal Darski Spowiedź Heretyka" to bardzo ciekawy wywiad. Żyjemy w wieku, w którym trudno jest się z kimkolwiek zgodzić w 100%. I podobnie mam w przypadku Nergala. Wiele rzeczy mówi w moim odczuciu rozsądnych, wiele bredzi, a czasem po prostu inteligentnie próbuje wybrnąć z zadanych mu podchwytliwie pytań. 
Czytając na wstępie miałem wrażenie, że przerabiam własną biografię. Tyle w tym wszystkim było podobieństw. Sentymenty do pewnych rzeczy, zdobywanie z trudem dobrej muzyki...

Cóż, jedno czym mnie niewątpliwe pan magister historii zdołował, to fakt, że twierdzi on, że angielska nazwa Wielkanocy "Easter" wywodzi się od imienia bogini Isztar ... Nergalu! Nie ten region, nie ta kultura. Isztar to nie Eostre-Ostara ...

Żałuję trochę, że nie zrobiłem sobie notatek z wywiadu, bo wtedy więcej napisałbym co mnie urzeka w Nergalu, a co mnie odrzuca. 

Dużo jest opisów rzeczy, które mnie osobiście w ogóle nie interesują. Jego życie erotyczne, poglądy na jedzenie, kawę czy podobne kwestie. Ale mniejsza o to. W końcu to o nim.

Z ogólnych minusów, przyznam szczerze, że nie podobają mi się hasła powitalne na koncertach na innym kontynencie, typu "Jesteśmy Behemoth z Europy". Tutaj Nergal obraża moje uczucia patriotyczne za pewne jak i wielu polskich fanów, którzy w końcu widzą w nim wybitego krajana, a on od tak sobie pokazuje swoją europejskość ...  Nie podoba mi się kontynuacja sloganu z płaceniem podatków ... Jest tam trochę znajomości z ludźmi show biznesu, których nie cierpię. Mniejsza o to.

No, nie jestem też fanem anarchii czy chaosu, wolę harmonię i porządek, ale cóż, to akurat mi nie przeszkadza w naszym artyście. Artystów ocenia się po muzyce.

Dużo jest za to mądrych (w moim subiektywnym odczuciu) wypowiedzi. Nergal jawi się jako bezkompromisowiec, który we wszystkim ma własne zdanie. To jest jego główna zaleta, nie stawia sobie barier i nie lubi szufladkowania. Podobają mi się pewne hasła, na które się powołuje m.in.: "Ludzie jedzcie gówno, miliony much nie mogą się mylić!", albo cytat z Bertranda Russela "To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości". Jego krytyczna ocena społeczeństwa polskiego, poglądy na katolicyzm i chrześcijaństwo. Dokładny obraz świętości narodu i miłości do bliźniego ... Podoba mi się stwierdzenie, że wojny w chwili obecnej nie mają charakteru romantycznego tylko polityczny (ja też bym zwiał z kraju, gdybym miał umierać za naszych polityków, gdyby co może znajdzie się dla mnie miejsce w bagażniku ...). Wzruszył mnie opis Ameryki i jej kibli. Aż tak źle być nie może, ale wierzę Nergalowi. Krytyka klaskania w samolocie. Indywidualne podejście do kwestii image'u, ubioru. Traktowanie raka jako walki samej w sobie. No i fragment o Zbyszku Hołdysie:

Świetnie! O to właśnie chodzi z wolnością. On ma swoje zdanie, a ja swoje. I obaj możemy głośno je wyrażać. Nie musimy sobie skakać do gardeł. Tymczasem internet ukrzyżował Zbyszka. Usta próbowali kneblować mu ludzie, którzy rzekomo walczą o wolność. Nie ogarniam tego. (s.298)

Świat jest pełen paradoksów. Tutaj podobają mi się argumenty Nergala co do piractwa nagraniowego czy ACTA. Interesujący był opis choroby i leczenie jej. Najbardziej wciągnęły mnie oczywiście kwestie związane z trasami koncertowymi, spotkaniami z muzykami i generalny metal life.

Książkę zdecydowanie polecam. Choć są tam rzeczy, które mnie osobiście gorszą (tak, tak dobrze myślicie, jestem wrogiem poprawności politycznej i wszystkiego co się z tym pojęciem wiąże), to uważam, że Nergal może być wzorem dla wielu osób. Ma dużą wiedzę, jest inteligentny, nie boi się idiotycznego tabu, które tworzy głupie społeczeństwo (tak w mikro, jak i makro-skali). Wychodzi poza ramy - nie jest takim "true", inspiracje muzyczne czerpie z wielu gatunków muzycznych, podobnie jak i kwestie światopoglądowe. Zuch człowiek. 

Tylko nie bierzcie przykładu z Nergala jeśli chodzi o plan spalenia kościoła. Tym jednak w swojej biografii tak nie zaszpanował, jak bracia  w czerni ze Skandynawii. Ale czy ktoś mówi, że to źle?

Na półce leży ładna Biblia ... Co by tak tu zrobić?

Może włączę sobie "Hidden in a fog", bo to mój ulubiony utwór Behemotha, a Biblia niech pokrywa się kurzem dalej ...

czwartek, 4 października 2012

Bogdan Prejs "Subkultury młodzieżowe. Bunt nie przemija"


"Lepiej spłonąć niż zblaknąć" 
Kurt Cobain

"Nie wierz nikomu po trzydziestce"
"Mam nadzieję, że umrę zanim się zestarzeje"
slogany hippisowskie

"Różne są rodzaje wolności ...
Najważnijeszym rodzajem wolności
jest być tym, kim jesteś naprawdę
Jim Morrison

"Dajcie dziecku gitarę do ręki, to nie weźmie  w przyszłości karabinu"
 Hillary Clinton

"Kto nie był buntownikiem za młodu, ten na starość będzie świnią"
 (parafraza Józefa Piłsudskiego "Kto nie był w młodości socjalistą, ten na starość będzie draniem")



Zacznę tradycyjnie od wspomnień, uronię łzę dla cieniów minionych ...

Uwielbiałem ten temat. Od czasu kiedy pokochałem czerń, wiedziałem, że tylko jeden świat jest widoczny na horyzoncie mojej młodości. Spośród wielu subkultur, jakie człowiek miał okazję napotkać na swojej drodze, przeważała jedna główna:

METAL - Prawda to metal, metal. Oj tak, choć nigdy nie byłem w 100% ortodoksyjnym metalowcem, za czym oczywiście szły wpływy finansowe moich rodziców, to jednak długie włosy, czarne ubrania, bluzy i koszulki z moimi ulubionymi zespołami, talizmany, ciężkie obuwie (po jakimś czasie ochroniarskie buty zastąpione zostały przez glany), militaria (głównie plecaki, spodnie, były też ochroniarskie kurtki, spodnie czarne), skórzane kurtki (choć nie ramoneski, raz zwykła skóra raz płaszcz) były dla mnie codziennością. I to przez wiele lat. Od ogolenia się na łyso w stylu kilku chłopaków z Dimmu Borgir, poprzez średnie farbowane na czarno, po długie blond przez ponad 7 lat towarzyszyły mojej osobie. Uwielbiałem metal i po dzień dzisiejszy go lubię. Dimmu Borgir to dla mnie zespół życia, szło za nim wiele innych Kat, Borknagar, Old Man's Child, Susperia, Nightwish, Therion, Children of Bodom etc. Praca magisterska o liderze Burzum...




Oprócz kongregacyjnej "czarnej ortodoksji" żyłem także w świecie dwóch pod-subkultur:

  • NS METAL - Oi tak! Oprócz długich, jasnych włosów, miliatriów, flajów, nie obca była mi czarna koszulka Gontyny Kry z napisem "Blood & Honour" (notabene pamiętajmy, że raz idąc ul. Grodzką mijając zgromadzonych w Krakowie kardynałów miałem okazję spojrzeć w oczy jednemu z nich, a on chciał mi coś wyrazić patrząc na moją koszulkę. Pomyślałem sobie wtedy "Dziadku, przecież nie mogłeś być metalem, w Twoich czasach metale w ogóle nie istnieli!". No cóż, skąd miałem wiedzieć, że to chodzi o ten napis, a ów kardynał to były członek Hitlerjugend ... Dopiero kiedy został papieżem w Kościele rzymsko-katolickim rozpoznałem jego twarz i przypomniała mi się ta dziwna wymiana spojrzeń). Parę pogańskich koszulek przetrwało w mojej szafie do dziś, podobnie jak sterta kaset na półce z dominującymi czarno-białymi oprawkami. Ziny w szufladzie, podróże na Ślężę, Łysiec, do Biskupina też nie były mi obce. Nienawiść do wielu grup etnicznych i rasowych. Nawet wykraczanie poza muzyczne ramy muzyki metal - zespoły typu Honor ... W końcu był to nurt propagujący pogaństwo, stąd też zyskał moją sympatię. Baton policyjny w kieszeni, białe sznurowadła ... To były czasy. 
Od razu zaznaczę tutaj, że pomimo tego, że czasem wyglądałem jak istny skinhead, nigdy się z tym nurtem nie utożsamiałem w pełni, głównie na różnicę zainteresowań - skinheadzi wchodzili w kwestie polityczne, a dla mnie zawsze to była chińszczyzna, w przeciwieństwie do walki ze znienawidzonym Kościołem rzymsko-katolickim, typowym dla świata metalu.

  • GOTH-METAL - I ten nurt nie był m obcy. Właściwie podobnie jak w przypadku nurtu NS Metal, nigdy w pełni nie czułem się gothem. Z resztą od samego początku dostrzegałem, że nurty metal i gothic się świetnie na wzajem uzupełniają i wypełniają w wielu miejscach. Głównie jeśli chodzi o ubrania, mroczny klimat czerni etc. Same zespoły takie jak Cradle of Filth czy Crosterkeller zaliczane są do obu nurtów nie bez powodu. Ja właściwie też widząc np. ulubionego wokalistę Shagratha, który promując album "Purithanical Euphoric Misanthropia" nosił charakterystyczne spódniczki czułem się metalem z gotyckimi wpływami. Miałem czarne włosy, choć paznokci nie malowałem. Wyjazd do Wielkiej Brytanii obfitował w kupno ciuchów, gotyckich akcesoriów etc. Uwielbiałem filmy Burtona (choć muzyka Elfmana była ważniejsza). Muzyka też po dzień dzisiejszy niż pozostaje mi obca, choć przyznam szczerze ze względu na swoją jakość, nigdy nie wyprzedziła innych nurtów. Kilka grup lubię do dziś, choć mało słucham gotyku. Zaliczyłem Castle Party w 2008 r. i na tym w sumie ucichło.  


Ponieważ gotyk emanował czymś, co niestety niszczyło mnie bardzo, odszedłem szybko od tego ... I tak to było. Na głowie zabrakło mi włosów,więc je ściąłem (jeden ze smutniejszych dni w życiu, dobrze go pamiętam, co nie znaczy "dobrze wspominam"). Czarny kolor mnie dołował, więc też postanowiłem w końcu ubierać się na kolorowo, choć to nie to samo. Natomiast glany mi tak paznokcie zniszczyły, że noszę każde, wygodniejsze obuwie, które mi nawet do gustu nie przypada. 




Co zaś o książce, która wzbudziła we mnie tyle sentymentów...

Na początku mamy leksykon opisujący wszystkie najpopularniejsze subkultury. Potem jet trochę o religiach, image (włosy, akcesoria), znane filmy, slogany etc. Kończy się w sumie na biografiach zespołów i wywiadach z przedstawicielami kilku grup.

"+"

Widać na pierwszy rzut oka, że książkę pisze osoba ze środka, o nastawieniu emicznym, a więc nie używa dennej nomenklatury, jak to do tej pory bywało. Opisane są szczegółowo wszystkich subkultury, te które uwielbiam, te których nie lubię (blockersi, dresiarze, hip-hopowcy, punki, rastamani etc.), te o których człowiek mało wie (bikiniowcy, bitnicy, poppersi etc.). Jest to wszystko w komplecie, choć np. nie dostrzegłem definicji "hipsterów". Praca pisana jest neutralnie. Podoba mi osobiście się wywiad z Romanem Kostrzewskim.

Podobają mi się strony końcowe mówiące o tym jak ludzie się zmieniają, lub przeciwnie, jak pozostają młodzi do końca. To jednak budzi w człowieku pewne uczucia. Podobnie kiedy autor opisuje dalsze losy byłych muzyków, jak zmienili front o 180 stopni.

Ciekawostki ...

Nie wiedziałem, że lennonki jako pierwsi nosili George Harrison i Stu Sutcliffe po obejrzeniu filmu "Popiół i diament" A. Wajdy. Dowiedziałem się o zamieszkach jakie miały miejsce na koncertach Claptona w Polsce  (s.232). Obce mi również było to, że w trakcie nalotu Amerykanów na wietnamski Hajfong zbombardowany został statek handlowy "Józef Conrad" (tamże, s.49). Joy Division, przed zmianą nazwy nosił miano "Warsaw" (s.186).

Ciekawostką innego rodzaju jest np. cytat:

" ... Jedną z najsłynniejszych groupie była Amerykanka Cynthia Plaster Caster. "Zaliczyła" kilkadziesiąt gwiazd rocka. Swe oryginalne hobby dokumentowała wykonywaniem gipsowego odlewu penisa każdego muzyka, z którym spała. Po kilku latach zorganizowała cieszącą się ogromnym powodzeniem wystawę swych zbiorów. [...] (s. 41)
 Pochodzenie gestu "Fuck You" też jest opisane (s.120)

"-"

Nie brakuje "kwiatków" w rodzaju:

" ... Ponieważ bunt nie znosi tradycji i mieszczańskich wartości, rockersi wykształcili swój własny image [...]" (s.75)
Co na to miłośnicy obrony własnych tradycji, kultur i tożsamości etnicznej? Szczególnie Ci młodsi. 
Główne nurty metalu:  trash (tłuc). (s.57) "Trash" czy "thrash"?   Kat propagował black metal (s.175)? To co u nas nazywano "pago", wszyscy nazywają "moshingiem", ale to jest informacja znana z wielu źródeł (s.58).  Nie brakuje dziwnych jak na mój gust informacji np. o gothach:
"... Jej wyznawcy zafascynowani są  utożsamianymi z tym czasem etosem średniowiecznego rycerstwa, wojny i heroicznej śmierci, która stanowi jedną z inspiracji (stąd myleni bywają z satanistami). [...] (s.39)
 Pierwsze słyszę. Może tak jest, ale goci w przeciwieństwie do metali nastawionych na ideologię wojny zawsze kojarzyli mi się z totalnym przeciwieństwem tego podejścia.

Co jest jednak głównym moim zdaniem minusem książki, to to, że autor dużo pisze o The Beatles, Ericu Claptonie, Pink Floyd, starych gwiazdach typu Rolling Stones.  Myślę, że prawdziwość pewnych subkultur opierała się na zupełnie innych rzeczach. Przy wertowaniu świata metalu trudno uniknąć np,. skandali jakie miały miejsce na początku lat 90. XX w. w Norwegii. Tutaj o tym np. nic nie ma. A więc na piedestał tematu subkultur wyszły postacie świata komercyjnego... 

Drugim minusem jest to, że pewne informacje są od nowa rozwijane w trakcie czytania. Najpierw wymieniane są subkultury, potem artyści, potem znowu biografie tych artystów. Można to było scalać w jedną całość, zamiast się rozpisywać. A przynajmniej ja tak uważam, za to nie mogę kwestionować planu autora.

Trzecim minusem jest to, że autor do jednego worka wrzuca pojęcia subkultur i buntu, pisząc o filmach, przebojach, artystach, sloganach. Nie wiem co z subkulturami młodzieżowymi ma wspólnego np. James Dean? To, że był symbolem buntu nie znaczy, że był autorytetem w tej dziedzinie. Pisząc o filmach autor pominął (jeśli dobrze pamiętam) np. filmy: "Made in Britain" czy "Salę Samobójców". Uważam, że w tym kontekscie, w jakim napisał ową pracę powyższe produkcje powinny zostać omówione, bez względu na to jaki poziom rzeczywistości prezentują.

Podobnie jest np. z uważaniem m.in. "hackerów" za subkulturę, podobnie jak i innych grup.

Czwartym drobiazgiem jest rozdzielanie np. satanistów jako odrębnej subkultury. Satanizm to religia, a jeśli patrzymy kategoriami, że stanowią odrębną w Posce subkulturę, to dziwi mnie np. to, że autor ominął polskich neopogan, którzy swoim zachowaniem, gustem a nawet poglądami i wyglądam odróżniają się od tłumów...

Finał

Pewne akcenty w tej książce budziły we mnie dwuznaczne skojarzenia:

"... Podczas gdy w krajach bloku wschodniego szalał stalinowski terror, po drugiej stronie Atlantyku trwało polowanie  na komunistyczne czarownice. [...]" (s.208) 

To mnie akurat rozbawiło, podobnie jak i slogan:

"Once a hippie, always a hippie." (s. 267)

A książkę gorąco polecam. Uważam, że jest porządna. Na dwa dni jak znalazł.


PS.

I żeby nie było! Każdy pretekst do włożenia czarnego uniformu jest dla mnie dobry!  Jeszcze mnie ujrzycie w czerni, ciężkich butach i z talizmanami na szyi. Nie ma lekko. A teraz muzyka: :) :) :)