Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia ludowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia ludowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2018

R. Andrew Chesnut "Santa Muerte. Święta Śmierć"


... Czary to broń słabych, magiczna próba przejęcia przez pozbawione władzy i pieniędzy jednostki kontroli nad wydarzeniami, otoczeniem i pozostałymi ludźmi, których nie da się kontrolować w innych sposób. [...]" (s. 141)

Dawniej zastanawiałem się, co to za dziwne wyobrażenia Maryi są w niektórych kościołach na filmach. Teraz już wiem, że to nie Maryja lecz Santa Muerte czyli Święta Śmierć. Wielkie Brawa! 


Interesująca religia rodem z Meksyku i okolic. Zasadniczo porównać ją można z europejską adoracją św. Guineforta we Francji, św. Mikołaja w Rosji czy np. św. Demetry w Grecji. W Polsce pewne podobieństwo dostrzec można w kulcie Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej na Górze Chełmskiej. Oczywiście mam tu na myśli nie samą postać lecz pewien unikatowy charakter wierzeń  - jest to dosyć specyficzne połączenie pogańskiego bóstwa z późniejszymi naleciałościami chrześcijańskimi dającymi w sumie oryginalną, synkretyczną postać. W tym konkretnym przypadku czczoną jako anioł śmierci. 


Przypisuje się jej niezwykłą moc i skuteczność w spełnianiu próśb. Opiekuje się więźniami, przemytnikami, handlarzami narkotyków, spełnia miłosne życzenia, karze niewiernych kochanków, wzbogaca czy uzdrawia. Niezwykła postać o olbrzymiej popularności. 


Chesnut opisuje nie tylko jej kult, ale również historię, relacje wiernych, skandale związane z powstaniem jej Kościoła. Co złożyć jej w ofierze? Kiedy się do niej modlić? Kim są jej najgorętsi wyznawcy? O tym wszystkim w niniejszej lekturze.

Zdziwiły mnie trochę te historie. Nigdy nie podejrzewałem, że handlarze narkotyków są tak religijni i to w tak specyficznym kierunku.


Cała ta cześć Białej Siostry jak ją czasami się nazywa przypomina mi do złudzenia pogaństwo współczesne - ołtarze, ofiary, modły, zaklęcia ... Autor próbuje wykazać, że to Ponury Żniwiarz stoi u legendarnych początków adoracji Potężnej Pani lub przynajmniej wywarł na to największy wpływ. Moim zdaniem ewidentnie czuć w tym wszystkim boginię Mictecacihuatl o czym książka także napomina. Tak jak Europejczycy nie rozstali się ze swoimi dawnymi bogami czyniąc z nich świętych tak i Meksykanie zachowali swojego anioła przez kolejne stulecia, a teraz w dobie współczesności pozwalają jej wraz z innymi ludowymi świętymi wysuwać się na piedestał. Chesnut poświęca także trochę uwagi jej męskim odpowiednikom - Reyowi Pascualowi i San La Muerte, wielbionym w sąsiednich krajach. Mamy kolejny dowód na to, że ludziom ciężko się rozstać z religią przodków. 


Książka świetna pomimo, że autor co chwila powtarza w niej te same zdania. Niemniej gorąco ją wszystkim polecam!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Gemma Gary "Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic"



"Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic" to podróż po legendarnych i historycznych czarownikach i czarownicach zamieszkujących obszar hrabstwa Devon oraz sąsiedniej Kornwalii. Poznajmy magiczne artefakty ze sławnego Muzeum Czarownictwa, biografię i postać Cecila Williamsona (jak zwykle co książka to inaczej jest ona przedstawiona), legendy o Diabłach, psy Baskervillów, serca zwierząt nakłuwane igłami, domy pełne ropuch, ludowe sposoby zdejmowania klątw i uroków, diabelskie kamienie, procesy czarownic etc. W sumie wszystko co potrzeba do dobrej książki o wiedźmach. Nie brakuje pod koniec magicznych zaklęć, tyle, że nie są one w dobrym, pogańskim stylu. 

Ciekawe opracowanie tematu, z większym akcentem padającym na historię niż praktykę magii. Tutaj jest ona opisana z czysto antropologicznego punktu widzenia.

Ludowe historie o wiedźmach przedstawione są w klasycznym, brytyjskim fasonie. Fajnie, że na Diabła czasem mawiano "Daddy". Nie brakuje sposobu na przywołanie go poprzez okrążanie ruin siedmiokrotnie, co jest znanym motywem. Śmieszy trochę historia czarownicy, która nieświadomie zabiła własnego syna. Występują też dobrzy mężczyźni-czarownicy, którzy jak widać znali się na swoim fachu. Regionalizm odgrywa dużą rolę w brytyjskim czarownictwie - pamiętajmy, gdzie indziej "piskies", a jeszcze gdzie indziej "pixies" jakby ktoś chciał nałapać sobie chochlików. 

Książka ciekawa i wszystkim miłośnikom tematu gorąco ją polecam! I bądźcie ostrożni, bo nigdy nie wiecie, kiedy wśród Was pojawi się wiedźma z prawdziwego zdarzenia!

wtorek, 21 listopada 2017

Lexa Roséan „Encyklopedia magicznych ingrediencji. Wiccański przewodnik po sztuce rzucania zaklęć”


No jak wiccański to nie możemy przejść obojętnie. Po przeczytaniu zmieniłem zdanie. „Encyklopedia magicznych ingrediencji. Wiccański przewodnik po sztuce rzucania zaklęć” to leksykon ziół, kamieni i kilku innych drobiazgów z poradami magicznymi typu New Age. Czyli pojęcie, a potem zaklęcia w stylu: „Obciągnij skórkę z banana, posyp czekoladowym proszkiem, weź go do buzi i ssij intymnie wizualizując życzenie, które ma się spełnić. A potem go zjedz”. No skojarzenie mam konkretne.


Trzeba mieć kuku na muniu, żeby rzucać większość takich "czarów". Generalnie są to średniowieczne zabobony ciśnięte w realia współczesności.
„Rozsmaruj pastę kciukiem na krakersie i karm drugą osobę, aby ją uwieść.” (s. 20)
Muszę uważać na dania serwowane w kawiarniach. 

Dowiedziałem się z książki, że noszenie asafetydy leczy homoseksualizm. Wreszcie wymyślono „lek na tę dolegliwość”. Tylko, że przecież geje uważają, że odmienna orientacja seksualna to nie choroba, więc co tu leczyć? 

Nie brakuje w tekście silnego zakorzenienia w kulturze chrześcijańskiej, przez co nie wiem dla kogo są te magiczne porady dla oazowych katolików, chystopogan, żydów czy pogan?

Nie wiedziałem, że bursztyn jest ulubionym klejnotem czarownic i nosi się go tylko na określone okazje. Do tej pory byłem przekonany, że to kwestia indywidualnego gustu. Podobnie jak wskazówki ile trzeba się konkretnie moczyć w wodzie. Tutaj jednak te bariery zostały ostro zaznaczone przez mistrzynię. 

Do innych ciekawych nauk magicznych Leksy Roséan należy polerowanie butów śliną, kładzenie przez mężczyzn chrzanu na genitalia i wizualizowanie sobie długiej erekcji, stosowanie ciemiernika by stać się niewidzialnym (podobnie i heliotropu). Nie słyszałem nigdy o kulcie Squat – bogini nowoczesnego miasta. O kolorze czarnym z kolei dowiedziałem się, że:
„Jest to kolor kapłanów, czarownice używają go do okrywania siebie i w ten sposób zabezpieczają swoje tajemnice” (s. 57)
Nie na długo! Bo już za chwilę wiedźmy wyjawią swoje tajemnice ... 

Nie wiedziałem, że dynia na Halloween służy do oddawania czci zmarłym, ani, że dzwonkiem zwołuje się sabat czarownic… Niby jak? Wiedźmy w jednym mieście usłyszą jak dzwonię w drugim? 

O kurkumie:
„Natrzyj przyprawą (znana też jako złota pieczęć) słuchawkę od telefonu, by uchronić Twój telefon przed podsłuchem.” (s. 136)
Proponuję włączyć Facebooka i monitor natrzeć kurkumą …
„Stań pod latarnią, by odtworzyć nostalgiczne momenty i przywołać  szczęście z przeszłości.” (s. 138)
No najlepiej w nocy … 

Nie wiedziałem, że miotłę należy stawiać dolną częścią w górę. Mój były coven zatem wolał nie poddawać się opiece Bogini. 

Obsikiwanie terenu jak pies celem zdobycia go w przyszłości ... No to już coś. Idę się porządnie wylać w plener!
„Pizza sycylijska oraz kwadratowa nie mają żadnych właściwości magicznych.” (s. 210)
A hawajska? A rzeźnicka? Te informacje o wypiekach rozbrajają armię orków … 

Przestaję jeść suszone pomidory z mozarellą, które lubiłem do tej pory (z fetą były jeszcze smaczniejsze)! Bo to jak się okazuje to działa dobrze na gejowską miłość … 

Noś korzeń sadźca, by pozostać dziewicą … No to jest jak dla mnie przecenienie więzi kulturowych. Chyba czarownicom powinno zależeć na tym by nimi nie być, a nie robić z siebie święte, katolickie dziewice … 

A noszenie puszki sardynek w kieszeni przyciągnie fajne laski … Tego nie skomentuję …

Tłumaczenie książki również miejscami jest irytujące. Kowen to grupa czarownic, więc jak można wszystkich "zwoływać na kowen”, albo „podróżować na kowen” czy napisać „niektóre koweny odbywają się w ubraniach”? Tłumacz nie rozróżnia pojęcia „kowen” od „sabatu”. „Kowen przeorganizował się” (s. 215). I o co tu niby chodzi? Generalnie w tym przypadku o to, że z kowenu wyszły przynajmniej trzy arcykapłanki, które założyły swoje własne grupy. Tutaj jednak nie jest to tak jasno powiedziane. Bóg wiatru Wodin, od którego pochodzi nazwa angielska środy (Wednesday), wtf ??? Podobnie dlaczego jest w tekście np. „grapefruit” zamiast „grejpfrut"? Po co nazwy oryginalne niektórych rogalików, nie można było tematu opisać po prostu według polskiego alfabetu a rogale dać pod „r”? 

Pewne zdania jakby niejasno opisują szczegóły - na pewno nie wszystkie grzyby mają właściwości halucynogenne. No chyba, że zje się ich za dużo, to wtedy może … ale nie wiem. Podobnie jak wzmianka o rudych paniach palonych na stosie. Na pewno nie wszystkie rude pieczono. Nie wiedziałem, że Pluton miał kochanka Minte. Raczej była to nimfa (kobieta). Nie wiem na czym miał polegać zamach na boginię Oszun? 

Niektóre rzeczy wydały mi się znajome – też często rysuję keczupem pentagram na pizzy. Cool!
„Niestety w dzisiejszych czasach przysięgi służą głównie do zastraszania i rządzenia nowicjuszami.” (s. 222)
I to jest chyba jedyne mądre zdanie w całym tym przedsięwzięciu. Z tym się zgodzę. Trochę jest wzmianek o wicca tradycyjnej, ale nie wszystko jest jasno rozdzielone na wicca tradycyjną i eklektyczną. Można się co najwyżej domyślać jeśli się zna temat. W każdym razie nie wiem na czym ma polegać nakładanie kar na osoby, które użyły błędnego imienia adepta w kręgu?

Cała reszta książki to typowa New Age’owa szmira. Nie polecam! Na zlecenie zamknąć w indeksie ksiąg zakłamanych!

sobota, 26 sierpnia 2017

Claire „Miejskie wiedźmy. Magiczne rytuały, talizmany, miejsca mocy”


Na dobrą sprawę tytuł „Wiejskie wiedźmy” też by doskonale pasował. W końcu rośliny rosnące w dużych aglomeracjach jak i za rustykalnymi oborami są takie same. No może z zaznaczeniem, że na wsi więcej jest łąk i za pewne też lepszy wybór.

Kolejna praca Pani Claire, którą miałem okazję przeczytać nie wiele różni się od omawianej wcześniej „Magii wiedźm”. Na dobrą sprawę gdybym przekopiował stary post i wkleił go tutaj to tak na prawdę treść pasowałaby jak ulał. No może tym razem nie było czarów ze spłuczką od kibla, ale kilka pomysłów równie ambitnych się znalazło jak choćby rytualna libacja przed jakimś urzędem. 

Kilka porad Claire uznałbym za warte uwagi. To był chyba jedyny pozytywny atut tej pracy. Niestety większość rytuałów i pomysłów, na które podli, inicjowani (lub byli) wiccanie patrzą co najwyżej zgryźliwie kątem spojówki uważam za stratę czasu, albo co najwyżej formę drobnego relaksu. Dla rozrywki można, ale na pewno nie dla wyższego celu. 

Nic wartego szerszej uwagi. Denna komercha à la Studio Astropsychologii - specjalność zakładu. 

Nie polecam! 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Lara Apps and Andrew Gow "Male witches in early modern Europe"


Wreszcie ktoś rozpoczął walkę z dyskryminacją na właściwym polu. Skarżyłem się na swoim blogu kilka razy, że podręczniki magii, które czytałem adresowane były tylko do kobiet. Może to i nic dziwnego, bo porządni mężczyźni takich rzeczy de facto nie czytają. Na szczęście ja mam ku temu pewien znany co poniektórym osobom powód. Ponadto nie jestem specjalnie "porządny" ...

Abstrahując od tego postanowiłem na "Agōgē Ræderze" poświęcić kilka przyszłych postów tematowi mężczyzny-czarownika. To tak na przekór tym wszystkim ezobzdetom dla nawiedzonych (albo raczej już nawet "przewiedzonych") niuejdżerek. Czytałem raz nawet jedną książkę adresowaną dla obojnaków, albo raczej osób, które mają problem z tożsamością płciową. Stwierdziłem to po charakterystycznych końcówkach słów zawartych w polskim przekładzie. To już tylko feministka mogła wymyślić! Najgorsze, że nawet kobietom czytanie tego przyprawiało problemy z nerwem wzrokowym. Fakt faktem, feministki najwięcej krzywd czynią kobietom!

Feminizmu nie brakuje i w książce "Male witches in early modern Europe" autorstwa Lary Apps i Andrew Gowa. Zamawiając ją myślałem, że przeczytam trochę o panach czarownikach i ich głównych cechach. Znowu nie to.

Rzeczona praca to generalne przyglądanie się rozmaitym teoriom na temat procesów czarownic i ogólna ich analiza. Autorzy krytykują badaczki-feministki za ich wydumane tezy na ten temat podobnie jak i innych znanych uczonych. Generalnie nie dostrzegłem w ich pracy jakichś sensownych wniosków, wszystko to raczej patrzenie na łapy innym i komentowanie, czasem nawet jak dla mnie zbyt oczywistych rzeczy.

Tylko kilka istotnych ciekawostek wspomniano przy okazji. M.in. to, że panowie ginęli "za czary" tylko dlatego, że: a) stanowili opozycję polityczną dla pewnych elit, b) uprawiali ludowe czarownictwo, c) mieli żony czarownice (znowu wszystko przez baby!). Generalnie "sfeminizowanie" czarowników też nie wchodziło w grę. Co ciekawsze mężczyźni mieli rzucać czary w obrębie swoich specjalności zawodowych - by koń sąsiadowi zdechł, by mu nieurodzaj doskwierał etc. Czyli jednak istnieje coś takiego jak "męska magia". Chyba napiszę podręcznik magii ludowej dla współczesnych czarodziejów. Już widzę tytuły rozdziałów: "jak sprawić, by stracił pracę?", "jak mu zepsuć samochód?", "jak mu się włamać na konto?". Zainteresowała mnie historia Chonrada Stoeckhlina, człowieka z biografią na wzór benandanti. Ciekawa postać i znany przykład marnego końca.

Praca nudna, ale stanowi sensowny odnośnik do innych, wcześniejszych książek na ten temat. Dobra i sensowna bibliografia. Podobało mi się też analizowanie pewnych źródeł wykraczających poza język angielski i zwracanie uwagi na płeć i słownictwo choćby w "Młocie na czarownice".

Można ją uznać za istotną dla przestudiowania Epoki Stosów i prześladowań. 

piątek, 30 grudnia 2016

Vadim Tschenze "Sekrety szeptuch. Ludowe sposoby uzdrawiania"


Dobrą odskocznią od pogaństwa i magii zachodniej jest temat szeptuch i szeptunów, a więc lokalnych uzdrawiaczy, wiedźm i znachorów. Główną zaletą prac ich autorstwa jest to, że nie trzeba szukać orientalnych roślin, wymyślać nowych rytuałów, skoro mamy wszystko w lokalnym, tradycyjnym i sprawdzonym przez stulecia wydaniu.

Wszyscy co mnie znają wiedzą, że wolę opierać szczegóły swojego światopoglądu czy praktyk o źródła lokalne, gdzie tylko jest to możliwe. Nie lubię bezmyślnego kopiowania wzorców zachodnich tam gdzie nie są one potrzebne. Żyjemy w innej strefie klimatycznej, mamy inną historię, mentalność, język czy nawet podejście do wielu rzeczy. Stąd tłumaczenie zaklęć brytyjskich nie zawsze odda nam to co powinno, o ile w ogóle to zrobi.

Pierwszy raz w życiu przeczytałem książkę w pełni poświęconą tematowi szeptuch. Jedno podstawowe pytanie jakie nasunęło mi się na myśl brzmi: "czy są to antyczne metody praktykowane przez stulecia czy kolejny synkretyczny zlepek wszystkiego w nowym komercyjnym wydaniu?" Niestety obawiam się, że odpowiedzią jest "pół na pół".

Autor opisuje całe mnóstwo zabobonów, praktyk magicznych, zielarstwa i medycyny niekonwencjonalnej. Jest też trochę o czakrach i pokrewnych zagadnieniach.

Generalnie czyta się to dobrze, choć owe leksykony ziół i chorób lekko przynudzają ...

Główną zaletą pracy Tschenze sa opisy rytuałów. Od razu czujemy ludowy klimat, a magia, która często wymaga zdobywania niedostępnych łatwo rekwizytów staje się nam bliska. Do tego klimatyczne świece, cmentarze, ikony ... Żyć nie umierać!

Gdyby tak jeszcze ową pracę odrzeć z naleciałości prawosławia, a zastąpić je czystym pogaństwem to mielibyśmy prawdziwą słowiańską księgę cieni. No, może inne elementy też trzebaby odjąć, żeby było całkiem słowiańsko, ale z drugiej strony nie budujmy niepotrzebnych granic. Wszystko co użyteczne powinno nam wejść w zakres wiedzy.

Zbyt duża zabobonność, śmieszne rytuały trochę psują jakość tej pracy. Trzeba umieć oddzielić trutki mysie od szczurzych, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Trochę w tych przesądach prawdy jest, ale na pewno nie aż tak wiele jak chce autor (no chyba kluczem wrzuconym do rzeki migreny nikomu nie wyleczę [??????]).

Ciekawa książka, jakość po obdarciu z zabobonów, prawosławia, New Age pozostawiam dla Waszej własnej oceny!

niedziela, 27 listopada 2016

Paweł Zych, Witold Vargas "Bestiariusz słowiański. Część druga"


Tytuły mistrzów oficjalnie obronione!

Po raz kolejny Paweł Zych i Witold Vargas nie zawiedli swoich fanów przedstawiając mniej znany świat polskich i sąsiadujących terytorialnie z naszym krajem demonów.

Mumacze, gadzony, bandurki czy sporysze. Jest ich tyle, że nie sposób zliczyć. I znowu zastanawiam się dlaczego wielu polskich neopogan uwielbia tak postacie brytyjskich wróżek fairy, skoro kociotwarzowe małe, tańczące miawki można u nas łatwo spotkać w maju?

Żyjemy w czasach kiedy częściej napotykamy m.in. tramwajniki (demony psujące tory tramwajów, powodujące korki lub opóźnienia w ruchu transport publicznego), meilniki (wirtualne duszki spamujące pocztę elektroniczną, zmieniające hasła lub wysyłające trollujące maile i rozsyłające wirusy), burdelniki (wirtualne demony odpowiedzialne za bałagany na kontach klientów powodujących niesłuszne odcinanie usług za rzekome niepłatności), miry korporacyjne (strażnicy wielkich korporacji, które dobrze hodowane powodują olbrzymie dochody finansowe) czy dziady bankowe (diabły powodujące, że bankomaty pochłaniają karty, wypłacają za mało gotówki, a na wykazie pokazują, że wyjęto jej znacznie więcej ...). Mimo tego nie możemy zapominać jak bogaty był nasz lokalny folklor i jak wiele rodzimej tradycji zanika na rzecz lansowanej przez amerykańskie koncerny filmowe sztucznej popkultury.

Tak więc nie zdradzając wiele zawartości drugiej części (w mojej ocenie najlepiej jak dotąd wydanej serii z ilustracjami) podręcznika do instruktażu relacji człowiek-potwory stwierdzam, że bezdyskusyjnie pojawić się ona powinna w każdej domowej biblioteczce. Gdyby zdarzyło się, że zmarły sąsiad wędrował po klatce schodowej i próbował wyssać krew którejś sąsiadki od razu wiemy co robić

Gorąco polecam!

piątek, 25 listopada 2016

Joanna Wawrzeniuk "Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich"


"Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich" to pierwsza od lat znana mi  praca poświęcona w głównej mierze praktykom magicznym dawnych Słowian.

Cieszę się, że od dłuższego czasu w końcu mam w ręku książkę będącą świetną kompilacją opublikowanego do tej pory materiału na temat religii naszych przodków wraz z odkryciami archeologicznymi oraz pewnymi jak dla mnie nowościami.

Czarów co niemiara. Lepszy podręcznik dla przeciętnego maga niż 99% publikacji na ten temat dostępnych w księgarniach na półkach z literaturą ezo. Dowiadujemy się wszystkiego o amuletach, piecu, kącie, progu, ognisku domowym, wypraszaniu zmarłych na tamten świat, magicznym budowaniu domu, ofiarach ze zwierząt, ludzi etc.

Autorka poruszyła większość tematów z popularnego zagadnienia magii ludowej. Opisała je bardzo rzetelnie. Podoba mi się także podejście do samej religii Słowian i zwracanie uwagi na geograficzne rozmieszczenie bogów czczonych w danych regionach; przeważnie badaczka nie popełnia tego samego błędu co rodzimowiercy i nie miesza wszystkiego wedle uznania, choć zdaje się zauważyłem kilka rzeczy, które poważnie mnie zastanawiały (jak zwykle nie zrobiłem notatek - mea culpa) ...

Jest to bardzo obszerna pozycja, Wawrzeniuk wykorzystała wiele cennych źródeł nie pomijając najważniejszych. Mnóstwo ciekawostek i szokujących informacji (żeby umierającego kłaść na ziemi by przyspieszyć jego zgon? Przecież to magiczna euatanzja!)

Książkę gorąco polecam wszystkim miłośnikom tematu.


poniedziałek, 17 października 2016

Witold Vargas, Paweł Zych "Święci i biesy"


"Święci i biesy" to kolejny debiut literacko-artystyczny Witolda Vargasa i Pawła Zycha, czołowych popularyzatorów polskiego folkloru w wersji przyjemnej nie tylko dla wyobraźni, ale także dla oka. Mistrzowski szkic połączony z tekstami zawierającymi całe mnóstwo zapominanego dziś słownictwa dają nam piorunującą mieszankę - każdego czarta porazi swą doskonałością.

Tym razem na piedestale pojawili się niektórzy historyczni święci i związane z nimi legendy. Idąc zgodnie z kalendarzem liturgicznym zapoznajemy się z ciekawymi opowiastkami. Autorzy niekiedy rozwijają wątki dodatkowo przenosząc nas w świat legendarnych polskich diabłów i ich sprzymierzeńców. 



Diabły najbardziej przykuły moją uwagę. Myślę, że polscy sataniści, szataniści, lucyferianie czy inni im podobni powinni pomyśleć nad stworzeniem wyjątkowego "Antyliturgicznego Kalendarza" a zamiast świętych patronujących w danym dniu zastąpić ich diabłami. Oczywiście rzeczony projekt nie musiałby zaczynać się z końcem grudnia, a kończyć w styczniu - mógłby iść normalnie od wiosny do zimy zgodnie z naturalnym cyklem. Tylu w naszym folklorze jest diabłów, myślę, że patrona na wszelki dzień znalazłoby się bez problemu. Każdy z nas ma jakiegoś swojego osobistego "złego". Mi tam chyba Rogalec najbardziej przyświeca (no bo przecież nie przyciemnia). Dzień, albo Noc Przeklętego Rogalca. Chyba znalazłem alternatywę do obchodów imienin (!). 

Historie ciekawe, niektóre rodem z pogaństwa pochodzące. Zaintrygowała mnie legenda św. Mikołaja i jego rozmowy z wilkami. 


Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników wierzeń ludowych. Gorąco polecam!

Teraz możemy iść grzeszyć ...

wtorek, 11 października 2016

Zuzanna Śliwa "Wróżby"


Sposób na zabicie pięciu minut życia. No, góra dziesięciu! Kilka stron ślicznie ilustrowanych z podstawowymi informacjami na temat kilku rodzajów wróżb. I nic ponadto. Okładka gruba, sprawiająca wrażenie, że zawartość będzie treściwa. Jednak tylko opracowanie graficzne jest na dobrym poziomie. Marny wysiłek jej twórców, książka powinna być znacznie grubsza. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej"




Przeżyjmy to raz jeszcze! Do tej pory pisane było mi tylko zapoznanie się z wersją książki w formacie pdf, ale w końcu jest - Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" po raz pierwszy drukiem po polsku! Idziemy do przodu na pełnym gazie.

Skoro Wydawnictwo Sacrum zadbało o to, żeby Polacy mogli zapoznać się ze słynnymi tezami brytyjskiej pani antropolog nie pozostało mi nic innego jak natychmiastowe nabycie owawianej w niniejszym poście lektury.

Oczywiście nie widzę sensu, żebym pisał o rzeczach, o których i tak wszyscy wiedzą. Zatem daruję sobie jej streszczanie.

Ze swojej strony zwrócę uwagę tylko na kilka istotnych faktów. Oczywiście, że Murray wywarła duży wpływ na wicca (jaki konkretnie dowiecie się szczegółowo w niedalekiej myślę przyszłości). Nie jest jednak tajemnicą, że jej rola jest wyjątkowo wyolbrzymiana. Gerald Gardner skorzystał z jej tez przy tworzeniu zrębów swojej religii, jednakże innych źródeł wykorzystał - rzekłbym - tyle samo i w równym stopniu. Tak więc z nieznanego dla mnie powodu we wszystkich opracowaniach tematu, gdzie historia wicca jest omawiana, na piedestał wystawia się głównie dzieła Murray, a całą resztę wymienia jako drobne ciekawostki. Nie oceniłbym tego w taki sposób zapoznając się szczegółowo z tematem na przestrzeni lat.

Książki Murray są biblią dla swoistego rodzaju Turbo-Wiccan (tacy odpowiednicy Turbo-Słowian, którzy wierzą we wszystkie bzdury, które swoją niesamowitością dodają niezwykłego klimatu każdej bredni, która zastępuje realną, suchą historię. Po angielsku mówi się na takich "fluffy bunnies", ale polska kultura znajduje więcej terminów do prostszego zrównania ich z ziemią).

Na wstępie Adam Anczyk wprowadza do tematu. Przyznam szczerze, że poważniejszych błędów nie dostrzegłem w jego eseju. No chociaż ze swojej strony nie poleciłbym nikomu czytania Huttona. Ta książka po 15 latach wiele straciła na swojej zawartości, a nawet świeżo po jej wydaniu już na nią co poniektórzy szczekali. Nie wspomnę już o książce będącej jego krytyką autorstwa Bena Whitmore'a. Podobnie polecany przez Anczyka Jeffrey Russell, który też mi niczym nie zaimponował w tej dziedzinie. Przestarzałe farmazony, które obalała m.in. Doreen Valiente jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia. Tak samo zwrot mówiący o tym, że Gardner otrzymał inicjację z rąk Dorothy Clutterbuck. No i owszem, bo niektóre źródła podają, że tak w istocie deklarował, ale jak zwraca nam uwagę Philip Heselton - te zeznania nigdy nie były autorstwa Geralda, a raczej były to plotki stworzone na bazie skrótów myślowych, które stworzyli inni opierając się na przedstawionych przez niego powierzchownie informacjach. A czy rzeczywiście Clutterbuck-Fordham inicjowała Gardnera? Przecież wiemy, że nie. Szpanowanie wiedzą z zakresu książek wydanych wiele lat temu daleko Pana nie zaprowadzi ...

"Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" czyta się jak sielankę. Muszę publicznie schwalić Wydawnictwo Sacrum, zwłaszcza tłumaczkę Agnieszkę Kisiel za kawał dobrej roboty. Ogromnym plusem dla książki jest dobry przekład i zamieszczone przypisy.  Tutaj podstawową zaletą są te urocze stenogramy z procesów czarownic. Wiemy, że bzdurne tezy Murray odłożono do lamusa dawno temu, jednakże dzięki niej mamy ciekawą lekturę pełną historii legendarnych sabatów, ofiar z dzieci, ludzi, zwierząt, opisy diabłów i harców podczas spotkań. Obowiązkowa czytanka dla wszystkich miłośników tematu wicca, czarownictwa i Epoki Stosów. Czuć ludowy klimat!

Polecam!


piątek, 15 lipca 2016

Michał Rożek "Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy"


"Czary są nasz największy furlon"
Lucyfer w "Postępku prawa czartowskiego"

Na samym końcu czytania skapnąłem się, że książkę puściło w obieg wydawnictwo Petrus. Lepiej późno niż wcale. Ale co tam, w Taniej Książce można zawsze kupić coś na bezsenne noce nie będąc przy tym zbytnio stratnym. Przynajmniej się rozerwałem wracając do tematu wiedźm, stosów, diabłów, czarnoksięstwa i innych rozkoszy. Żyć nie umierać!

"Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy" jak wspomniałem opisuje ciekawą tematykę ludowo-ludyczną (jakkolwiek by to nie brzmiało). Autor pisze w podobnym stylu do Jana Kracika; generalnie temat stara się opisać jak najlepiej, czasem popełnia drobne merytoryczne błędy. Brakuje w tym na szczęście fanatyzmu, choć Rożek nie unika własnych komentarzy, które jasno wskazują, że do pełnego potępienia  duszy jeszcze było mu daleko kiedy kompilował materiał.

Zabawne. Jak pisał LaVey "nikt nigdy nie studiował metafizyki, jogi, okultyzmu bez wynagrodzenia swego ego i zdobycia osobistej siły". Dlaczego więc wydawnictwo Petrus puszcza w świat takie specyfiki? Może dlatego, że to część chrześcijańskiego folkloru? A może kryptoreklama dla tematu? Chyba tak.

Czarownice kradły rzeczy święte do swoich rytuałów (s.21)? Teraz to raczej kupują kradzione na Allegro. Tak czy siak nie wiadomo skąd się tam znalazły ... Swastyka chroniła przed Szatanem (s.117)? O Matko Ziemio, co ja ostatnio nosiłem na szyi ... Wiem już, że Jagiełło kazał zapalić Panu Bogu świecę, a Diabłu dwie zamiast sławnego ogarka. Kto to przekręcił? W każdym razie jest tekst źródłowy potwierdzający pierwotną wersję. Czarci brzydzili się wolnym związkami? No to już przeczy idei współczesności, która jest w Mocy Szatana w pełni zaciśnięta. Pewną ciekawostką i nowością dla mnie było pochodzenie legendy czarnoksiężnika Twardowskiego z legendy papieża Sylwestra II. Mimo tego autor wykorzystał stare rozważania na ten temat. No i znowu Zygmunt III Waza jako miłośnik czarownictwa ... Może na tym sztuka polega - samemu interesujemy się czarami, a eliminujemy konkurencję, która jest na tyle potężna, że może nam zaszkodzić. Chyba wiem co za całkiem niedługo zrobię starym znajomym ...

Pewne rzeczy rzuciły mi się w oczy np. autorami "Malleus Malleficarum" byli Heinrich Kramer i Jacob Sprenger, a w tekście jest Henryk Insistor (jest to łacińska wersja znana z bulli 'Summis desiderantes" Innocentego VIII). Widać, że na katoptromancji czy horoskopach autor się nie zna bo opisuje oba temat zabobonnie. Podobnie jak rozbawiło mnie nazwanie nakłuwanych kukiełek "średniowiecznym voodoo". Potem masy palantów wierzą, że tego typu praktyki wywodzą się z Haiti. Ludzie! Takie rzeczy były dobrze znane w Europie przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Rożek zastanawia się czy na Akademii Krakowskiej uczono magii, podejrzewając, że chyba nie (s.215). Z tego co ja wiem, była ona normalnie wykładana na studiach do XIX w. Alchemia sięga korzeniami Egiptu jak zauważa autor, ale nic nie wspomina o Chinach, które odgrywają tu znacząca rolę.

Ponieważ książka składa się z esejów, które autor napisał w różnym odstępie czasu bardzo często powtarzają się te same informacje. Jest to męczące.

Generalnie książkę polecam! Dużo piekielnie uroczych ciekawostek z zakresu folkloru czarowniczego.

środa, 18 maja 2016

Władysław Batkiewicz "Starosłowiański masaż brzucha. Terapia wisceralna"


Kiedy tylko zobaczyłem książkę, której tytuł nawiązuje do mądrości przodków Słowian wiedziałem od razu, że kiedyś będę musiał zgłębić jej tajemnice. Dlatego długo nie zastawiałem się nad jej zakupem.

W końcu słowiański New Age warto poznać kiedy się jest gorliwym czcicielem dawnych, lokalnych bogów. No o mądrości przodków nie wspomnę, nawet w książce znajdujemy o tym wzmianki i slogany:

Narody, które zapominają swoich tradycji, giną. (s.16)

Nigdy wcześniej nie słyszałem (a może słyszałem, tylko tradycyjnie nie pamiętam) o starosłowiańskim masażu brzucha. Jak się okazuje jest to specyficzny zestaw nacisków na konkretne części maćka (tak podobno w tradycji ludowej mówi się na brzuch), celem polepszenia sobie zdrowia. Ostatnimi czasy dużo jeżdżę na rowerze, korzystam z rekreacji na siłowni, a do dyspozycji mam też basen i saunę. Coraz bardziej pociąga mnie kwestia zdrowego trybu życia według tradycyjnych metod. Może i tego warto spróbować?

W całej książce na tytułowy temat jest może poświęconych raptem kilka procent tekstu. Do tego mnóstwo ilustracji z schematami. Cała reszta lektury to powtórka biologii ze szkoły podstawowej. Na końcu nie zabrakło prywatnych przemyśleń autora co do spraw duchowości. I przyznam, że mało mnie one przekonują, a jeszcze mniej mają wspólnego ze Starą Słowiańszczyzną ... I generalnie są beznadziejne, bo przepełnione miłością, pseudo-chrześcijaństwem i postawami przeciwnymi do tych, które lansują np. Alice Miller, Susan Forward i Craig Buck. 

Pewne omawiane tematy wciągają np. sprawy powiązania depresji i złego funkcjonowania jelit. Podobnie temat akupunktury, tyle, że tutaj od razu mam przed oczyma scenę z "Dnia Świra". To zainteresowanie rozwinę kiedy trauma po oglądanym filmie mi przejdzie.


Zastanawiam się nad pewnym kwestiami. Np. Batkiewicz podaje, że:

Starosłowiańscy uzdrowiciele nazywali pęcherzyk żółciowy "Królem Życia" lub "Cesarzem Zdrowia" (s. 37).

Czy aby na pewno? Zalatuje mi to trochę New Age'owym wyobrażeniami na temat praktyk w przeszłości (taki trochę ezoteryczny nurt w turbo-rodzimowierstwie).

Pewne praktyki przerażają:
Należy również wspomnieć o masażu prostaty techniką "per rectum", czyli doodbytniczo. Jest to stosunkowo prosta technika masażu ale wymaga wprowadzania palca terapeuty (oczywiście w gumowej rękawiczce jednorazowej) do odbytu pacjenta. Masuje się kiszkę stolcową z palcem skierowanym w kierunku jąder.(s. 183)
Dziękuję! Nie skorzystam. Wystarczy mi, że raz w życiu byłem z wizytą w gabinecie u urologa, który we wspomnianej w cytacie rękawiczce włożył mi nawet dwa palce do odbytu i kręcił nimi zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Najgorsze w tym wszystkim było to, że okazało się, że jestem zupełnie zdrowy ...

Zastanawiają mnie też stwierdzenia:

Wystarczy spojrzeć na ciało przeciętnego Chińczyka czy Hindusa. Chodzą wyprostowani, poruszając się z wdziękiem i gracją. A rasa ludzi białych? W zdecydowanej większości poruszamy się ciężko i niezgrabnie, ze zgarbionymi plecami i pochyloną do przodu głową. (s.204)

Wszystko fajnie, ale my jesteśmy zazwyczaj wyżsi niż Chińczycy czy Hindusi. Ja mam dwa metry wzrostu i często się garbię, co jest naturalną cechą osób, których natura tak hojnie obdarowała. Kiedy rozmawiam ze znajomym Hindusem zawsze mam postawę jak Quasimodo.

Zastanawiam się czy zacząć próbować stosować starosłowiański masaż? Już widzę reakcję mojej rodziny kiedy tarzam się po podłodze z piłeczką ...

Pół na pół. Ciekawostek niewiele.

Gdyby ktoś by był zainteresowany, to link do strony autora jest taki:

niedziela, 6 grudnia 2015

Diana Rajchel "Samhain. Rytuał, przepisy i zaklęcia na początek pory zimowej"


Czy aby na pewno jest to początek pory zimowej w naszej strefie klimatycznej? W sumie na upartego możemy zgodzić się z tą koncepcją. Dawniej Święto Zmarłych było czasem kiedy cmentarze pokryte były grubą warstwą śniegu, a kobiety zapalając znicze, niejednokrotnie podpalały sobie rękawy od futer. A teraz w Dzień Wszystkich Świętych można nawet wyjść z domu w skórzanej kurtce i czapce z daszkiem. 

Ponieważ Halloween jest moim ulubionym świętem, stwierdziłem, że bardziej zagłębię się w treść książki. Niestety fakt, że przeczytałem ją po czasie lekko zepsuł mi zabawę. No tak, już dawno po Hallowe'enie, Andrzejkach, Barbórce, aktualnie mamy chtoniczne Mikołajki. 

Przyznam, że pewne zagadnienia zainteresowały mnie w opisywanej historii Hallowe'en. Nowością  było np. to, że zwyczaj "cukierek albo psikus" ma w rzeczywistości chrześcijańskie korzenie, a nie pogańskie. Słabo w to wierzę, ale zawsze to jakaś porównawcza ciekawostka. Podobnie jak i w to, że Rajchel obala historię kultu Pomony w tym okresie (autorka podaje dokładną datę 31 października, czego jednak inne źródła nie czynią generalnie podając koniec jesieni), twierdząc że bogini sadów czczona była przez Rzymian w środku lata. Kłamstwem to może i nie jest, ale ta koncepcja późnej jesieni skądś musiała się wziąć, bo często pojawia się w źródłach

Jak to zwykle bywa w tego typu podręcznikach eklektyzmu, wiele informacji musi być kontrowersyjnych. No i adresowanych dla pań. Poczułem się zdyskryminowany. Muszę napisać do jakiegoś stowarzyszenia maskulistów polskich, by pozwali wydawców. Zaciekawiła mnie np. "chrześcijańska" legenda o Starym Jacku (u nas częściej używa się formy "Chciwym Jacku"). Nie jest w końcu tajemnicą, że swoimi motywami przypomina legendę czarnoksiężnika Twardowskiego, a obie prawdopodobnie mają korzenie w jakimś pogańskim micie. Odyn jako bóg burzy (?), Thorze, widzisz i nie grzmisz ... O co chodzi z tym dawaniem cukru dzieciom? Pierwsze słyszę, żebym zamiast cukierków dostać miał cukier. Zastanawia mnie też to, czy dawni poganie sprzątali domy na Samhain? Niekiedy źródła wspominają o tym, że domy miały własnie wyglądać na zimne i niegościnne. Choć może była to tylko kwestia regionu i podejścia do zmarłych - czy ich witamy i zapraszamy, czy odganiamy i odstraszamy? 

Na temat pomysłów zabaw, dekoracji, rytuałów to nawet nie będę się wypowiadał. Dno totalne. Odrysowanie nagrobka zostawię innym. 

Książka generalnie marna jak cała reszta serii "Sabaty".

===

Uwielbiam Hallowe'en! 

Kiedy byłem dzieckiem oglądając telewizję satelitarną uwielbiałem takie postacie jak Dracula, Frankenstein, wilkołaki, mumie, szkielety etc. Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu niż astronauci/  kosmici, drużyna Robin Hooda czy barbarzyńcy.



Pewnego razu pamiętam, że zaintrygował mnie nawiedzony dom wykonany ręcznie w jakimś niemieckim programie dla dzieci. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z pojęciem Halloween, które wytłumaczyła mi mama. Powiedziała, że: " ... oni mają Święto Duchów. My mamy taką tradycję, że chodzimy na cmentarze, odwiedzamy groby, a oni zakładają maski i wzajemnie się straszą. U nas to jest taka smutna tradycja." Jakby mi ktoś w pysk strzelił!!! To moi rówieśnicy w innych krajach mają tak fajnie, że się przebierają, dostają cukierki, bawią wesoło, a u nas tak beznadziejnie??? Za jakie winy?



Rzuciłem klątwę na własną świadomość. Obiecałem sobie, że kiedy dorosnę będę świętował Halloween w przeciwieństwie do tej szaroburej chujowizny, która mnie otacza. I której nienawidziłem. Wiedziałem, że zbieranie cukierków mnie ominie, ale Hallowe'en we własnym domu? Dlaczego nie? A już nawet wtedy wszyscy dorośli mówili, że kiedyś to święto się u nas przyjmie. Na pewno. Przynajmniej w tym się nie mylili.



Dorastając, co roku kiedy zbliżał się koniec października śledziłem intensywnie pierwsze, pojawiające się w telewizji Hallowe'enowe akcenty. To jakiś teleturniej gdzie prowadzący przebrany był za czarownika z wydrążonymi dyniami w ręce. To znowu jakiś program muzyczny, gdzie wszędzie w dekoracji było pełno dyń. O stacjach anglojęzycznych i niemieckich chyba nie trzeba nic mówić. Maratony zaczynały się w południe. A już te programy pokazujące Hallowe'en w Ameryce. Po prostu patrzcie i zazdrośćcie nam!



Tak mijały lata. Kiedy zacząłem swoje zainteresowania z magią, jasne dla mnie było to, że okres ten jest niezwykły. Przez krótki nawet czas po przeczytaniu jednej z lektur o eklektycznej wicca odciąłem się od idei celebrowania wesołego Hallowe'en uważając, że jest "żałosna maskarada" w przeciwieństwie do święta, które powinno być pełne zadumy. Nie długo trwała ta tendencja. 

Z czasem, kiedy dostęp do muzyki stał się powszechniejszy, kiedy pochłonęła mnie estetyka gotyckich świeczników, zacząłem ostro wracać do czegoś, czego nigdy w sobie nie zgasiłem. I nawet rodzimowierstwo, którym się zachłysnąłem nie wypleniło ze mnie sympatii do Hallowe'en. 

I tak od kilku lat mój pokój jest udekorowany na maksa gotyckimi i Hallowe'enowymi świecznikami, lampionami i specjalnymi lampkami. Nie brakuje wizerunków Jacka Skellingtona, nietoperzy, czarownicy etc. Co roku słucham utworów ze swojej playlisty na YouTube, które uważam za kanoniczne. Część z nich to utwory związane z tym świętem, a część po prostu mi się z nim kojarzy, podobnie jak z tematem śmierci, horrorów. Różne gatunki muzyczne, różne kultury. Co roku playlista wzbogacana jest o nowe utwory.



Uznałem, że pomimo tego, że co poniektórzy stawiają wyraźne granice pomiędzy np. celtyckim Samhain czy słowiańskimi dziadami a komercyjnym Hallowe'en - świat jest tak na prawdę jeden. A to co do nas dociera stanowi jedność z tym czym żyjemy. 

Wszelkie wmawiania mi przez lata, że Hallowe'en jest nam obce kulturowo uważam za brednię z prostej przyczyny - już od kilku pokoleń chowamy się dokładnie na tych samych bajkach co nasi rówieśnicy w innych krajach. Żyjemy tak na prawdę w tym samym świecie, który jest globalną wioską. Muzyka idzie do nas obcojęzyczna z wielu krajów. Filmy docierają również z całego świata. Czy świat wampirów, czarownic, wilkołaków, duchów jest nam faktycznie obcy? Bardziej niż naszym sąsiadom z Zachodu, którzy od lat żyją tą samą kulturą masową? Wmawianie, że to jest nam obce uważam za kłamstwo.



Oczywiście na drodze pojawił mi się problem wpływów lokalnych. No w końcu "Polacy nie gęsi". W Halloween lubię sobie przeczytać fragment "Dziadów". Jeśli w przyszłości uda mi się kupić ładną, drewnianą kraboszkę to na pewno umieszczę ją w dekoracji.

Nie wspomnę już o dniu następnym. Oczywiście "trupie miodki" - nasza tradycja lokalna. Na cmentarz po cukierki, a jakże. W tym roku nawet udałem się na pobliski kopiec pooglądać łuny znad nekropolii. Niestety fakt, że wejście było zamknięte na taras widokowy sprawił, że przyjemność ta mnie ominęła.



Ponieważ Halloween jest tylko raz w roku. Stwierdziłem, że październik będzie dla mnie "Miesiącem Hallowe'enowym". Tak więc już na początku zacząłem lubić rozmaite strony na Facebooku o rzeczonej tematyce. Wieczorami w pracy oglądałem horrory. Nadrobiłem braki z lat minionych. Wiele zaległych serii jest już za mną. Podobnie jak filmy o gotyckim charakterze lub bajki dla dzieci. W minione święto oglądnąłem "Hellraisera" darując sobie tradycyjnego "Shrecka o wielkich oczach" czy "Hokus Pokus". 

A pije co roku tradycyjny sok jabłkowy, nawilżam powietrze olejkiem eterycznym o zapachu tego samego owocu. Ubieram się na czarno, zakładam gotyckie spodnie. Muzyka z playlisty gra. Tapeta na komputerze słodko-mroczna. Słodyczy nakupionych co niemiara.



Cóż tu wiele mówić, Happy Hallowe'en!