Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kabała. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 listopada 2018

Dion Fortune "Mistyczna kabała"


To uczucie, kiedy kupisz sobie książkę, a przez kilka lat leży ona na półce, bo co chwila wpadają inne nowości w to samo miejsce, a ty przez co nie masz kiedy zacząć. Nadeszła wiekopomna chwila! Z "Samoobroną psychiczną" autorstwa Dion Fortune zapoznałem się dawno temu. Czas przyszedł na "Mistyczną kabałę". 

Ogólnie jest to bardzo wyczerpująca pozycja przedstawiająca każdy detal w tym dziwnym systemie religijnym. Przyznam, że obok pracy Fratera Barrabbasa uważam ją za jedną z lepszych, z którymi miałem okazję się zapoznać. Jest ona świetnie dopasowana do pogańskiego światopoglądu. Nie jest dla mnie też tajemnicą, że z prac Fortune korzystał Gerald Gardner tworząc swoją religię wica. Nie trzeba więc głowić się nadto żeby dopasować kabałę do potrzeb duchowych politeistów. Z resztą, pisali o tym Farrar i Bone, praktykują to też aleksandrianie, więc krótko pisząc - da się. 

Fortune reprezentuje czasy kiedy okultyzm osiągał swoje apogeum. Reprezentantów tamtej epoki żywię szczególnym sentymentem; w przeciwieństwie do wiedźm naszych czasów oscylowali oni w ciut innym światopoglądzie polityczno-społecznym. To były czasy! Czytając "Mistyczną kabałę" w oczy rzucają się pewne namiętne sformułowania:
Nadmiar dobroczynności to oznaka głupoty, nadmiar cierpliwości to cecha tchórza. Potrzeba nam sprawiedliwej i mądrej równowagi, która zapewni szczęście, zdrowie fizyczne oraz psychiczne wszystkim wokół nas, a także zrozumienia, że ofiary są konieczne, by to wszystko osiągnąć. (s. 254)
Dobrze jest to powiedzieć głośno w czasach współczesnych. Zwłaszcza zwolennikom multi-kulti.
Zmorą chrześcijaństwa jest jednostronność, odpowiada ona za wiele patologicznych zjawisk w naszym życiu narodowym i osobistym. Jednak nie możemy zapominać, że chrześcijaństwo jest odtrutką na świat pogański, śmiertelnie zatrutego własnymi jadami. Potrzeba nam tego, co chrześcijaństwo nam daje, ale niestety nie potrafimy się obejść bez tego, czego w nim brak. (s. 244)
I tu się zasadza esencja współczesnego pogaństwa - jest ono dobitnie skażone chrześcijańskimi wpływami, których np. niektórzy rodzimowiercy nie biorą pod uwagę.
Młodzieniec, pozbawiony podniety rywalizacji, opuszcza się w pracy, gdyż niewielu będzie pracować po prostu w imię pracy. Podobnie ma się rzecz z narodami - monopol, pozbawiony bodźca konkurencji, zawsze okaże się nieudolny. Wolne od konkurencji zawody zawsze cierpią na umysłową otyłość. (s. 251).
Socjaliści, kolektywiści z szeregu wystąp! Jakie to smutne, że tak mądrych słów nikt po dziesiątkach lat nie pamięta.
Potulność, miłosierdzie, czystość i miłość stały się cechami idealnego chrześcijanina, a jak słusznie zauważa Friedrich Wilhelm Nietzsche, są to cnoty niewolnika. (s. 250)
Nie mam pytań.  Podobnie jak do kwestii wykorzystywania swastyki w sefirze Kether. Już wiem, dlaczego co poniektórzy zabraniają propagowania tego symbolu.
W żadnym wypadku nie jest to homoseksualizm - zboczony i patologiczny przejaw tego zjawiska, zaburzenie emocji seksualnych, kiedy prawo przemiennej biegunowości jest błędnie pojmowane. (s. 208)
No proszę! A kto we wspomnianych przeze mnie kręgach tak lubi i praktykuje kabałę? Jak to się wszystko wyzuło z pierwotnej nauki. 

Książka bardzo szczegółowa, choć sama autorka miejscami zdradza, że nie poznała pewnych aspektów kabały w pełni. No, ale cóż w oko rzuca się zdobyta i przedstawiona wiedza, która bez najmniejszego cienia wątpliwości przeradza się w wysoką jakość tej książki. Polecam!

wtorek, 28 marca 2017

Krzysztof Grudnik "Okultyzm i nowoczesność. Studium literaturoznawcze"


"Katalog Micińskiego jest odpowiedzią na owo przenikanie, współistnienie światów."
(s. 346)

Nie ukrywam, że czuję się wzruszony faktem przepowiedni powstania i nadejścia mojego bloga. Może sieciowy Antychryst to to nie jest, ale zawsze jest co sobie w CV wpisać na wypadek cyberwojny ... A już tak zupełnie poważnie to kolejną pozycją, z która miałem niebywałą przyjemność się zapoznać jest praca doktorska Krzysztofa Grudnika "Okultyzm i nowoczesność. Studium literaturoznawcze". Oczywiście dysertacja została lekko rozwinięta na potrzeby czytelnika, a temat możemy zgłębić dzięki pnącemu się ostatnimi czasy w górę wydawnictwu Black Antlers.

Jest to ogólna przejażdżka po wszystkich miłych zabłąkanej duszy, klasycznych tematach, które niejednemu księdzu jeżą włos na głowie. 

Na samym początku Grudnik krwawo rozprawia się z terminologią. Wskazując (z resztą słusznie) na istniejący w tej dziedzinie totalny bajzel pojęciowy niczym Atylla wychodzi zwycięsko z tej wojny ustawiając wszystko na właściwym miejscu. Mur upadł! Dziwnym sposobem moje osobiste poglądy w tym zagadnieniu są zbieżne z jego wnioskami zwłaszcza w kwestii pojęcia "okultyzm" i tego, które grupy można do niego zaliczyć, a które nie. Wreszcie ktoś napisał to wprost! Ba! Nawet doskonale uargumentował. 

Dalej autor zwraca uwagę na problemy związane ze sprzeniewierzającym się wielkim magom światowym tendencjom do siania niewiary i "racjonalizmu". Szkoda, że w tym miejscu jakoś nie odniósł się do naukowych tez Ernesto de Martino (może to nie zarzut, ale ciekawiłaby mnie jego opinia w tej kwestii). Może nawet więcej byłoby argumentów za tym, że w końcu magia musi działać, skoro na całym świecie, we wszystkich epokach była ona w jakiś sposób praktykowana, o czym wzmianki występują często w historycznych traktatach (czas, przestrzeń, wydarzenia - jak to się ładnie układa nam w jedną całość).

Kolejnym atutem książki jest dobrze opisana historia wszystkich wybitnych dla tematu grup, środowisk i jednostek. Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, Ordo Templi Orientis, spirytyzm, Mesmer, Freud - to jedne z wielu tematów, dzięki którym budzimy się z letargu, by jeszcze móc poznać poglądy polityczne notabli okultyzmu. Wszyscy wiemy, że był to czas porządnych czarowników, nie tej degrengolady lewackiej co teraz ... Oczywiście pewne informacje zdumiewały nawet mnie podczas czytania.

Dalsza część pracy to kwintesencja tematu, czyli dzieła literackie i powiązania ich autorów ze światem "prawdziwego zła w najczystszej postaci", m.in. Machen, Lovecraft, z innej strony Crowley, Huysmans, a z jeszcze innej nasza wspaniała Rzeczypospolita. I tutaj temat robi się wciągający, bo zwykle kiedy dochodzimy do rodzimych źródeł znajdujemy zaskakujące kąski na temat Szatana, czarowników mistrzów - uczniów, orgii i rytuałów opisanych w dziełach klasyków literatury polskiej. Moją uwagę przyciągnął wątek dotyczący "Nietoty" Micińskiego w opinii Krzyżanowskiego. Aż zacytuję cytat:

Powieść o Tatrach-Himalajach, siedzibie nowej religii aryjskiej w duchu i wyrazie, ułożoną wedle nikłej osi kompozycyjnej, antagonizmu Ariamana i Mangra, przeładowaną balastem artystycznie martwym a więc abstrakcyjnymi traktatami religioznawczymi, politycznymi i społecznymi, autor urozmaicił domieszką przygód, przypominających głośne opowiadania Verne'a, oraz elementami niesamowitymi, w których odżyły echa dawnego romansu grozy i jego romantycznego potomstwa, nowel fantastycznych (s. 333-334). 

Turbosłowianie wystąp! Znajdujemy kolejny wątek naprowadzający na dowód istnienia Wielkiej Lechii, a także jej jako kolebki europejskiej cywilizacji. Czyżby dawniej ludzie też tworzyli w podobnym duchu lub przynajmniej inspirowali się Wielką Tartarią, Wielką Lechią, Imperium Ramy? ... W każdym razie ciekawe. 

Dużo dobrych źródeł, wiedzy i porządnej pracy nad usystematyzowaniem tego. Obfite wnioski. Nie zdradzając tradycyjnie szczegółów, by zdobywający wiedzę o świecie Internetowi Odkrywcy nie wykorzystywali tego bez zapoznania się z oryginałem, i nie przerażali swoją nadmierną ignorancją jak to na ogół bywa - wszystkim polecam tę książkę. Stanowi doskonałe opracowanie tematu, zawiera wiele ciekawostek, a co dobre -  motywuje do dalszych poszukiwań.

niedziela, 26 lipca 2015

Helena P. Bławatska "Doktryna tajemna 1-2"


Zabierając się za Bławatską doszedłem w mig do wniosku, że jej praca to jeden wielki, hinduistyczny bełkot. Nie czytało mi się "Doktryny tajemnej" tak uroczo jak choćby "Teozofii różokrzyżowców" Rudolfa Steinera, a tematy w końcu niejako zbieżne.  

Na szczęście po dwustu stronach doszedłem do wniosku, że "Doktryna tajemna" ma sens i można w tym wszystkim co Hela opisuje znaleźć jakąś monadę sensu, struktury i opisu mikrokosmosu w makrokosmosie. 

Rozmyślania ciekawe, poparte olbrzymią wiedzą z przekroju wielu religii świata. Głębić się nad sensem tego nie zamierzam, bowiem jest to wyższa szkoła teozofii, a ja jako ziarnko piasku na pustyni poznania celu wszechświata i jego zrozumienia jeszcze nie czuję się w pełni do tego zdolny. O ile kiedykolwiek będę (czyt. wyzwolę się w pełni z nałogów, a jestem bardzo blisko). 

W obecnych czasach polityki i nauki żaden symbol religijny nie może uniknąć profanacji czy nawet szydzenia. W południowych Indiach widziałam nawróconego, czyniącego pja z ofiarą przed posągiem Jezusa, ubranego w kobiece szaty z obrączka w nosie. Wyjaśniono mi, kiedy zapytałam o znaczenie tej maskarady, że ów posąg to Jezus-Maria, połączeni w jedno za zgodą księdza, ponieważ gorliwy nawrócony nie mógł kupić dwóch posągów czy bałwanów, jak je słusznie określił inny, nie nawrócony Hindus. Dla chrześcijańskiego dogmatyka wygląda to bluźnierczo, ale teozof i okultysta palmę logiki poda nawróconemu Hindusowi. (s. 104-105) 

Ma to sens? Nie od dziś wiadomo, że ma. 

Chrześcijanin, który mówi, że Bóg jest żywym ogniem i prawi o zielonoświątkowych ognistych językach czy o gorejącym krzaku Mojżesza, jest tak samo czcicielem ognia jak każdy dzikus. (s. 164).  

Moja uwaga jak wyżej (oczywiście kwestię rośliny, która płonie co ileś tam lat w rejonie Bliskiego Wschodu pomijam, bo ta już inna sprawa). 

Wzmianki o czterech stronach świata i ich władcach (s.165) nasuwają mi skojarzenie z ulubionym tematem. Nie będę więc tutaj tego rozwijał. Podobnie jak i kwestii chińskiej bogini Kwan-Yin, dla której miejsce w tradycyjnej wicca również by się znalazło.

Przez lekturę da się przebić, choć nie jest łatwa w odbiorze. Dla wytrwałych i mądrych gorąco polecam!

czwartek, 26 czerwca 2014

"The Sacred Book of Abramelin The Mage"


Właśnie się zastanawiam czy aby na pewno ściągnąłem sobie z sieci prawdziwą "Świętą Księgę Abramelina Maga" w tłumaczeniu Samuela Liddella MacGregora Mathersa? Nie mogę znaleźć w grafice Google odpowiedniej okładki do tytułu ... A co tam ... Chyba nie będę powtarzał scenariusza z filmu "Siódme wrota"? 

A książka jest iście piekielna. Żeby się nie wysilać aż nadto zacytuję Wikipedię:

Księga Świętej Magii Abramelina Maga – grimoire opowiadający historię egipskiego czarnoksiężnika, Abramelina, który uczył magii niemieckiego Żyda, Abrahama (1362-1458).Grimoir ten to rodzaj listownego opowiadania, w którym Abraham opisuje synowi Lamechowi swoją podróż z Niemiec do Egiptu, spotkanie z Abramelinem i tajemnice kabalistycznego systemu. System ów polegać ma na odprawieniu rytuału wymaganego do zdobycia "wiedzy i konwersacji" Świętego Anioła Stróża. Przygotowania są pracochłonne, trudne i długie. W tłumaczeniu MacGregora Mathersa, w pierwszej fazie pracy system trwać ma 6 miesięcy zanim dojdzie do jakiegokolwiek duchowego kontaktu. W czasie pracy nad systemem mag musi każdego ranka budzić się przed świtem, chodzić do specjalnie wyznaczonego miejsca i modlić się. Te same czynności wykonać powinien także przed zachodem słońca. Podczas fazy przygotowawczej mag powinien dostosować się do wielu nakazów tj. wstrzemięźliwość od alkoholu i od seksu, oderwanie od spraw związanych z pracą zawodową itp. Po tym czasie przybędzie Święty Anioł Stróż, aby nauczać tajemnic magii. Celem tych zabiegów magicznych jest wezwanie demonów, które dzięki pomocy Świętego Anioła Stróża będą ponoć służyć magowi. Za pomocą tych demonów, jak zapewnia Abramelin, można stać się niewidzialnym, latać, zmieniać kształt, poznać przyszłość itd. Pomocne w tych operacjach są również magiczne kwadraty i olejek Abramelina. Księga istnieje w formie manuskryptów. Pochodzenie i autentyczność tego tekstu nie są jednoznacznie zweryfikowane. Tekst datowany jest na rok 1458.

Skoro już wiemy o czym jest książka odpowiedzmy na pytanie, dlaczego warto ją przeczytać? 

Na pewno dlatego, że jest to klasyka gatunku grimoire fiction. Albo może i nawet science grimoire, ale dla własnego dobra wolę nie próbować ożywiania umarłych. Bezrobocie w naszym kraju pewnie zmusiłoby ich do powrotu w zaświaty, a już bieganie po urzędach i proszenie się o wymazanie z listy denatów już na pewno rozsypało by ich w proch ...  

Świetny wstęp Mathersa, człowieka-legendy Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku. 

Olejek Abramelina chyba już mi się gdzieś o wzrok obił, nie jestem jednak zbytnio pewny gdzie? Chyba tutaj.  

Zastanawia mnie to do jakiej Argentyny podróżował Abraham? Bo chyba nie poza kontynent Europejski ... 

Nie wiedziałem, że magowie greccy byli tak utalentowani, że potrafili w mig wywołać burzę (kurcze, John Dee chyba także to potrafił), pojawianie się słońca w środku nocy, zatrzymywanie biegu rzeki i sprawianie, że noc pojawi się w środku dnia. Ciekawe ... Ale też do końca nie tak niemożliwe to wszystko. Czyżby nasz mag opisał m.in. sesję w trakcie zaćmienia księżyca? (s. 49 wersji pdf)

Fascynujące imiona demonów i aniołów. Już chyba wiem skąd laVey wziął czterech książąt piekieł. 

Dobrze, że magię może praktykować każdy niewierny, chrześcijanin, poganin, Turek, czy wyznawca jakiejkolwiek religii (s.17 wersji pdf). 

Smutne jest też to, że Anioła Stróża tylko raz można poprosić o duże pieniądze. W sumie żadną kwotą bym nie pogardził, ale trochę się zastanawiam skąd ten element się tutaj wziął? Z żydowskiej roztropności? 

Ciekawe, że grimoire ten adresowany jest do młodszego syna, a straszy otrzymał kabałę jako magię wyższą. Starszy dziedziczy więcej, zgodnie ze zwyczajem. Tyle, że tutaj magia Abramelin wydaje mi się osobiście ciekawsza niż cała ta kabała ... Kwestia gustu. 

W kontekście wicca temat jest o tyle ciekawy, że w tekście widnieją pewne podobieństwa do świętych tekstów tradycyjnych wiccan. Czyżby Gardner korzystał z tej księgi? Trzeba to sprawdzić. 

Dla samego zagłębienia się w temat gorąco polecam przeczytanie "Świętej Księgi Abramelina Maga"! Wesoło się czyta, ale już spędzenia 24 godzin pod wodą bez powietrza nie będę osobiście próbował. 

sobota, 21 czerwca 2014

Frater U.:.D.:. "Osobiste symbole sukcesu. Praktyczna magia sigili"


Trochę to śmieszne, że książki, które czasem maja tyle rekomendacji na swoich oładkach w rzeczywistości okazują się być średnie, by nie rzec gorsze. 

"Osobiste symbole sukcesu. Praktyczna magia sigili" to kurs używania magicznych sigili w pigułce. A na dobra sprawę to streszczenie innych prac na ten temat, m.in. autorstwa Austina Osmana Spare'a, Petera Carrolla czy Israela Regardie. 

Brat U.:.D.:. to zdaje się Niemiec, a po przeczytaniu jego książki po raz kolejny śmiało stwierdzam, że  niemieckie podręczniki magii prezentują równy poziom co amerykańskie (patrz pod hasłem "indeks ksiąg zakłamanych"). Zasadniczo to nie spodziewałem się żadnych rewelacji, i pod tym względem się nie zawiodłem - nisko celowałem, trafiłem odpowiednio. Taki New Age w poważniejszej formie. 

W książce opisane zostały kwestie, które i tak już na podstawowym poziomie poznałem czytając inne lektury. Przyznam jednak, że ciekawie zapowiadało się na wstępie "jaka ta magia jest prosta", a co rozdział to odchodziło się dalej od tej reguły. Skończyło na fragmentach z Regardiego, jednak w przeciwieństwie do samego Regardiego, nikt nie potrafi jego słów wytłumaczyć w tak prosty sposób jak on sam. 

Wciągały kwestie ewolucji umysłu i zahaczanie o psychologię. Tej końcówki ze schematami świadomość - podświadomość - cenzor chyba nigdy nie pojmę ... A bardzo by mi na tym zależało. 

Kilka ciekawych perełek tez się trafiło w tekście. 

Magia sigili jest najskuteczniejsza (s.11) . Chyba zacznę ją praktykować ...

Koniec dziewiętnastego i początek dwudziestego wieku był czasem, który charakteryzowały radykalne zmiany i wielcy heretycy. Powszechnie triumfowały wiedza tajemna i okultyzm. Istniały ku temu dobre powody: triumf materialistycznego pozytywizmu z jego manchesterskim industrializmem zaczynał pokazywać swe złowrogie oblicze, czego rezultatem było społeczne i psychologiczne wykorzenienie. Wyniszczenie świata przyrody zaczęło już wydawać swe pierwsze trujące owoce. Mówiąc w skrócie, był to czas, w którym właściwe wydawało się kwestionowanie wiary w technologię i wszechpotęgę wysławianych nauk naturalnych (s.17) 

Jakoś mi to trochę nie w smak... Ale już mistrzostwem dla mnie są kwestie wicca:

[Austin Osman Spare - przypis Siliniez] Przyszedł na świat w 1886 roku jako syn londyńskiego oficera policji. O jego dzieciństwie wiemy bardzo niewiele. On sam twierdził, że będąc dzieckiem został inicjowany przez starą wiedźmę, panią Paterson, która, o ile nam wiadomo, musiała być swego rodzaju wiccanką. (s. 19)

Nie dość, że wicca powstała wiele lat później to i mit inicjacji w dzieciństwie widzę powstał dużo wcześniej. Chyba, że wtedy była taka moda, o której już nic nie wiemy? To jest wątek do zbadania.

Wicca - Staroangielskie słowo oznaczające "mądra". Pierwotnie wymawiane "łicza", stało się źródeł bardziej znanego słowa angielskiego witch.  (s. 147)
Bez komentarza ...

Co do książki to raczej dla tych co lubią pozować na intelektualistów oraz najpotężniejszych i "najbardziej wtajemniczonych" magów nadaje się najlepiej.

Nie polecam!

piątek, 20 czerwca 2014

Lon Milo DuQuette "Moje życie z duchami"



Powiem szczerze, że czytając "Magiję enochiańską" byłem średnio zadowolony. Za bardzo w mojej subiektywnej ocenie książka ta wydawała się przeciętnym, New Age'owym podręcznikiem magii. Kiedy jednak niespodziewanie, zupełnie przypadkowo dowiedziałem się o spotkaniu z autorem, które organizowało w moim mieście wydawnictwo Lashtal Press postawiłem niezwłocznie udać się na miejsce by osobiście poznać Lona Milo DuQuette'a. 

Lekturę zakupiłem bez dłuższego namysłu. To chyba była presja sytuacji, ładnej okładki i bogatej wystawy publikacji Lashtal Press na sali, w której miało miejsce spotkanie. Sam autor, mnie jako pierwszemu, podpisał egzemplarz swojej autobiografii przetłumaczonej przez Krzysztofa Azarewicza. Wraz z autografem i uściskiem dłoni DuQuette'a miałem okazję wrócić na swoje miejsce widząc, jak duża kolejka fanów ułożyła się za moimi plecami. No i faktycznie teraz ten fenomen mnie nie dziwi.

"Moje życie z duchami" to książka napisana z dużym poczuciem humoru. Autor opisuje w niej swoje życie, kłopoty jakie go spotykały na przestrzeni lat, a także co nas zainteresuje najbardziej - swoje magiczne doświadczenia. Historia o wylądowaniu samochodem w basenie, problemach finansowych, upodobaniach pacyfistycznych etc., to tylko przerywniki pomiędzy doskonałą historią związaną z rytuałem Orobasa, która po prostu zwala z nóg. Podobnie rytuał egzorcyzmowania smoka Garkona i towarzyszące temu następstwa. Dużo jest złotych myśli, niezwykłe opisy rytuałów i ich efektów. Autor rozwija kwestie magiji enochiańskiej, wspomina o Crowleyu (ja też nic nie zrozumiałem po pierwszym przeczytaniu "Magiji w teorii i w praktyce"), opisuje podstawowe elementy struktury O.T.O., którego jest głową na arenie międzynarodowej. 

Osobom zainteresowanych psychologicznymi aspektami umysłów magów również gorąco rekomenduję tę książkę. Mamy tutaj opisane typowe motywy, które przewijają się w wielu takich biografiach - ultra religijna rodzina, kłopoty ze zdrowiem przebyte w dzieciństwie etc. 

Muszę powiedzieć, że lektura jest bardzo fajna. Na pewno humorystyczny język wywiera duży wpływ na jej jakość. Kto zajmował się jakąkolwiek formą magii, wie, że autor faktycznie opisuje swoje doświadczenia, choć niektóre historie mogą wydawać się czymś dziwnym np. ta o elfach. 

Książkę gorąco polecam! 

sobota, 31 maja 2014

Eric Weiner "Poznam sympatycznego Boga. Moje flirty z istotami wyższymi"






Mówią mi: „Zawsze byłem buddystą/wiccaninem/kabalistą, tylko o tym nie wiedziałem”. (s. 224)

Kolejną książką polskojęzyczną, która zawiera w sobie rozdział na temat współczesnego czarownictwa jest praca Erica Weinera pt. „Poznam sympatycznego Boga. Moje flirty z istotami wyższymi”. Samo nazwisko autora mówi za siebie. Gdyby nie ten rozdział, to bym się za tę książkę nawet nie zabrał. I nie byłbym wielce stratny ...

Czytając rozdział jeden za drugim przyznam, że nawet mnie książka wciągnęła. 

Autor, niby dziennikarz, ale pisze to z perspektywy wędrowca prowadzącego obserwację uczestniczącą. Podróżuje po świecie i poznaje różnych przewodników duchowych. Wszystkim opisom dodaje nutki ironii, co najwyraźniej ma zniechęcić lub wykazać, że mądrość autora stoi ponad wszystkim co poznał. Mamy tutaj m.in. buddystów, franciszkanów, sufich, taoistów, kabalistów i „wiccan”.

Całość swoich doświadczeń Weiner opisuje bardzo szczegółowo, a niektóre prywatne akcenty jak kawa, czy „depresja”, na którą rzekomo cierpi w trakcie prowadzenia obserwacji, działają zdecydowanie niekorzystnie na całość. Jest tego stanowczo za dużo, a tak naprawdę nikogo te sprawy nie interesują.

Książka zawiera wiele mądrości, którymi autor próbuje udowodnić swoją erudycję w kwestiach religii. Niestety jego prywatne opinie nie specjalnie mnie przekonują. 

Za to co poniektóre cytaty są warte uwagi. Np. te o depresji:
Depresja to smutek zakorkowany (s. 33)
Wbrew popularnej opinii depresja to nie rodzaj smutku, ale niemożność odczuwania smutku. Depresja blokuje smutek. (s. 45)
O nerwicy:
Teolog Paul Tillich definiuje nerwicę jako „strategię radzenia sobie z niebytem, polegającą na unikaniu bytu”. (s. 35)
O New Age:
Ruch New Age potrafi zepsuć nawet najbardziej zdrowe wielowiekowe tradycje. Religia jest jak regionalna potrawa- nie zawsze  da się ją odtworzyć poza miejscem, z którego pochodzi. Można ją rozwodnić i trochę odtłuszczyć, po czym nagle się okazuje, że mamy przed sobą duchowy odpowiednik zupki chińskiej (s. 34)
O kobietach:
„Eric – powiedział do mnie – nigdy nie umawiaj się z dziewczyną bardziej pokręconą niż ty sam.” (s. 20)
O ludziach:
Powiedział też [Laozi – przypis Siliniez]: „Ci, którzy wiedzą – nie mówią; ci, którzy mówią – nie wiedzą.” (s. 236)
O samej wierze:
Przypominają mi się słowa pewnej Niemki, wyznawczyni mało znanej religii o nazwie dżinizm: „Kiedy będziesz wystarczająco zdesperowany, znajdziesz swojego Boga.” (s. 48)
Cytaty Williama Jamesa:
Jak powiedział William James, czasem wiara w jakiś fakt pozwala go tworzyć. (s. 226)

Jak powiedział William James: „Wiedza o jakiejś rzeczy nigdy nie może zastąpić samej rzeczy”. (s. 69)

No i oczywiście myślę, że najstosowniej będzie przejść do sedna sprawy.

Podróżując do kolebek różnych religii, m.in. do Safed w przypadku kabały, do Chin w przypadku taoizmu, tak w kwestii wicca Weiner dociera do jednego z amerykańskich stanów. Nie trzeba się długo zastanawiać, jakie będą efekty tej wędrówki. Oj tak! Są iście ame-wiccańskie. Jak to zwykle bywa w przypadku wiccan eklektycznych, Weiner trafił na stado idiotów i opisał ich należycie. Sami są sobie tego winni. Opisane osobowości jak i rytuały tych indywiduów mówią same za siebie.

Podchodzą do rytuałów jak muzyk do jazzu – improwizują, wstawiają solówki i wymyślają różne elementy na bieżąco. (s. 251)

Wicca to idealne wyznanie dla eksperymentatorów oraz ludzi, którzy lubią robić z siebie idiotów. (s. 252)

Przypomina mi się coś, co powiedział Alan Cooperman: „Wicca to wspaniała religia dla pięciolatków” (s. 256)
Nie wiem czy pięciolatek czułby się dobrze widząc, co się w wiccańskim kręgu dzieje … Jako wiccanin „ultraparadoksalny” (tak, jest to parafraza „żyda ultraparadoskalnego” ze strony 317), coś o tym muszę jednak powiedzieć…

A tej książki nie polecam. Zraziła mnie.

poniedziałek, 26 maja 2014

Israel Regardie "Sztuka tworzenia talizmanów"



Kolejną pracą na raptem godzinkę jest książka Israela Regardie pt. "Sztuka tworzenia talizmanów". Miło się czyta, bo tworzenie sygili jest w niej opisane w najprostszy z możliwych sposobów. Z kolei zamieszczenie wszystkich tabeli i schematów na końcu książki ułatwi zadanie każdej osobie na poważnie zainteresowanej tworzeniem talizmanów w tym stylu.

Oczywiście preferuję prostsze rozwiązania, i za nic w świecie nie próbowałbym pomysłów Regardiego. Niemniej muszę przyznać, że sekrety opisane przez niego już kiedyś wpadły w rękę, tak, że dziś czytając tę książkę mogłem sobie zrobić udaną powtórkę z zagadnienia. Pewnie jeszcze o głównym źródle wspomnę na "Agōgē Ræderze". 

Tematy urocze, ale miejscami przypominające praktykę newagerów i eklektyków. Lepiej jednak talizmany nabyć porządne niż je z czegoś wycinać. Same porady też są lekko przesadzone. Magia dla adeptów cierpliwych i na prawdę zaangażowanych w kunszt ... Czasem jednak warto być osobą praktyczną i postawić na zupełnie inną szkołę. 

Podobały mi się porady dotyczące żywiołu wody i jej właściwości. Miałem wrażenie, że Regardie przygotował mi gotowy przepis na talizman. Może go robić nie będę, ale pewne celne uwagi włączę do kanonu swoich prywatnych przemyśleń. 

A już symbole geomantyczne takie jak "Fortuna Major" czy "Caput Draconis" otwierają bramy do domu Gryfonów...

Polecam!

niedziela, 25 maja 2014

Frater Barrabbas "Magiczna kabała"


Kiedy dowiedziałem się, że na polskim rynku ukazała się praca napisana przez jednego z arcykapłanów aleksandriańskich, postanowiłem niezwłocznie ją nabyć i przeczytać. Nie zawiodłem się. Widać, że wyszła "z pod dobrej igły".

Muszę śmiało powiedzieć, że książka "Magiczna kabała. Kompletny przewodnik po wiedzy tajemnej" stanowi idealne kompendium wiedzy o kabale. Zarówno od strony czysto teoretycznej, jak i praktycznej. Teoria, historia, praktyka punkt po punkcie. Wszystkie tabele, tezy i ewolucja kabały napisane są świetnie i dokładnie omówione. Co ciekawsze można znaleźć cenne porady dla neopogan, którzy pragnęliby praktykować tę ścieżkę. Wprawdzie nie jest to dzieło naukowe, ale teorie dla wyznawców opisuje w sam raz.

Chyba najbardziej wciągnęły mnie kwestie historyczne, z którymi już się wcześniej zetknąłem m.in. Aleister Crowley i zmiana układu kart w Tarocie. 

Warto zwrócić uwagę na fakt, że pomimo tego, iż na ostateczny kształt kabały największy i niby decydujący wpływ wywarł judaizm, to współczesna kabała przetrwała głównie dzięki europejskim magom i myślicielom, po tym jak żydzi przestali się nią zupełnie interesować przed ponownym powrotem do tematu w ubiegłym stuleciu. No chyba altruizm się nie sprawdza w ich wspólnocie religijno-etnicznej, dlatego od tego odeszli. Albo klasyczną metodą niczym kukułcze jajo podobnie jak i chrześcijaństwo podrzucili gojom. Stąd goje epatują altruizmem, a egoistyczny naród żydów się cieszy ich naiwnością i frajerstwem (?). Nie wiem. Nie mnie oceniać.

Książka ma jednak kilka wad: 

1) Imię Jahve jest tłumaczone "Będę, który będę", a z tego co mi wiadomo znaczy ono tyle, co "Jestem, który będę" lub "Jestem, który obiecałem, że będę".
2) Historia kabały zaczyna się od "ludu wybranego". Z tego co wiem kabała ma starsze korzenie, sięgające sąsiadów antycznego Izraela i osobiście brakuje mi informacji na ten temat.
3) Za dużo prywatnych myśli autora na temat polecanych lektur i kwestii ich zdobycia. Nie oszukujmy się, ale z tym bywa w praktyce różnie. Przeraziła mnie też prorocza wizja Fratera Barrabbasa:
Podejrzewam jednak, że w przyszłości coraz więcej ważnych książek i materiałów źródłowych zostanie przeniesiona do Internetu, gdzie łatwo będzie można z nich korzystać, a gromadzenie książek zostanie w końcu uznane na niewygodne, a wręcz nieekologiczne. (s. 238)

Bracie Barrabbasie - wypluj te słowa! O ile z Twoimi opiniami na temat Wikipedii się w pełni zgadzam, to to mnie akurat przeraża...   

4) Prywatnych przemyśleń na temat jakości dostępnej literatury też jest zbyt dużo. Każdy na to indywidualnie spojrzy, a tutaj za dużo jest porad w stylu newagerów.
5) Autor próbował przekonać neopogan, że kabałę można przełożyć na sposób postrzegania świata przez politeistów-dualistów, którymi to są wyznawcy współczesnego czarownictwa. Jakoś średnio mi pasowały jego argumenty i po przeczytaniu rozdziału stwierdziłem, że mało był pod tym względem przekonujący. 

Tak więc, jakby ktoś chciał sobie popraktykować kabałę w wersji soft, to mogę polecić mu tę książkę. Ja sam zaś zwrócę uwagę na inny cytat:

Żydowscy uczeni i adepci Kabały, a w szczególności ci należący do akademickich i religijnych organizacji we współczesnym Izraelu, ostro krytykują zarówno dra Berga oraz Haleviego jako newage'owych popularyzatorów tego, co - jak uważają - stanowi wyłączną domenę żydowskiej teologii i mistycznej filozofii. Osoby i grupy przynależące do tego odłamu wierzą, że Kabała powinna być studiowana jedynie przez mężczyzn będących praktykującymi Żydami. (s. 77)

Rzadko kiedy się z żydami zgadzam, ale w tym jednym wypadku niech tak się stanie.

Ale mimo to książkę tę polecam wszystkim sympatykom tematów takich jak: magia, okultyzm, New Age, współczesne czarownictwo & wicca, kabała etc.

sobota, 17 maja 2014

"Księga wiedzy tajemnej"



Myślę, że "Księga wiedzy tajemnej" powinna być rozprowadzana za pomocą telezakupów Mango Gdynia (o ile ten interes nadal się kręci, a nie wiem, bo telewizji nie oglądam). Tam właśnie można kupić produkt za mniej, niż jest wart, a podobne rzeczy bez problemu znaleźć w okolicznych sklepach. No to idźmy z duchem czasu i zareklamujmy książkę w należyty sposób:

Po co kupować trzy marne książki za 29 zł, skoro można kupić pakiet - trzy w jednym za jedyne 59 złotych.

I właśnie? Po co? Bo jest to strata pieniędzy i czasu ... 

"Księga wiedzy tajemnej", wydane przez Wydawnictwo Rea, to pakiet trzech beznadziejnych książek o typowo New Age'owej tematyce. 

Zanim przejdziemy do bezpośredniego wyśmiewania każdej z nich, zwróćmy się otwartym, publicznym listem do kilku postaci:

Pani tłumaczko z języka angielskiego, Bogno Piotrowska!
Panie tłumaczu z języka angielskiego, Marcinie Królu! 
Panie redaktorze, Andrzeju Olejniku!
To prawdziwe nazwiska czy tylko pseudonimy, którymi próbujecie Państwo zakryć swoją tożsamość po puszczeniu w świat tak niedopracowanego gniota?
Ja rozumiem, że najprościej jest teraz użyć opcji kopiuj (CTRL+C), następnie wejście na stronę Google Translatora (https://translate.google.pl/#auto/pl/), a następnie wciśnięcie opcji wklej (CTRL+V), by najprościej otrzymać oczekiwany rezultat, jakim jest tłumaczenie tekstu z języka angielskiego na polski, ale uwierzcie mi Drodzy Państwo, że program ten nie poprawia gramatyki, stylistyki i innych rzeczy. 
Oprócz błędów gramatycznych, stylistycznych, ortograficznych, nagminnych braków spacji, powtórzeń wyrazów w zdaniach, nie brakuje nawet błędów merytorycznych. Nie wiem czy to lapsusy językowe czy fakt, że nawet nie pokusili się Państwo o zerknięcie do Wikipedii, celem zweryfikowania pewnych tłumaczonych informacji?
z poważaniem
Siliniez

Taki ciekawy przykład:

Wspomina się także o zainteresowaniu okultyzmem pod wpływem zasłyszanych przez Elżbietę i Abigail opowieściom o voodoo, którymi raczył je Indian Tituba - służący przywieziony przez wielebnego z Barbadosu (s.203).

Gwoli ścisłości - Tituba była kobietą ...  A takich kwiatuszków jest dosyć dużo w tekście.

Pośmiejmy się po kolei z każdej książki. 

JOSEPH TOLEDANO "MAGIA EGIPSKA"

Pierwszą część pakietu stanowi książka o Egipcie. Dużo tutaj powiedzieć się nie da. Informacje jak zwykle podstawowe, nie ukazujące szerszych aspektów magii egipskiej. Podstawy (napisane okropnie z błędami językowymi), zawierające pewne nieścisłości (np. Ozyrys został zabity, zmartwychwstał, a jego syn obejmuje po nim sukcesję tronu ...). Ponieważ nie jestem egiptologiem, nie wypowiem się wiele. Nic rewelacyjnego w każdym razie. 

RAPHAEL YEDIDYA "KABAŁA"

Na początku trochę tradycyjnej, powtarzanej teorii kabały - Drzewo Życia, horoskopy, numerologia etc. A potem wkraczamy w świat zabobonów. No tutaj można drzeć boki ze śmiechu! Czytałem kiedyś podobne brednie, ale już te tutaj przekroczone zostały wszystkie granice. Dobrze, że na początku tego fragmentu wydawnictwo poinformowało, że nie ponosi odpowiedzialności ze efekty tych praktyk. Słuszna postawa. Ale pośmiejmy się trochę i wybierzmy trzy najfajniejsze cytaty:

Przy okazji porodu:

A ostatni ze sposobów jest taki: niechaj mąż rodzącej odda mocz do własnego buta i da żonie do wypicia jedną szklankę tego moczu (s.156).

Przy okazji dzieci: 

W przypadku małżonków, których dzieci umierają w niemowlęctwie, radzi się postąpić tak: zbierz uronione u twego boku przez męża nasienie i podaj odrobinę dziecku narodzonemu z waszego związku, a wówczas na pewno nie umrze (s.134).

I jeszcze ten należący do pierwszej trójki najlepszych:

W przypadku dziecka, które straciło mowę wskutek choroby lub przerażenia, matka powinna włożyć sobie do łona palec prawej ręki i trzymać tak długo, aż będzie ciepły, a następnie szybko włożyć dziecku do buzi (s. 144).
Oczywiście cały rozdział jest pełen takich perełek, których za żadne skarby bym nie próbował. Zastanawiam się czy kabaliści na prawdę je stosują czy tylko chcą to sprzedać "gojom", żeby z nich podrwić?  Wszystko co zdrowe ma być niezdrowe, a już mieszanie pewnych składników i zjadanie ich ... Dobra, pozwolę sobie przemilczeć ten oksymoron, jakim jest żydowska mądrość ...

SORAYA "KSIĘGA ZAKLĘĆ"

I jesteśmy w domu jeśli chodzi o ulubione tematy magiczne. Ale w tym przypadku to jednak klasyczna pomyłka. Soraya deklaruje się być pół-Arabką, pół-Szkotką mieszkającą w Szkocji. Z tejże racji na pierwszy rzut oka wydawało by się, że autorka opisze czarownictwo w typowo brytyjski sposób. Ale nie. Mamy tu typowo ame-wiccański sposób rozumienia tego pojęcia. Ale nie bądźmy aż tacy zdziwieni. W Polsce też mamy prawdziwych wiccan i nie do końca prawdziwych. Tutaj w każdym razie występuje to drugie w wersji popularnej. Ach ta ewolucja religii ... 


Co dużo powiedzieć o książce Sorayi? Typowe dzieło do zamknięcia w Indeksie Ksiąg Zakłamanych. Książka nie wiele różni się od pracy np. Celestyny Puziewicz. Nawet pojęcie "coven" zaadoptowane przez Polaków tutaj jest tłumaczone jako "sabat". Stek New Age'owych pierdół, podstawowych kwestii teoretycznych. A potem rytuały, które jakimś dziwnym sposobem nie wiele różnią się od siebie kolejno.  Schemat mają niemalże identyczny. Wszystkie należy odprawiać o 7.00 lub 19.00. Krótko pisząc - kolejny totalny gniot ze słowem "wicca" w treści. Pewne rzeczy pochodzące bezpośrednio z tradycyjnej wicca również są niewłaściwie tłumaczone na eklektyczny sposób. Beznadzieja ... 

REASUMUJĄC

Napiszę krótko. Nie czytajcie tej książki, chyba, że chcecie sobie wzrok popsuć, albo pośmiać się z żydowskich zabobonów.

czwartek, 3 października 2013

dr Michael Laitman "Kabała ujawniona"


Będąc w taniej książce, kupiłem sobie "Kabałę ujawnioną" za raptem siedem złotych. Aż o siedem złotych za dużo. To już nawet pewne ugrupowania chrześcijańskie rozdają egzemplarze Biblii za darmo.  Dlaczego kabaliści tego nie robią? Zwłaszcza jeśli książki, takie jak ta imputują na dobrą sprawę naukę, że główną drogą osiągnięcia wyższego stanu duchowego jest altruizm? Są adresy organizacji non-profit działających na rzecz propagowania tego systemu, a książki takie drogie? Czy to nie hipokryzja?

Z resztą cała ta książka to jedna wielka hipokryzja. Dowiedziałem się z niej, że imię Adam pochodzi od hebrajskiego słowa "dome" ("podobny"). Jak podaje Mateczka Wikipedia:
Adam — imię męskie pochodzenia semickiego. W języku hebrajskim אדום adom oznacza czerwony, od koloru ziemi z której Adam był ulepiony. Bardziej jednak prawdopodobne, że Adam wywodzi się od hebrajskiego słowa adamah, które oznacza „ziemię, rolę”[1], wtedy znaczyłoby „rolnik”, albo „że człowiek, z ziemi powstały, do ziemi wróci”
Coś tu nie gra? Prawda?

Jedźmy dalej, Wikipedia nie wróg:

Niektórzy religioznawcy ograniczają znaczenie słowa Kabała wyłącznie do mistycznych systemów religijnych powstałych po XII wieku. Inni specjaliści sądzą, że ten podział jest sztuczny. W ich ujęciu kabała średniowieczna jest tylko kolejną fazą rozwoju mistycyzmu żydowskiego. Według ich podejścia początki Kabały sięgają nawet I w. p.n.e. Sami ortodoksyjni żydzi całkowicie zaprzeczają jakoby Kabała kiedykolwiek była inna od współczesnej utrzymując, że jest to tradycja ustna, przekazywana od wieków, a niezbędna do właściwego zrozumienia Tory.
Tu zaś dowiadujemy się:
Mezopotamia była miejscem, gdzie narodziła się nie tylko kabała, ale wszystkie starożytne nauki oraz mistycyzm. (s.25)
No na pewno nie wszystkie, bez przesady ... To pierwsze. Drugie, to to, że wprawdzie Żydzi są znani z tego, że nie potrafią wymyślić nic kreatywnego, tylko wszystko kopiują, prymitywizują i sprzedają światu jako ich własne, ale średnio chce mi się wierzyć, że kabała jest aż tak stara. Albo jest, tylko  podobnie jak w przypadku mitów biblijnych, Gwiazdy Dawida została splagiatowana - tym razem od mieszkańców Mezopotamii.

A tak to cała książka przepełniona jest New Age'owymi pierdołami na temat altruizmu, jak to podnosi on na sfery wyższe. To też ciekawe, bo Żydzi nie są znani z roztropności dla innych ludzi. Tak jak Amerykanie (w czyich rękach jest Hollywood?) kręcą filmy typu "Avatar" w którym uczą całą resztę świata, że nie wolno zabijać, co sami robią nałogowo z innymi krajami, tak i żydowscy kabaliści uczą wszystkich altruizmu, o czym sami pojęcia nie mają. Bardzo mądre!

Jak zwykle idee ponadnarodowości, jedności ludzkości i inne wspaniałości. Spodobało mi się tylko chińskie przekleństwo:
"Obyś żył w ciekawych czasach" (s.144)
To jedyna mądrość płynąca z tego komercyjnego dzieła, którego nikomu nie polecam. 

środa, 25 września 2013

Peter Grey "Czerwona bogini"







Znalezienie dwóch banknotów dwudziestozłotowych na chodniku umożliwiło mi kupno zapowiadanego hitu, którym jest "Czerwona bogini" Petera Greya, wydana w bieżącym roku przez wydawnictwo Okultura. 

Muszę śmiało powiedzieć, że opłacało się kasę wydać na rzeczoną lekturę. Po raz pierwszy od kilku miesięcy trafiłem na pozycję, która bardzo mnie wciągnęła swoją treścią. 

Początkowo obawiałem się, że ten hit będzie tylko zlepkiem objawionych w setkach książek truizmów, lecz na szczęście miałem przyjemność się pozytywnie rozczarować. Pewne truizmy się tutaj pojawiają, ale Grey rozpatruje je nieco inaczej niż pozostali komercyjni magowie XXI w.
Może nie skłamię, jeśli napiszę, że robi to w stylu osób, do których nawiązuje w następnych rozdziałach, taki jak Aleister Crowley czy Anton Szandor LaVey. I wychodzi mu to na dobre. Takim przykładem może być kwestia żeńskiej Bogini, którą w próżniejszych epokach uosabia św. Maryja. Inna to np. temat Rogatego Boga, sabatów i czarnych mszy.

Właściwie cała lektura jest o seksie! Motywem przewodnim jest bogini Babalon, ale w rzeczywistości książka jest przekrojówką wielu historycznych tematów. Od starożytnego Bliskiego Wschodu, poprzez templariuszy,  Johna Dee i Edwarda Kelly'ego po współczesnych magów. Mowa oczywiście o najwybitniejszych jednostkach, których nazwiska są nam dobrze znane. Porównanie Lilith i Babalon. Afrodyzjaki, halucynogeny, kabała, gematria, łamanie seksualnego tabu etc. Zagadki, które stworzyła Biblia, po to jak odprawić rytuał ku czci Babalon. Tak więc, poimy róże naszą krwią, zajadamy się "turecką viagrą" czyli rachatłukum i myślimy o przepełnionym miłością seksie. 

Podoba mi się język jaki zastosował Grey (duży ukłon w kierunku tłumaczy, że wiedzieli jak to przełożyć na nasz dialekt). Dużo jest wulgarnych słów, ale nie są one używane pochopnie. Grey pokazuje pewną transgresję kulturową i udowadnia rzeczy, które dla niejednej osoby wydają się niesmaczne. Dużo ciętych ripost.

Z perspektywy osoby zafascynowanej tematem religii wicca, która jest "królową wszystkich religii" gdyż pod względem swej kwintesencji doktrynalnej i kultowej stanowi jakby trzon lub skrzyżowanie największych prawd występujących we wszystkich religiach, muszę śmiało polecić "Czerwoną boginię". Autor niejednokrotnie wspomina o Gardnerze, raz nawet o Doreen Valiente, nawiązuje do wiccańskich założeń. Pomijam już fakt, że myśli wiccańskich jest tam zawartych znacznie więcej. Osoba znająca temat wyczuje je od razu. 

Pojawiają się też kwestie sabatów i co mi się u Greya podoba, czasem jedzie po ludziach, którzy niby są poganami, a w rzeczywistości mają bardzo oazowe charaktery (tak, wiesz dobrze, że o Tobie mówię mój drogi kolego ***).

Dla smaku zacytuję pewien fragment dotyczący historii:


"... Jakub VI stanowił dla Bothwella przeszkodę na drodze do tronu, a że nie udało się mu ani porwać ani usunąć drogą politycznej rozgrywki, hrabia najwyraźniej uciekł się do czarnej magii. W wigilię Święta Zmarłych 1590 roku - w dzień znany wiedźmom jako święto Samhain - czarownice zgromadziły się na sabacie. Dwieście wiedźm przetańczyło noc na grobach cmentarza należącego do parafialnego kościoła w North Berwick, pląsając di diabelskich nut płynących z harmonijki ustnej Gilly. Oprócz hrabiego Bothwella, tylko kilku mężczyzn wzięło udział w sabacie. Zgromadzeniu przewodził Szatan. Opisy przedstawiają go jako:
 dobrze wyposażonego przez naturę czarnego mężczyznę z czarną brodą ułożoną w szpic jak u kozła, o garbatym nosie niczym dziób jastrzębia, merdającego zalotnie ogonem.
 Od razu przychodzi na myśl Bafomet templariuszy, prawda? Czarownice ponoć najpierw ochrzciły kota, potem go torturowały, a następnie okaleczywszy ludzkie zwłoki, przystroiły go potwornościami w stylu odciętych dłoni, stóp i genitaliów, aby na koniec cisnąć go w morską topiel. Cel rytuału? Śmierć króla Szkotów Jakuba VI. [...]" (s.181-182)
Co za poświęcenie? I co by tutaj dużo powiedzieć? Szkoda, że w Polsce nawet kilka wiedźm się nie zgromadzi, żeby podobny urok rzucić na polski rząd. Jak zwykle obciach na cały świat ...

"-"

Jeśli chodzi o minusy książki, to właściwie nie wiele ich znalazłem. Pierwszy główny to taki, że Grey często wspomina o Apokalipsie św. Jana. Nie zwraca jednak uwagi na istotną rzecz. Badacze udowodnili, że obecna Apokalipsa Janowa to najprawdopodobniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość. Analiza językowa wykazała, że pewnych fragmentów nie mógł napisać prosty rybak, a historia pomyliła go z pewnym innym, natchnionym Janem, pochodzącym najprawdopodobniej z regionu Efezu. Nie zapominajmy, że w owej epoce pojawiła się moda podług której, pisane teksty autoryzowano nie swoim imieniem lecz imieniem kogoś znanego, tak, żeby zapewnić im autorytet. To tak jakbym ja napisał manifest namawiający do podpalenia siedziby naszego rządu, a podpisał się jako np. Ojciec Tadeusz. Grey nie zwrócił na to uwagi.

Drugi błąd jaki mu zarzucam, to ten samo co Nergalowi. Jako następny wyprowadził angielską nazwę Wielkanocy od imienia bogini Isztar. 

No i jak to w XXI w. bywa, nie sposób się z kimkolwiek zgodzić w 100%. Czasem tezy Greya też uważam, że są za mocno podciągnięte pod pewne sprawy. Jest to jednak krok w dobrym kierunku.

A tak to powiem tylko, że książka aż roi się od ciekawostek historycznych, a także, czego np. brakuje u Crowleya, nawiązań do skomputeryzowanej współczesności. Dużo przemyśleń, ciekawy język, dojście do kwintesencji tematu. Ocena książki: + bardzo dobry.

 A teraz czas na muzykę, na której nasz Peter się ewidentnie nie zna dobrze.