Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia czarownictwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia czarownictwa. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lipca 2018

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania"


No dobra, to teraz trochę o seksie! 

Za dużo na blogu piszę o pogaństwie, stąd uznałem, że trzeba lekko zmienić treść i zwiększyć o 40% tematykę pogaństwa. Od przybytku głowa nie boli, jak mawiają. 

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania" to kwestia seksu i seksualności w starożytności. 

 Ciekawostek historycznych.pl co nie miara! Seks z osłami, kozami, chłopcami, mężczyznami, cudzymi żonami ...

O sympozjach: 

... Uczestniczyli w nich mężczyźni, jednakże bez swoich żon - za to bawiąc się akrobatkami, fletnistkami, kurtyzanami i pięknymi chłopcami. [...]" (s.24)
Matko Ziemio Wilgotna! Sodomia i Gomoria. I co na to radykalni, prawicowi poganie? Mam oczywiście tutaj na myśli tych, którzy często uważają homoseksualizm za zjawisko nienaturalne i otwarcie głoszą, że takie osoby nie powinny czcić dawnych bogów, bo swoim zachowaniem przeczą naturze. Z tego wynika, że co poniektórzy mają ciekawy poziom znajomości tematu religii Europy przedchrześcijańskiej. Gorszy wniosek się nasuwa - katoliccy księża molestujący ministrantów na zakrystii są bardziej pogańscy w swojej filozofii życia od niektórych pogan, którzy stoją światopoglądem w zgodności z oficjalnym nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego i uparcie głoszą, że homoseksualizm jest "zły i/lub nienaturalny". Świat paradoksów! 

Nie wiedziałem, że Achilles porwał i zgwałcił trojańskiego księcia Troilosa. O jego romansie z Patroklesem (nie kuzynem jak chce tego współczesność, tylko partnerem) już mi wiadomo było. Nie wiedziałem za to, że zakochał się i zgwałcił zwłoki królowej Amazonek Pentezylei ... 


Węgłowski zwraca także uwagę, że przecież pojęcia takie jak kompleks Edypa, Elektry, Orestesa i wiele innych to twory dawnej, antycznej cywilizacji. Tak więc pewne fenomeny były w niej bardzo dobrze rozpowszechnione. Królowa Pazyfae i buhaj przebijają wszystko. 

Tresowanie 12-letnich nastolatek na żony przez starszych o 10-20 lat mężów w kulturze greckiej pokazuje pewne różnice w obyczajowości dawnej kultury patriarchalnej. Porzucanie dziewczynek po narodzinach powodowało niż demograficzny wśród przedstawicielek tej płci ... No nie dziwi mnie to. Ale tak postępowano w wielu kulturach m.in. w Chinach. Z resztą jest to omówione w dalszej części pracy:
... Były wśród nich i niechciane dzieci. Częściej dziewczynki niż chłopcy (bo ci w przyszłości nie wymagali wyposażenia w posag). Takie niemowlaki po prostu porzucano. Traktowano przedmiotowo, jak zbędne rzeczy. Ateńczycy, Koryntyjczycy czy Rzymianie nie zachowywali  nawet takich pozorów jak w osławionej Sparcie, gdzie porzucano "niedoskonałe" dzieci w górach Tajgetu - oni po prostu pozostawiali maluchy przy drogach, w lesie, w glinianych garnkach, na śmietnikach. Bywało, że takie dziecko znajdował ktoś litościwy i traktował je jak własne. Bywało, że znajdował je ktoś chciwy i wychowywał na tanią niewolnicę, przeznaczoną do prostytuowania się dla swego właściciela. [...]" (s. 60)
I to po raz kolejny przychodzą mi na myśl współcześni poganie, którzy walczą z aborcją czy z prawem do aborcji dla matek dzieci z Zespołem Downa etc. A poganin wieki temu jak miał dziecko, które mogło mu tylko wadzić w życiu po prostu się go pozbywał. Bez wyrzutów sumienia.

Przypominają mi się czasy podstawówki, kiedy dzieciaki przeżywały narodziny nowego grona chomików, z których jakiś rodził się mniejszy i był zjadany przez matkę lub odtrącany. Takie jak widać są prawa natury. Dzieci niechciane, niepełnosprawne, chorowite. Ba! Czasem nawet pozbywano się tych zdrowych kiedy np. wiadomo było, że zima będzie sroga, jedzenia nie wystarczy ... Dziecko do morza i chlup ... Po sprawie. Niektórzy tego nie uczynili, a potem na efekty nie trzeba było długo czekać.


Tak czy siak, czekamy na kolejny sezon.
... Gdyby więc zawierano związki między osobami w podobnym wieku, połowa chłopców zostałaby z niczym! [...] (s. 39)
Straszne! To kogo oni bili na podwórku?

Podobnie jak widzę, że prawo pierwszej nocy nie jest chyba czymś oryginalnym. Młodożeńca w Rzymie w czasie nocy poślubnej wyręczali koledzy. Myślę, że poganie teraz powinni pomyśleć o wznowieniu tej inicjatywy. Tylko, że wtedy panny młode miało około 12 lat - więc jakieś unowocześnienia będą niezbędne.

Co ciekawsze w dalszej części książki autor  zwraca uwagę, że poglądy na aborcję, homoseksualizm też różnie wyglądały i trudno się doszukiwać jednego generalnego konsensusu. Inaczej filozofowie, inaczej społeczeństwo etc. Nawet na niektórych świątyniach były hasła przeciwstawiające się przerywaniu ciąży.

I to pokazuje jasno, że w neopogaństwie zdania również mogą być w wielu tematach podzielone, a nie opierać się o jedną, jedynie słuszną odgórną interpretację. A wywalanie na wierzch jednym, że są bardziej lub mniej pogańscy od drugich zakrawa na kpinę.

W dalszej części książki dowiadujemy się o miłosnych uniesieniach Solona do młodych chłopców i seksualnych inicjacjach młodych na Krecie. Po prostu niemalże jak w Sambii ... Ciekawi też fakt, że erastesi nie mogli wykorzystywać eromenosów w klasyczny, seksualny sposób. Dziwne, ale wychodzi na to, że jednak nawet pederastia czy efebofilia rządziły się swoją regułą. I wychodzi na to, że ludzi czasem nawet za homoseksualizm krytykowano, a za pederastię nie. Wszystko według pogańskich reguł. Generalnie stosunek dwóch mężczyzn był źle widziany, a pasywność seksualna pogardzana, ale nie mężczyzny i chłopca w niekonwencjonalny sposób. Lecz też nie zawsze.

Na zdjęciu arcydruid Arrenomix.

Trudno we wszystkim o jakąkolwiek regułę. Moda się w końcu zmienia co parę lat, co tu dopiero mówić o kilku stuleciach?

Historie cesarzy biją wszystko na głowę. Warto mieć na względzie, że ojciec Aleksandra Wielkiego też przebierał w przedstawicielach płci obojga. Nie różnił się więc dużo od swego syna. Rozmaite seksualne wybryki Juliusza Cezara, Galby, Heliogabala czy Kleopatry z wibratorem z pszczołami ... Perwersji co niemiara. 

Książka nadzwyczaj interesująca i pokazują antyk od pomijanej strony. Od tej pory oglądając filmy o filozofach i ich uczniach, władcach i dworach będę miał na względzie cenzurę obyczajową. 

Polecam!

sobota, 30 czerwca 2018

Witold Vargas, Paweł Zych "Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik"


"Był taki kowal, Maciek się zwał co z diabłami żył za pan brat. Nie żeby je specjalnie lubił, ale jak przyszło komu figla spłatać, żeby mu w pięty poszło, zawsze mógł na nie liczyć, a i lepszych kompanów do kielicha trudno było znaleźć."
(s. 108) 

Może zostanę kowalem? W sumie to każdy jest kowalem swojego losu. 

"Ja chciałem wytwarzać złoto, chciałem zdobyć kamień filozoficzny, ale nie udało mi się. Taki ze mnie czarownik, że ja nie nauczyłem się swojego fachu, a wy tak!"
(s. 170) 

Oj! To powinno być moje motto-metafora. Choć jeszcze nie wszystko poszło na marne. Wojna trwa, piłka w grze.

"Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik" to kolejny zbiór legend, podań i bajek z terenów Polski podanych w formie krótkich opowiadań wzbogaconych o barwne ilustracje. Jak to bywa w pracach Witolda Vargasa i Pawła Zycha poznajemy mało znane historie z naszego folkloru, które powinny być znane każdemu, polskiemu dziecku. Jak to my Polacy nie potrafimy się dobrze promować, a mamy czym ... Pisałem to wielokrotnie. Tutaj na piedestale stoją panowie machający młotami w kuźniach, ale także i górnicy i inni czeladnicy. Wreszcie panowie od magii na piedestale - dobrze jest!


A jakie ciekawostki poznajemy?

Urocza legenda o żelaznym moście, na którym bój toczą chrześcijańscy rycerze z pogańskimi wojownikami ... To powinno być w herbie pogan z Zakopanego. Istny Ragnarök! Kibicuję poganom. Nie wiem co na to kibicerki? 

Przytoczona została znana nam wszystkim historia o Diable skutym 12 łańcuchami pod ziemią, który wysyła inne, pomniejsze diabły na swoje usługi. Czuć przeżytki starej religii na kilometr. 

Wzruszają mnie historie o Cyganach - zwłaszcza ta, która rzekomo stanęła u podstaw powiedzenia "kowal zawinił, Cygana powiesili". Po swojej konfrontacji z tą nacją uważam, że to najlepsze rozwiązanie. 

Ciekawych pogańskich wątków można doszukiwać się w legendzie katolickiego świętego Eligiusza.  Ale już tak nie bluzgajmy na to okropne chrześcijaństwo bowiem okazuje się, że w polskich legendach Jezus nie tylko podróżował jak Aleksander Macedoński w dawnych rękopisach, ale też potrafił za pomocą młota zamieniać stare, brzydkie baby w piękne i młode ... To jest dopiero alchemia - znacznie lepsza niż zamiana ołowiu w złoto. Nawet chirurdzy plastyczni nie osiągną tego w pełni. Ja już się raczej nie nawrócę, choćby nie wiadomo jaki cud mnie w życiu spotkał ...

Zastanawia mnie ten kult figurek diabłów omawiany w legendach. I palenie im ogarków zamiast dwóch świec. No cóż, może i dawna tradycja uległa lekkiej transformacji z czasem ...

Wciągnął mnie też wątek kożuchów zakładanych na lewa stronę. Nie od dziś wiemy, że np. zimowy Gwiazdor takowy nosi. Jest to więc ewidentnie jakieś echo dawnych wierzeń ze słowiańskiego kultu.


Dużo spostrzeżeń mam co do popularnej legendy o Kowalu i Diable. Jak wiemy ma ona swoich kilka wariantów. Wspomina o niej Radomir Ristic przy okazji serbskiej wersji. W Irlandii znamy ją jako historię o Chciwym Jacku, którą wiąże się ze świętem Hallowe'en. Podobnie jak historia o papieżu Sylwestrze II.


Widzimy gołym okiem, że w polskim folklorze również ona występuje, co ciekawsze jej echo przetrwało w kilku historiach (co dzięki książce Vargasa i Zycha mamy jasno potwierdzone), z czego najpopularniejsza zdaje się być legenda czarnoksiężnika Jana Twardowskiego. Autorzy pomijają tylko fakt, że u genezy tej ostatniej wersji stać może także historia Johna Dee. Tak czy siak mamy tutaj ewidentnie nałożenie się na siebie kilka wątków w jedną całość. A w końcu ta legenda jest prawdopodobnie znacznie starsza. Ciekawe, że autorzy przytaczają tylko niektóre wersje przygód Twardowskiego. Jedna z nich nie do końca jasno została przedstawiona, jakby nie wiadomo było czy bohaterem jest Jan Twardowski i jego ojciec Mikołaj, czy Jan Twardowski i jego syn (?). W każdym razie dzięki autorom poznajemy więcej ciekawych wątków z tej szlacheckiej opowieści.

Książka rewelacyjna, na jeden dzień rozrywki jak znalazł. Dużo pogańskich wątków ukrytych pomiędzy wierszami, które nie trudno amatorom tematu wyłonić. Polecam gorąco!

I niech Was Piekło pochłonie!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Gemma Gary "Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic"



"Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic" to podróż po legendarnych i historycznych czarownikach i czarownicach zamieszkujących obszar hrabstwa Devon oraz sąsiedniej Kornwalii. Poznajmy magiczne artefakty ze sławnego Muzeum Czarownictwa, biografię i postać Cecila Williamsona (jak zwykle co książka to inaczej jest ona przedstawiona), legendy o Diabłach, psy Baskervillów, serca zwierząt nakłuwane igłami, domy pełne ropuch, ludowe sposoby zdejmowania klątw i uroków, diabelskie kamienie, procesy czarownic etc. W sumie wszystko co potrzeba do dobrej książki o wiedźmach. Nie brakuje pod koniec magicznych zaklęć, tyle, że nie są one w dobrym, pogańskim stylu. 

Ciekawe opracowanie tematu, z większym akcentem padającym na historię niż praktykę magii. Tutaj jest ona opisana z czysto antropologicznego punktu widzenia.

Ludowe historie o wiedźmach przedstawione są w klasycznym, brytyjskim fasonie. Fajnie, że na Diabła czasem mawiano "Daddy". Nie brakuje sposobu na przywołanie go poprzez okrążanie ruin siedmiokrotnie, co jest znanym motywem. Śmieszy trochę historia czarownicy, która nieświadomie zabiła własnego syna. Występują też dobrzy mężczyźni-czarownicy, którzy jak widać znali się na swoim fachu. Regionalizm odgrywa dużą rolę w brytyjskim czarownictwie - pamiętajmy, gdzie indziej "piskies", a jeszcze gdzie indziej "pixies" jakby ktoś chciał nałapać sobie chochlików. 

Książka ciekawa i wszystkim miłośnikom tematu gorąco ją polecam! I bądźcie ostrożni, bo nigdy nie wiecie, kiedy wśród Was pojawi się wiedźma z prawdziwego zdarzenia!

środa, 14 lutego 2018

Shani Oates "Tubal's Mill. The Round of Life"


Nie tak dawno temu znalazłem ciekawy wywiad na YouTube z Shani Oates, głową Clanu Tubal Cain. Zachwycił mnie on do tego stopnia, że postanowiłem trochę zagłębić się w ten nurt tzw. czarownictwa tradycyjnego. 

Chyba trzy tygodnie męczyłem się z tą publikacją, czytając średnio dziesięć stron dziennie. Przyznam, że było to ciężkie doświadczenie. Autorka sprawia wrażenie przedstawicielki osaczonego trendu współczesnego czarownictwa, która usilnie próbuje przeciwdziałać wszystkim plotkom, jakie na jej klan spadły. Wykorzystuje w tym celu swoją wiedzę środowiskową, filozoficzny język i powszechnie znane informacje. 

Przyznam, że na bezsenne noce jak znalazł (a co gorsze ostatnio w robocie mam same dniówki, pomimo tego, że dostaję dodatek za pracę w godzinach nocnych, ale nie będę się upominał w firmie. Nieważne). 

Oates obala wiele historii. Jak zwykle łupnia dostają takie postacie jak Ronald Hutton czy Ethan Doyle White. Najwięcej krytyki poświęcono Johnowi z Monmouth; autorka kwestionuje całkowicie historię o istnieniu Royal Windsor Coveenu dowodząc, że był on tylko zmyślonym efektem pogłosek. Zaciekawiły mnie ataki na tradycje, które wyrastają z klanu: 1734, Ancient Keltic Church, Y Plant Bran czy Regency. Tutaj gołym okiem dostrzegam wojnę o sukcesję, typową dla okultystycznych środowisk po śmierci charyzmatycznego lidera. "Każda sroczka swój ogonek chwali" jak mówi znane nam powiedzenie i dokładnie widać to w "Młynie Tubala"; Oates koniecznie chce udowodnić, że jej Clan Tubal Cain właściwie odwzorowuje nauki Cochrane'a a pozostałe tradycje zboczyły z właściwego kursu. Ale w to nie będę wnikał, bo to jej opinia jako wyznawczyni, do takiego "emicznego" poglądu ma pełne prawo.  

Dużo znanych nazwisk i rozszyfrowań puzzli historii. Pracę tę równałbym poziomem z dziełami Heseltona, który odkrywa przeszłość wicca; Oates robi to samo z Clanem Tubal Cain. Dowiadujemy się o wpływie pewnych postaci, o tym, które były znaczące, a które nie. Poznajemy kolejne teologiczne myśli i strukturę organizacyjną współczesnej wersji klanu. 

Jedynym  minusem książki jest ten filozoficzny, usypiający język. Nie zmienia to faktu, że jest to bardzo ważna pozycja, warta uwagi, znacząca i uzupełniająca wiele luk. Dlatego wszystkim sympatykom tematu serdecznie ją polecam!

czwartek, 18 stycznia 2018

Georgi Mishev "Thracian Magic. Past & Present"


Nie muszę chyba specjalnie udowadniać, że moje zeszłoroczne spacery po księgarniach w Warnie spełzły na niczym. Choć półki przepełnione były literaturą z nurtu New Age; głównie kabałą, astrologią, przepowiedniami, tak znalezienie książki o (nawet eklektycznej) Уика okazało się być niespełnionym marzeniem.

Nie ma się co poddawać. Stwierdziłem, że sobie to zrekompensuję w inny sposób. 


Biegałem po muzeach, starając się znaleźć jak najwięcej zabytków z czasów trackich. Kupiłem sobie srebrną rozetę z Pliska na targu w Słonecznym Brzegu. Właściwie tylko zwiedzanie kopców mnie ominęło (no za wyjątkiem trackiego wybudowanego ku pamięci króla Władysława Warneńczyka). No, ale cóż, leżenie na plaży było ważniejsze. Jak wakacje, to wakacje.


Bułgaria to bardzo specyficzny kraj o tyle, że łączy on w sobie wiele cech innych obszarów, które dane mi było zwiedzać. Flora identyczna jak w Polsce. Budownictwo identyczne jak w Nowej Hucie (a przynajmniej w Warnie) - czuć ducha minionej epoki. Kurorty powoli zaczynają przypominać te śródziemnomorskie, choć nie brakuje i budownictwa z epoki Bloku Wschodniego. Ludzie z urody przypominają Turków (może nawet Greków?). Kulturowo są Słowianami - mówią zrozumiałym dla mnie językiem. Co ciekawsze swoich przodków doszukują się m.in. w starożytnych Trakach.


Tak więc Bułgaria to ciekawy przesmyk kulturowo-mentalny pomiędzy wieloma przestrzeniami. Chcąc zgłębić magię z tego kraju nabyłem książkę autorstwa Georgi Misheva. Może ze słowiańska wypadałoby pisać Jerzego Miszewa? "Thracian Magic. Past & Present" ujrzała światło dzienne przy współpracy z wydawnictwem Avalonia.

Choć spodziewałem się komercyjnego podręcznika magii ku swojemu zaskoczeniu trafiłem na świetną pracę napisaną z punktu widzenia antropologa. Miszew zebrał w całość dużą ilość materiału spisanego przez innych badaczy by z przyzwoitą krytyką opisać zabiegi magiczne, które zachowały się w ludowych praktykach Bułgarów, zamieszkujących wiejskie tereny.

Czytając "Tracką magię" starałem się mieć na względzie informacje o praktykach znanych na Bałkanach, które opisał Radomir Ristic. I faktycznie znalazłem kilka paraleli - popularne palenisko w chałupie, wokół którego się wszystko odbywa, nad ogniem łańcuch, a na nim czaszka jako łącznik.

Jest też kilka nowości unikatowych dla bułgarskiego czarownictwa. Baiachi to czarownicy a baiachki  to czarownice. Wiedzę magiczna przekazuje się na ogół przedstawicielom tej samej płci. Kobiety po menopauzie mogą przekazywać nauki dziewczynkom przed pierwszą miesiączką. Chłopcy wtajemniczani byli przed pierwszym seksualnym stosunkiem. Niekiedy nauczyciel przerywa praktyki magiczne po przekazaniu całej swojej wiedzy krewnemu-adeptowi. W jednych rodach wiedzę przekazywało się młodszym dzieciom, w innych najmłodszym.

Inicjacja magiczna odbywa się nad rzeką (jako sferą graniczną) lub nad paleniskiem, klęcząc na miotle. Ma to swój klimat! Podobnie jak samoinicjacja bułgarskich czarownic kąpiących się nago w wodzie przy młynie. A już narzędzia wiedźm: nóż z czarną ręką (znajome), nabieranie wody ze źródła po cichu i zakrytej zanoszenie do miejsca obrzędu (kurcze, jeszcze bardziej znajome), szczęka lub kość z prawej, przedniej kończyny owcy, czaszka psa, wołowa lub końska podkowa, sablekalo (pierzasta skóra węża), łańcuch z paleniska, grzebień, kość bastarda czy oakum (włókno konopne) wpisują się w bałkański klimat.

Miszew ponadto opisuje historię misteriów trackich. Dokładnie przedstawia co z dawnej religii zachowało się w wierzeniach ludowych i w tamtejszym prawosławiu. Ciekawie przedstawia rytuały z przywołaniem samodiw, podobnie jak samo pochodzenie tych żeńskich demonów. Uwagę przyciąga kult św. Mariny, która zachowuje dużo cech pogańskich bogiń.

Zastanawiałem się jak autor ustosunkuje się do słowiańskich naleciałości w kulturze bułgarskiej. Ku mojemu zdumieniu dobrze wybrnął z udowadniania, że dawne, plemienne wierzenia Słowian odgrywają nikłą rolę w tej materii. Oczywiście na upartego można by doszukiwać się naleciałości lub paraleli z praktykami ludów sąsiednich m.in. Serbów, ale osobiście uważam, że Miszew świetnie udokumentował i udowodnił, że to jednak grecko-tracka kultura stanęła u podstaw magii bułgarskiej.

Uważam jego pracę za jedną z lepszych w tym gatunku. Napisana ciekawie, przystępnie, z dużą ilością źródeł jest wiarygodną pozycją na temat czarownictwa. Gorąco polecam!

piątek, 29 grudnia 2017

„The Paganism Reader” edited by Chas S. Clifton and Graham Harvey



Kiedy będę już wielki, bo na razie jestem co najwyżej wysoki (no może dwa metry w stanie spoczynku to nie wiele, ale jak wiadomo, człowiek jest z rana wyższy około centymetra niż z wieczora) i będę na studiach prowadził kurs z wicca, to zmuszę swoich nieszczęsnych studentów do przeczytania książki „The Paganism Reader”. 

Jestem bezlitosny! Będę oblewał najpiękniejsze studentki! Jak to dlaczego? Żeby móc się z nimi zobaczyć na sesjach poprawkowych. Od przybytku głowa nie boli. A przynajmniej tak mawiają ... 

Dlaczego akurat tę książkę? „The Paganism Reader” pod redakcją Chasa S. Cliftona i Grahama Harveya to antologia głównych tekstów, które przeczytać powinna każda osoba interesująca się poważnie tematem współczesnego pogaństwa. Są tutaj wykrojówki z klasyki literatury (m.in. Księga Jeremiasza, „Jemioła” Piliniusza Starszego, anonimowe dzieła: „Hymn do Matki Bogów i Hymn do Księżyca”, „Piorun – perfekcyjny umysł”, fragment listu do księdza Juliana Apostaty), teksty, na bazie których powstała wicca lub, które miały duży na nią wpływ  (m.in. Apulejusz, Charles Leland, Aleister Crowley, Rudyard Kipling, Margaret Murray, Kenneth Grahame, C.R.F. Seymour, Robert Graves), prace autorstwa pierwszych wiccan i ich najbardziej znanych kontynuatorów i naśladowców (m.in. Gerald Gardner, Robert Heinlein, Paul Huson, Hans Holzer, Raymond Buckland, June Johns, Doreen Valiente oraz jej dzieło napisane wraz z Evanem J. Jonesem),  teksty na temat późniejszego pogaństwa (m.in. Michael McNierney, Heather O’Dell, Judy Harrow, Tony Kelly, Asphodel Long, Marion Bradley, Wren Sidhe). Do tego doszła jeszcze klasyka literatury pogańskiej zarówno w starej, jak i w nowej wersji (m.in. Marie Heaney, fragmenty z Eddy), rozważania na temat pogaństwa autorstwa redaktorów, teksty o wróżkach faeries Gordona MacLellana i o Genuis Loci Barry’ego Pattersona. Jednym równoważnikiem zdania pisząc: wszystko co najważniejsze oraz kilka pobocznych uzupełnień. 

Dobre odświeżenie tematu dla kogoś, kto nie raz czytał klasykę pogańskiego gatunku. Nowościami jak dla mnie były filozoficzne rozważania w tekście McNierney’ego, choć męczą jak to z ta nauką bywa. To co napisał C.R.F. Seymour jako jeden z pierwszych wydaje się być powtarzane w następnych dekadach przez kolejne pokolenia czarownic. I pomyśleć, że takie truizmy znane były już prawdopodobnie w Covenie z New Forest. Ciekawie wypada nieżyjący już Raymond Buckland, którego poglądy ewidentnie ewoluowały (lub może powinniśmy z perpektywy osób inicjowanych w wicca tradycyjną pisać „de-ewoluowały”) od ścisłej ortodoksji do ostrego liberalizmu. Feministyczna tealogia jak zwykle pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Pozostawię temat bez komentarza. Podobają mi się ciekawe uwagi Chasa S. Cliftona na temat pogaństwa miejscowego i pogaństwa przodków. Stały problem amerykańskich wiedźm. Choć przyznam, że polskie czarownice też potrafią imponować (a przynajmniej mnie) swoim „sercowym pogaństwem”. Ale militarni poganie i ich problemy na temat zabijania i wojen opisani przez Harrow ... Obłuda jakiej mało. Chyba jestem zbyt inteligentny, żeby nabrać się na ich moralne problemy i ocenę sytuacji. 

Obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników tematu neopogaństwa, neopogan oraz badaczy. 

Kupić, przeczytać, położyć na półce! No i korzystać w miarę potrzeby od czasu do czasu.

czwartek, 30 listopada 2017

Christopher Penczak "Gay Witchcraft. Empowering the Tribe"


Po zapoznaniu się z treścią książki Christophera Penczaka dochodzę do wniosku, że autor to taka sama amerykańska, pięcioramienna gwiazda wolnej neopoganki jakich tam wiele. "Gay Witchcraft. Empowering the Tribe" to nic innego jak typowy, komercyjny podręcznik wicca eklektycznej, tyle, że w tym konkretnym przypadku adresowany do gejów. Wymienieni są bogowie o tendencjach homoseksualnych, zwierzęta totemiczne, pomysły na rytuały, praca z czakrami, magia kamieni etc.

Podstawy i to w typowym wydaniu dla mas, które dopiero co usłyszały, że jest coś takiego jak współczesne czarownictwo często nazywane po prostu "wicca". Wszystko jak na mój gust bardzo okrojone, np. jak to zwykle bywa czytamy o Grecji, Rzymie, Celtach, Wikingach i tutaj się nagle Europa kończy. I to jeszcze człowiek z polskim nazwiskiem tak dużo pomija. Może mamy powody, żeby się do niego nie przyznawać ale czy on do nas też?

Jedyną nowością dla mnie jest wykorzystywanie totemicznych zwierząt jako strażników czterech stron świata. Ponadto jest trochę ciekawostek na temat historii, np. Zakonu Chareonea i tradycjach gejowskiego czarownictwa w Stanach Zjednoczonych. Jest też kilka pomysłów na unikatowe rytuały np. gejowski coming-out. Pozostałe informacje to typowe powierzchowne, komercyjne przedstawienie tematu. Nic specjalnego. Identycznie, jak nie gorzej niż w pracy Forda. Bogowie gejów też wrażenia na mnie nie robią, zdecydowanie lepiej temat opisał Endsjø. Nie wiem już nawet czy Patrokles był kochankiem Achillesa czy kuzynem ... 

Cóż rzec? Nie polecam! Straszne homoseksualstwo! 

PS.

Spodziewam się, że za niedługo zaczną do mnie przychodzić anonimowe maile lub komentarze typu:
"Siliniez! Co ty ostatnio tak ciągle z tymi gejami? Wyszło szydło z worka czy zamieniasz się w końcu w swoje własne przeciwieństwo i zaczynasz bawić w polityczną poprawność? Może zamiast tego zaprezentujesz na swoim zacnym blogu coś co podoba się normalnym ludziom?"
Postanowiłem wyprzedzić tego typu komentarze i przedstawić Wam wszystkim Jessicę odzianą tylko w panterkowe bikini.


Jessica bardzo lubi przyrodę, ceni dobre towarzystwo, dlatego postanowiła przyprowadzić dwie inne koleżanki: Leilę i Jaime, które uwielbiają tortowe przyjęcia i projektowanie kostiumów kąpielowych z samej tylko bitej śmietany ... (^^) ...

piątek, 17 listopada 2017

Ronald Hutton „The Witch. A History of Fear from Ancient Times to the Present”



Ronald Hutton należy do pierwszoligowej elity badaczy tematów neopogaństwa i czarownictwa. Dzięki swoim tezom zyskał reputację osoby bardzo kontrowersyjnej. Należy jednak do autorów, wobec których trudno przejść obojętnie. W szczególności komuś takiemu jak ja.

 „The Witch. A History of Fear from Ancient Times to the Present” to duża i wnikliwa przekrojówka przez postać czarownicy w minionych stuleciach. Zaczynamy od szamanizmu i wiedźm plemiennych na całym świecie, by następnie poprzez Antyk (Egipt, Grecja, Rzym) wylądować w Epoce Stosów. Poznajemy temat procesów czarownic,  wróżek fairies, chowańców, dzikiego gonu, jego przywódców i przywódczyń. Wędrujemy przez Szwajcarię, Anglię, Szkocję, Katalonię i po trochu innych krajach Europy. Temat Epoki Prześladowań od deski do deski. 


Wprawdzie już kiedyś o tym czytałem, ale skoro wątek znowu został wspomniany zadam pytanie:  dlaczego współczesne, lewicowe, ojkofobiczne czarownice tak nie lubię rządów apartheidu?  Przecież ten sympatyczny system zabraniał polowań na wiedźmy plemienne w RPA. Gdy tylko Nelson Mandela doszedł do władzy zaraz znowu zaczęły się mas mordy i krwawe rozprawianie się z czarownicami …  Jakie tu jeszcze ciekawostki zapadły mi w pamięci? Rumuńskie czarownice grupowały się w oddziały i tłukły między sobą na przemian. No proszę! Dziś wystarczą dyskusje na forach internetowych. 


A chorwackie czarownice dla odmiany formowały coś na wzór wojskowych szyków. Wychodzi na to, że amerykańskie, pogańskie oddziały nie są czymś tak nowym jak nam się wszystkim wydaje. 


Książka oczywiście szczegółowo omawia historię, choć Hutton skupia się na określonych konkretach. Nie ma tu powtarzania dennych statystyk typu „ ile wiedźm zamordowano”, tylko klasyczne zapisane przypadki historyczne i ich analiza w świetle ludowych wierzeń. Pewne rzeczy oczywiście dobrze znamy z innych prac; postacie jak Isobel Gowdie, Alice Kyteler etc. 

Moim patriotycznym obowiązkiem jest zwrócenie uwagi na temat Polski w całej tej historii. Hutton kilkakrotnie napomina o naszym kraju jednak na ogół wymienia Polskę wśród państw gdzie dokonywano okrutnych rzęzi wiedźm nie wchodząc w detale. Instynkt mi podpowiada, że wymienia Polskę w negatywnym cieniu historii. Oczywiście jedyny szczegół dotyczący polskiego czarownictwa to sprawa kradzieży mleka, nagminnej w naszych wiedźmińskich dziejach. Tak to jak zwykle historia dotyczy reszty krajów Europy, głównie Zachodniej i Północnej. Swoją drogą pisząc o „Holdzie” autor wymienia jedno niemieckie źródło, a nie bierze pod uwagę, że nasz śląski „Katalog Magii” Rudolfa z Rud Raciborskich również wspomina o dodatkowym talerzu dla Królowej Nieba Holdy. Wychodzi na to, że „Holda” to faktyczna postać, a nie czasownik jak w rozważaniach przedstawia to autor w jednej ze swoich hipotez. 

Książka ciekawa, porządna praca dla wszystkich koneserów Epoki Stosów i postaci czarownicy na tle minionych wieków! 

Polecam!