Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarownictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarownictwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2018

R. Andrew Chesnut "Santa Muerte. Święta Śmierć"


... Czary to broń słabych, magiczna próba przejęcia przez pozbawione władzy i pieniędzy jednostki kontroli nad wydarzeniami, otoczeniem i pozostałymi ludźmi, których nie da się kontrolować w innych sposób. [...]" (s. 141)

Dawniej zastanawiałem się, co to za dziwne wyobrażenia Maryi są w niektórych kościołach na filmach. Teraz już wiem, że to nie Maryja lecz Santa Muerte czyli Święta Śmierć. Wielkie Brawa! 


Interesująca religia rodem z Meksyku i okolic. Zasadniczo porównać ją można z europejską adoracją św. Guineforta we Francji, św. Mikołaja w Rosji czy np. św. Demetry w Grecji. W Polsce pewne podobieństwo dostrzec można w kulcie Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej na Górze Chełmskiej. Oczywiście mam tu na myśli nie samą postać lecz pewien unikatowy charakter wierzeń  - jest to dosyć specyficzne połączenie pogańskiego bóstwa z późniejszymi naleciałościami chrześcijańskimi dającymi w sumie oryginalną, synkretyczną postać. W tym konkretnym przypadku czczoną jako anioł śmierci. 


Przypisuje się jej niezwykłą moc i skuteczność w spełnianiu próśb. Opiekuje się więźniami, przemytnikami, handlarzami narkotyków, spełnia miłosne życzenia, karze niewiernych kochanków, wzbogaca czy uzdrawia. Niezwykła postać o olbrzymiej popularności. 


Chesnut opisuje nie tylko jej kult, ale również historię, relacje wiernych, skandale związane z powstaniem jej Kościoła. Co złożyć jej w ofierze? Kiedy się do niej modlić? Kim są jej najgorętsi wyznawcy? O tym wszystkim w niniejszej lekturze.

Zdziwiły mnie trochę te historie. Nigdy nie podejrzewałem, że handlarze narkotyków są tak religijni i to w tak specyficznym kierunku.


Cała ta cześć Białej Siostry jak ją czasami się nazywa przypomina mi do złudzenia pogaństwo współczesne - ołtarze, ofiary, modły, zaklęcia ... Autor próbuje wykazać, że to Ponury Żniwiarz stoi u legendarnych początków adoracji Potężnej Pani lub przynajmniej wywarł na to największy wpływ. Moim zdaniem ewidentnie czuć w tym wszystkim boginię Mictecacihuatl o czym książka także napomina. Tak jak Europejczycy nie rozstali się ze swoimi dawnymi bogami czyniąc z nich świętych tak i Meksykanie zachowali swojego anioła przez kolejne stulecia, a teraz w dobie współczesności pozwalają jej wraz z innymi ludowymi świętymi wysuwać się na piedestał. Chesnut poświęca także trochę uwagi jej męskim odpowiednikom - Reyowi Pascualowi i San La Muerte, wielbionym w sąsiednich krajach. Mamy kolejny dowód na to, że ludziom ciężko się rozstać z religią przodków. 


Książka świetna pomimo, że autor co chwila powtarza w niej te same zdania. Niemniej gorąco ją wszystkim polecam!

piątek, 3 sierpnia 2018

Maciej Witulski „Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały”



This is Wiccarmaggeddon! 

A więc stało się! Przez długie lata, polski rynek wydawniczy nie mógł doczekać się solidnego, naukowego opracowania tematu dotyczącego współczesnej religii czarownic, kontrowersyjnie (na ogół) zwanej wicca. Nadeszła w końcu wiekopomna chwila! 

„Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały” Macieja Witulskiego, to pierwsza w Polsce pozycja, która dokładnie i ze szczegółami opisuje historię, ewolucję, legendarne początki wicca oraz to, jak religia ta wpłynęła na kulturę współczesną. Pracę zamyka rozdział omawiający szczegółowo doktrynę, kult i organizację tego konglomeratu religijnego. 

Oczywiście już na pierwszy rzut okiem widać (nie tylko po zamieszczonej bogatej bibliografii), że praca napisana jest na solidnych podstawach. Autor korzysta wprawdzie głównie ze sprawdzonych publikacji książkowych napisanych przez znawców tematu, ale także aby uwiarygodnić swoje tezy, przeprowadził obserwację uczestniczącą w covenie tradycji aleksandriańskiej Świątyni Stella Matutina w Warszawie. Całość uzupełnił o informacje uzyskane m.in. z zamkniętych forów internetowych dla inicjowanych wiccan. Korzystał więc z wielu źródeł, uzyskał informacje od osób które (również) wyznają wicca od samego początku powstania reprezentowanej przez siebie tradycji. 

W książce Macieja Witulskiego, po raz pierwszy w Polsce opisane zostały dokładnie rytuały wicca tradycyjnej. Autor wyjaśnił bardzo precyzyjnie i z gruntowną znajomością tematu, na czym polegają wiccańskie sekrety, przysięga milczenia oraz jakie metody i zabiegi socjotechniczne stosują wiccanie, rekrutując nowych członków. Omówił również drobiazgowo ogólnodostępne  księgi cieni i udzielił wielu wyczerpujących informacji na temat rytuałów. 

Witulski krytycznie podchodzi do źródeł, w żadnym wątku nie przedstawia zagadnienia jednostronnie, czyli tak, jak pragnęliby tego sami wiccanie, natomiast stara się prezentować różne racje. Z dystansem podchodzi do autopromocyjnych zabiegów wiccan, wielokrotnie prezentujących stronniczo i w sposób wyidealizowany swój image w pisanych przez siebie podręcznikach. Jest bezdyskusyjne, że książka ma charakter obiektywnej publikacji  naukowej - autor profesjonalnie podszedł do postawionego sobie zadania, podając wiele punktów widzenia i dowodów na podane tezy. Bez żadnych oporów, dla dobra nauki ujawnia również rozliczne fakty, wstydliwie skrywane przez wyznawców. 

W oczy rzuca się pietyzm z jakim Witulski podszedł do zadania. Autor dokonał wiwisekcji wszelkich kwestii związanych z terminologią i rozwojem współczesnego czarownictwa. Klasyfikuje je i rozbija tradycyjną wicca na elementarne cząsteczki, dokładnie je analizując oraz wskazując na to, co się z czego w tej religii wywodzi. Autor daje to przykład solidnej syntezy źródeł, zahaczając także mocno o sprawy związane z okultyzmem, neopogaństwem, bajkami etc. 

Książka oprócz religijnych rytuałów zawiera wiele ciekawostek z czarowniczych kręgów. O wielu z nich przeciętny sympatyk religii wicca na pewno nawet nie słyszał. Zwyczaje, sposoby odprawiania rytuałów, etc. Autor wyraźnie rozgranicza wicca tradycyjną od eklektycznej i w przeciwieństwie do niektórych badaczy, nie wrzuca wszystkiego do jednego wora. Wyraźnie widać też obiektywizm pracy – Witulski choć jako punkt wyjścia obrał opis praktyk, w których sam brał udział, bardzo często podaje informacje o praktykach i zwyczajach innych covenów, linii i tradycji, które zdobył od wyznawców.

... Podejrzewam, że większość wiccan w Polsce o tej książce nie wypowie się w sposób pozytywny, a wręcz przeciwnie - można się spodziewać, że wyznawcy rozpoczną solidny bojkot i liczne akcje dyskredytujące zarówno publikację jak i osobę autora. Z prostej przyczyny – praca bez znieczulenia wyjawia praktycznie wszystkie informacje na temat podstaw wiccańskich praktyk. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że o ile osoby studiujące źródła anglojęzyczne wiedzą już na ten temat  prawie wszystko, tak Polacy nie mówiący po angielsku, mają wreszcie okazję dowiedzieć się dużo więcej. I do tego w skompresowanym jednym kompendium wiedzy. Spodziewany i sygnalizowany wcześniej przez autora spory opór środowiska, na pewno stanie się faktem, co autorowi jest wyraźnie obojętne. Książka ma charakter pracy naukowej więc jest adresowana wyłącznie do tych osób, które chcą wzbogacić swoją wiedzę merytoryczną, a nie dla przypadkowych, anonimowych członków rozmaitych forów internetowych, których poziom merytoryczny często delikatnie mówiąc, rozbraja. … Karawana jedzie dalej!

Praca nie ma charakteru zamkniętego. Współczesne czarownictwo, to ruch bardzo szeroki, pełen odstępstw od rozmaitych reguł. Nic nie jest oczywiste i ostateczne. Jeśli wierzyć deklaracjom  autora, z uwagi na ograniczenia wydawnicze, musiał mocno skrócić objętość swojej publikacji. Z uwagi na to, nie zawarł w swojej pierwszej książce wszystkiego, co zamierzał i planuje zrobić to w kolejnych wydaniach zostawiając sobie margines i dodatkowy czas na badania. Jak na blisko 350 stron w formacie A-4 uważam, że i tak dopiero od tej książki zaczęła się prawdziwa historia wicca w Polsce.  

Pisanie prac naukowych o wicca, bez powoływania się lub odnoszenia do zawartości tej książki, to już będzie przegrana sprawa. Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich badaczy, fanów tematu wicca, okultyzmu, neopogaństwa, ezoteryki. Solidna, encyklopedyczna i bogata merytorycznie kompilacja wiedzy o współczesnym czarownictwie. 

Koniecznie trzeba ją przeczytać!  

sobota, 30 czerwca 2018

Witold Vargas, Paweł Zych "Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik"


"Był taki kowal, Maciek się zwał co z diabłami żył za pan brat. Nie żeby je specjalnie lubił, ale jak przyszło komu figla spłatać, żeby mu w pięty poszło, zawsze mógł na nie liczyć, a i lepszych kompanów do kielicha trudno było znaleźć."
(s. 108) 

Może zostanę kowalem? W sumie to każdy jest kowalem swojego losu. 

"Ja chciałem wytwarzać złoto, chciałem zdobyć kamień filozoficzny, ale nie udało mi się. Taki ze mnie czarownik, że ja nie nauczyłem się swojego fachu, a wy tak!"
(s. 170) 

Oj! To powinno być moje motto-metafora. Choć jeszcze nie wszystko poszło na marne. Wojna trwa, piłka w grze.

"Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik" to kolejny zbiór legend, podań i bajek z terenów Polski podanych w formie krótkich opowiadań wzbogaconych o barwne ilustracje. Jak to bywa w pracach Witolda Vargasa i Pawła Zycha poznajemy mało znane historie z naszego folkloru, które powinny być znane każdemu, polskiemu dziecku. Jak to my Polacy nie potrafimy się dobrze promować, a mamy czym ... Pisałem to wielokrotnie. Tutaj na piedestale stoją panowie machający młotami w kuźniach, ale także i górnicy i inni czeladnicy. Wreszcie panowie od magii na piedestale - dobrze jest!


A jakie ciekawostki poznajemy?

Urocza legenda o żelaznym moście, na którym bój toczą chrześcijańscy rycerze z pogańskimi wojownikami ... To powinno być w herbie pogan z Zakopanego. Istny Ragnarök! Kibicuję poganom. Nie wiem co na to kibicerki? 

Przytoczona została znana nam wszystkim historia o Diable skutym 12 łańcuchami pod ziemią, który wysyła inne, pomniejsze diabły na swoje usługi. Czuć przeżytki starej religii na kilometr. 

Wzruszają mnie historie o Cyganach - zwłaszcza ta, która rzekomo stanęła u podstaw powiedzenia "kowal zawinił, Cygana powiesili". Po swojej konfrontacji z tą nacją uważam, że to najlepsze rozwiązanie. 

Ciekawych pogańskich wątków można doszukiwać się w legendzie katolickiego świętego Eligiusza.  Ale już tak nie bluzgajmy na to okropne chrześcijaństwo bowiem okazuje się, że w polskich legendach Jezus nie tylko podróżował jak Aleksander Macedoński w dawnych rękopisach, ale też potrafił za pomocą młota zamieniać stare, brzydkie baby w piękne i młode ... To jest dopiero alchemia - znacznie lepsza niż zamiana ołowiu w złoto. Nawet chirurdzy plastyczni nie osiągną tego w pełni. Ja już się raczej nie nawrócę, choćby nie wiadomo jaki cud mnie w życiu spotkał ...

Zastanawia mnie ten kult figurek diabłów omawiany w legendach. I palenie im ogarków zamiast dwóch świec. No cóż, może i dawna tradycja uległa lekkiej transformacji z czasem ...

Wciągnął mnie też wątek kożuchów zakładanych na lewa stronę. Nie od dziś wiemy, że np. zimowy Gwiazdor takowy nosi. Jest to więc ewidentnie jakieś echo dawnych wierzeń ze słowiańskiego kultu.


Dużo spostrzeżeń mam co do popularnej legendy o Kowalu i Diable. Jak wiemy ma ona swoich kilka wariantów. Wspomina o niej Radomir Ristic przy okazji serbskiej wersji. W Irlandii znamy ją jako historię o Chciwym Jacku, którą wiąże się ze świętem Hallowe'en. Podobnie jak historia o papieżu Sylwestrze II.


Widzimy gołym okiem, że w polskim folklorze również ona występuje, co ciekawsze jej echo przetrwało w kilku historiach (co dzięki książce Vargasa i Zycha mamy jasno potwierdzone), z czego najpopularniejsza zdaje się być legenda czarnoksiężnika Jana Twardowskiego. Autorzy pomijają tylko fakt, że u genezy tej ostatniej wersji stać może także historia Johna Dee. Tak czy siak mamy tutaj ewidentnie nałożenie się na siebie kilka wątków w jedną całość. A w końcu ta legenda jest prawdopodobnie znacznie starsza. Ciekawe, że autorzy przytaczają tylko niektóre wersje przygód Twardowskiego. Jedna z nich nie do końca jasno została przedstawiona, jakby nie wiadomo było czy bohaterem jest Jan Twardowski i jego ojciec Mikołaj, czy Jan Twardowski i jego syn (?). W każdym razie dzięki autorom poznajemy więcej ciekawych wątków z tej szlacheckiej opowieści.

Książka rewelacyjna, na jeden dzień rozrywki jak znalazł. Dużo pogańskich wątków ukrytych pomiędzy wierszami, które nie trudno amatorom tematu wyłonić. Polecam gorąco!

I niech Was Piekło pochłonie!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Gemma Gary "Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic"



"Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic" to podróż po legendarnych i historycznych czarownikach i czarownicach zamieszkujących obszar hrabstwa Devon oraz sąsiedniej Kornwalii. Poznajmy magiczne artefakty ze sławnego Muzeum Czarownictwa, biografię i postać Cecila Williamsona (jak zwykle co książka to inaczej jest ona przedstawiona), legendy o Diabłach, psy Baskervillów, serca zwierząt nakłuwane igłami, domy pełne ropuch, ludowe sposoby zdejmowania klątw i uroków, diabelskie kamienie, procesy czarownic etc. W sumie wszystko co potrzeba do dobrej książki o wiedźmach. Nie brakuje pod koniec magicznych zaklęć, tyle, że nie są one w dobrym, pogańskim stylu. 

Ciekawe opracowanie tematu, z większym akcentem padającym na historię niż praktykę magii. Tutaj jest ona opisana z czysto antropologicznego punktu widzenia.

Ludowe historie o wiedźmach przedstawione są w klasycznym, brytyjskim fasonie. Fajnie, że na Diabła czasem mawiano "Daddy". Nie brakuje sposobu na przywołanie go poprzez okrążanie ruin siedmiokrotnie, co jest znanym motywem. Śmieszy trochę historia czarownicy, która nieświadomie zabiła własnego syna. Występują też dobrzy mężczyźni-czarownicy, którzy jak widać znali się na swoim fachu. Regionalizm odgrywa dużą rolę w brytyjskim czarownictwie - pamiętajmy, gdzie indziej "piskies", a jeszcze gdzie indziej "pixies" jakby ktoś chciał nałapać sobie chochlików. 

Książka ciekawa i wszystkim miłośnikom tematu gorąco ją polecam! I bądźcie ostrożni, bo nigdy nie wiecie, kiedy wśród Was pojawi się wiedźma z prawdziwego zdarzenia!

czwartek, 1 marca 2018

Vivianne Crowley "Zasady wicca. Jedyne wprowadzenie, jakiego ci potrzeba"


"Zasady wicca. Jedyne wprowadzenie, jakiego ci potrzeba" to krótka, acz sensowna prelogomena do tematu współczesnego czarownictwa. Celowo użyłem tego pojęcia mając na względzie treść. Choć w tytule pojawia się ukochane przez wiedźmy pojęcie "wicca" autorka jak to zazwyczaj bywa przedstawia czytelnikom tylko przedsmak tego, co może ich czekać kiedy wstąpią do covenu wicca tradycyjnej. A wtedy to dopiero robi się smakowicie ... Ślinka cieknie na samą myśl! 

Tak więc znana, gardneriańska arcykapłanka raczej opisuje coś co nazwalibyśmy czarostwem eklektycznym, bo żeby nauczyć się samej wicca to niestety musimy krwi napsuć jakimś arcykapłanom. Tutaj jednak wszystko wydaje się być krótkim, przed-przed inicjacyjnym kursem.

Crowley omawia podstawowe rzeczy - święta, przykłady wizualizacji, pracę z czakrami, żywioły, obala niektóre mity na temat samych czarownic i ich rzemiosła. Duży akcent pada na argumentację przyjętych założeń, to zaś sprawia, że autorka przedstawia temat od bardzo przystępnej strony. 

Oczywiście nie chcę się tutaj wdawać w polemikę; nie z wszystkim mogę się rzecz jasna zgodzić, pewne poglądy mi nie odpowiadają podobnie jak postrzeganie całego świata, które choćbym chciał to przyjąć nijak nie potrafię. 

Zasadniczo są to rzeczy podstawowe, więc trudno tu w cokolwiek się zagłębiać. Może kilka potknięć bym znalazł, np. Parwati czy Paszupati to hinduski pan zwierząt? Pewne rzeczy też nie są jasno powiedziane, oczywiście domyślam się o co chodzi, ale podejrzewam, że osoby z zewnątrz, które nigdy nie przeszły wiccańskiej inicjacji mogą to zrozumieć trochę na opak.

Podoba mi się to, że arcykapłanka pisząc tę pracę wykorzystuje klasykę dzieł religioznawstwa, psychologii i posługuje się ogólną wiedzą, które wiedźmy przekazują w swoich rodzinach. Zaintrygował mnie wątek śmierci i kultu zmarłych w Irlandii. 

Myślę, że książeczka powinna znaleźć się w "magicznej biblioteczce" każdej osoby zainteresowanej tematem wicca. Polecam!

środa, 28 lutego 2018

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król (ed.) "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion"


Wracamy do tematu uwielbianego przeze mnie neopogaństwa. Tym razem pod lupę weźmiemy sobie pracę zbiorową pod redakcją Adama Anczyka i Joanny Mality-Król pt. "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion". Zaczynamy!

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król 
"Between "theological correctness" and everyday life: contemporary Paganism as lived religion".

Na samym początku redaktorzy tomu wprowadzają nas do tematu neopogaństwa - czyli piszą o problemie antykoncepcji, stosunków seksualnych przed ślubem u polskich katolików i przebywających w naszym kraju muzułmanów. Muszę przyznać, że do tematu poruszanej w niniejszej książce tematyki pasuje to wręcz jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod koniec autorzy coś łaskawie wspominają o neopogaństwie, tak więc może skończonej tragedii nie ma.

Z jednym małym wyjątkiem - Malita-Król i Anczyk wspominając o rodzimowierstwie informują, że w 2016 r. istniały w Polsce trzy zarejestrowane związki wyznaniowe, powołując się na pracę P. Ciecieląga. Z tym nie jest tak łatwo, bo w latach 90. ubiegłego stulecia do rejestru podały się faktycznie trzy grupy: Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański i Rodzima Wiara (początkowo Zrzeszenie Rodzimej Wiary). W następnej dekadzie dołączyła także Słowiańska Wiara - Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy. Powinny być zatem cztery grupy. Los PKS jest nam nieznany, prawdopodobnie przestał on istnieć choć dalej widnieje w rejestrze. 

Ważne jak dla mnie jest to, że oprócz tych zarejestrowanych związków istnieje też cały szereg mniejszych gromad, które utworzyły nawet Konfederację Rodzimowierczą. Część z nich przyłączyła się formalnie do tych zarejestrowanych, a niektóre utworzyły nowy Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród” (to akurat mniej więcej z czasem ukazania się tej publikacji, więc nie można autorom mieć za złe, że tego nie wymienili). 

Osobiście uważam, że nie można ograniczać wizerunku rodzimowierstwa w Polsce tylko do zarejestrowanych związków, bo to właśnie te mniejsze gromady i charakterystyczny dla tego nurtu religijnego regionalizm jest głównym wyróżnikiem. Tym "zarejestrowaniem" wycierają sobie twarz przedstawiciele jednej z najmniej reprezentatywnych grup, co wpływa negatywnie na wizerunek pozostałej reszty - tej znacznie bardziej szanowanej i wzorcowej.

Dominique Beth Wilson, Carole M. Cusack 
"Australian Pagans: fashion, music, and festivals"

Autorzy następnego artykułu przenoszą nas myślami do Australii. Na początku czytamy regularnie powtarzane brednie  o tym, jak to Gerald Gardner opowiadał, że inicjowała go Dorothy Clutterbuck-Fordham. Wiemy, że nie były to zeznania ojca religii wica, tylko osób, które (prze)interpretowały jego słowa. Potem robi się już lepiej, czytamy o Rosaleen Norton i o tym jak w ostatnich dekadach poganizowała się Australia. Powiem szczerze, że artykuł wydaje mi się być pisanym na siłę esejem o charakterze reklamowym. Wilson i Cusack referują o subkulturach, festiwalach, artystach dobrze znanych, firmach produkujących akcesoria czy ubrania dla fluffików. Nic nadzwyczajnego. Oczywiste oczywistości.

Monika Banaś 
"In the name of Odin I pronounce you husband and wife". Neo-Pagan movements as a sign of reshaping the social and cultural order in contemporary Nordic countries"

Trochę o historii państw nordyckich, trochę podstaw o mitologii skandynawskiej i trochę o Ásatrú w kilku krajach. W sumie niczego nowego się nie dowiedziałem, powtórzenie popularnych informacji.

Ullrich R. Kleinhempel 
"New Ways to Sites of Power. Retrieving  a spiritual landscape in Franconia"

Niby artykuł jest o różnych, energetycznych miejscach, ale w rzeczywistości stanowi dobre lekarstwo na bezsenność. Kilka ciekawostek, kilka ładnych zdjęć, a z artykułu nic konkretnego nie wynika.

Celso Luiz Terzetti Filho 
"Celebrating the Gods of the Land. The Three Races Myth and the case of Piaga Paganism in Brasil"

Ku swojemu zaskoczeniu czytam o specyficznym micie trzech ras: białej, czarnej i lokalnej, które tworzą swoistego rodzaju mieszankę dla swoich pogańskich wyznawców określaną mianem "Piaga", co oznacza "szamana".

Widzę, że nie tylko my mamy Turbo-Słowian - są też Turbo-Brazylijczycy, którzy uważają się za potomków Atlantów, Fenicjan, Wikingów czy Europejczyków z Basenu Morza Śródziemnego.

W dalszej części artykułu Filho dokładnie opisuję "Villę Paga" stworzoną i prowadzoną przez Rafaela Nolêto. Powiem szczerze, że podziwiam tę grupę, obserwuję ją na bieżąco na Facebooku. W swojej kultowej wiosce mają ulice poświęcone rozmaitym bogom wielu panteonów. Czczą bogów wielu kultur (nie brakuje też ołtarzy poświęconych naszym, słowiańskim), a wszystko w lokalnym, brazylijskim stylu. Unikatowy klimat. Gorąco go polecam artykuł na ten temat!

Yentl Schattevoet 
"All Power is in nature: Dutch Pagans and their relationship with Other-Than-Human Persons" 

Przenosimy się myślami do pogańskiej Holandii. A dokładnie do kwestii bytów nadprzyrodzonych (bogów, demonów, aniołów, zwierząt totemicznych etc.) wśród holenderskich neopogan. Pani Schattevoet posługuje się pojęciem "other-than-humans" pochodzącym z prac Grahama Harveya, które autor pierwotnie używał w określeniu istot z religii Odżibwejów. Ciekawa praca podparta wywiadami; kilku wyznawców dokładnie opisało jak rozumie owe byty i jak z nimi pracuje, współżyje, a także jak je na co dzień traktuje. Interesujący esej.

Roman Shizhenskiy 
"The role of food in contemporary Russian Neopaganism" 

Przenosimy się do Rosji. Trochę czytamy o neopogaństwie powstałym w ZSRR i jego kontynuacjach. Na piedestale stoją napoje i potrawy jedzone podczas obrzędów i świąt. Nie brakuje kolorowych zdjęć. Jest też trochę o ofiarach, tych krwawych i bezkrwawych. Już wiem, że rytualne pojedynki nazywają się "prya" po rosyjsku. Dużo ciekawostek. Ogólnie fajny artykuł.

Adam Anczyk 
"The Art of borrowing: interpreting contemporary Pagans' ritual fashion" 

Tutaj Pan Anczyk nakłania nas do małej wizualizacji celem wykazania różnic we wrażeniu jaki zrobi na nas strój rodzimowierców ze strojem grupy wiccan eklektycznych. Tylko pytanie co będzie jeśli pobłądzę i zobaczę typową grupę amerykańską, która często łączy eklektyczną wicca z rekonstrukcjonizmem? A coraz więcej wiedźm z Nowego Kontynentu chwali mi się inspiracjami słowiańskimi w prywatnych wiadomościach na Facebooku. Eksperyment się nie udał, ale mniej więcej rozumiem o co chodziło autorowi. Ponadto dlaczego mam wizualizować coveny składające się głównie z kobiet? Marne stereotypy.

Potem kilka stron na temat mody. Tylko pytanie czy w przypadku np. czarownic możemy mówić o modzie? Kolor ma znaczenie dla większości wyznawców, a także liczy się także pewna praktyczność stroju (np. czarne peleryny by nie być widocznymi w nocy w lesie czy luźna szata by móc ją szybko zrzucić z siebie).

Mam wrażenie, że w dalszej części artykułu Anczyk na siłę powiązać ze sobą pewne historyczne fakty. Moim zdaniem trochę przez to spłyca dokładny obraz rzeczywistości. Czym np. ezoteryczny armanizm czy ariozofia wpłynęły na późniejsze postacie neopogaństwa? Runy znane są z wielu źródeł, czy to tylko wpływ Guido von Lista? Ile z zachodniej tradycji ezoterycznej wchłonął druidyzm i co powoduje, że zalicza go Pan do tej kategorii? Tak samo autor wspomina Lecha Emfazego Stefańskiego jako jednego z twórców słowiańskiej ezoteryki i założyciela RKP. OK, tyle, że z tego co się orientuję RKP to nie jest wielce ezoteryczna organizacja, co poniektórzy z tego związku sprawiają wrażenie jakby w ogóle się tym tematem nie interesowali.

Clothing used in esoteric traditions, apart from being important in celebrations, festivities and mystery ceremonies, has a certain "working" character, with mages or wizards, or witches, using specific clothing when they work. (s. 190)

Tylko kogo miał Pan na myśli pisząc "wizards"? Jeśli wiccan, to wielu "(male) witches" poczuło się obrażonych. Wiem, że są tacy mężczyźni co chcą używać tego słowa zamiast "witch", jednak należą oni do mniejszości. W tym konkretnym przypadku nie wiem jednak o kim mowa?

The symbolism (the pentagram, for instance) and clothes used in  some Wiccan ceremonies can suggest to a potential observer that the group in question is esoteric in character (even if it invokes Pagan deities during rituals, since Aleister Crowley also raised his arms to Pan, Isis or Horus). (s.191)

Też ten nawias wskazuje ponownie na jakieś usilne łącznie różnych faktów. Działalność Crowleya kończy się na dobrą sprawę wtedy kiedy Gerald Gardner tworzy swoją religię. "Hymn do Pana" to rok 1913, czas powstania wicca (pierwotnie wica) to na dobra sprawę schyłek lat 40. XX w. Tak samo możemy powiedzieć, że "dla wiccan znaczenie ma nagość odkąd Ruch Wędrownych Ptaków maszerował nago po niemieckich górach (bo w końcu to korzenie współczesnego naturyzmu, a wica powstała wiele lat później wśród brytyjskich naturystów)", albo "zakreślenie rytualnego kręgu ma znaczenie dla wiccan od czasu kiedy "Klucz Salomona" był znany w kręgach czarowników w renesansie". Czasowo dostrzegam w tym pewną rozbieżność. Czego to ma dowodzić?

Dalej w artykule czytamy o muzułmankach, które oburzyły się słysząc, że w Europie żyją politeiści, a na końcu jakieś dziwne reakcje na widok zdjęć z poganami różnych wyznań i powiązane z tym statystyki. Nic specjalnego.

Giuseppe Maiello 
"Representations of one's own funeral among the contemporary Czech Pagans" 

W 2011 r. czeska poganka zginęła w wypadku samochodowym, a pod koniec tego samego roku jeden z sześciu współzałożycieli rodzimowierczej grupy w tym kraju popełnił samobójstwo. Tym śmiertelnym akcentem przechodzimy do artykułu kolejnego, który porusza kwestię schodzenia z tego świata przez naszych pogańskich sąsiadów zza południowej granicy. Maiello opisuje zaistniałe problemy i sytuację wśród czeskich pogan po śmierci "Rowen" i "Stanislava". Co ciekawsze w dalszej części eseju autor przedstawia wyniki wywiadów, w których czescy poganie opisali jak wyobrażają sobie swoje pogrzeby i co powinno stać się z ich ciałami po śmierci. Wesołe pochówki, kremacje lub ich brak. Ciekawy temat. Gorąco polecam, artykuł na prawdę wciągający choć krótki.

Joanna Malita-Król 
"Wiccan tools. On the accesories of a modern witch" 

O dyletanctwie jakim zaszpanowała na oczach wielu Pani Joanna Malita-Król pisałem już w poście dotyczącym jej artykułu pt. "Wiccańskie gadżety, czyli narzędzia współczesnej czarownicy", który ukazał się w pracy zbiorowej pt. „Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess. Gorąco zachęcam do przeczytania!

Malita-Król najwyraźniej myślała, że zdobędzie Rysy Sławy, a moim zdaniem udało jej się zdobyć co najwyżej Rysy Samoupokorzenia. Ale, żeby tego było mało autorka, najwyraźniej pewna swoich sukcesów postanowiła przetłumaczyć opublikowany wcześniej artykuł na język angielski i puścić w świat by zdobyć Himalaje Sławy. Moje gratulacje! Właśnie udało jej się zdobyć Himalaje Samokompromitacji!

Często polscy studenci śmieją się z zachodnich badaczy, którzy przejeżdżają do naszego kraju myśląc, że zaskoczą wszystkich swoją olbrzymią wiedzą. Kiedy tylko zadaje im się pytanie o podstawowe rzeczy od razu nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Dlaczego oni mają takie wyobrażenia na nasz temat? Długo się zastanawiać nie muszę skoro widzę, jakie prace polskich "badaczy" wpadają im do rąk ...

Myślę, że nie ma co tutaj się wiele powtarzać. Wszystko omówiłem poprzednio. Pani Malita-Król twierdząc, że jako "wicca" rozumie przede wszystkim "wicca tradycyjne (czyli gardnerian i aleksandrian) oraz wicca eklektyczne" opisuje narzędzia czarownic czysto z perspektywy wicca eklektycznej za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i rzadziej eklektycznej ... Wychodzi z tego totalny misz masz.

Autorka kompletnie nie rozróżnia tych dwóch ścieżek. To tak jakby pisać o Kościołach chrześcijańskich i twierdzić, że ikony świętych wiszą w zborach - nie rozróżniać prawosławia od protestantyzmu, a wszystko opisywać zbiorczym terminem "chrześcijaństwo".

Przykładem tego jest choćby pomylenie "bolline", charakterystycznego dla eklektyzmu narzędzia z nożem z białą rączką używanym przez wiccan tradycyjnych, pomimo faktu, że respondenci wspominają o nim w wywiadach ... Malita-Król nie stroni od wielu merytorycznych błędów. Twierdzi np., że narzędzi czarownic jest 7, a prawda jest taka, że w niektórych liniach jest ich np. 9. Daje przy tym ślepą wiarę jednemu ze źródeł, którym dysponuje i chociaż w innym, z którego także korzysta znajdują się jeszcze inne informacje, całkowicie je ignoruje z nieznanych mi przyczyn. Z innych ciekawostek np. dowiaduję się, że wiccanie nie korzystają z ksiąg cieni podczas swoich obrzędów, co jest bzdurą. Jeśli nikt mi nie wierzy, to zachęcam do wysłuchania wystąpienia Maxine Sanders (dostępny na YouTube film pt. "Friends of the Museum of Witchcraft - Annual General Meeting - Maxine Sanders - In Conversation." Dokładnie w 14 minucie jest o tym mowa). Autorka opisując ołtarz nie wymienia nawet 50% rzeczy, które na nim leżą. Wszelkie jej domysły okazują się być błędne (np. że symbolika narzędzi zależna jest od linii przekazu), opisuje różdżkę typową dla eklektyzmu, podobnie jak wykorzystanie innych narzędzi. Itd. itd. itd. Gdzie mogła się pomylić tam to bez wahania uczyniła ...

Co nowego tutaj? Właściwie jest to ten sam artykuł, więc czym autorka mogła się skompromitować w Polsce tym skompromitowała się na cały anglojęzyczny świat. Zwracam uwagę, że na Zachodzie jest dużo publikacji na ten temat, a tamtejsi wiccanie biorąc do rąk taką pracę muszą sobie dopiero nieźle pomyśleć: "autorka odkryła Amerykę i to jeszcze na poziomie 15-letniej dziewczynki, która wrzuca film na YouTube i uczy wszystkich jak wygląda prawdziwa "wicca" ...". Może jej tego nie powiedzą, a jeszcze ją pochwalą (w szaleństwie jest metoda), no, ale cóż, fakty prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale przyjrzyjmy się temu dokładnie.

Oczywiście zeszłym razem byłem na tyle litościwy, że nie wywaliłem na wierzch autorce wszystkich błędów, które znalazłem w jej tekście. Stwierdziłem, że niech Joanna Malita-Król pozna moje dobre serce. Może jednak zmienię zdanie tym razem? A może przynajmniej trochę ... Anglojęzyczna wersja artykułu jest trochę rozbudowana. A zatem przyjrzyjmy się, czym nowym zaimponowała wicccanom badaczka.


SKYCLAD GUN 33 i 1/3 ...

Kolejną wtopą autorki jak na mój gust jest zdjęcie na stronie 231. Przedstawia ono pentagram, a Pani Malita-Król twierdzi, że to pentakl. Pentakl to płaski dysk, który leży na ołtarzu, a to na zdjęciu wygląda mi na pentagram, który się nosi na szyi.

Przykład zdjęcia pentakli podaję poniżej (a przynajmniej tego jak mniej więcej on wygląda w wicca tradycyjnej):


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niżej pod zdjęciem Malita-Król informuje:

The pentacle is a flat disc made from brass, wood or other solid material with pentagram inscribed on it (the pentagram is the symbol, whereas the pentacle is the physical object - but sometimes those both names are used to identify the physical object), although other markings can be added as well, like the symbols of the gods or particular elements. (s. 231-232)
Jakby już sama nie wiedziała o czym pisze ... Na pentaklu np. błogosławi się sól (o czym referuje autorka dalej w tekście). Jak wyobraża sobie Pani robienie tego na tym czymś co nam sfotografowała, a konkretnie mam na myśli wysypywanie na to coś soli? A to, że pojęcia "pentakl" i "pentagram" są mylone wynika rzecz jasna z tego, że w literaturze dotyczącej eklektyzmu pojawiają się rozbieżności. Pani jednak tego nie zaznacza.

Potem znowu wzmianka o pentagramie i co on symbolizuje, a znowu dalej autorka kontynuuje wątek pentaklu mieszając pojęcia doszczętnie (s. 232). Tutaj powołuje się na eklektyka Cunninghama i twierdzi, że pentakl może być wieszany nad drzwiami  i oknem dla ochrony domu. Moja uwaga jak wyżej.

Na stronie 233 mam wrażenie, że autorka myli sznury rytualne z miarą, o których wspomina w poprzednim zdaniu.  To miara jest zwracana adeptowi, a nie sznury, które nie mają wpływu na przysięgę ...

Potem czytamy o biczowaniu 40 razy inicjowanego (s. 233). Wszystko fajnie, ale na innych stopniach inicjacji wygląda to inaczej. 

Potem Malita-Król zachwyca nas cytując za Raymondem Bucklandem tekst mówiony podczas ceremonii błogosławieństwa ciastek i wina. Oczywiście autorka daje się łatwo nabrać na zmyloną wersję. Wiccanie często publikują zaklęcia z pominiętymi fragmentami, ze zmyłkami, bo uważają, że w ten sposób dochowują tajemnicy. Ten sam tekst podają m.in. Janet i Stewart Farrarowie w filmie "The Occult Experience", ale i tu jest ukryty pewien szkopuł. Ci znani aleksandrianie wystąpili w latach 70. w reportażu dla BBC. Na samym początku inscenizują scenę błogosławieństwa, a ten tekst mówią w jeszcze innej, zmylonej wersji. Co Pani badaczka na to? Zapewniam, że obie wersje nie są prawdziwe.

Niżej wzmianka o figurkach bogów i koncepcjach teistycznych wśród wiccan. No dobrze, ale jak ma się np. to, że niektórzy wiccanie to ateiści (co autorka odnotowuje w przypisie) do figurek bogów na ołtarzu? Czy wiccanie-ateiści ich tam nie stawiają? Po co ten odnośnik?

Potem na stronie 234, Pani Malita-Król zwraca uwagę, że wiccanie nie lubią łączyć panteonów, przy okazji figurek wspomina, że koło Artemidy nie powinno się stawiać Horusa. No fajnie, ale zapewniam Panią, że główna boska para bogów, których imiona wykorzystywane są podczas rytuałów wicca tradycyjnej wywodzą się z różnych panteonów, a wiccanie nie widzą w tym problemu. 

Na stronie 235 kolejne zdjęcia autorstwa Pani Mality-Król tym razem przedstawiające kolorową świeczką z symbolem Potrójnej Bogini. Generalnie używana w rytach eklektyków, w moim covenie coś takiego uznane by pewnie zostało za śmieszne. Mam wrażenie, że autorka próbuje pokolorować ten marny artykuł zdobiąc go zdjęciami ... 

Potem kolejne zadziwiające zdjęcie różdżki, typowo-eklektycznej jakiej w swoim covenie nigdy nie widziałem. Swoją drogą mam podobną - wystruganą z drzewa, w które uderzył piorun. Ale to nie do rytuałów wicca tradycyjnej. 

Na s. 237 informacja, że szata jest biała albo czarna - zapewniam, że nie zawsze. 

Na s. 242 fotka z kolejnym pięknym kociołkiem. I znowu się zastanawiam co autorka chciała za jego pośrednictwem udowodnić? Mam taki sam. Zapewniam Panią, że w rytuałach w moim covenie nie wykorzystywaliśmy takich. Używaliśmy dużo większych, o wielkości kotłów ogrodowych. Miało to swój wieloraki powód: praktyczniejsze - można więcej spalić w nim rzeczy, zrobić większa chmarę dymu z kadzidła. Drugi powód jest taki, że metal, z którego był ów kocioł zrobiony odgrywał dużą role przy dywinacji - charakterystyczny, metaliczny połysk wpływał na zmysły. Wyobraża sobie Pani wróżenie z takiego malutkiego kociołeczka i to z takiego tworzywa? Prędzej by Pani zasnęła nad nim niż coś zobaczyła ... Ewidentnie Pani Malita-Król chce się pochwalić, że nabyła coś takiego w przeciętnej brytyjskiej rupieciarni, którą można znaleźć w każdym mieście w tym kraju. Niebywałe osiągnięcie! Oczywiście takie kociołki wiodą prym w eklektyzmie.

242-243 - Jakieś ciekawostki o tym, że wiedźma w ogóle nie potrzebuje narzędzi. No wiccańskiego rytuału Pani nie odprawi inaczej. A magia prywatna wyznawców, odbywająca się poza kręgiem, to już zupełnie inna para kaloszy.

BADANIA TERENOWE, OBSERWACJA UCZESTNICZĄCA, UCZESTNICTWO W RYTUAŁACH - CZYLI TUPET, WYSOKA SAMOOCENA ORAZ DOBRY PIJAR PODSTAWĄ SUKCESU...

Nie jest dla mnie tajemnicą, że aby dokładnie zbadać wicca tradycyjną jest tylko jedna ku temu metoda: trzeba wstąpić do covenu, przejść inicjację i zobaczyć wszystko od środka. Nie ma innej metody! Jedynie wtedy mamy dokładną możliwość zbadania tego tematu. Wtedy widzimy co w publikacjach jest kłamstwem, a co nie. Poznajemy szczegóły rytuałów nieopublikowane nigdzie. Poznajemy ukryte zachowania samych wiccan i ich środowiska. Wielu badaczy poszło tą drogą, z czego najbardziej chyba znana jest Tanya Luhrmann. Czy ktoś zakwestionował wartość merytoryczną prac tych naukowców, którzy tak zrobili? Osoba, która chce zbadać temat z perspektywy obserwatora z zewnątrz nie ma szans nie natknąć się na pułapki jakie ten temat za sobą niesie.

Jako inicjowany wiccanin widzę gołym okiem, że Joanna Malita-Król nie jest inicjowaną wiccanką, bo gdyby była nie pisałaby takich bzdur. Dosłownie wykłada się na wszystkim co możliwe.

W jej zachowaniu drażni mnie nie tyle sam dyletantyzm. On jest typowy dla osób, które sobie przeczytały kilka książek o wicca eklektycznej i wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej, bo na dobrą sprawę we wszystkich napisane jest to samo.

Jeśli sobie otworzymy przeciętny podręcznik to przeczytamy:

Czym jest wicca? ... Bla, bla, bla ...  Potrójna Bogini i Rogaty Bóg ...Bla, bla, bla ... Magia ... Bla, bla, bla ...Koło roku ... Bla, bla, bla ... Reinkarnacja ... Bla, bla, bla ... narzędzia czarownicy ... Bla, bla, bla ... Czyń co chcesz tylko nikogo nie krzywdź nie znaczy wcale ... Bla, bla, bla ... Magia kamieni, kolorów ... Bla, bla, bla ... 
I taki jest schemat przeciętnej książki. Ale zapewniam, że nie oddają one tego co ma miejsce w wiccańskich kręgach. Bardzo łatwo się na to nabrać.

Irytuje mnie pompa z jaką autorka buduje sobie doskonały Public Relation; że niby "przeprowadziła obserwację uczestniczącą, badania terenowe, uczestniczyła w rytuałach wiccańskich" ... A przyjrzyjmy się temu dokładnie.

W tekście znajduję informację, że autorka brała udział w wiccańskich rytuałach na północy kraju. To teraz pojawia się pytanie, co to były za rytuały? Przecież wicca tradycyjna to według definicji nawet przyjętej przez autorkę "inicjacyjna, misteryjna religia". Żeby wziąć w nich udział trzeba przejść inicjację. Wiccanie nie wpuszczają na swoje obrzędy gości, a już tym bardziej badaczy czy dziennikarzy, no chyba, że jak historia pokazuje robią specjalny show imitując swoje prawdziwe rytuały. Więc z tego wniosek, że autorka musiałaby przejść inicjację, żeby brać udział w rytuałach wiccańskich. Już wiemy z dokładnej analizy obu artykułów, że nie mogła tego zrobić.

Nieskromnie podejrzewam, że autorka brała udział w rytuałach warsztatowych, które organizuje co roku środowisko "Wiccańskiego Kręgu" pod nazwą Wicca Study Group. Oczywiście jest to rodzaj spotkania integracyjnego, mającego charakter promocyjny - wiccanie mówią podstawowe rzeczy o swojej religii, pokazują siebie jako kochająca się rodzinę ze swoimi symbolami na szyi. Zachęcają tym sposobem innych do wstąpienia w swoje szeregi. Na tych warsztatach odbywa się też rytuał integracyjny, który bazuje swoim schematem na rytuale wiccańskim.

Oczywiste jest to, że wyznawców obowiązuje w dalszym ciągu przysięga milczenia. Jak wiemy dochowują jej na różne sposoby przy swojej publicznej działalności: mówią rytualne teksty okrojone, ołtarz przygotowują ze zmyłkami, np. to co powinno leżeć po prawej stronie kładą w innym miejscu, albo wystawiają tylko część narzędzi. Nieskromnie podejrzewam, że to właśnie stąd Malita-Król wzięła opis ołtarza - ze zmylonego, pokazowego ołtarza podczas rytuału dla mas. To mniej więcej tak jakby recenzować film oglądając tylko i wyłącznie sam zwiastun. Chyba nie muszę mówić, jaki jest tego efekt ... Widać go tutaj gołym okiem.

Pokazowy rytuał, w którym udział wziąć może każdy ma być w pełni podstawą dla Mality-Król do opisania obrzędów inicjacyjnej religii misteryjnej? To się kłóci samo w sobie. Czy tam wszyscy byli nadzy z Panią włącznie? Nie, tam niektórzy byli w szatach, inni przebrani w jakieś śmieszne stroje, a reszta w zwykłym codziennym ubiorze. Jak na bazie czegoś takiego można powiedzieć, że się uczestniczyło w rytuale wiccańskim? Jest to czysty przykład hipokryzji. Kogo Malita-Król próbuje na swój pijar nabrać?

Dla przykładu powiem, że z tego co wiem amerykańscy skauci często pod koniec swojego obozu przebierają się w stroje Indian i odprawiają uroczysty "indiański ryt". I teraz pytanie, czy to jest ryt typowo indiański? Idąc tokiem rozumowania Pani Mality-Król, uczestnicząc w czymś takim pewnie miałbym podstawy, żeby wpisać sobie w CV "uczestniczyłem w rytuałach indiańskich". Tak dokładnie postępuje autorka w przypadku wiccan. Albo inny przykład: chodziłem do klasy z koleżanką, która była świadkiem Jehowy, raz przyszli do mnie członkowie jej grupy ze "Strażnicą" zatem mam podstawy, żeby twierdzić, że "przeprowadziłem obserwację uczestniczącą wśród świadków Jehowy". No chwila, ale życie tych ludzi to spotkania w sali królestwa, domowe wielbienie, unikanie wielu rozrywek, nie zgadzanie się na transfuzję etc. Jaki mieć mogę obraz wyznawców po jednej znajomości, a co dopiero nazywać to "obserwacją uczestniczącą"?

Zachowanie Mality-Król jest dla mnie przejawem zwykłego kłamstwa - autorka próbuje sztucznie zagwarantować sobie autorytet twierdząc, że robiła coś o czym nie ma tak na prawdę pojęcia. Pod ryty warsztatowe ukradkiem wkłada informacje o wicca. Nie tylko fałszuje obraz wicca tradycyjnej, ale z tupetem tworzy sobie image erudyty. 

Oczywiście gdy przyjrzymy się uważnie całemu tekstowi to widzimy, że w prowadzonych wywiadach respondenci wymienili tylko jakich narzędzi używają i kilka sensacyjnych nowinek. Informacje o samych narzędziach Malita-Król czerpie z książek, na czym też wychodzi nie najlepiej. Oczywiście korzysta z nich wybiórczo, raptem z kilku prac na krzyż, pomija inne źródła.

Poziom "badań" autorki przypomina mi rozważania na temat tego jakiego koloru są róże. Idę na stragan, widzę, że sprzedają tam czerwone róże, to piszę, że "róże są czerwone". No dobrze, ale kiedy zerknę do innych źródeł to się dowiem, że róże są też w wielu innych kolorach. Jeśli chcemy zbadać mentalność Brazylijczyków, to musimy polecieć do Brazylii i tam chwilę z tubylcami przebywać. To jak bada wicca Malita-Król przypomina mi raczej robienie tego zdalnie poprzez oglądanie telenoweli brazylijskich. Chyba każdy się zgodzi, że nie jest to najlepsza metoda.


Uważam, że Malita-Król zwyczajnie posuwa się do kłamstw podciągając sobie wiele rzeczy pod pojęcia "obserwacja uczestnicząca" czy "badania terenowe". Jak już pisałem, jest tylko jeden sposób na wykonanie tego, którego ona nie wykorzystała.

DOKTORANTKA W INSTYTUCIE RELIGIOZNAWSTWA 
UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

Na jednej z Facebookowych grup znalazłem ostatnio wpis Pani Mality-Król, którym poinformowała wszystkich, że za niedługo będzie bronić pracy doktorskiej na temat wicca. Mając za sobą dwa artykuły jej autorstwa chyba nie muszę spekulować jaki będzie finał jej pracy. Oczywiście jak znam życie autorka obroni go, bo profesorowie w komisji nie znając tematu łatwo dadzą się nabrać na serwowany przez nią kit.

Najwyraźniej tupet, wysoka samoocena wystarczą w zupełności do osiągnięcia sukcesu. Nie od dziś wiadomo, że Instytut Religioznawstwa UJ to siedlisko naukowego lobby - kto wejdzie w dobry układ ten mimo wszystko wyjdzie z doktoratem. Kto jest bez układu to go kopną i potraktują jak śmiecia. Tak wygląda polska nauka - nieważne co wiesz, co sobą prezentujesz, wciskanie kitu i tak przejdzie jak jesteś w solidnym układzie. Jeszcze na początku studiów doktorant zmuszany jest do podpisania się pod przysięgą, w której zobowiązuje się dbać o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego ...

Co do prac Mality-Król to jako inicjowany aleksandrianin gorąco przed nimi przestrzegam. Autorka kompletnie nie zna się na temacie wicca.

Melissa Harrington
"The Wicca Man - a quiet revolutionary" 

Tom zamyka artykuł autorstwa znanej wiccańskiej arcykapłanki Melissy Harrington na temat mężczyzny-czarownika. Bardzo lubię ten temat, więc cieszę się, że esej wpadł mi w rękę.

Na pierwszy rzut oka widać, że pisze to osoba dobrze zaznajomiona z tematem - prowadząc badania w środowisku wiccan, autorka zwraca uwagę na wiele detali, m.in. stopnie kapłanów. Dla osoby  zewnątrz pewnie nie grałoby to żadnej roli, jednakże wiccanie wiedzą, że pewne etapy odpowiadają pewnemu doświadczeniu, a co za tym idzie - wpływa to na dalszy światopogląd.

Stosując metodę kuli śnieżnej Harrington dotarła do wielu "panów-czarownic" w swoim kraju. Ciekawe wyniki. Te historie o dzieciach i rozwodach brzmią śmiesznie, ale taka rzeczywistość. Ale, że autorka znalazła tylu heteroseksualnych kapłanów wiccańskich? I to jeszcze kilkoro z nich było konserwatystami. To chyba tylko ja miałem takiego pecha lądując gdzie wylądowałem ... Zawsze wierzyłem, że istnieją coveny dla porządnych ludzi. Tylko w Polsce takich brakuje. Emigrowałbym!

Nie rozumiem tylko co autorka miała na myśli pisząc, że tylko heteroseksualizm odgrywa w magii pozytywną rolę przytaczając nauki Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, słowa Tanyi Luhrmann, a potem prace Dion Fortune i (sic!) "Mszę gnostycką" Aleistera Crowleya? Przecież Crowley tak w pełni heteroseksualny nie był ... Chyba, że coś źle zrozumiałem.

Artykuł bardzo poprawił mi humor. Miejscami czułem się jakbym sam o sobie czytał. Zdecydowanie jest to najciekawszy jak dla mnie esej w całym zbiorze.

Podsumowanie

Jak to w takich zbiorówkach; nie brakuje artykułów lepszych (Harrington, Filho, Maiello, Schattevoet, Shizenskiy), przeciętnych (Anczyk, Wilson & Cusack, Banaś, Kleihempel), po skończoną tragedię (Malita-Król). Generalnie dochodzę do wniosku, że tomik warty jest swojej ceny, kilka wypracowań wniosło coś nowego do badań nad neopogaństwem. Polecam, acz zaznaczam, nie wszystkie opublikowane w nim teksty zasługują na miano dobrych.