Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turbo-Słowianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turbo-Słowianie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2018

Roman Żuchowicz "Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka"


- Pamięć o Imperium nigdy nie zginie mistrzu Ajrurze! Obiecuję ci to! Nikczemny tłum Lurwidów nie zniszczy pamięci o chwale naszych przodków! 
"Kronika Domana" (VI w.p.n.e.)

A już tak zupełnie poważnie ... 

Na co dzień ulegamy wierze w różne cuda. Kiedy oglądamy film "Conan  Barbarzyńca" widzimy chłopca, który porwany w niewolę pcha przez całe życie kierat, a po wielu latach wyrzeźbił sobie tym sposobem wspaniałą sylwetkę. Prawda jest taka, że w najlepszym przypadku miałby wielkiego garba na plecach (zakładając, że po latach ciężkiej katorgi żyłby jeszcze). Z innej strony, widzimy filmy, w których samochody zderzając się ze sobą robią salta w powietrzu. Czy to tak wygląda? Manipulacji ulegamy na każdym kroku, więc dlaczego dziwić ma nas to, że tłumy ludzi uwierzyły w teorię istnienia Imperium Lechickiego?

Turbosłowianie, bo takim mianem określa się ludzi naiwnie wierzących w pseudonaukowe teorie historyczne do tej pory mieli się całkiem dobrze. Mało kto atakował ich publicznie zgodnie ze starą maksymą "z mądrym idiotą się nie dyskutuje". Niestety efekt tego był niemalże opłakany - tłumy ludzi zaczęły bronić tych śmiesznych tez, zakładać swoje fora, blogi, nawet partie polityczne. Tak to już jest, że jak się pewnego problemu nie zacznie tamować, to z dużą siłą uderzy on dalej. Byli jednak i tacy co się przeciwstawili. Ze swojej strony polecam blogi: "Po słowiańsku"Rodzimowiercza Gromada "Białożar", "Idąc przez Las" oraz "Współczesny świat słowiański". Dużo pracy temu problemowi poświęcił inny internetowy pamiętnik "Sigillum Authenticum". Brakowało nam jednak czegoś grubszego co w pełni opisałoby problem. I w końcu nadeszła wiekopomna chwila. 

Roman Żuchowicz, z wykształcenia historyk i socjolog podjął się zadania obalenia turbosłowiańskich bredni. W moje ręce trafiła książka od deski do deski ośmieszająca tezy Janusza Bieszka, prezentująca nieznane przeciętnemu Polakowi ciekawostki historyczne. 

Dawno temu spodziewałem się, że kiedyś powstania praca o Turbosłowianach jednakże napisanie jej będzie wymagało współpracy historyków, znawców genetyki i kilku innych dziedzin naukowych. Wydawało mi się to więc trudne do osiągnięcia. Żuchowicz doskonale poradził sobie z tym zagadnieniem; w swojej pracy zamieścił wywiady z badaczami m.in. takich kierunków jak mediewistyka, archeologia, historia sztuki, orientalistyka. Tym sposobem dosadnie rozbił turbolechicki bastion; uderzył od każdej strony skutecznie przedstawiając kim tak na prawdę są ci naiwni ludzie. 

Owi badacze historii bez piątej klepki jako jeden z argumentów przeciwko reszcie stosują metodę wykorzystywania nieznanych wszystkim źródeł. Fakt faktem, gdyby jeszcze z siedem lat temu przejść przez miasto i zapytać przeciętnego obywatela o "Kronikę Prokosza", Tadeusza Wolańskiego czy Ignacego Pietraszewskiego to nikt za pewne by nic nie wiedział. Tym sposobem ci ludzie próbują pokazać swoją intelektualną wyższość i udowadniać własne racje. I to jest ich chwyt - demonstrowanie, że wiedzą coś więcej, dotarli gdzieś dalej niż ogół społeczeństwa. Z drugiej strony jak mam traktować poważnie teorie o narodzinach Zaratusztry z dziewicy nad Gopłem? 

Żuchowicz krok po kroku przygląda się całej sprawie. Zwraca uwagę na tzw. paradoks otwartego laboratorium, czyli niby mamy dostęp do źródeł ułatwiony, ale zamiast działać dla dobra nauki działa to także w przeciwną stronę dając pole do popisu wylęgarni pseudonaukowych tez. Autor omawia problem źródeł i prac historyków. Przedstawia także pseudonaukowe historie, które powstały na przestrzeni wieków. Dogłębnie analizuje historię "Kroniki Prokosza", rozwiał moje wątpliwości na temat Lelewela i jego opinii o tym falsyfikacie. Omówił słynną kwestię "Leszka Awiłły" udowadniając, że to bzdura. Spodobały mi się historie o Aleksandrze Wielkim, które jak historia pokazuje były czymś popularnym w dawnych epokach. I stąd niby wzięła się ta legenda o zwycięstwie nad jego wojskami pod Łyścem. Tak jak w polskim folklorze ludowym pojawiają się historie o Panu  Jezusie podróżującym np. po górach, tak dawniej Aleksander Macedoński był wszędzie obecny i wszędzie znany. Żuchowicz obala praktycznie wszystko, w co Turbolechici zawzięcie wierzą, a co prawdą historyczną nie jest. Znajduje też sprzeczności w tekście Bieszka. Teorie o haplogrupach, krwi i rasie również tracą swoje znaczenie ...

Zdjęcie rodzinne: BB8, R2D2 i R1A1, nasz protoplasta. ;) 

Cóż tu wiele powiedzieć? Książka jest pełna ciekawostek nie tylko z zakresu interesującego nas zagadnienia, ale także kwestii pobocznych, które mogą się czasem w życiu przydać. 

Okiem religioznawcy mogę dodać, że turbolechici to osoby wyznający statolatrię, tyle, że w ich przypadku jest to wiara w jakieś wyimaginowane państwo, którego istnienia jak niepodległości zaciekle bronią. Żuchowicz zwraca także uwagę, że wielcy guru turbolechicystyki unikają wszelkich publicznych konfrontacji. Moim zdaniem postępują dokładnie tak samo jak guru wszelkich innych sekt, którzy przemawiają tylko do swoich wiernych. Problem źródeł historycznych jest takim samym problemem znanym choćby przy historii Biblii. Skądinąd wiemy, że w czasie kiedy chrześcijaństwo dopiero rozwijało swoje skrzydła panowała moda na podpisywanie się cudzym imieniem pod jakimś listem celem zapewnienia mu autorytetu. Dopiero na Soborze Trydenckim w 1546 r. ustalono ostatecznie, które księgi są święte, a które apokryficzne. Tym sposobem odrzucono "Listy Tytusa", "Listy Jezusa", "Listy Barnaby" i inne cuda poza nawias uznając za niezgodne z nauczaniem Kościoła. Nawet analiza samej Apokalipsy Janowej daje nam łatwo do zrozumienia, że to co najmniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość ... Tak więc cała historia pozostanie pod jednym wielkim znakiem zapytania do czasu wynalezienia wehikułu czasu. Jedno jest jak dla mnie pewne - Imperium Lechitów nie istniało. Wiara w nie to czysty dereizm.

Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich! Zwłaszcza polecam ją osobom, które nie są wyspecjalizowane w studiach historycznych. Nadmierna ilość ciekawostek pokazuje jak po mapie dziejów poruszać się z kompasem i sterem poznając stopniowo temat. Polecam ją osobom, które czują chaos mentalny po przeczytaniu Bieszka, Kosińskiego, Szydłowskiego i innych. To rozwieje Wasze wątpliwości. 

Turbosłowianie, przeczytajcie to negrosyjonistyczno-żydomasońskie biadolenie, zanim odkryjecie, że Roman Żuchowicz tak na prawdę nazywał się Raszyd Zuchowstein zanim zmienił nazwisko celem zniszczenia naszej tożsamości i otwarcia żydom granic Lechii by mogli tu wrócić i nas zniewolić. Ku chwale Imperium!

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

środa, 28 lutego 2018

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król (ed.) "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion"


Wracamy do tematu uwielbianego przeze mnie neopogaństwa. Tym razem pod lupę weźmiemy sobie pracę zbiorową pod redakcją Adama Anczyka i Joanny Mality-Król pt. "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion". Zaczynamy!

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król 
"Between "theological correctness" and everyday life: contemporary Paganism as lived religion".

Na samym początku redaktorzy tomu wprowadzają nas do tematu neopogaństwa - czyli piszą o problemie antykoncepcji, stosunków seksualnych przed ślubem u polskich katolików i przebywających w naszym kraju muzułmanów. Muszę przyznać, że do tematu poruszanej w niniejszej książce tematyki pasuje to wręcz jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod koniec autorzy coś łaskawie wspominają o neopogaństwie, tak więc może skończonej tragedii nie ma.

Z jednym małym wyjątkiem - Malita-Król i Anczyk wspominając o rodzimowierstwie informują, że w 2016 r. istniały w Polsce trzy zarejestrowane związki wyznaniowe, powołując się na pracę P. Ciecieląga. Z tym nie jest tak łatwo, bo w latach 90. ubiegłego stulecia do rejestru podały się faktycznie trzy grupy: Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański i Rodzima Wiara (początkowo Zrzeszenie Rodzimej Wiary). W następnej dekadzie dołączyła także Słowiańska Wiara - Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy. Powinny być zatem cztery grupy. Los PKS jest nam nieznany, prawdopodobnie przestał on istnieć choć dalej widnieje w rejestrze. 

Ważne jak dla mnie jest to, że oprócz tych zarejestrowanych związków istnieje też cały szereg mniejszych gromad, które utworzyły nawet Konfederację Rodzimowierczą. Część z nich przyłączyła się formalnie do tych zarejestrowanych, a niektóre utworzyły nowy Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród” (to akurat mniej więcej z czasem ukazania się tej publikacji, więc nie można autorom mieć za złe, że tego nie wymienili). 

Osobiście uważam, że nie można ograniczać wizerunku rodzimowierstwa w Polsce tylko do zarejestrowanych związków, bo to właśnie te mniejsze gromady i charakterystyczny dla tego nurtu religijnego regionalizm jest głównym wyróżnikiem. Tym "zarejestrowaniem" wycierają sobie twarz przedstawiciele jednej z najmniej reprezentatywnych grup, co wpływa negatywnie na wizerunek pozostałej reszty - tej znacznie bardziej szanowanej i wzorcowej.

Dominique Beth Wilson, Carole M. Cusack 
"Australian Pagans: fashion, music, and festivals"

Autorzy następnego artykułu przenoszą nas myślami do Australii. Na początku czytamy regularnie powtarzane brednie  o tym, jak to Gerald Gardner opowiadał, że inicjowała go Dorothy Clutterbuck-Fordham. Wiemy, że nie były to zeznania ojca religii wica, tylko osób, które (prze)interpretowały jego słowa. Potem robi się już lepiej, czytamy o Rosaleen Norton i o tym jak w ostatnich dekadach poganizowała się Australia. Powiem szczerze, że artykuł wydaje mi się być pisanym na siłę esejem o charakterze reklamowym. Wilson i Cusack referują o subkulturach, festiwalach, artystach dobrze znanych, firmach produkujących akcesoria czy ubrania dla fluffików. Nic nadzwyczajnego. Oczywiste oczywistości.

Monika Banaś 
"In the name of Odin I pronounce you husband and wife". Neo-Pagan movements as a sign of reshaping the social and cultural order in contemporary Nordic countries"

Trochę o historii państw nordyckich, trochę podstaw o mitologii skandynawskiej i trochę o Ásatrú w kilku krajach. W sumie niczego nowego się nie dowiedziałem, powtórzenie popularnych informacji.

Ullrich R. Kleinhempel 
"New Ways to Sites of Power. Retrieving  a spiritual landscape in Franconia"

Niby artykuł jest o różnych, energetycznych miejscach, ale w rzeczywistości stanowi dobre lekarstwo na bezsenność. Kilka ciekawostek, kilka ładnych zdjęć, a z artykułu nic konkretnego nie wynika.

Celso Luiz Terzetti Filho 
"Celebrating the Gods of the Land. The Three Races Myth and the case of Piaga Paganism in Brasil"

Ku swojemu zaskoczeniu czytam o specyficznym micie trzech ras: białej, czarnej i lokalnej, które tworzą swoistego rodzaju mieszankę dla swoich pogańskich wyznawców określaną mianem "Piaga", co oznacza "szamana".

Widzę, że nie tylko my mamy Turbo-Słowian - są też Turbo-Brazylijczycy, którzy uważają się za potomków Atlantów, Fenicjan, Wikingów czy Europejczyków z Basenu Morza Śródziemnego.

W dalszej części artykułu Filho dokładnie opisuję "Villę Paga" stworzoną i prowadzoną przez Rafaela Nolêto. Powiem szczerze, że podziwiam tę grupę, obserwuję ją na bieżąco na Facebooku. W swojej kultowej wiosce mają ulice poświęcone rozmaitym bogom wielu panteonów. Czczą bogów wielu kultur (nie brakuje też ołtarzy poświęconych naszym, słowiańskim), a wszystko w lokalnym, brazylijskim stylu. Unikatowy klimat. Gorąco go polecam artykuł na ten temat!

Yentl Schattevoet 
"All Power is in nature: Dutch Pagans and their relationship with Other-Than-Human Persons" 

Przenosimy się myślami do pogańskiej Holandii. A dokładnie do kwestii bytów nadprzyrodzonych (bogów, demonów, aniołów, zwierząt totemicznych etc.) wśród holenderskich neopogan. Pani Schattevoet posługuje się pojęciem "other-than-humans" pochodzącym z prac Grahama Harveya, które autor pierwotnie używał w określeniu istot z religii Odżibwejów. Ciekawa praca podparta wywiadami; kilku wyznawców dokładnie opisało jak rozumie owe byty i jak z nimi pracuje, współżyje, a także jak je na co dzień traktuje. Interesujący esej.

Roman Shizhenskiy 
"The role of food in contemporary Russian Neopaganism" 

Przenosimy się do Rosji. Trochę czytamy o neopogaństwie powstałym w ZSRR i jego kontynuacjach. Na piedestale stoją napoje i potrawy jedzone podczas obrzędów i świąt. Nie brakuje kolorowych zdjęć. Jest też trochę o ofiarach, tych krwawych i bezkrwawych. Już wiem, że rytualne pojedynki nazywają się "prya" po rosyjsku. Dużo ciekawostek. Ogólnie fajny artykuł.

Adam Anczyk 
"The Art of borrowing: interpreting contemporary Pagans' ritual fashion" 

Tutaj Pan Anczyk nakłania nas do małej wizualizacji celem wykazania różnic we wrażeniu jaki zrobi na nas strój rodzimowierców ze strojem grupy wiccan eklektycznych. Tylko pytanie co będzie jeśli pobłądzę i zobaczę typową grupę amerykańską, która często łączy eklektyczną wicca z rekonstrukcjonizmem? A coraz więcej wiedźm z Nowego Kontynentu chwali mi się inspiracjami słowiańskimi w prywatnych wiadomościach na Facebooku. Eksperyment się nie udał, ale mniej więcej rozumiem o co chodziło autorowi. Ponadto dlaczego mam wizualizować coveny składające się głównie z kobiet? Marne stereotypy.

Potem kilka stron na temat mody. Tylko pytanie czy w przypadku np. czarownic możemy mówić o modzie? Kolor ma znaczenie dla większości wyznawców, a także liczy się także pewna praktyczność stroju (np. czarne peleryny by nie być widocznymi w nocy w lesie czy luźna szata by móc ją szybko zrzucić z siebie).

Mam wrażenie, że w dalszej części artykułu Anczyk na siłę powiązać ze sobą pewne historyczne fakty. Moim zdaniem trochę przez to spłyca dokładny obraz rzeczywistości. Czym np. ezoteryczny armanizm czy ariozofia wpłynęły na późniejsze postacie neopogaństwa? Runy znane są z wielu źródeł, czy to tylko wpływ Guido von Lista? Ile z zachodniej tradycji ezoterycznej wchłonął druidyzm i co powoduje, że zalicza go Pan do tej kategorii? Tak samo autor wspomina Lecha Emfazego Stefańskiego jako jednego z twórców słowiańskiej ezoteryki i założyciela RKP. OK, tyle, że z tego co się orientuję RKP to nie jest wielce ezoteryczna organizacja, co poniektórzy z tego związku sprawiają wrażenie jakby w ogóle się tym tematem nie interesowali.

Clothing used in esoteric traditions, apart from being important in celebrations, festivities and mystery ceremonies, has a certain "working" character, with mages or wizards, or witches, using specific clothing when they work. (s. 190)

Tylko kogo miał Pan na myśli pisząc "wizards"? Jeśli wiccan, to wielu "(male) witches" poczuło się obrażonych. Wiem, że są tacy mężczyźni co chcą używać tego słowa zamiast "witch", jednak należą oni do mniejszości. W tym konkretnym przypadku nie wiem jednak o kim mowa?

The symbolism (the pentagram, for instance) and clothes used in  some Wiccan ceremonies can suggest to a potential observer that the group in question is esoteric in character (even if it invokes Pagan deities during rituals, since Aleister Crowley also raised his arms to Pan, Isis or Horus). (s.191)

Też ten nawias wskazuje ponownie na jakieś usilne łącznie różnych faktów. Działalność Crowleya kończy się na dobrą sprawę wtedy kiedy Gerald Gardner tworzy swoją religię. "Hymn do Pana" to rok 1913, czas powstania wicca (pierwotnie wica) to na dobra sprawę schyłek lat 40. XX w. Tak samo możemy powiedzieć, że "dla wiccan znaczenie ma nagość odkąd Ruch Wędrownych Ptaków maszerował nago po niemieckich górach (bo w końcu to korzenie współczesnego naturyzmu, a wica powstała wiele lat później wśród brytyjskich naturystów)", albo "zakreślenie rytualnego kręgu ma znaczenie dla wiccan od czasu kiedy "Klucz Salomona" był znany w kręgach czarowników w renesansie". Czasowo dostrzegam w tym pewną rozbieżność. Czego to ma dowodzić?

Dalej w artykule czytamy o muzułmankach, które oburzyły się słysząc, że w Europie żyją politeiści, a na końcu jakieś dziwne reakcje na widok zdjęć z poganami różnych wyznań i powiązane z tym statystyki. Nic specjalnego.

Giuseppe Maiello 
"Representations of one's own funeral among the contemporary Czech Pagans" 

W 2011 r. czeska poganka zginęła w wypadku samochodowym, a pod koniec tego samego roku jeden z sześciu współzałożycieli rodzimowierczej grupy w tym kraju popełnił samobójstwo. Tym śmiertelnym akcentem przechodzimy do artykułu kolejnego, który porusza kwestię schodzenia z tego świata przez naszych pogańskich sąsiadów zza południowej granicy. Maiello opisuje zaistniałe problemy i sytuację wśród czeskich pogan po śmierci "Rowen" i "Stanislava". Co ciekawsze w dalszej części eseju autor przedstawia wyniki wywiadów, w których czescy poganie opisali jak wyobrażają sobie swoje pogrzeby i co powinno stać się z ich ciałami po śmierci. Wesołe pochówki, kremacje lub ich brak. Ciekawy temat. Gorąco polecam, artykuł na prawdę wciągający choć krótki.

Joanna Malita-Król 
"Wiccan tools. On the accesories of a modern witch" 

O dyletanctwie jakim zaszpanowała na oczach wielu Pani Joanna Malita-Król pisałem już w poście dotyczącym jej artykułu pt. "Wiccańskie gadżety, czyli narzędzia współczesnej czarownicy", który ukazał się w pracy zbiorowej pt. „Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess. Gorąco zachęcam do przeczytania!

Malita-Król najwyraźniej myślała, że zdobędzie Rysy Sławy, a moim zdaniem udało jej się zdobyć co najwyżej Rysy Samoupokorzenia. Ale, żeby tego było mało autorka, najwyraźniej pewna swoich sukcesów postanowiła przetłumaczyć opublikowany wcześniej artykuł na język angielski i puścić w świat by zdobyć Himalaje Sławy. Moje gratulacje! Właśnie udało jej się zdobyć Himalaje Samokompromitacji!

Często polscy studenci śmieją się z zachodnich badaczy, którzy przejeżdżają do naszego kraju myśląc, że zaskoczą wszystkich swoją olbrzymią wiedzą. Kiedy tylko zadaje im się pytanie o podstawowe rzeczy od razu nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Dlaczego oni mają takie wyobrażenia na nasz temat? Długo się zastanawiać nie muszę skoro widzę, jakie prace polskich "badaczy" wpadają im do rąk ...

Myślę, że nie ma co tutaj się wiele powtarzać. Wszystko omówiłem poprzednio. Pani Malita-Król twierdząc, że jako "wicca" rozumie przede wszystkim "wicca tradycyjne (czyli gardnerian i aleksandrian) oraz wicca eklektyczne" opisuje narzędzia czarownic czysto z perspektywy wicca eklektycznej za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i rzadziej eklektycznej ... Wychodzi z tego totalny misz masz.

Autorka kompletnie nie rozróżnia tych dwóch ścieżek. To tak jakby pisać o Kościołach chrześcijańskich i twierdzić, że ikony świętych wiszą w zborach - nie rozróżniać prawosławia od protestantyzmu, a wszystko opisywać zbiorczym terminem "chrześcijaństwo".

Przykładem tego jest choćby pomylenie "bolline", charakterystycznego dla eklektyzmu narzędzia z nożem z białą rączką używanym przez wiccan tradycyjnych, pomimo faktu, że respondenci wspominają o nim w wywiadach ... Malita-Król nie stroni od wielu merytorycznych błędów. Twierdzi np., że narzędzi czarownic jest 7, a prawda jest taka, że w niektórych liniach jest ich np. 9. Daje przy tym ślepą wiarę jednemu ze źródeł, którym dysponuje i chociaż w innym, z którego także korzysta znajdują się jeszcze inne informacje, całkowicie je ignoruje z nieznanych mi przyczyn. Z innych ciekawostek np. dowiaduję się, że wiccanie nie korzystają z ksiąg cieni podczas swoich obrzędów, co jest bzdurą. Jeśli nikt mi nie wierzy, to zachęcam do wysłuchania wystąpienia Maxine Sanders (dostępny na YouTube film pt. "Friends of the Museum of Witchcraft - Annual General Meeting - Maxine Sanders - In Conversation." Dokładnie w 14 minucie jest o tym mowa). Autorka opisując ołtarz nie wymienia nawet 50% rzeczy, które na nim leżą. Wszelkie jej domysły okazują się być błędne (np. że symbolika narzędzi zależna jest od linii przekazu), opisuje różdżkę typową dla eklektyzmu, podobnie jak wykorzystanie innych narzędzi. Itd. itd. itd. Gdzie mogła się pomylić tam to bez wahania uczyniła ...

Co nowego tutaj? Właściwie jest to ten sam artykuł, więc czym autorka mogła się skompromitować w Polsce tym skompromitowała się na cały anglojęzyczny świat. Zwracam uwagę, że na Zachodzie jest dużo publikacji na ten temat, a tamtejsi wiccanie biorąc do rąk taką pracę muszą sobie dopiero nieźle pomyśleć: "autorka odkryła Amerykę i to jeszcze na poziomie 15-letniej dziewczynki, która wrzuca film na YouTube i uczy wszystkich jak wygląda prawdziwa "wicca" ...". Może jej tego nie powiedzą, a jeszcze ją pochwalą (w szaleństwie jest metoda), no, ale cóż, fakty prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale przyjrzyjmy się temu dokładnie.

Oczywiście zeszłym razem byłem na tyle litościwy, że nie wywaliłem na wierzch autorce wszystkich błędów, które znalazłem w jej tekście. Stwierdziłem, że niech Joanna Malita-Król pozna moje dobre serce. Może jednak zmienię zdanie tym razem? A może przynajmniej trochę ... Anglojęzyczna wersja artykułu jest trochę rozbudowana. A zatem przyjrzyjmy się, czym nowym zaimponowała wicccanom badaczka.


SKYCLAD GUN 33 i 1/3 ...

Kolejną wtopą autorki jak na mój gust jest zdjęcie na stronie 231. Przedstawia ono pentagram, a Pani Malita-Król twierdzi, że to pentakl. Pentakl to płaski dysk, który leży na ołtarzu, a to na zdjęciu wygląda mi na pentagram, który się nosi na szyi.

Przykład zdjęcia pentakli podaję poniżej (a przynajmniej tego jak mniej więcej on wygląda w wicca tradycyjnej):


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niżej pod zdjęciem Malita-Król informuje:

The pentacle is a flat disc made from brass, wood or other solid material with pentagram inscribed on it (the pentagram is the symbol, whereas the pentacle is the physical object - but sometimes those both names are used to identify the physical object), although other markings can be added as well, like the symbols of the gods or particular elements. (s. 231-232)
Jakby już sama nie wiedziała o czym pisze ... Na pentaklu np. błogosławi się sól (o czym referuje autorka dalej w tekście). Jak wyobraża sobie Pani robienie tego na tym czymś co nam sfotografowała, a konkretnie mam na myśli wysypywanie na to coś soli? A to, że pojęcia "pentakl" i "pentagram" są mylone wynika rzecz jasna z tego, że w literaturze dotyczącej eklektyzmu pojawiają się rozbieżności. Pani jednak tego nie zaznacza.

Potem znowu wzmianka o pentagramie i co on symbolizuje, a znowu dalej autorka kontynuuje wątek pentaklu mieszając pojęcia doszczętnie (s. 232). Tutaj powołuje się na eklektyka Cunninghama i twierdzi, że pentakl może być wieszany nad drzwiami  i oknem dla ochrony domu. Moja uwaga jak wyżej.

Na stronie 233 mam wrażenie, że autorka myli sznury rytualne z miarą, o których wspomina w poprzednim zdaniu.  To miara jest zwracana adeptowi, a nie sznury, które nie mają wpływu na przysięgę ...

Potem czytamy o biczowaniu 40 razy inicjowanego (s. 233). Wszystko fajnie, ale na innych stopniach inicjacji wygląda to inaczej. 

Potem Malita-Król zachwyca nas cytując za Raymondem Bucklandem tekst mówiony podczas ceremonii błogosławieństwa ciastek i wina. Oczywiście autorka daje się łatwo nabrać na zmyloną wersję. Wiccanie często publikują zaklęcia z pominiętymi fragmentami, ze zmyłkami, bo uważają, że w ten sposób dochowują tajemnicy. Ten sam tekst podają m.in. Janet i Stewart Farrarowie w filmie "The Occult Experience", ale i tu jest ukryty pewien szkopuł. Ci znani aleksandrianie wystąpili w latach 70. w reportażu dla BBC. Na samym początku inscenizują scenę błogosławieństwa, a ten tekst mówią w jeszcze innej, zmylonej wersji. Co Pani badaczka na to? Zapewniam, że obie wersje nie są prawdziwe.

Niżej wzmianka o figurkach bogów i koncepcjach teistycznych wśród wiccan. No dobrze, ale jak ma się np. to, że niektórzy wiccanie to ateiści (co autorka odnotowuje w przypisie) do figurek bogów na ołtarzu? Czy wiccanie-ateiści ich tam nie stawiają? Po co ten odnośnik?

Potem na stronie 234, Pani Malita-Król zwraca uwagę, że wiccanie nie lubią łączyć panteonów, przy okazji figurek wspomina, że koło Artemidy nie powinno się stawiać Horusa. No fajnie, ale zapewniam Panią, że główna boska para bogów, których imiona wykorzystywane są podczas rytuałów wicca tradycyjnej wywodzą się z różnych panteonów, a wiccanie nie widzą w tym problemu. 

Na stronie 235 kolejne zdjęcia autorstwa Pani Mality-Król tym razem przedstawiające kolorową świeczką z symbolem Potrójnej Bogini. Generalnie używana w rytach eklektyków, w moim covenie coś takiego uznane by pewnie zostało za śmieszne. Mam wrażenie, że autorka próbuje pokolorować ten marny artykuł zdobiąc go zdjęciami ... 

Potem kolejne zadziwiające zdjęcie różdżki, typowo-eklektycznej jakiej w swoim covenie nigdy nie widziałem. Swoją drogą mam podobną - wystruganą z drzewa, w które uderzył piorun. Ale to nie do rytuałów wicca tradycyjnej. 

Na s. 237 informacja, że szata jest biała albo czarna - zapewniam, że nie zawsze. 

Na s. 242 fotka z kolejnym pięknym kociołkiem. I znowu się zastanawiam co autorka chciała za jego pośrednictwem udowodnić? Mam taki sam. Zapewniam Panią, że w rytuałach w moim covenie nie wykorzystywaliśmy takich. Używaliśmy dużo większych, o wielkości kotłów ogrodowych. Miało to swój wieloraki powód: praktyczniejsze - można więcej spalić w nim rzeczy, zrobić większa chmarę dymu z kadzidła. Drugi powód jest taki, że metal, z którego był ów kocioł zrobiony odgrywał dużą role przy dywinacji - charakterystyczny, metaliczny połysk wpływał na zmysły. Wyobraża sobie Pani wróżenie z takiego malutkiego kociołeczka i to z takiego tworzywa? Prędzej by Pani zasnęła nad nim niż coś zobaczyła ... Ewidentnie Pani Malita-Król chce się pochwalić, że nabyła coś takiego w przeciętnej brytyjskiej rupieciarni, którą można znaleźć w każdym mieście w tym kraju. Niebywałe osiągnięcie! Oczywiście takie kociołki wiodą prym w eklektyzmie.

242-243 - Jakieś ciekawostki o tym, że wiedźma w ogóle nie potrzebuje narzędzi. No wiccańskiego rytuału Pani nie odprawi inaczej. A magia prywatna wyznawców, odbywająca się poza kręgiem, to już zupełnie inna para kaloszy.

BADANIA TERENOWE, OBSERWACJA UCZESTNICZĄCA, UCZESTNICTWO W RYTUAŁACH - CZYLI TUPET, WYSOKA SAMOOCENA ORAZ DOBRY PIJAR PODSTAWĄ SUKCESU...

Nie jest dla mnie tajemnicą, że aby dokładnie zbadać wicca tradycyjną jest tylko jedna ku temu metoda: trzeba wstąpić do covenu, przejść inicjację i zobaczyć wszystko od środka. Nie ma innej metody! Jedynie wtedy mamy dokładną możliwość zbadania tego tematu. Wtedy widzimy co w publikacjach jest kłamstwem, a co nie. Poznajemy szczegóły rytuałów nieopublikowane nigdzie. Poznajemy ukryte zachowania samych wiccan i ich środowiska. Wielu badaczy poszło tą drogą, z czego najbardziej chyba znana jest Tanya Luhrmann. Czy ktoś zakwestionował wartość merytoryczną prac tych naukowców, którzy tak zrobili? Osoba, która chce zbadać temat z perspektywy obserwatora z zewnątrz nie ma szans nie natknąć się na pułapki jakie ten temat za sobą niesie.

Jako inicjowany wiccanin widzę gołym okiem, że Joanna Malita-Król nie jest inicjowaną wiccanką, bo gdyby była nie pisałaby takich bzdur. Dosłownie wykłada się na wszystkim co możliwe.

W jej zachowaniu drażni mnie nie tyle sam dyletantyzm. On jest typowy dla osób, które sobie przeczytały kilka książek o wicca eklektycznej i wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej, bo na dobrą sprawę we wszystkich napisane jest to samo.

Jeśli sobie otworzymy przeciętny podręcznik to przeczytamy:

Czym jest wicca? ... Bla, bla, bla ...  Potrójna Bogini i Rogaty Bóg ...Bla, bla, bla ... Magia ... Bla, bla, bla ...Koło roku ... Bla, bla, bla ... Reinkarnacja ... Bla, bla, bla ... narzędzia czarownicy ... Bla, bla, bla ... Czyń co chcesz tylko nikogo nie krzywdź nie znaczy wcale ... Bla, bla, bla ... Magia kamieni, kolorów ... Bla, bla, bla ... 
I taki jest schemat przeciętnej książki. Ale zapewniam, że nie oddają one tego co ma miejsce w wiccańskich kręgach. Bardzo łatwo się na to nabrać.

Irytuje mnie pompa z jaką autorka buduje sobie doskonały Public Relation; że niby "przeprowadziła obserwację uczestniczącą, badania terenowe, uczestniczyła w rytuałach wiccańskich" ... A przyjrzyjmy się temu dokładnie.

W tekście znajduję informację, że autorka brała udział w wiccańskich rytuałach na północy kraju. To teraz pojawia się pytanie, co to były za rytuały? Przecież wicca tradycyjna to według definicji nawet przyjętej przez autorkę "inicjacyjna, misteryjna religia". Żeby wziąć w nich udział trzeba przejść inicjację. Wiccanie nie wpuszczają na swoje obrzędy gości, a już tym bardziej badaczy czy dziennikarzy, no chyba, że jak historia pokazuje robią specjalny show imitując swoje prawdziwe rytuały. Więc z tego wniosek, że autorka musiałaby przejść inicjację, żeby brać udział w rytuałach wiccańskich. Już wiemy z dokładnej analizy obu artykułów, że nie mogła tego zrobić.

Nieskromnie podejrzewam, że autorka brała udział w rytuałach warsztatowych, które organizuje co roku środowisko "Wiccańskiego Kręgu" pod nazwą Wicca Study Group. Oczywiście jest to rodzaj spotkania integracyjnego, mającego charakter promocyjny - wiccanie mówią podstawowe rzeczy o swojej religii, pokazują siebie jako kochająca się rodzinę ze swoimi symbolami na szyi. Zachęcają tym sposobem innych do wstąpienia w swoje szeregi. Na tych warsztatach odbywa się też rytuał integracyjny, który bazuje swoim schematem na rytuale wiccańskim.

Oczywiste jest to, że wyznawców obowiązuje w dalszym ciągu przysięga milczenia. Jak wiemy dochowują jej na różne sposoby przy swojej publicznej działalności: mówią rytualne teksty okrojone, ołtarz przygotowują ze zmyłkami, np. to co powinno leżeć po prawej stronie kładą w innym miejscu, albo wystawiają tylko część narzędzi. Nieskromnie podejrzewam, że to właśnie stąd Malita-Król wzięła opis ołtarza - ze zmylonego, pokazowego ołtarza podczas rytuału dla mas. To mniej więcej tak jakby recenzować film oglądając tylko i wyłącznie sam zwiastun. Chyba nie muszę mówić, jaki jest tego efekt ... Widać go tutaj gołym okiem.

Pokazowy rytuał, w którym udział wziąć może każdy ma być w pełni podstawą dla Mality-Król do opisania obrzędów inicjacyjnej religii misteryjnej? To się kłóci samo w sobie. Czy tam wszyscy byli nadzy z Panią włącznie? Nie, tam niektórzy byli w szatach, inni przebrani w jakieś śmieszne stroje, a reszta w zwykłym codziennym ubiorze. Jak na bazie czegoś takiego można powiedzieć, że się uczestniczyło w rytuale wiccańskim? Jest to czysty przykład hipokryzji. Kogo Malita-Król próbuje na swój pijar nabrać?

Dla przykładu powiem, że z tego co wiem amerykańscy skauci często pod koniec swojego obozu przebierają się w stroje Indian i odprawiają uroczysty "indiański ryt". I teraz pytanie, czy to jest ryt typowo indiański? Idąc tokiem rozumowania Pani Mality-Król, uczestnicząc w czymś takim pewnie miałbym podstawy, żeby wpisać sobie w CV "uczestniczyłem w rytuałach indiańskich". Tak dokładnie postępuje autorka w przypadku wiccan. Albo inny przykład: chodziłem do klasy z koleżanką, która była świadkiem Jehowy, raz przyszli do mnie członkowie jej grupy ze "Strażnicą" zatem mam podstawy, żeby twierdzić, że "przeprowadziłem obserwację uczestniczącą wśród świadków Jehowy". No chwila, ale życie tych ludzi to spotkania w sali królestwa, domowe wielbienie, unikanie wielu rozrywek, nie zgadzanie się na transfuzję etc. Jaki mieć mogę obraz wyznawców po jednej znajomości, a co dopiero nazywać to "obserwacją uczestniczącą"?

Zachowanie Mality-Król jest dla mnie przejawem zwykłego kłamstwa - autorka próbuje sztucznie zagwarantować sobie autorytet twierdząc, że robiła coś o czym nie ma tak na prawdę pojęcia. Pod ryty warsztatowe ukradkiem wkłada informacje o wicca. Nie tylko fałszuje obraz wicca tradycyjnej, ale z tupetem tworzy sobie image erudyty. 

Oczywiście gdy przyjrzymy się uważnie całemu tekstowi to widzimy, że w prowadzonych wywiadach respondenci wymienili tylko jakich narzędzi używają i kilka sensacyjnych nowinek. Informacje o samych narzędziach Malita-Król czerpie z książek, na czym też wychodzi nie najlepiej. Oczywiście korzysta z nich wybiórczo, raptem z kilku prac na krzyż, pomija inne źródła.

Poziom "badań" autorki przypomina mi rozważania na temat tego jakiego koloru są róże. Idę na stragan, widzę, że sprzedają tam czerwone róże, to piszę, że "róże są czerwone". No dobrze, ale kiedy zerknę do innych źródeł to się dowiem, że róże są też w wielu innych kolorach. Jeśli chcemy zbadać mentalność Brazylijczyków, to musimy polecieć do Brazylii i tam chwilę z tubylcami przebywać. To jak bada wicca Malita-Król przypomina mi raczej robienie tego zdalnie poprzez oglądanie telenoweli brazylijskich. Chyba każdy się zgodzi, że nie jest to najlepsza metoda.


Uważam, że Malita-Król zwyczajnie posuwa się do kłamstw podciągając sobie wiele rzeczy pod pojęcia "obserwacja uczestnicząca" czy "badania terenowe". Jak już pisałem, jest tylko jeden sposób na wykonanie tego, którego ona nie wykorzystała.

DOKTORANTKA W INSTYTUCIE RELIGIOZNAWSTWA 
UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

Na jednej z Facebookowych grup znalazłem ostatnio wpis Pani Mality-Król, którym poinformowała wszystkich, że za niedługo będzie bronić pracy doktorskiej na temat wicca. Mając za sobą dwa artykuły jej autorstwa chyba nie muszę spekulować jaki będzie finał jej pracy. Oczywiście jak znam życie autorka obroni go, bo profesorowie w komisji nie znając tematu łatwo dadzą się nabrać na serwowany przez nią kit.

Najwyraźniej tupet, wysoka samoocena wystarczą w zupełności do osiągnięcia sukcesu. Nie od dziś wiadomo, że Instytut Religioznawstwa UJ to siedlisko naukowego lobby - kto wejdzie w dobry układ ten mimo wszystko wyjdzie z doktoratem. Kto jest bez układu to go kopną i potraktują jak śmiecia. Tak wygląda polska nauka - nieważne co wiesz, co sobą prezentujesz, wciskanie kitu i tak przejdzie jak jesteś w solidnym układzie. Jeszcze na początku studiów doktorant zmuszany jest do podpisania się pod przysięgą, w której zobowiązuje się dbać o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego ...

Co do prac Mality-Król to jako inicjowany aleksandrianin gorąco przed nimi przestrzegam. Autorka kompletnie nie zna się na temacie wicca.

Melissa Harrington
"The Wicca Man - a quiet revolutionary" 

Tom zamyka artykuł autorstwa znanej wiccańskiej arcykapłanki Melissy Harrington na temat mężczyzny-czarownika. Bardzo lubię ten temat, więc cieszę się, że esej wpadł mi w rękę.

Na pierwszy rzut oka widać, że pisze to osoba dobrze zaznajomiona z tematem - prowadząc badania w środowisku wiccan, autorka zwraca uwagę na wiele detali, m.in. stopnie kapłanów. Dla osoby  zewnątrz pewnie nie grałoby to żadnej roli, jednakże wiccanie wiedzą, że pewne etapy odpowiadają pewnemu doświadczeniu, a co za tym idzie - wpływa to na dalszy światopogląd.

Stosując metodę kuli śnieżnej Harrington dotarła do wielu "panów-czarownic" w swoim kraju. Ciekawe wyniki. Te historie o dzieciach i rozwodach brzmią śmiesznie, ale taka rzeczywistość. Ale, że autorka znalazła tylu heteroseksualnych kapłanów wiccańskich? I to jeszcze kilkoro z nich było konserwatystami. To chyba tylko ja miałem takiego pecha lądując gdzie wylądowałem ... Zawsze wierzyłem, że istnieją coveny dla porządnych ludzi. Tylko w Polsce takich brakuje. Emigrowałbym!

Nie rozumiem tylko co autorka miała na myśli pisząc, że tylko heteroseksualizm odgrywa w magii pozytywną rolę przytaczając nauki Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, słowa Tanyi Luhrmann, a potem prace Dion Fortune i (sic!) "Mszę gnostycką" Aleistera Crowleya? Przecież Crowley tak w pełni heteroseksualny nie był ... Chyba, że coś źle zrozumiałem.

Artykuł bardzo poprawił mi humor. Miejscami czułem się jakbym sam o sobie czytał. Zdecydowanie jest to najciekawszy jak dla mnie esej w całym zbiorze.

Podsumowanie

Jak to w takich zbiorówkach; nie brakuje artykułów lepszych (Harrington, Filho, Maiello, Schattevoet, Shizenskiy), przeciętnych (Anczyk, Wilson & Cusack, Banaś, Kleihempel), po skończoną tragedię (Malita-Król). Generalnie dochodzę do wniosku, że tomik warty jest swojej ceny, kilka wypracowań wniosło coś nowego do badań nad neopogaństwem. Polecam, acz zaznaczam, nie wszystkie opublikowane w nim teksty zasługują na miano dobrych.

niedziela, 21 stycznia 2018

Prokosz "Kronika słowiańsko-sarmacka"


Dużą ilością wejść na moim blogu cieszą się posty dotyczące klasyki dzieł literatury turbolechicystycznej. Z czego ten fenomen może wynikać? 

Czytając książkę Tomasz Formickiego nietrudno zauważyć, że wojna dezinformacja jest potężną bronią, za pomocą której można wywołać totalny chaos, którym najłatwiej w XXI w. odnieść zwycięstwo nad podzielonym wrogiem. Czego nam trzeba więcej? Problem z jakim nie borykali się ludzie z czasów PRL, a z którym spotykamy się teraz jest m.in. taki, że dawniej gdyby ktoś zaczął publicznie głosić istnienie Imperium Lechitów obejmującego pół Europy w przeszłości to by go zamknięto w wariatkowie. Dziś takie osoby mają swoje prawa, kanały na YouTube, zakładają partie polityczne, prowadzą blogi, strony etc. Kręci się o nich reportaże w telewizji, a naukowcy mają kolejne pole do popisu do badań nad zaistniałą patologią społeczną. A wystarczy trochę postudiować psychologię, ba! Wystarczy przeczytać książkę Carla Sagana by dowiedzieć, że to, że obserwatorzy widzą ludzką twarz na Marsie wcale nie znaczy, że to musi być ludzka twarz tylko układ powierzchni ją przypominający. Podobnie jak ze sławną Słonią Skałą:


Czy to słoń czy po prostu skała, która głowę słonia przypomina? 

Po co te aluzje i analogie? No w końcu kiedy bierzemy do ręki książkę autorstwa "Prokosza" (cudzysłów zamierzony!!!) to szybko możemy przekonać się, że jest to zwykła bzdura, a nie jakiś sensacyjny rękopis cudem ocalony i odnaleziony.

Tym sposobem doszedłem do wniosku, że  osoby, które szukają w przeglądarkach opinii na temat Imperium Lechitów, prac Bieszka czy Kosińskiego próbują po prostu dowiedzieć się czy to o czym przeczytali jest prawdą czy nie - zwyczajnie szukają więc wyjścia z labiryntu dezinformacyjnego, który sieje współczesny "wolnosłownościowy" świat. Czasem mam wrażenie, że pewne wydawnictwa i konkretne osoby próbują dojść do grubej kasy stosując metodę "Kodu Da Vinci"; dostrzegamy jakąś niejasność w danym temacie, dorabiamy do tego sto teorii, puszczamy w świat jako absolutny hit ... i zarabiamy fortunę na kontrowersyjnych dziełach.

My Polacy mamy olbrzymie kompleksy z powodu utraty przeszłości. Nie wiele wiemy o historii naszej ziemi przed przyjęciem chrześcijaństwa. Religię naszych przodków znamy tylko dzięki szczątkowym informacjom i to dzięki staraniom badaczy. Problem niedoskonałości dotyczy niemalże całej Słowiańszczyzny, zwłaszcza wschodniej gdzie odnajdywanie cudownych tekstów jest tematem powszechnie znanym: dawniej "Apokryfy Słowiańskie", współcześnie "Słowiańsko-Aryjskie Wedy", "Księga Welesa" to tylko nieliczne dzieła, które badacz Eric J. Hobsbawm mógłby spokojnie umieścić na równi z "Księgą Mormona" odnalezioną cudownie przez Josepha Smitha i innymi tradycjami wynalezionymi współcześnie (wiccanie, wystąp z szeregu!). 

Co wiemy o "Kronice Słowiańsko-Sarmackiej"? Jest to prawdopodobnie dzieło autorstwa fałszerza Przybysława Dyjamentowskiego z XVIII wieku lub Franciszka Morawskiego z XIX w. Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy, którzy podobnie jak wyznawcy Smitha czy Chiniewicza wierzą w jej autentyczność. 

Ponieważ jest to już zabytek literacki muszę przyznać, że wydanie go było świetnym pomysłem. Za to muszę pochwalić wydawnictwo Bellona. Niestety nie mogę jednak traktować tej pracy jako wiarygodnego dzieła na temat historii - jest to bujda na resorach co nie trudno stwierdzić czytając ją. Gdyby napisać rozsądny wstęp do tej książki ręką jakiegoś uczonego to wszystko byłoby ok. Tymczasem już na okładce i we wstępie pojawia się ... Janusz Bieszk. 

O ile dobrze pamiętam (może się mylę, bo natłok informacji robi swoje) brak zaufania do "Kroniki Prokosza" wyraził już sam Joachim Lelewel. Tutaj cytowane są jego fragmenty jakby wskazujące, że dzieło to nie może być w pełni fałszywe ... Robi się totalna dezorientacja informacyjna wskazująca na wyrywanie myśli z kontekstu. Mało tego, autor przedmowy o ile dobrze pamiętam krytykował Lelewela w swoich pracach. Tutaj jakby się nim wysługuje dla odmiany. Bieszk naturalnie broni autentyczności "Kroniki" na stronie V pisząc, że Dyjamentowski jako 17-latek nie mógłby czegoś takiego napisać? 

DLACZEGO? 

Co stoi na przeszkodzie, żeby chłopak 17-letni dysponując samymi legendami lub opracowaniami historycznymi nie sklecił takich bzdur? 

Słowiańska dusza pana Niemcewicza (s. XVI), możliwe, acz warto mieć na względzie, że nazwisko "Niemcewicz" wskazuje na niemieckie korzenie...

Już wiem, skąd wzięły się te bzdury o Ziemowicie jako "Panu Widzącym Ziemie". Podobnie jak specyficzne etymologie nazw miast. I znowu spotykamy Lecha, Czecha i Rusa jako trzech braci kiedy pierwotnie braci było dwóch w legendzie. I znowu Wanda popełnia samobójstwo bo nie chce Niemca choć w pierwotnej wersji legendy to Wódz Lemański czyni z miłości do niej ... Widać, że tekst jest oparty o późniejsze wersje legend, a nie ich pierwotne postacie bliższe czasom istnienia rzekomego "Prokosza". Zastanawiają mnie te wzmianki o kontynentach na stronie 33: "Ameryki ielenim rogom". To oby na pewno napisane przez Prokosza w wieku X? Już nie wiem co jest tu przypisem napisanym przez "Kommentatora" a co jest niby "oryginalnym tekstem"? 

Brakuje mi tylko wzmianek o Imperium Lechitów. Smutne, że nawet Turbo-Słowianie nie dostrzegają tego braku tutaj powołując się często na to dzieło.  

Klasyka gatunku warta uwagi jako historical fiction, ale na pewno nie wiary w autentyczność zawartej w niej treści.

środa, 20 września 2017

Tomasz Kosiński „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu”


Dawniej Polacy narzekali na cenzurę. Teraz mają powody by narzekać na jej brak. Żyjemy w czasach, w których każdy może wydać sobie książkę. Zarówno nauka jak i pseudonauka mają się dzięki temu doskonale. Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych zdań stał się (przynajmniej w Polsce) nurt popularnonaukowy tworzony przez tzw. Turbo-Słowian. 

Są to najkrócej pisząc ludzie wierzący w paleoastronautyczne teorie pochodzenia naszej rasy z innych planet, przez historię wielkiego Imperium Ariów, które rozpadło się w wyniku atomowej wojny z Atlantami (o ile dobrze pamiętam) i spowodowało przebiegunowanie ziemi, po istnienie wielkiego Imperium Lechitów obejmującego pół Europy. Turbosłowianie krytycznie odnoszą się do oficjalnej nauki, która ich zdaniem została sfałszowana przez wrogie nam nacje politycznymi pobudkami. 

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że wyznawcy alternatywnej wersji historii do jakich wspomniana grupa osób się zalicza kompletnie pomijają ogrom dorobku naukowego, który obala ich tezy albo doszukują się oni w nich przekłamań na siłę. W dyskusjach przejawiają syndrom „oblężonej twierdzy”. Pochodzenie nazw własnych państw, narodów czy miast starają się wywodzić od współczesnych słów nie bacząc na to, że ich znaczenie się zmienia przez stulecia. Zarzucają innym nacjom fałszowanie naszej historii czyniąc dokładnie to samo - usilnie próbując z obcych nacji czy plemion zrobić Wielkich Słowian np. z Gotów. 

Do najpoczytniejszych jak na dzień dzisiejszy postów na moim blogu zalicza się wpis na temat jednego z ojców współczesnego turbo-slawizmu Janusza Bieszka i jego „Słowiańskich królów Lechii”. Mam nadzieję, że większość osób czytając go wyczuła ironię w moich słowach. Jeśli nie, to bardzo mi przykro... 

Obok Piotra Makucha, Pawła Szydłowskiego, Czesława Białczyńskiego, Janusza Bieszka do Panteonu Zasłużonych dla Alternatywnej Wizji Historii dołączamy nową postać – Tomasza Kosińskiego. 

Niestety nie jestem historykiem, archeologiem ani językoznawcą. Pisząc niniejszy post nie mogę wnikliwiej ustosunkować się do omawianej pozycji.  

Spróbuję jednak swoich sił! 

Pisząc „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu” Tomasz Kosiński pokazuje, że zapoznał się szczegółowo z wieloma teoriami na temat historii naszych przodków. Odwołał się do wielu zagadnień, źródeł i punktów widzenia. Przyznam, że wieloma tezami już się spotkałem i wieloma mnie osobiście zagiął. Dzięki temu autor staje się wiarygodniejszy w swoich rozważaniach od np. Janusza Bieszka, na którego miejscami się powołuje. 

Praca ma jednak sporo wad:


1) Zbyt mała ilość przypisów do źródeł. Połowa przedstawionych koncepcji kompletnie nie wiadomo skąd pochodzi.  

2) Typowe turbosłowiańskie i paleoastronautyczne koncepcje wysnute z czegoś, tylko bez dokładnego podawania źródeł. 

Historie w rodzaju:
 „ …Na pokładzie Nibiru przybyli na Ziemię Niburianie, którzy stworzyli swoje ziemskie cywilizacje jakieś 45000 lat temu. To oni byli bogami Anunnaki w Mezopotamii oraz mieli kolonie w południowej Afryce i Ameryce (Andy), gdzie wydobywali złoto. W składzie załogi Nibiru byli też: Plejadanie, Centaurianie, Arianie, Karianie i humanoidalne Gady – Reptilianie […].” (s. 29)
Skąd w ogóle te informacje (bo chyba nie teorie skoro znamy pełny skład załogi statku kosmicznego) pochodzą? Pomijając fakt, że dawniej kontynenty musiały wyglądać inaczej przed tym sławnym przebiegunowaniem? 

Legendy o sabatach na Łysej Górze mają zdaniem Kosińskiego wywodzić się z historii o lądujących tam statkach kosmicznych.

Popiel miał uciec do Dalmacji, gdzie obdarzono go księstwem. Przypomina mi to historię królowej Aby z „Podróży Pana Kleksa”, która rzuciła się do morza, a kiedy odzyskała przytomność niesiona była w lektyce, a lud tego kraju obwołał ją swa królową … Czyżby Popiela tak ni z tego, ni z owego obdarowano królestwem?

Galowie zamieszkiwali Inflanty … Trochę daleko. 
 
3) Kosiński korzysta z pseudohistorycznych źródeł. 

Nie jestem w stanie zweryfikować wielu z nich. Przyznam się, że nie czytałem większości, ale rzuca się w oczy np. to, że wykorzystane tutaj zostały teorie Trehlebova czy „Kronika Prokosza”, która jak powszechnie wiadomo jest apokryfem. Korzystanie z dzieł Kadłubka również obce Kosińskiemu nie jest. Autor książki sprawia wrażenie jakby próbował dopasować wiele istniejących koncepcji na temat historii i pseudohistorii do jednego wspólnego mianownika z punktu widzenia czysto „lechitocentrycznego”; jakby z Polski chciał uczynić centrum całego świata i punkt wyjścia dla dziejów cywilizacji.

4) Typowe turbosłowiańskie wywody nazewnictwa miast, narodów czy imion praktycznie całkowicie przekreślają wartość merytoryczną całej pracy. 

Stosując Brzytwę Ockhama Kosiński głosi wiele specyficznych teorii etymologicznych. Np. Podlasie wywodzić się ma od „Podlechii”. Żeby było najśmieszniej – autor w całym świecie dostrzega polskie akcenty np. Kukulkan Majów to dla niego kukułka. Z innej strony biblijna Ewa to (dzi)ewa z prasłowiańskiego … Nazwa „Polanie” ma wywodzić się od bieguna polarnego. I pełno takich tez. Nazwa miasta Toruń wywodzić się ma od Peruna. No super, ale z tego co wiem najpierw był tam gród Postolsko (Postolsk, Postolin). Nazwę Toruń nadali najprawdopodobniej Krzyżacy. Nazwę Walii Kosiński wziął od imienia Welesa. Super ale wyraz „Welsh” w angielskim wywodził się pierwotnie od wyrazu oznaczającego „obcego”. Inny przykład:

„Z czasem jednak Prasłowianie zaczęli zbuntowaną krainę złodziei Złotego Runa (Świętej Księgi Słowian, spisanej złotymi runami) nazywać Helladą, od słowa hel – piekło […]. (s. 241)

Dlaczego niby Słowianie mieliby używać germańskiego słowa oznaczającego coś w co wiara rozprzestrzeniła się wiele wieków później ... ? I to "hel" czy "hell"? A może "Hel"?

Igor i Oleg to podobno imiona o słowiańskiej etymologii … 

Dziwi mnie to, że Kosiński uważa, że język polski jest najtrudniejszym językiem świata. Niby w jakim sensie? Wymowa, gramatyka? A już stwierdzenie, że jest najbliższy sanskrytowi … Podobno język kaszubski jest bardziej polski od polskiego bo zachował wiele tego, co już polski stracił. A teza, że język polski najbliższy jest praindoeuropejskiemu? Z tego co wiem to litewski ma najwięcej cech … 

5) W pewnych teoriach Kosiński goni własny ogon i mam wrażenie, że gdyby się uważnie przyjrzeć całości to znalazłyby się pewne rozbieżności w treści. 

„ … Analiza zmienności mitochondrialnego DNA człowieka współczesnego i porównanie jej z sekwencjami mtDNA neandertalczyków wskazuje, że współczesne populacje ludzkie nie zawierają genów neandertalczyka. To wskazuje, że neandertalczyk był osobnym, rozumnym gatunkiem ludzkim, lecz nie stanowił etapu rozstrzygającego (mtDNA są przekazywane wyłącznie w linii żeńskiej. […]” (s. 22) 

Czyli jak mam to rozumieć? Mężczyźni ze współczesnej rasy ludzkiej brali śluby z neandertalkami? 

Podobnie zastanawia mnie to, że Kosiński narzeka na polską edukację i to, że nie uczy się nas o bogach słowiańskich w szkole. Tylko zastanawiam się kim oni według niego są? Bogami rozumianymi w klasyczny sposób czy ufoludkami jak Marduk oraz Anunnaki?

Autor raz pisze o Wikingach w hełmach z rogami, w innym miejscu zaznacza, że to chodziło o inne typu rogów. Dalej w tekście znowu znajduję tych wojów z rogami na hełmach … Notabene z tego co wiem rogi nosili Celtowie nie Wikingowie.

Na końcu w ogóle czytamy wywody na temat wielu nacji, miast, państw i wszystko według logiki – głównie z języka polskiego. Z całym szacunkiem, ale to nie ma sensu. „Ar” w wielu nazwach nie koniecznie musi być pozostałością po „Arjach”. 

Choć autor wiele rzeczy wie, lgnie usilnie w specyficznym kierunku swoich rozważań. Olbrzymia wiedza graniczy wręcz z obłędem i oderwaniem od rzeczywistości. Dostrzeganie wszędzie wpływu Słowian, czynienie wszystkich nacji Europy pochodną naszych Lechitów to już moim zdaniem paranoja. Rozumiem, że np. Sienkiewicz pisząc swoje powieści gwizdał na prawdy historyczne bo zależało mu na pokrzepieniu serc, tak uważam, że przesadne czynienie z Lechii kolebki ludzkości na wzór innych (tak chyba Lew Syłenko robił z Ukrainy centrum Europy w podobnym stylu) to już megalomania narodowa. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Janusz Bieszk "Słowiańscy królowie Lechii"


Tak na wstępie postanowiłem zamieścić motto znane wszystkim z popularnego serialu "Z archiwum X": 


"Prawda leży gdzieś" jak brzmi jedno z najtrafniejszych tłumaczeń. I myślę, że jest ono celne w odniesieniu do omawianej w tym poście książki. 

"Słowiańscy królowie Lechii" to chyba jedna z najbardziej kontrowersyjnych pozycji, jakie przeczytałem w okresie ostatnich kilku lat. 

To, że prawda leży gdzieś nie od dziś wiadomo. Od przynajmniej trzech stuleci Polacy mają notoryczny problem z rozszyfrowaniem puzzli historii, w których brakuje wielu elementów. Polityka odgrywa tutaj decydującą rolę.

Z drugiej strony medalu widzimy rozmaite sny o potędze. Bardzo często owe marzenia są efektem kompleksów, które manifestują się poprzez wizje Wielkiego Imperium Lechitów obejmującym połowę Europy. Inny skrajnym przykładem jest odnoszenie się do etosu innych ludów i skreślanie własnego. Tak czasem czytamy jak to Piastowie byli Wikingami, Słowianie to w ogóle proste, tępe pastuchy a najwyższa cywilizacja żyła na terenie obecnej Norwegii. I takich ludzi nie brakuje. 

A prawda jak zwykle leży gdzieś po środku  ... 

W dobie wszystkiego co nas dzisiaj otacza nie wiem już komu wierzyć, albo przynajmniej komu wierzyć bardziej niż innym? 

Kiedy byłem młodszy i spoglądałem na mapy starożytnego Cesarstwa Rzymskiego moją uwagę przyciągały ziemie obecnej Polski i zastanawiałem się nad jej opisami. Oczywiście nic wiele o historii politycznej naszego państwa w obecnym okresie się na lekcjach nie mówiło. 

Janusz Bieszk stara się "odczarować" całą historię i ustawiając ją na nowe tory udowadnia, że już za dawnych czasów istniało tutaj Imperium Lechitów rządzone przez władców wymienionych w kilku kronikach. Autor ponadto głosi, że plemiona, które uchodzą w historii za "germańskie" w rzeczywistości były słowiańskimi i to Słowianie odpowiadają za dalsze dzieje cywilizacji Europy i Afryki Północnej. Znajduje i rozpatruje wiele pomijanych do tej pory źródeł. Powołuje się także na wykonane nie tak dawno badania genetyczne, które niejako potwierdzają jego tezy.

I teraz nie wiem, czy faktycznie mamy tutaj odkłamaną historię, do której świat nie chce się przyznać robiąc nam wodę z mózgu czy kolejny sen o potędze zrealizowany w duchu Turbo-Sławii i "raków rodzimowierstwa"?

Dobra! Koniec pierdół i bajdurzenia z mojej strony - przyjrzyjmy się sprawie uważnie!

Omawiane teorie autora "Słowiańskich królów Lechii" zbliżone są do poglądów znanego z YouTube Pawła Szydłowskiego. Miejscami dużo mają wspólnego z rosyjskim ynglizmem, nie zaprzeczają także popularnym w owych czasach innym teoriom głoszącym, że istniała dawniej rozwinięta cywilizacja zniszczona w efekcie jakiejś wojny nuklearnej.



Bieszk omawia wiele zagadnień zadając też konkretne pytania.

Rzeczona praca popularnonaukowa charakteryzuje się zupełnym w moim odczuciu brakiem wiedzy lingwistycznej. Na stronie 33 czytamy, że Słowianie nazywani byli "Slavi", "Slavini" od "sławy". Termin "Słowianie" może mieć tak na prawdę zupełnie inną etymologię i zdecydowanie więcej wspólnego ze współczesnym wyrazem "swój" (w wolnym rozumieniu "rodak", "krajan", "współplemieniec") lub jakimś niezidentyfikowanym jeziorem o podobnej nazwie (spotkałem się i z taką hipotezą).


Etymologia imion też wydaje się dosyć dziwna. Pamiętam, że bodajże Konopnicka w bajce "O krasnoludkach i sierotce Marysi" opisała Ziemowita jako tego, który codziennie rano wychodził z chałupy i mówił "Ziemio witaj!" i, że niby stąd wzięło się jego imię. Ale jest to bzdura, "Ziemowit" ("Siemowit") to po prostu "pan domu". W wydaniu Bieszka z etymologią też jest specyficznie, zastanawia mnie m.in. Król Lasota i jego Wzgórze. Słowo "lasota" spokrewnione jest z wyrazem "les" (nie mam odpowiedniej czcionki, żeby dodać znaczek-akcent) oznaczającym dawniej "trupa". Podobnie jak termin "Rękawka" oznaczający doroczne, krakowskie święto pod Kopcem Kraka na Wzgórzu Lasoty nie ma wiele wspólnego z wyrazem "rękaw" jak głosi jedna z miejscowych legend.  Bliżej mu do czeskiego "rakiev", słowackiego "rakva" oznaczającymi "trumnę" lub też starosłowiańskim, serbskim i słoweńskim "raka", chorwackim "rakva" znaczącymi "grób". Dzięki Janowi Kochanowskiemu i jego fraszce "Nagrobek gąsce" wiemy, że "rękawka" to po prostu grobowiec ręcznie usypany. Więc kim miał być król Lasota? Inspiracją do rosyjskiej bajki o Kościeju Nieśmiertelnym? Finlandia od króla Filana? Dziwne ... 

Zastanawia mnie też ta legenda o Wandzie Amazonce i jej samobójstwie ... W dziele Wincentego Kadłubka, a więc w najstarszej wersji, to nie Wanda popełnia samobójstwo tylko "wódz lemański" ubiegający się o jej rękę ... Brakuje tych uwag, zwłaszcza, że Bieszk stara się doszukiwać faktów historycznych w późniejszej wersji legendy ...

Skojarzył mi się też motyw ataku Aleksandra Wielkiego na Kraków z legendą o Smoku Wawelskim. Może faktycznie to on był "smokiem", a nie żaden symbol na tarczach Awarów jak spekulują co poniektórzy? Kto wie, przecież macedoński władca nosił hełm z dwoma rogami, a na niektórych wyobrażeniach smoków widzimy je z kłami lub rogami. Może tym sposobem utożsamiono go ze smokiem-żmijem? Tylko nie wiem czy Aleksander chciałby "dziewice" na pożarcie, prędzej "prawiczków" ... Nijak ma się to w każdym razie zarówno do  oficjalnej wersji dziejów cywilizacji jak i oficjalnej wersji legendy ...


Irytują też przypisy ("patrz Internet", "patrz bibliografia"). Czy autor nie mógł dać przypisów dolnych i konkretnych odniesień do stron w źródłach? Podobnie jak już totalnie zbulwersowała mnie kwestia omawianych pod koniec lektury map. Bieszk podał do nich linki i omówił je, ale z niewiadomych dla mnie względów nie zamieścił żadnych skanów. Stosując jego formę pytań spotykaną w tekście uczynię tak samo i pociągnę go za język:

DLACZEGO?

Robi to tak jakby starał się ukryć własne dowody przed czytelnikami. Co mi z samych linków? Przepiszę, wkleję do wyszukiwarki, nawet mi się strona nie pojawi. Linki w książkach to na ogół tragedia. 

I na koniec stwierdzam jako człowiek z niską samooceną, że czytanie poradników jak radzić sobie z tym problemem to pikuś w porównaniu z tym co może dać tego typu popularnonaukowe opracowanie historii. Wyrzucamy ze swojej podświadomości na czas czytania cała sferę prywatnych, negatywnych wspomnień zastępując je symboliką historyczną. Widzimy siebie na miejscu władców imperium, swoją potęgę, wygrane bitwy, ekspansję ... Od razu lepiej! Psychoterapia historyczna - nowa metoda jak znalazł.

Kto wie, może w przyszłości omawiana praca stanie się inspiracją dla przyszłych pokoleń Polaków w celu stworzenia nowego porządku Europy i świata?


Czy książkę mogę polecić? A mogę. Mimo, że jest stekiem zebranych, kontrowersyjnych informacji to jednak pobudza do myślenia. No, ale niestety trzeba ją czytać z dużym przymrużeniem oka.*

* Pomieszanie z poplątaniem niezwykle wyszukanej wiedzy z totalną ignorancją ...