Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lon Milo DuQuette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lon Milo DuQuette. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 czerwca 2017

Richard Kaczynski „Aleister Crowley. Prawda ciekawsza od legendy”


Z racji tego, iż Richard Kaczynski zaliczany jest do pierwszoligowych badaczy Aleistera Crowleya i całego jego dorobku nie mogłem przejść obojętnie wobec pozycji „Aleister Crowley. Prawda ciekawsza od legendy” w tłumaczeniu Krzysztofa Azarewicza, wydanej nakładem Lashtal Press. 

Niniejsze opracowanie to ogólne przedstawienie biografii Crowleya, jego twórczości, działalności, osiągnięć, sukcesów i porażek. Ponadto Kaczynski omawia organizacje, w których założyciel thelemy działał, i te, które stworzył. Dowiadujemy się ciekawych szczegółów z życia Mistrza Theriona, poznajemy struktury O.T.O., E.G.C. oraz AA∴. Podobnie jak w przypadku omawianej wcześniej lektury Rodneya Orpheusa „Abrahadabra” pojawia się także opis kilku wspólnych elementów; podstawowych ćwiczeń i rytuałów. 

Podobnie jak autor chyba rzuciłem się na głęboką wodę dawno temu sięgając po „Magiję w teorii i w praktyce”, z której podobnie jak i on nic kompletnie wówczas nie zrozumiałem. Ale cóż, takie były realia minionej epoki. Świat literatury tego typu dopiero się wykluwał, a człowiek kupował co było dostępne. Dziś Internet odgrywa pierwszorzędną rolę, a dzięki niemu możemy lepiej odnaleźć drogę do lektur, które powinno się czytać na początku. Do takich właśnie zaliczam pracę Kaczynskiego. Autor strawnie i metodycznie wprowadza do całego zagadnienia. Przedstawia temat we właściwej kolejności. Bardzo dokładnie opisuje struktury „tajemnych stowarzyszeń”, zwłaszcza stopnie inicjacyjne z ich dokładną charakterystyką. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że po Orpheusie Kaczynski również dobrze instruuje krok po kroku jak należy pojmować, rozumieć i praktykować thelemę. 

Gorąco polecam!

piątek, 14 kwietnia 2017

Rodney Orpheus "Abrahadabra"


Jak to jest, że przeciętna książka cofa mnie do wspomnień z młodości? Przypominam sobie czasy kiedy przeczytałem "Magiję w teorii i w praktyce" Aleistera Crowleya i nic z niej kompletnie nie zrozumiałem. Miałem wrażenie, że studiuję kolejne wypociny i usilne próby podzielenia włosa na czworo w kwestii, w której jako eklektyczny wiccanin miałem swoje zdanie i nie widziałem sensu utrudniania sobie życia. Może dobrze, może źle? Diabli wiedzą. Przez wiele lat thelema była dla mnie niejasną ścieżką, na szczęście kilka wykładów Krzysztofa Azarewicza, kilka spotkań z jej przedstawicielami pozwoliły mi odnaleźć drogę we mgle. Przynajmniej poznałem główny sekret, co się z czym je!

I teraz nie wiem - zostać przy starym zdaniu czy przy nowym? Czuję, że przestudiowany materiał wprowadza mnie do filozoficznej świątyni dumania. Chyba literatura działa na mnie mocniej niż się tego spodziewałem. 

"Abrahadabra. Wprowadzenie do magiji thelemy Aleistera Crowleya" Rodneya Orpheusa to doskonały GPS dla zagubionych dusz, starających się przynajmniej zrozumieć sens praktyk i nauk wspomnianego proroka Nowego Eonu. Wreszcie kawa na ławę - teologia, filozofia, praktyka. Wszystko jak trzeba. Po kolei. 

Z pewnymi naukami zawartymi w tej pracy muszę przyznać - już się kiedyś spotkałem. Kiedy wiccoeklektyzowałem swoją potępioną przez Kościół duszę (w sumie chyba każdy Kościół mnie potępi może za wyjątkiem tego Liberalnego Katolickiego) czytałem co w rękę wpadło. Opisany thelemiczny system otarł mi się już o wzrok. Pewne nauki z tej szkoły włączyłem do swojego ówczesnego sposobu widzenia świata. Niestety jak to bywało w tego typu podręcznikach magii - pewne sprawy opisywano ze szczegółami, ale nie wyjaśniano skąd konkretnie pochodzą, co powodowało totalny chaos. Podobnie jak z wieloma praktykami i źródłami przedstawionymi przez Orpheusa spotkałem się będąc na drodze wicca tradycyjnej. Jakież to wszystko znajome? Jaki ten świat jest mały? To, że wicca sięga pewnymi gałęziami thelemy nie od dziś wiadomo. Ale, że aż tak mocno? ... 

Opisy rytuałów, medytacji, praktyk magicznych (może powinno się to napisać "magijnych"?). Jest to bardzo dobre wprowadzenie do tematu i zdecydowanie jedno z przystępniejszych. Dopiero po przeczytaniu tej publikacji należałoby się zabrać za klasykę gatunku jaką są prace Crowleya. W każdym razie nie spotkałem lepszej introdukcji. Literaturę o tym systemie i jego przedstawicielach miałem okazję kilka razy przewertować, ale nawet w biografii Lona Milo duQuette'a nie jest to wszystko aż tak precyzyjnie zaserwowane. 

Kultowa praca, której nie powinno zabraknąć sympatykom tematu magii (no dobrze, magiji) z wyższej półki. 

piątek, 20 czerwca 2014

Lon Milo DuQuette "Moje życie z duchami"



Powiem szczerze, że czytając "Magiję enochiańską" byłem średnio zadowolony. Za bardzo w mojej subiektywnej ocenie książka ta wydawała się przeciętnym, New Age'owym podręcznikiem magii. Kiedy jednak niespodziewanie, zupełnie przypadkowo dowiedziałem się o spotkaniu z autorem, które organizowało w moim mieście wydawnictwo Lashtal Press postawiłem niezwłocznie udać się na miejsce by osobiście poznać Lona Milo DuQuette'a. 

Lekturę zakupiłem bez dłuższego namysłu. To chyba była presja sytuacji, ładnej okładki i bogatej wystawy publikacji Lashtal Press na sali, w której miało miejsce spotkanie. Sam autor, mnie jako pierwszemu, podpisał egzemplarz swojej autobiografii przetłumaczonej przez Krzysztofa Azarewicza. Wraz z autografem i uściskiem dłoni DuQuette'a miałem okazję wrócić na swoje miejsce widząc, jak duża kolejka fanów ułożyła się za moimi plecami. No i faktycznie teraz ten fenomen mnie nie dziwi.

"Moje życie z duchami" to książka napisana z dużym poczuciem humoru. Autor opisuje w niej swoje życie, kłopoty jakie go spotykały na przestrzeni lat, a także co nas zainteresuje najbardziej - swoje magiczne doświadczenia. Historia o wylądowaniu samochodem w basenie, problemach finansowych, upodobaniach pacyfistycznych etc., to tylko przerywniki pomiędzy doskonałą historią związaną z rytuałem Orobasa, która po prostu zwala z nóg. Podobnie rytuał egzorcyzmowania smoka Garkona i towarzyszące temu następstwa. Dużo jest złotych myśli, niezwykłe opisy rytuałów i ich efektów. Autor rozwija kwestie magiji enochiańskiej, wspomina o Crowleyu (ja też nic nie zrozumiałem po pierwszym przeczytaniu "Magiji w teorii i w praktyce"), opisuje podstawowe elementy struktury O.T.O., którego jest głową na arenie międzynarodowej. 

Osobom zainteresowanych psychologicznymi aspektami umysłów magów również gorąco rekomenduję tę książkę. Mamy tutaj opisane typowe motywy, które przewijają się w wielu takich biografiach - ultra religijna rodzina, kłopoty ze zdrowiem przebyte w dzieciństwie etc. 

Muszę powiedzieć, że lektura jest bardzo fajna. Na pewno humorystyczny język wywiera duży wpływ na jej jakość. Kto zajmował się jakąkolwiek formą magii, wie, że autor faktycznie opisuje swoje doświadczenia, choć niektóre historie mogą wydawać się czymś dziwnym np. ta o elfach. 

Książkę gorąco polecam! 

piątek, 3 stycznia 2014

Lon Milo DuQuette "Magija enochiańska. System magiczny oparty na przekazach od aniołów"


"...Każdy ma swojego anioła
Każdy ma i będzie go miał
I będzie go miał, swojego anioła..."
Dżem "Niewinni i ja"


O Johnie Dee i Edwardzie Kellym słyszałem już wielokrotnie. Ostatnim szczegółowym i jak na mój gust najlepszym opisem ich historii był rozdział w "Czerwonej bogini" Petera Greya. To mnie niejako zmobilizowało do dalszego studiowania tematu. Znalazłem nawet dokumentalny film na YouTube, który oczywiście od początku do końca jest poświęcony temu zagadnienieniu, ale jeszcze nie oglądnąłem go w całości. Mówiący z groźnym tonem prof. Hutton i "pokazany w tym filmie Kraków" sprawiły, że mi się odechciało od razu. 



Dobra przejdźmy do consensusu. W końcu to blog o książkach. Zaczęło się ciekawie, przystępnym językiem. Skończyło się na zrobieniu z magii nauki ścisłej, czego ja jako urodzony humanista po prostu nie trawię. 

Wierzę, że jestem w stanie opanować to co tam jest napisane, jednak musiałbym temu zagadnieniu czas poświęcić dogłębniej, a niestety nie chciało mi się. 

Przeczytałem pobieżnie, jak to u mnie w zwyczaju poszukując czegoś dla siebie. Preferuję najprostsze rozwiązania by osiągnąć jak najskuteczniejszy efekt. Czyli tak jak przeciętny polski klient - żeby było jak najlepiej i jak najtaniej. 

Oczywiście fakt, że matematyczne obliczenia nie są niczym nowym w magii jest mi wiadome od lat, ale jakoś tak nie mam odwagi by się przez to przebić niczym nóż przez masło.

Wbrew temu, co czytałem na temat niniejszej pozycji na wiccańskim forum, ta książka mnie wynudziła. 

A zaczęło się niewinnie. Najpierw dużo z prywatnego życia autora. Potem w zasadzie każdy rozdział zaczyna się od historii, skąd autor przechodzi do matematyki. Jest trochę ciekawostek, ale nie stanowią one takiej zawartości jak choćby rozdział we wspomnianej "Czerwonej bogini".  Pełno znaków, tablic, obliczeń, nazewnictwa etc. Na końca kilka rytuałów. 

Krótko o znaku "-":
  • Głównym minusem tej książki jak dla mnie jest cała ta matematyka. Po prostu czułem się jak w liceum, gdzie pani profesor przez całą lekcję wyprowadza jakiś wzór, który następnie stosuje się na następnych lekcjach. Makabreska. 
  •  Druga wada jest taka, że czułem się mniej więcej tak jakbym czytał matematyczny podręcznik magii New Age'owej. 
  •  Trochę wieśniackie wydaje mi się robienie sygili z papieru. Niby autor to uzasadnia, ale jakoś mnie nie przekonuje. Magia ceremonialna praktykowana na taki "nastoletni" sposób? 
  •  Dużo personalnych uwag autora na temat Złotego Brzasku czy Crowleya powodują, że czuję się tak jakbym w ogóle czytał podręcznik eklektycznej wicca. Różnice jak dla mnie widoczne są tylko w treści, forma ta sama. 

Oczywiście w książce jest kilka rozsądnych wskazówek i porad, ale uważam, że jeśli praktyka magiji enochiańskiej na tym się opiera to nie jest ona tym, co sobie o niej wyobrażałem. Choć niby jest tam na końcu jakiś opis sesji, ale całe to przedsięwzięcie (w tym wykonaniu) jakoś do mnie nie przemawia. 

Mniejsza z tym. Może kiedyś w życiu się doświadczy tego i ułoży jakąś konkretną, lepszą opinię. W końcu wszelka forma kontaktu z bytami niewidzialnymi jest niezwykłym doświadczeniem i działa na psychikę lepiej niż orgazm.

Ach ten Kraków. Jak nie Jan Twardowski, to agent 007 w służbie Jej Królewskiej Mości plądrował polski rząd (jest o tym w tekście). O ile rzecz jasna mit jednego nie oparł się na drugim. Kurcze, czyżby Rzeczpospolita była dawniej postrzegana jak obecnie Federacja Rosyjska? My to jednak nie potrafimy się cenić. Ale dochodzę do wniosku, że można by fajny prequel Jamesa Bonda napisać - 400 lat wcześniej "From Sarmatia with love" (albo Germania, co by bardziej odpowiadało poglądom aniołów).

Ocena: dostateczny = 

Średnio polecam.