Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legenda Jana Twardowskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legenda Jana Twardowskiego. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 września 2018

Paweł Szczepanik "Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity"


 " [...] leciał książę ciemności z nieba, z nim 9 zastępów aniołów od lewicy, którzy się odtąd z woli Boga Ojca stali ciemnymi duchami, czy diabłami (...)" 
Fragment pochodzący z pracy Oskara Kolberga cytowany w omawianej w niniejszym poście książce na stronie 47.

No trudno żeby cokolwiek z lewicy nie było ciemne ...

"Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity" Pawła Szczepanika to jedna ze świeżych wycieczek po religii dawnych Słowian. Choć tytuł sugeruje, że na piedestale staną zaświaty, praca wbrew pozorom porusza wiele ogólnych kwestii na temat wierzeń naszych przodków. 

Na samym początku powtórka z teorii mitu. Stare, dobre nazwiska od Cassirera po van Gennepa. Dalej autor przechodzi do popularniejszych zagadnień - jaja kosmicznego, boskich postaci, mitu wyłonienia etc. Wszystko po kolei jak bogowie przykazali. 

Osobiście wrogiem jestem tezie Witczaka, który widzi w Nyji boginię zaświatów nie zaś męskiego boga. Myślę, że Długosz nie bez powodu stosując interpretatio romana przyrównał go do Plutona a nie do Prozerpiny. Ponadto używał słowa "deum" a nie "deam". W innych źródłach też mówi się o "bożku" a nie "bogini". Szczepanik przyjął opcję "żeńską", co niespecjalnie przypadło mi do gustu. Ponadto już w następnym rozdziale autor pisze o Marzannie i wyszczególnia jej cechy jako chtonicznej bogini. Czyżby więc dwie panie piastowały te same urzędy? Z tym nie mogę się zgodzić. 

Zainteresowała mnie wzmianka o wielkim, czarnym kogucie jako wierzchowcu diabłów i czarodziejów. Coś czuje, że to kolejne echo pogańskich wierzeń znajdujące swoje odbicie w lokalnej wersji legendy o Diable i Kowalu czy w dziejach mistrza Twardowskiego. Ciekawe są też rozważania na temat rytualnych masek.


Książka oparta jest o znane i mniej znane opracowania naukowe. Z tego co zauważyłem Szczepanik nie pomija żadnych ważniejszych teorii - odnosi się do większości znaczących tez. Nie szczędzi też niektórym z nich krytyki. W przypadku Aleksandra Brücknera jest to rzecz jasna wręcz wskazane i obligatoryjne w pracach z XXI w. Nie brakuje tradycyjnych porównań do mitów innych ludów. 

Co zaś do osobistych tez autora, to myślę, że miejscami na siłę brnie on w kierunku, w którym już żadna osoba błądzić nie zamierza. Pewne rozważania uznałbym za zbędne, choć oparte na ciekawych źródłach przeanalizowanych z ciekawych horyzontów.

Dużo solidnego materiału, dobra kompilacja. Obowiązkowa lektura dla wszystkich słowianofili, religioznawców, rodzimowierców oraz pogan różnych ścieżek.

Gorąco polecam!

sobota, 30 czerwca 2018

Witold Vargas, Paweł Zych "Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik"


"Był taki kowal, Maciek się zwał co z diabłami żył za pan brat. Nie żeby je specjalnie lubił, ale jak przyszło komu figla spłatać, żeby mu w pięty poszło, zawsze mógł na nie liczyć, a i lepszych kompanów do kielicha trudno było znaleźć."
(s. 108) 

Może zostanę kowalem? W sumie to każdy jest kowalem swojego losu. 

"Ja chciałem wytwarzać złoto, chciałem zdobyć kamień filozoficzny, ale nie udało mi się. Taki ze mnie czarownik, że ja nie nauczyłem się swojego fachu, a wy tak!"
(s. 170) 

Oj! To powinno być moje motto-metafora. Choć jeszcze nie wszystko poszło na marne. Wojna trwa, piłka w grze.

"Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik" to kolejny zbiór legend, podań i bajek z terenów Polski podanych w formie krótkich opowiadań wzbogaconych o barwne ilustracje. Jak to bywa w pracach Witolda Vargasa i Pawła Zycha poznajemy mało znane historie z naszego folkloru, które powinny być znane każdemu, polskiemu dziecku. Jak to my Polacy nie potrafimy się dobrze promować, a mamy czym ... Pisałem to wielokrotnie. Tutaj na piedestale stoją panowie machający młotami w kuźniach, ale także i górnicy i inni czeladnicy. Wreszcie panowie od magii na piedestale - dobrze jest!


A jakie ciekawostki poznajemy?

Urocza legenda o żelaznym moście, na którym bój toczą chrześcijańscy rycerze z pogańskimi wojownikami ... To powinno być w herbie pogan z Zakopanego. Istny Ragnarök! Kibicuję poganom. Nie wiem co na to kibicerki? 

Przytoczona została znana nam wszystkim historia o Diable skutym 12 łańcuchami pod ziemią, który wysyła inne, pomniejsze diabły na swoje usługi. Czuć przeżytki starej religii na kilometr. 

Wzruszają mnie historie o Cyganach - zwłaszcza ta, która rzekomo stanęła u podstaw powiedzenia "kowal zawinił, Cygana powiesili". Po swojej konfrontacji z tą nacją uważam, że to najlepsze rozwiązanie. 

Ciekawych pogańskich wątków można doszukiwać się w legendzie katolickiego świętego Eligiusza.  Ale już tak nie bluzgajmy na to okropne chrześcijaństwo bowiem okazuje się, że w polskich legendach Jezus nie tylko podróżował jak Aleksander Macedoński w dawnych rękopisach, ale też potrafił za pomocą młota zamieniać stare, brzydkie baby w piękne i młode ... To jest dopiero alchemia - znacznie lepsza niż zamiana ołowiu w złoto. Nawet chirurdzy plastyczni nie osiągną tego w pełni. Ja już się raczej nie nawrócę, choćby nie wiadomo jaki cud mnie w życiu spotkał ...

Zastanawia mnie ten kult figurek diabłów omawiany w legendach. I palenie im ogarków zamiast dwóch świec. No cóż, może i dawna tradycja uległa lekkiej transformacji z czasem ...

Wciągnął mnie też wątek kożuchów zakładanych na lewa stronę. Nie od dziś wiemy, że np. zimowy Gwiazdor takowy nosi. Jest to więc ewidentnie jakieś echo dawnych wierzeń ze słowiańskiego kultu.


Dużo spostrzeżeń mam co do popularnej legendy o Kowalu i Diable. Jak wiemy ma ona swoich kilka wariantów. Wspomina o niej Radomir Ristic przy okazji serbskiej wersji. W Irlandii znamy ją jako historię o Chciwym Jacku, którą wiąże się ze świętem Hallowe'en. Podobnie jak historia o papieżu Sylwestrze II.


Widzimy gołym okiem, że w polskim folklorze również ona występuje, co ciekawsze jej echo przetrwało w kilku historiach (co dzięki książce Vargasa i Zycha mamy jasno potwierdzone), z czego najpopularniejsza zdaje się być legenda czarnoksiężnika Jana Twardowskiego. Autorzy pomijają tylko fakt, że u genezy tej ostatniej wersji stać może także historia Johna Dee. Tak czy siak mamy tutaj ewidentnie nałożenie się na siebie kilka wątków w jedną całość. A w końcu ta legenda jest prawdopodobnie znacznie starsza. Ciekawe, że autorzy przytaczają tylko niektóre wersje przygód Twardowskiego. Jedna z nich nie do końca jasno została przedstawiona, jakby nie wiadomo było czy bohaterem jest Jan Twardowski i jego ojciec Mikołaj, czy Jan Twardowski i jego syn (?). W każdym razie dzięki autorom poznajemy więcej ciekawych wątków z tej szlacheckiej opowieści.

Książka rewelacyjna, na jeden dzień rozrywki jak znalazł. Dużo pogańskich wątków ukrytych pomiędzy wierszami, które nie trudno amatorom tematu wyłonić. Polecam gorąco!

I niech Was Piekło pochłonie!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

piątek, 15 lipca 2016

Michał Rożek "Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy"


"Czary są nasz największy furlon"
Lucyfer w "Postępku prawa czartowskiego"

Na samym końcu czytania skapnąłem się, że książkę puściło w obieg wydawnictwo Petrus. Lepiej późno niż wcale. Ale co tam, w Taniej Książce można zawsze kupić coś na bezsenne noce nie będąc przy tym zbytnio stratnym. Przynajmniej się rozerwałem wracając do tematu wiedźm, stosów, diabłów, czarnoksięstwa i innych rozkoszy. Żyć nie umierać!

"Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy" jak wspomniałem opisuje ciekawą tematykę ludowo-ludyczną (jakkolwiek by to nie brzmiało). Autor pisze w podobnym stylu do Jana Kracika; generalnie temat stara się opisać jak najlepiej, czasem popełnia drobne merytoryczne błędy. Brakuje w tym na szczęście fanatyzmu, choć Rożek nie unika własnych komentarzy, które jasno wskazują, że do pełnego potępienia  duszy jeszcze było mu daleko kiedy kompilował materiał.

Zabawne. Jak pisał LaVey "nikt nigdy nie studiował metafizyki, jogi, okultyzmu bez wynagrodzenia swego ego i zdobycia osobistej siły". Dlaczego więc wydawnictwo Petrus puszcza w świat takie specyfiki? Może dlatego, że to część chrześcijańskiego folkloru? A może kryptoreklama dla tematu? Chyba tak.

Czarownice kradły rzeczy święte do swoich rytuałów (s.21)? Teraz to raczej kupują kradzione na Allegro. Tak czy siak nie wiadomo skąd się tam znalazły ... Swastyka chroniła przed Szatanem (s.117)? O Matko Ziemio, co ja ostatnio nosiłem na szyi ... Wiem już, że Jagiełło kazał zapalić Panu Bogu świecę, a Diabłu dwie zamiast sławnego ogarka. Kto to przekręcił? W każdym razie jest tekst źródłowy potwierdzający pierwotną wersję. Czarci brzydzili się wolnym związkami? No to już przeczy idei współczesności, która jest w Mocy Szatana w pełni zaciśnięta. Pewną ciekawostką i nowością dla mnie było pochodzenie legendy czarnoksiężnika Twardowskiego z legendy papieża Sylwestra II. Mimo tego autor wykorzystał stare rozważania na ten temat. No i znowu Zygmunt III Waza jako miłośnik czarownictwa ... Może na tym sztuka polega - samemu interesujemy się czarami, a eliminujemy konkurencję, która jest na tyle potężna, że może nam zaszkodzić. Chyba wiem co za całkiem niedługo zrobię starym znajomym ...

Pewne rzeczy rzuciły mi się w oczy np. autorami "Malleus Malleficarum" byli Heinrich Kramer i Jacob Sprenger, a w tekście jest Henryk Insistor (jest to łacińska wersja znana z bulli 'Summis desiderantes" Innocentego VIII). Widać, że na katoptromancji czy horoskopach autor się nie zna bo opisuje oba temat zabobonnie. Podobnie jak rozbawiło mnie nazwanie nakłuwanych kukiełek "średniowiecznym voodoo". Potem masy palantów wierzą, że tego typu praktyki wywodzą się z Haiti. Ludzie! Takie rzeczy były dobrze znane w Europie przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Rożek zastanawia się czy na Akademii Krakowskiej uczono magii, podejrzewając, że chyba nie (s.215). Z tego co ja wiem, była ona normalnie wykładana na studiach do XIX w. Alchemia sięga korzeniami Egiptu jak zauważa autor, ale nic nie wspomina o Chinach, które odgrywają tu znacząca rolę.

Ponieważ książka składa się z esejów, które autor napisał w różnym odstępie czasu bardzo często powtarzają się te same informacje. Jest to męczące.

Generalnie książkę polecam! Dużo piekielnie uroczych ciekawostek z zakresu folkloru czarowniczego.

niedziela, 6 grudnia 2015

Diana Rajchel "Samhain. Rytuał, przepisy i zaklęcia na początek pory zimowej"


Czy aby na pewno jest to początek pory zimowej w naszej strefie klimatycznej? W sumie na upartego możemy zgodzić się z tą koncepcją. Dawniej Święto Zmarłych było czasem kiedy cmentarze pokryte były grubą warstwą śniegu, a kobiety zapalając znicze, niejednokrotnie podpalały sobie rękawy od futer. A teraz w Dzień Wszystkich Świętych można nawet wyjść z domu w skórzanej kurtce i czapce z daszkiem. 

Ponieważ Halloween jest moim ulubionym świętem, stwierdziłem, że bardziej zagłębię się w treść książki. Niestety fakt, że przeczytałem ją po czasie lekko zepsuł mi zabawę. No tak, już dawno po Hallowe'enie, Andrzejkach, Barbórce, aktualnie mamy chtoniczne Mikołajki. 

Przyznam, że pewne zagadnienia zainteresowały mnie w opisywanej historii Hallowe'en. Nowością  było np. to, że zwyczaj "cukierek albo psikus" ma w rzeczywistości chrześcijańskie korzenie, a nie pogańskie. Słabo w to wierzę, ale zawsze to jakaś porównawcza ciekawostka. Podobnie jak i w to, że Rajchel obala historię kultu Pomony w tym okresie (autorka podaje dokładną datę 31 października, czego jednak inne źródła nie czynią generalnie podając koniec jesieni), twierdząc że bogini sadów czczona była przez Rzymian w środku lata. Kłamstwem to może i nie jest, ale ta koncepcja późnej jesieni skądś musiała się wziąć, bo często pojawia się w źródłach

Jak to zwykle bywa w tego typu podręcznikach eklektyzmu, wiele informacji musi być kontrowersyjnych. No i adresowanych dla pań. Poczułem się zdyskryminowany. Muszę napisać do jakiegoś stowarzyszenia maskulistów polskich, by pozwali wydawców. Zaciekawiła mnie np. "chrześcijańska" legenda o Starym Jacku (u nas częściej używa się formy "Chciwym Jacku"). Nie jest w końcu tajemnicą, że swoimi motywami przypomina legendę czarnoksiężnika Twardowskiego, a obie prawdopodobnie mają korzenie w jakimś pogańskim micie. Odyn jako bóg burzy (?), Thorze, widzisz i nie grzmisz ... O co chodzi z tym dawaniem cukru dzieciom? Pierwsze słyszę, żebym zamiast cukierków dostać miał cukier. Zastanawia mnie też to, czy dawni poganie sprzątali domy na Samhain? Niekiedy źródła wspominają o tym, że domy miały własnie wyglądać na zimne i niegościnne. Choć może była to tylko kwestia regionu i podejścia do zmarłych - czy ich witamy i zapraszamy, czy odganiamy i odstraszamy? 

Na temat pomysłów zabaw, dekoracji, rytuałów to nawet nie będę się wypowiadał. Dno totalne. Odrysowanie nagrobka zostawię innym. 

Książka generalnie marna jak cała reszta serii "Sabaty".

===

Uwielbiam Hallowe'en! 

Kiedy byłem dzieckiem oglądając telewizję satelitarną uwielbiałem takie postacie jak Dracula, Frankenstein, wilkołaki, mumie, szkielety etc. Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu niż astronauci/  kosmici, drużyna Robin Hooda czy barbarzyńcy.



Pewnego razu pamiętam, że zaintrygował mnie nawiedzony dom wykonany ręcznie w jakimś niemieckim programie dla dzieci. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z pojęciem Halloween, które wytłumaczyła mi mama. Powiedziała, że: " ... oni mają Święto Duchów. My mamy taką tradycję, że chodzimy na cmentarze, odwiedzamy groby, a oni zakładają maski i wzajemnie się straszą. U nas to jest taka smutna tradycja." Jakby mi ktoś w pysk strzelił!!! To moi rówieśnicy w innych krajach mają tak fajnie, że się przebierają, dostają cukierki, bawią wesoło, a u nas tak beznadziejnie??? Za jakie winy?



Rzuciłem klątwę na własną świadomość. Obiecałem sobie, że kiedy dorosnę będę świętował Halloween w przeciwieństwie do tej szaroburej chujowizny, która mnie otacza. I której nienawidziłem. Wiedziałem, że zbieranie cukierków mnie ominie, ale Hallowe'en we własnym domu? Dlaczego nie? A już nawet wtedy wszyscy dorośli mówili, że kiedyś to święto się u nas przyjmie. Na pewno. Przynajmniej w tym się nie mylili.



Dorastając, co roku kiedy zbliżał się koniec października śledziłem intensywnie pierwsze, pojawiające się w telewizji Hallowe'enowe akcenty. To jakiś teleturniej gdzie prowadzący przebrany był za czarownika z wydrążonymi dyniami w ręce. To znowu jakiś program muzyczny, gdzie wszędzie w dekoracji było pełno dyń. O stacjach anglojęzycznych i niemieckich chyba nie trzeba nic mówić. Maratony zaczynały się w południe. A już te programy pokazujące Hallowe'en w Ameryce. Po prostu patrzcie i zazdrośćcie nam!



Tak mijały lata. Kiedy zacząłem swoje zainteresowania z magią, jasne dla mnie było to, że okres ten jest niezwykły. Przez krótki nawet czas po przeczytaniu jednej z lektur o eklektycznej wicca odciąłem się od idei celebrowania wesołego Hallowe'en uważając, że jest "żałosna maskarada" w przeciwieństwie do święta, które powinno być pełne zadumy. Nie długo trwała ta tendencja. 

Z czasem, kiedy dostęp do muzyki stał się powszechniejszy, kiedy pochłonęła mnie estetyka gotyckich świeczników, zacząłem ostro wracać do czegoś, czego nigdy w sobie nie zgasiłem. I nawet rodzimowierstwo, którym się zachłysnąłem nie wypleniło ze mnie sympatii do Hallowe'en. 

I tak od kilku lat mój pokój jest udekorowany na maksa gotyckimi i Hallowe'enowymi świecznikami, lampionami i specjalnymi lampkami. Nie brakuje wizerunków Jacka Skellingtona, nietoperzy, czarownicy etc. Co roku słucham utworów ze swojej playlisty na YouTube, które uważam za kanoniczne. Część z nich to utwory związane z tym świętem, a część po prostu mi się z nim kojarzy, podobnie jak z tematem śmierci, horrorów. Różne gatunki muzyczne, różne kultury. Co roku playlista wzbogacana jest o nowe utwory.



Uznałem, że pomimo tego, że co poniektórzy stawiają wyraźne granice pomiędzy np. celtyckim Samhain czy słowiańskimi dziadami a komercyjnym Hallowe'en - świat jest tak na prawdę jeden. A to co do nas dociera stanowi jedność z tym czym żyjemy. 

Wszelkie wmawiania mi przez lata, że Hallowe'en jest nam obce kulturowo uważam za brednię z prostej przyczyny - już od kilku pokoleń chowamy się dokładnie na tych samych bajkach co nasi rówieśnicy w innych krajach. Żyjemy tak na prawdę w tym samym świecie, który jest globalną wioską. Muzyka idzie do nas obcojęzyczna z wielu krajów. Filmy docierają również z całego świata. Czy świat wampirów, czarownic, wilkołaków, duchów jest nam faktycznie obcy? Bardziej niż naszym sąsiadom z Zachodu, którzy od lat żyją tą samą kulturą masową? Wmawianie, że to jest nam obce uważam za kłamstwo.



Oczywiście na drodze pojawił mi się problem wpływów lokalnych. No w końcu "Polacy nie gęsi". W Halloween lubię sobie przeczytać fragment "Dziadów". Jeśli w przyszłości uda mi się kupić ładną, drewnianą kraboszkę to na pewno umieszczę ją w dekoracji.

Nie wspomnę już o dniu następnym. Oczywiście "trupie miodki" - nasza tradycja lokalna. Na cmentarz po cukierki, a jakże. W tym roku nawet udałem się na pobliski kopiec pooglądać łuny znad nekropolii. Niestety fakt, że wejście było zamknięte na taras widokowy sprawił, że przyjemność ta mnie ominęła.



Ponieważ Halloween jest tylko raz w roku. Stwierdziłem, że październik będzie dla mnie "Miesiącem Hallowe'enowym". Tak więc już na początku zacząłem lubić rozmaite strony na Facebooku o rzeczonej tematyce. Wieczorami w pracy oglądałem horrory. Nadrobiłem braki z lat minionych. Wiele zaległych serii jest już za mną. Podobnie jak filmy o gotyckim charakterze lub bajki dla dzieci. W minione święto oglądnąłem "Hellraisera" darując sobie tradycyjnego "Shrecka o wielkich oczach" czy "Hokus Pokus". 

A pije co roku tradycyjny sok jabłkowy, nawilżam powietrze olejkiem eterycznym o zapachu tego samego owocu. Ubieram się na czarno, zakładam gotyckie spodnie. Muzyka z playlisty gra. Tapeta na komputerze słodko-mroczna. Słodyczy nakupionych co niemiara.



Cóż tu wiele mówić, Happy Hallowe'en! 

niedziela, 11 maja 2014

Justine Glass "Witchcraft, The Sixth Sense"


Dobrym źródłem etnograficznym, a właściwie wiedźmograficzynym epoki lat 60. XX w. jest książka Justine Glass pt. "Witchcraft, The Sixth Sense". Oczywiście na wstępie zaznaczyć należy, że dobrym dla epoki w której została wydana, bowiem opisywany fenomen czarownictwa zawiera wiele informacji, które z perspektywy czasów muszą odejść do lamusa. Badania lat następnych zmieniły wiele. Także i rzemiosło od tego czasu przeszło poważną ewolucję, od zamkniętych, rozbudowanych pod względem praktyk tajnych stowarzyszeń po zdjęcia kiczowatych ołtarzyków wrzucanych na popularne portale społecznościowe.

Byłby to jednak i krok w dobrą stronę, gdyby nie fakt, że autorka chyba za bardzo wierzy w przerośnięte efekty magii, w które osobiście sam bym nie uwierzył. Wiem, że człowiek może wpływać na wiele sytuacji w życiu. Czasem mogą to być rzeczy na prawdę niezwykłe, no ale bez przesady. Do niektórych historii podszedłbym znacznie krytyczniej.

Justine Glass zdaje się być inicjowaną czarownicą. Wprawdzie nie jest nigdzie w tekście napisane w jaką tradycję, ale po opisie tego jak wyglądają poszczególne szczeble inicjacji w covenach czarownic niemalże się tego domyślam. 

Justine Glass była świadkiem spotkań czarownic, i rozwoju tego ruchu wyznaniowego, więc opisała wszystko jako osoba ze środka.

Książka ciekawa, ale jak zaznaczam, wiele rzeczy jest już zdezaktualizowanych. Inne z kolei, to informacje, które są notorycznie powielane we wszystkich książkach (już na hasło "Trois-Frères" dostaję cofki ...), ale no dobrze. Książka ukazała się w połowie lat 60. XX w. Pytanie tylko dlaczego inni autorzy współcześni powielają 50% (jeśli nie więcej) zawartości informacji tejże?

Autorka najwyraźniej przewidziała, że za kilka lat przeczytam jej książkę. Stąd też kilkakrotnie nie zabrakło polskich akcentów, m.in. "University of Poland" zamiast "Jagiellonian University", "Our Lady of Czestow" zamiast "Our Lady of Częstochowa", "Jean Sobieski" i kilka innych ciekawostek, np. totalnie pomieszanie kwestii Johna Dee, Fausta i Jana Twardowskiego ...

Dużo jest też tematów o treści parapsychologicznej. Ponieważ są one dobrze opisane nie nadałbym nie przyszyłbym im łatki pt."New Age", choć z pewnymi tego typu kwestiami również autorka się styka. 

Generalnie książka dobra i warta uwagi, trzeba jednak czytać ją z pewnym przymrużeniem oka.

Ale generalnie ją polecam!

piątek, 3 stycznia 2014

Lon Milo DuQuette "Magija enochiańska. System magiczny oparty na przekazach od aniołów"


"...Każdy ma swojego anioła
Każdy ma i będzie go miał
I będzie go miał, swojego anioła..."
Dżem "Niewinni i ja"


O Johnie Dee i Edwardzie Kellym słyszałem już wielokrotnie. Ostatnim szczegółowym i jak na mój gust najlepszym opisem ich historii był rozdział w "Czerwonej bogini" Petera Greya. To mnie niejako zmobilizowało do dalszego studiowania tematu. Znalazłem nawet dokumentalny film na YouTube, który oczywiście od początku do końca jest poświęcony temu zagadnienieniu, ale jeszcze nie oglądnąłem go w całości. Mówiący z groźnym tonem prof. Hutton i "pokazany w tym filmie Kraków" sprawiły, że mi się odechciało od razu. 



Dobra przejdźmy do consensusu. W końcu to blog o książkach. Zaczęło się ciekawie, przystępnym językiem. Skończyło się na zrobieniu z magii nauki ścisłej, czego ja jako urodzony humanista po prostu nie trawię. 

Wierzę, że jestem w stanie opanować to co tam jest napisane, jednak musiałbym temu zagadnieniu czas poświęcić dogłębniej, a niestety nie chciało mi się. 

Przeczytałem pobieżnie, jak to u mnie w zwyczaju poszukując czegoś dla siebie. Preferuję najprostsze rozwiązania by osiągnąć jak najskuteczniejszy efekt. Czyli tak jak przeciętny polski klient - żeby było jak najlepiej i jak najtaniej. 

Oczywiście fakt, że matematyczne obliczenia nie są niczym nowym w magii jest mi wiadome od lat, ale jakoś tak nie mam odwagi by się przez to przebić niczym nóż przez masło.

Wbrew temu, co czytałem na temat niniejszej pozycji na wiccańskim forum, ta książka mnie wynudziła. 

A zaczęło się niewinnie. Najpierw dużo z prywatnego życia autora. Potem w zasadzie każdy rozdział zaczyna się od historii, skąd autor przechodzi do matematyki. Jest trochę ciekawostek, ale nie stanowią one takiej zawartości jak choćby rozdział we wspomnianej "Czerwonej bogini".  Pełno znaków, tablic, obliczeń, nazewnictwa etc. Na końca kilka rytuałów. 

Krótko o znaku "-":
  • Głównym minusem tej książki jak dla mnie jest cała ta matematyka. Po prostu czułem się jak w liceum, gdzie pani profesor przez całą lekcję wyprowadza jakiś wzór, który następnie stosuje się na następnych lekcjach. Makabreska. 
  •  Druga wada jest taka, że czułem się mniej więcej tak jakbym czytał matematyczny podręcznik magii New Age'owej. 
  •  Trochę wieśniackie wydaje mi się robienie sygili z papieru. Niby autor to uzasadnia, ale jakoś mnie nie przekonuje. Magia ceremonialna praktykowana na taki "nastoletni" sposób? 
  •  Dużo personalnych uwag autora na temat Złotego Brzasku czy Crowleya powodują, że czuję się tak jakbym w ogóle czytał podręcznik eklektycznej wicca. Różnice jak dla mnie widoczne są tylko w treści, forma ta sama. 

Oczywiście w książce jest kilka rozsądnych wskazówek i porad, ale uważam, że jeśli praktyka magiji enochiańskiej na tym się opiera to nie jest ona tym, co sobie o niej wyobrażałem. Choć niby jest tam na końcu jakiś opis sesji, ale całe to przedsięwzięcie (w tym wykonaniu) jakoś do mnie nie przemawia. 

Mniejsza z tym. Może kiedyś w życiu się doświadczy tego i ułoży jakąś konkretną, lepszą opinię. W końcu wszelka forma kontaktu z bytami niewidzialnymi jest niezwykłym doświadczeniem i działa na psychikę lepiej niż orgazm.

Ach ten Kraków. Jak nie Jan Twardowski, to agent 007 w służbie Jej Królewskiej Mości plądrował polski rząd (jest o tym w tekście). O ile rzecz jasna mit jednego nie oparł się na drugim. Kurcze, czyżby Rzeczpospolita była dawniej postrzegana jak obecnie Federacja Rosyjska? My to jednak nie potrafimy się cenić. Ale dochodzę do wniosku, że można by fajny prequel Jamesa Bonda napisać - 400 lat wcześniej "From Sarmatia with love" (albo Germania, co by bardziej odpowiadało poglądom aniołów).

Ocena: dostateczny = 

Średnio polecam.

piątek, 5 kwietnia 2013

Jakub Zielina "Wierzenia Prasłowian"


Dobra, no to na przegrychę weźmy coś bliższego geograficznie i etnicznie. 

Niech to będzie książka Jakuba Zieliny "Wierzenia Prasłowian". Miałem okazję kupić ją od autora na Rękawce. Przekonał mnie fakt zamieszczonych z tyłu recenzji m.in. prof. A. Szyjewskiego i dr hab. J. Kajfosza, których nazwiska nie są mi obce. 

Cóż tu dużo napisać, żeby jak zwykle nie zdradzać szczegółów treści?

Jest to kolejne opracowanie próby rekonstrukcji religii naszych wspaniałych przodków. (Pozery, które nie czują styczności z naszą  tradycją morda w kubeł, z łaski własnej!). Na początku obawiałem się, że będzie to kolejne dzieło bazujące na tych samych źródłach co wiele innych książek o tej zacnej tematyce, jednak już po chwili przekonałem się, że jestem w błędzie. 

Autor wprowadził wiele ciekawych informacji i uwag dotyczących m.in. legendy Jana Twardowskiego czy bajek słowiańskich. Bardzo dużo elementów porównawczych z wierzeniami innych ludów (może ja na to wcześniej czytając inne prace, uwagi większej nie zwracałem, ale tutaj jest obszerne porównywanie m.in. z religiami Iranu czy źródłami wedyjskimi). Dobrą stroną książki jest to, że Zielina podaje szczegóły, a nie rozpisuje detali, przez co książkę czyta się szybko i staje się ona pewnym, dobrym kompendium informacji.

Pewną nowością była dla mnie ukraińska kolęda o gołąbkach, która ewidentnie odnosi się do mitu kosmogonicznego. Nie wiedziałem też nic o bogini Puruwicie z Połabia (?).

W kilku miejscach zastanawiało mnie używanie pewnych dziwnych form nazewnictwa przez autora, np. zamiast "Gajomart" pisze "Kajomars", zamiast "Bodo" podaje "Bod".  Miejscami osobiście bym dodał kilka uwag (np. przy okazji jelenia z młodzieńcem między rogami przychodzą mi na myśl skojarzenia z Warwasem Zofii Stryjeńskiej).

Właściwie jedynym minusem jakim oznaczyłbym treść książki, jest to, że mało jest kwestii poruszanych w obrębie paru postaci z Panteonu Jana Długosza. O "Jessie" (czy "Jaszu", "Jeszy") nie ma chyba nic, podobnie jak na temat Nyji. Druga rzecz, która mi się osobiście nie podoba, w tekście widnieje "Perun" zamiast "Pjeruna". Tak więc kolejny ciekawy zbiór przemyśleń, ale bazujący w towarzystwie starych nazwisk i szkół.

Książka ciekawa. Warto ją przeczytać.