Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwestie polityczno-społeczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwestie polityczno-społeczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 października 2018

Nicholas Kardaras, Ph.D. "Dzieci ekranu. Jak uzależnienie od ekranu przejmuje kontrolę nad naszymi dziećmi - jak wyrwać je z transu."


"... Co więcej, nieustannie rosnąca liczba badań klinicznych wiąże technologię ekranu z takimi zaburzeniami psychiatrycznymi jak ADHD, uzależnienia, niepokój, depresja, nadmierna agresja czy nawet psychoza. Najbardziej jednak może szokować fakt, że najświeższe badania techniką neuroobrazowania ponad wszelką wątpliwość pokazują, że nadmierna styczność z ekranem może neurologicznie zniszczyć rozwijający się mózg młodej osoby w taki sam sposób jak uzależnienie do kokainy. 
Otóż to - mózg dziecka pod wpływem tej technologii (jarzących się ekranów) wygląda jak mózg pod wpływem narkotyków. (s. 14)."

Zdaje się, że odkryłem kolejny element układanki przedstawiającej mój niedoskonale działający umysł. Ten budzi jednak grozę bardziej niż inne. 

Bardzo często zastanawiamy się, jak to jest, że ciągle siada nam koncentracja? Jesteśmy pobudzeni i jednocześnie wykończeni. Nie możemy się nad niczym skupić. Mamy niekontrolowane napady złości.

Do tej pory byłem przekonany, że to pewien natłok informacji płynący z portali społecznościowych typu Facebook jest za to odpowiedzialny. Teraz już wiem, że nie tak do końca. 

W pracy doktora Nicholasa Kardarasa poznajemy rewelacyjny opis życia młodego pokolenia i jego następstwa. Warto jednak zwrócić uwagę, że do starszych ludzi, którzy tylko siedzą z laptopem na kolanach pasuje on równie idealnie.


Winę za nasze problemy z uczeniem się, zapamiętywaniem ponoszą monitory. Telewizor, gry komputerowe, laptopy, tablety, telefony komórkowe ... Ich hipnotyczne, jarzące światło wyżera z nas energię niczym pasożyt. A co gorsza, nie jesteśmy tego w pełni świadomi. Podobnie jak i tego, że nieustanne korzystanie z nich to zwyczajny nałóg porównywalny z uzależnieniem od narkotyków, hazardu czy alkoholu.

Przerażające jest dla mnie to, że jadąc na wakacje widzę ludzi, którzy zamiast korzystać z plaż, chodzić po miastach i zwiedzać to siedzą w hotelach i spoglądają w błyszczące smartfony. Ja jadąc za granicę nawet nie szukam dostępu do sieci - podróżuje, żeby od tego wszystkiego odpocząć. 

Kultowy film pt. "Zwiedzanie Wenecji". 

Kardaras pokazuje przykłady uzależnień od telefonów, omawia eksperymenty z odłączeniem się od współczesnej technologii. Przedstawia przypadki maniaków gier komputerowych, którzy zatracili kontakt z rzeczywistością lub pozabijali rodzinę. Nie pominął hejtu. Zwraca także uwagę na podatność poszczególnych ludzi na ten problem i to, że czasem Internet przyczynia się do rozwoju depresji, osamotnienia i metamorfozy kontaktów z rówieśnikami by nie rzec - jej rozpadu.

Okazuje się, że technologia wcale nie jest taka cudowna jak  nam się wydaje.
  • Autor dowodzi, że absolutnym błędem jest wprowadzanie tabletów czy komputerów do edukacji dzieci. Prawda jest taka, że inaczej czyta nam się teksty wydrukowane na papierze, a inaczej wszelkie z monitorów. 
  •  Nie jest prawdą w pełni to co piszą niektóre portale, że "jako ludzkość debilniejemy i nie potrafimy przeczytać dłuższych artykułów w sieci ograniczając się tylko do nagłówków". Prawdą jest to, że ekrany męczą nasze umysły w specjalny sposób, przez co przeczytanie tego samego online co w wydaniu papierowym jest trzy razy bardziej męczące. Dziwne? A tak to po prostu jest.
  • Nie jest prawdą, że tablety czy urządzenia do klikania są dobre. Rozwijamy inne partie mózgu pisząc dłonią a zupełnie inaczej nasz mózg funkcjonuje kiedy tylko pstrykamy palcem w jeden punkt. Jak niby w ten sposób mają rozwijać się dzieci w szkole?  

Mnóstwo intrygujących ciekawostek. Karadaras opisuje jak rannego żołnierza leczono grami co działało jak morfina. Spodobał mi się cytat "wcześnie robi się późno". Nowym pojęciem jest dla mnie Efekt Tetrisa, sytuacja, w której na skutek nadmiernej ilości godzin grania w gry, braku snu, człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Ludzie sikają do słoików lub noszą pieluchy, żeby nie odchodzić od gier. Podobne kwestie omówione zostały w książce Piotra Szaroty "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". Co się okazuje, dzieci wynalazców chodzą do szkół m.in. waldorfowskich, a ich rodzice celowo nie wprowadzają ich w arkana stworzonej przez siebie technologii gdyż doskonale zdają sobie sprawę z tego, do czego ona prowadzi. Autor wprowadza także terminy "zombiefikacja" oraz "dystopijne społeczeństwo", które moim zdaniem mówią same za siebie w precyzyjnym opisie ludzkości. Dzieci seksualizowane a dorośli zachowujący się jak quasi-nastolatkowie to także ciekawa wzmianka. Cytacik:
" ... Dr Dunckley zaobserwowała, że wszystkie dzieci ulegają wpływowi na pewnym poziomie. Nawet te z tak zwanym "umiarkowanym" obcowaniem z ekranem wykazują oznaki "subtelnego uszkodzenia", takiego jak chroniczna drażliwość, zaburzenia koncentracji, ogólny marazm, apatia czy często stan bycia "podłączonym i zmęczonym" (czyli pobudzonym, ale zmęczonym). (s. 160-161)
Nic dodać, nic ująć.

Teraz pozostaje inny problem. Co zrobić skoro technika weszła nam tak głęboko w krew? Ciężko jest nam nie sprawdzać e-maili, zaglądać co u znajomych na Facebooku czy nie wchodzić na YouToube'a. Myślę, że wszystko jest stworzone dla ludzi, ale, żeby nie kisnąć w sobie, nie zwariować należy ograniczać życie internetowe do minimum. 

Moje nowe wyzwanie - unikać technologii nawykowo czy nałogowo. Chwila rano, chwila wieczorem. Nie więcej niż godzina. Znajomi zapraszają mnie do udziału w życiu forów, stron etc. Niestety czuję, że muszę im odmawiać. Stopniowo będę musiał rakiem się od tego oddalać. Może pewnego dnia, uda się to w ostateczności? Ciort wie.

Książkę polecam wszystkim! Zwłaszcza bystrym inaczej politykom, dyrektorom szkół i innym wielce oświeconym ludziom, którzy publicznie głoszą, że "dzieci powinny od najmłodszych lat poznawać tablety w szkołach". Każdy szanujący się nauczyciel absolutnie nie przyjmie takiej opinii bezkrytycznie.

Klasyczne metody nauczania okazują się być najlepszymi! Powróćmy do nich, starych programów nauczania. Precz z postępem! Viva conservativia!

środa, 3 października 2018

Urszula Jakubowska "O naturze preferencji politycznych. Perspektywa psychologiczna"


Jak najprościej sprowokować konflikt? Rozpocząć dyskusję o polityce! 

Nie od dziś wiadomym mi było, że ludzie w rzeczywistości nie kłócą się o to, kto ma rację, czy o to, który polityk będzie lepszy, tylko o różnice w sposobie wychowania, jakie ich spotkało za młodu. Czy tylko tyle? Teraz już wiem, że nie.

"O naturze preferencji politycznych" to niedługie acz wciągające opracowanie na temat wyborów światopoglądów politycznych. Na początku autorka mierzy się z problematyką klasyfikacji tego zjawiska.

Niestety nie jest łatwo dzielić umownie ludzi na prawicę i lewicę gdyż jak wiemy, zarówno pod względem wizji gospodarki jak i norm obyczajowych wszystko się maksymalnie wymieszało. Czasem jest to tylko kwestia tego, kto chce dojść do władzy i czyje głosy mu będą potrzebne. Ponadto pojęcia różnie są definiowane; Jakubowska podkreśla m.in., że amerykański liberalizm to odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.

Następnie poruszone zostają dalsze kwestie celem rozwikłania tej zagadki - na poglądy polityczne może mieć wpływ nie tylko wychowanie i najbliższe środowisko domowe, ale i grupy rówieśnicze, geny, doświadczenia ... Wszystko by tutaj pasowało.

Podoba mi się to, że Jakubowska opisuje temat od A do Z stroniąc od pokazywania pewnych wzorców jako tych "dobrych" a innych jako tych "złych" co nagminnie czynią dzisiejsze propagandowe media. Wykorzystanie dobrego, obfitego stanu badań umożliwiło autorce dojście do odpowiednich wniosków i omówienie temat kompleksowo.

Dużo ciekawostek, a to dla nich czytamy przecież książki.

Mam wrażenie, że autorka jak wielu innych stosuje pojęcie "faszyzm" jako synonim nazizmu. Nie cierpię tego!

Interesujące, jeśli ktoś ma uprzedzenia do Żydów, ma je też do innych nacji (s. 26). No ze swojej strony przyznam, że nie do aż tak wielu. oprócz Cyganów reszta to już całe rasy, grupy religijne czy mniejszości odstające od norm. Mało w tym innych narodów.

Tak się czasem zastanawiam, wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że mój światopogląd polityczny jest bardzo synkretyczny. Wszystkie odcienie konserwatyzmu (90%), trochę tego o czym tutaj nie napiszę (nie chcę, żeby moi wrogowie to wykorzystali przeciwko mnie), trochę nawet humanizmu (nie sprzeciwiam się aborcji, daleki jestem od Kościoła katolickiego) ... To teraz jakie ja mam geny, doświadczenia, grupę rówieśniczą?
Stwierdzono, że im większe nasilenie orientacji na dominację społeczną, tym m.in. większe nasilenie postaw rasistowskich, nacjonalistycznych, niechęci do imigrantów, seksizmu, poparcia kulturowego elitaryzmu i ideologii merytokratycznej, polityczno-ekonomicznego konserwatyzmu, opresyjnego prawa  (surowych kar za przestępstwa i kary śmierci), militaryzmu, niechęci wobec polityki rządu zmniejszającej dyskryminację osób homoseksualnych, polityki wyrównującej szanse grup upośledzonych społecznie itp. (s.94-95).
No i spoko. Tylko czy ja dążę do jakiejś dominacji społecznej? Po prostu borykam się z problemami codzienności, które powyższa lista świetnie by rozwiązała. Chociaż może:
Orientacja na dominację społeczną jest skutkiem wychowania "zimnego", zdystansowanego (unaffectionate) i osobowości nazwanej za Eysenckiem (1954) twardością umysłową, która w ujęciu Duckitta charakteryzuje się takimi cechami, jak brutalność, cynizm, niezdolność do wybaczania, bezwzględność itp. Świat jest postrzegany przez takich ludzi jako rywalizacyjny, w którym panuje prawo silniejszego na podobieństwo darwinowskich praw dżungli. Główny cel motywacyjny to osiągniecie wyższości i dominacji w relacjach społecznych. Ludzie ci są nadwrażliwi na zagrożenia dotyczące potencjalnej zmiany struktury społecznej - układu sił, jak również statusu społecznego.  (s.101)
No nieźle! Siliniez w pastylce politycznej. Ale zaraz, dalej czytamy:
Ich przeciwieństwem są osoby zorientowane na równościowe relacje społeczne. Jest to efekt wychowania w ciepłej atmosferze uczuciowej, okazywaniu miłości i akceptacji. W takich warunkach kształtuje się osobowość nazwana zgodnie z typologią Eysencka (1954) umysłowością miękką, wyrażającą się w cechach uprzejmości, współczucia, opiekuńczości, wybaczania itp. osoby te charakteryzują się przekonaniem, że świat jest oparty na współpracy i harmonii. Ich główny cel motywacyjny to altruistyczna troska o innych (Duckitt, 2001). (s. 101)
Acha! To już wiem, co jest przyczyną choroby lewackiej - zbyt dobre życie i zbyt wysoka uczuciowość. Tylko, że z tego się właśnie rodzi marazm i bezmyślność, która cechuje zachodnie narody. Na efekty długi czekać nie trzeba. Widzimy po statystykach gwałtów, terroru itp.

Psueodkonserwatyzm - ciekawe pojęcie (s.26-27), pasowałoby do mnie, podobnie jak konserwatywny-liberalizm, konserwatyzm, Alt-Right. Podobnie jak wyznawanie wartości sprzecznych -  wolność i równość, ale nie nazwałbym ich pro-systemowymi.

Nie zwróciłem uwagi, że "lewicowcy" są niby bardziej tolerancyjni dla pewnych zjawisk, ale mniej tolerują opozycję polityczną. Gdzie ta Wasza tolerancja lewaki?

Z książki dowiedziałem się też, że tylko prawicowcy są autorytarni, ale im większy poziom wiedzy na temat historii i polityki to i większy poziom autorytaryzmu. No i właśnie, kto się zna - ten wie. Kto się nie zna żyje wyimaginowanymi wizjami rzeczywistości.
 
Nie znałem pojęcia "postawy punitywne" oznaczające czynności dążące do zmniejszenia zagrożenia obywateli. Dobrze je znać, bo przydatne w dyskusjach.

Cóż dla prawicowców świat ma strukturę pionową góra, środek, dół. Dla lewicowców świat ma strukturę poziomą. I weź teraz wszystkie zwierzęta umieść w jednej sferze ... Co z tego będzie? Nic dobrego.

Książka rewelacyjna, podobnie jak inne z tej serii. Gorąco polecam!

wtorek, 21 sierpnia 2018

Piotr Szarota "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji"


Świat się zmienia. Czujemy to w powietrzu. Czujemy to w wodzie. Czujemy to w cyberprzestrzeni. Co on nam jednak przynosi w relacjach z innymi ludźmi? Na to pytanie stara się odpowiedzieć Piotr Szarota, autor pracy "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". 

Książka opisuje wiele tematów, mniej lub bardziej poruszanych przez badaczy współczesności. Na piedestale stoi kwestia przyjaźni. I faktycznie, jak to zjawisko się zmienia! Dążymy coraz bardziej do bycia samotnymi, skazanymi wyłącznie na swój telefon/ laptop. Ludzi zastępujemy zwierzętami, robotami, sztucznymi lalkami ... Tworzymy awatary i funkcjonujemy w wirtualnym świecie zaniedbując wszystko dookoła. Spada przyrost naturalny, spada ilość małżeństw ... Co się z tą rzeczywistością dzieje i w jaki kierunku ona w ogóle dąży? 

Szarota omawia szczegółowo ten temat prognozując nam nieciekawą przyszłość. Problemy natury seksualnej, ucieczki od rzeczywistości, zmiany obyczajowe ... Tak, tak drogie dzieci, ciągle to powtarzam, że ucieczka od konserwatywnej rzeczywistości do niczego dobrego nas nie zaprowadzi. Nowoczesność i postęp to w rzeczywistości zacofanie, skrzywienie i degrengolada. Gadające lalki, umierające zwierzaki w tamagotchi, agencje do wynajmu przyjaciół ... 

Człowiek jest zwierzęciem stadnym a wszelkie próby zmiany tego będą jak usilne udowadnianie, że 2+2=5. Błąd! Tak nigdy nie będzie. Ludzie noszą pampersy, żeby nie musieli przerywać gry i tracić czasu na wizytę w toalecie ... W Korei rodzice tak byli zaangażowani w świat wirtualny, że zaniedbali dziecko, które zmarło z głodu. Inny człowiek choć miał żonę i dziecko to dodatkowo "żonaty był z inna osobą z sieci, z którą żyje w alternatywnej rzeczywistości", z którą non-stop był w kontakcie. Z kolei jeden ojciec nie mógł zaakceptować faktu, że jego syn miał sztuczna lalkę zamiast żywej partnerki. Wyimaginowani przyjaciele to niby domena dzieci, a okazuje się, że i dorośli je tworzą. To nieliczne przypadki degrengolady, które Szarota przedstawia jak przykłady rzeczywistości współczesnej.
Cacioppo przekonuje, że potrzeba kontaktów społecznych jest w nas na tyle silna, że osoby samotne dążą do tworzenia relacji tzw. relacji paraspołecznych, których przykładem może być przywiązanie do bohaterów seriali, mogą też traktować jak ludzi swoje psy czy koty. Wyniki prowadzonych przez jego zespół badań przekonują, że konsekwencje samotności w wieku dojrzałym są dramatyczne. Poczucie izolacji od innych wpływa na pogorszenie funkcjonowania poznawczego, powoduje zaburzenia snu, podnosi ciśnienie krwi, zwiększa poziom kortyzolu (hormonu stresu), zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, zwiększa ryzyko depresji i obniża samopoczucie (s. 5).
To już mówi samo za siebie.

Na pewne rzeczy człowiek nie zwracał dawniej uwagi np. serial "Przyjaciele", który przedstawia dorosłych ludzi używających życia zamiast dążenia do klasycznego kierunku. 

Zastanawia mnie też kwestia gejsz, którą przy okazji omawiania kultury Japonii autor pomija zwracając uwagę na tradycjonalizm w życiu tego narodu, a omawia problem agencji przyjaciół.

Książka pełna jest ciekawostek, miejscami wręcz przeraża wizją nowoczesności. Zebrane kompendium rozmaitych ciekawostek, których dobrą cechą okazuje się być fakt, że zdajemy sobie sprawę z tego co się dzieje z ludzkością. Ale czy to się kiedyś skończy? Czy wrócimy do dawnej rzeczywistości? Sam wstęp pracy dał mi jasno do zrozumienia, że warto było ją kupić. Oczywiście co chwila pada nazwisko znanego badacza współczesności prof. Zygmunta Baumana (Rest In Piss!) jednak jego wnioski wydają się tutaj sensowne. 

Gorąco polecam!

sobota, 18 sierpnia 2018

Elisabeth Kübler-Ross „Śmierć. Ostatni etap rozwoju”


No cóż, trochę nawywijałem. Więc Śmierć przyjdzie za pewne do mnie szybciej niż norma przewiduje. Oni mi tego nie podarują. No, ale skoro zasłużyłem ... Szkoda. Jestem za młody, żeby umierać. Paradoksalnie do niedawna myślałem ciągle o śmierci. Moje życie było więc niejako wpisane w kulturę śmierci. Co za życie? Jakie życie, taka śmierć. Przygotujmy się zatem na jej wizytę. Napije się Pani kawki? 


Do Hallowe’en jeszcze czas. Może w tym roku sam będę straszył po domach? Tylko kto by się mnie bał? Zeszłoroczne doświadczenie w Święto Duchów jasno obaliło wiele moich lęków o braku istnienia życia po śmierci. I bardzo dobrze. Nie mam się czego bać. Najgorzej, że po swoim zgonie mogę spotkać osoby, z którymi za życia miałem na pieńku. Na szczęście po śmierci ludzie się zmieniają, a samemu wyjściu z ciała towarzyszy uczucie błogostanu, braku nerwów, lęku etc. Jest surrealistycznie, ale też dziwnie. No cóż, inny stan egzystencji. Ale nie tym się teraz zajmijmy.  


Elisabeth Kübler-Ross to światowej sławy badaczka tematu śmierci, zwłaszcza z jej socjologicznej perspektywy. Praca „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” to kilka rozdziałów na temat śmierci w poszczególnych religiach (nie zbyt wielu), historie osób, które zetknęły się z agonią bliskich lub same doświadczały powolnego procesu umierania i wysuniętych na ich bazie kilka porad i wniosków.

Z głównymi tezami autorki i poradami jestem w stanie się zgodzić.
Narzucamy sobie formy ukształtowane dla nas przez nasze rodziny, naszych pracodawców, przyjaciół i publiczne wizerunki, aż przestajemy być sobą i stajemy się karykaturą wizerunku kogoś innego. Tracimy kontakt z tym, czym i kim tak naprawdę jesteśmy. Tracimy kontakt ze świeżością i energią płynącą z tej „oryginalnej” świadomości nas samych, naszych własnych potrzeb, naszych własnych wyborów. (s. 237)
Trudno się zatem nie zgodzić, że tym sposobem człowiek umiera powoli. Tylko co, kiedy czasem paradoksalnie nie może o niczym sam stanowić? Ale warto zachować tę prawdę. Ludzie się dziwią, że czasem uaktywniam swoją superpersonę i jestem jaki jestem. Jestem sobą, lub przynajmniej tym co drzemie w moich najgłębszych instynktach.
Kiedy  dojrzewamy, obawa przed utratą relacji z innymi ważnymi dla nas osobami jest większa niż strach przed utratą własnego życia. Jesteśmy zwierzętami, które myślą o sobie w kategoriach związków z innymi ludźmi. Jesteśmy z gruntu istotami społecznymi. I nie potrafimy zerwać naszych wzajemnych więzów bez stania się bezwartościowymi. Ponieważ najważniejsze dla nas wartości skupiają się w naszych relacjach z innymi, śmierć oznacza dla nas koniec związków z innymi albo „brak łączności duchowej”. (J. Haroutunian, cytat za opisywaną w niniejszym poście książką, s. 230)
To także wiele tłumaczy. Czasem nawet w prosty sposób – nie dogadujemy się z innymi, pragniemy odejść z tego świata. Zgodzę się także z główną tezą Kübler-Ross, że tylko używanie życia i to, jeśli wszystko w nim osiągniemy da nam spokojną śmierć. Gorzej tylko jak nie możemy tego wszystkiego osiągnąć. Wtedy śmierć wywołuje przerażenie. Nawet Antek LaVey o tym pisał. 


Cóż, praktycznie życie mam za sobą. Mój czas mnie (zdaje się) dogonił, nie wiem jak długo jeszcze pożyję i co mnie za chwilę spotka? W sumie nic nie osiągnąłem, a ciągle jestem w tyle. Z drugiej strony mam wielu wrogów. A jak nie masz wrogów to znaczy nic w życiu nie osiągnąłeś. Dziwnymi zasadami świat się rządzi.

Książka z jednej strony wciąga, może właśnie te historie o zgonach młodych ludzi wciągają i ranią za jednym zamachem. Może właśnie ten fakt, że nie przeżyli oni wszystkiego tak jak powinni powoduje to dziwne uczucie. Przedwczesna śmierć, nieprzejście do kolejnych etapów (tak rodzą się demony w naszym folklorze), ryty przejścia – inicjacje ... Ech zaczynam znowu fiksować na myśl o pewnych tematach. 

Lektura może zainteresować rozmaitych tanatomaniaków, samobójców czy nekrofili, ale generalnie jak to praca z zakresu socjologii – ciekawy temat podany w nudny, niestrawny sposób. Warto się z nią zapoznać jako ciekawostką by wiedzieć, że w życiu trzeba coś osiągnąć i się spełnić.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Stanisław Primus "Czy Rosja jest barbarzyńcą? Psychoanaliza rosyjskiego ducha"


O Rosji i swoim stosunku do niej pisałem już kilka razy. Nie ma sensu tego powtarzać. Jednakże biorąc pod uwagę fakt, że Rosjanie są bardzo specyficznym narodem pod względem swojej mentalności stwierdziłem, że warto zgłębić temat bardziej. 

Zachowują się tak jakby nie mieli nic do stracenia. Bardzo często mieliśmy okazje oglądać filmy typu "Russian School" na YouTube, w których młodzież pokazuje hardcorowe scenki. Rosyjska ruletka to już stary temat, ale powraca co jakiś czas. Dlaczego tak wielu ludzi tam ginie w okolicznościach, które gdzie indziej się nie zdarzają? Przy turniejach wojów ciągle któregoś wynoszą w worku. Ciekawy naród, którego duszę niewątpliwie ukształtowała burzliwa historia. Niektórzy złośliwie prawią, że Rosja to nie kraj - to stan umysłu. Jak jest na prawdę? Trudno powiedzieć, zanim się tego z bliska nie zobaczy.

"Czy Rosja jest barbarzyńcą? Psychoanaliza rosyjskiego ducha" Stanisława Primusa to niby chęć odpowiedzi na zadane w tytule trudne pytanie. Autor wbrew pozorom próbuje zbadać mentalność Rosjan głównie za pośrednictwem literatów i znanych postaci. Większość analizy to rozmaite listy, twórczość poetów i ich własny stosunek do swojego narodu. 

Nie widzę w wynikach tego niczego nadzwyczajnego, kiedy sam na swój kraj narzekam, ale drażni mnie to kiedy przeciwko mojemu krajowi wypowiadają się jakieś zamieszkały w nim mniejszości. Tutaj też nie dziwi mnie głęboki patriotyzm Rosjan połączony z innymi cechami. 

Gołym okiem widzę, że Primus z niechęcią odnosi się do Rosjan. Pisze grzecznie, ale obiektywizmu w tym wszystkim jest mało. Znowu Rosja zniewolona, a Zachód światły, dobry i wspaniały. Tylko w Rosji wyzywanie kogoś np. od pedałów nie jest tak napiętnowane jak dzieje się to powoli w Polsce, gdzie niby wolność słowa istnieje, a każdy ma prawo do własnego zdania. To tylko pokazuje obłudę całokształtu. 

Złapałem autora na kilku dziwnych wypowiedziach:
Mało kto przecież wierzył w faszystowski mit krwi i rasy (s. 119). 
No i właśnie. Primus niby opisuje rosyjską propagandę i wytyka jej cechy, ale sam sprawia wrażenie jakby dał się na tę propagandę nabrać. Mit krwi i rasy to był w niemieckim nazizmie, a nie włoskim faszyzmie, a samo mylenie tych pojęć to efekt propagandy stalinowskiej ...
Prawie nigdy nie udało się nakłonić potężnego państwa moskiewskiego do jakiegokolwiek wspólnego frontu (s. 167).
A jakie Panie Primus wymieni mi Pan sojusze militarne, które przetrwały dłuższy czas w historii? Na dobrą sprawę długo istniał sojusz ze Związkiem Radzieckim, który się rozpadł w wyniku zmian ustrojowych i po tym jak nasi politycy postanowili wejść w dupę Amerykanom czyniąc z Rosji największe zło. Wychodzimy na tym jak Zabłocki na mydle. 

... jak Gruzja zaatakowana w 2008 roku ... (s.185)

Gruzja została zaatakowana czy to Gruzja pierwsza zaatakowała? 

Rusofobiczna pozycja próbująca na siłę udowodnić jakim to cudem Rosja zła i niegodziwa. Nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Nie polecam!

środa, 18 lipca 2018

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania"


No dobra, to teraz trochę o seksie! 

Za dużo na blogu piszę o pogaństwie, stąd uznałem, że trzeba lekko zmienić treść i zwiększyć o 40% tematykę pogaństwa. Od przybytku głowa nie boli, jak mawiają. 

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania" to kwestia seksu i seksualności w starożytności. 

 Ciekawostek historycznych.pl co nie miara! Seks z osłami, kozami, chłopcami, mężczyznami, cudzymi żonami ...

O sympozjach: 

... Uczestniczyli w nich mężczyźni, jednakże bez swoich żon - za to bawiąc się akrobatkami, fletnistkami, kurtyzanami i pięknymi chłopcami. [...]" (s.24)
Matko Ziemio Wilgotna! Sodomia i Gomoria. I co na to radykalni, prawicowi poganie? Mam oczywiście tutaj na myśli tych, którzy często uważają homoseksualizm za zjawisko nienaturalne i otwarcie głoszą, że takie osoby nie powinny czcić dawnych bogów, bo swoim zachowaniem przeczą naturze. Z tego wynika, że co poniektórzy mają ciekawy poziom znajomości tematu religii Europy przedchrześcijańskiej. Gorszy wniosek się nasuwa - katoliccy księża molestujący ministrantów na zakrystii są bardziej pogańscy w swojej filozofii życia od niektórych pogan, którzy stoją światopoglądem w zgodności z oficjalnym nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego i uparcie głoszą, że homoseksualizm jest "zły i/lub nienaturalny". Świat paradoksów! 

Nie wiedziałem, że Achilles porwał i zgwałcił trojańskiego księcia Troilosa. O jego romansie z Patroklesem (nie kuzynem jak chce tego współczesność, tylko partnerem) już mi wiadomo było. Nie wiedziałem za to, że zakochał się i zgwałcił zwłoki królowej Amazonek Pentezylei ... 


Węgłowski zwraca także uwagę, że przecież pojęcia takie jak kompleks Edypa, Elektry, Orestesa i wiele innych to twory dawnej, antycznej cywilizacji. Tak więc pewne fenomeny były w niej bardzo dobrze rozpowszechnione. Królowa Pazyfae i buhaj przebijają wszystko. 

Tresowanie 12-letnich nastolatek na żony przez starszych o 10-20 lat mężów w kulturze greckiej pokazuje pewne różnice w obyczajowości dawnej kultury patriarchalnej. Porzucanie dziewczynek po narodzinach powodowało niż demograficzny wśród przedstawicielek tej płci ... No nie dziwi mnie to. Ale tak postępowano w wielu kulturach m.in. w Chinach. Z resztą jest to omówione w dalszej części pracy:
... Były wśród nich i niechciane dzieci. Częściej dziewczynki niż chłopcy (bo ci w przyszłości nie wymagali wyposażenia w posag). Takie niemowlaki po prostu porzucano. Traktowano przedmiotowo, jak zbędne rzeczy. Ateńczycy, Koryntyjczycy czy Rzymianie nie zachowywali  nawet takich pozorów jak w osławionej Sparcie, gdzie porzucano "niedoskonałe" dzieci w górach Tajgetu - oni po prostu pozostawiali maluchy przy drogach, w lesie, w glinianych garnkach, na śmietnikach. Bywało, że takie dziecko znajdował ktoś litościwy i traktował je jak własne. Bywało, że znajdował je ktoś chciwy i wychowywał na tanią niewolnicę, przeznaczoną do prostytuowania się dla swego właściciela. [...]" (s. 60)
I to po raz kolejny przychodzą mi na myśl współcześni poganie, którzy walczą z aborcją czy z prawem do aborcji dla matek dzieci z Zespołem Downa etc. A poganin wieki temu jak miał dziecko, które mogło mu tylko wadzić w życiu po prostu się go pozbywał. Bez wyrzutów sumienia.

Przypominają mi się czasy podstawówki, kiedy dzieciaki przeżywały narodziny nowego grona chomików, z których jakiś rodził się mniejszy i był zjadany przez matkę lub odtrącany. Takie jak widać są prawa natury. Dzieci niechciane, niepełnosprawne, chorowite. Ba! Czasem nawet pozbywano się tych zdrowych kiedy np. wiadomo było, że zima będzie sroga, jedzenia nie wystarczy ... Dziecko do morza i chlup ... Po sprawie. Niektórzy tego nie uczynili, a potem na efekty nie trzeba było długo czekać.


Tak czy siak, czekamy na kolejny sezon.
... Gdyby więc zawierano związki między osobami w podobnym wieku, połowa chłopców zostałaby z niczym! [...] (s. 39)
Straszne! To kogo oni bili na podwórku?

Podobnie jak widzę, że prawo pierwszej nocy nie jest chyba czymś oryginalnym. Młodożeńca w Rzymie w czasie nocy poślubnej wyręczali koledzy. Myślę, że poganie teraz powinni pomyśleć o wznowieniu tej inicjatywy. Tylko, że wtedy panny młode miało około 12 lat - więc jakieś unowocześnienia będą niezbędne.

Co ciekawsze w dalszej części książki autor  zwraca uwagę, że poglądy na aborcję, homoseksualizm też różnie wyglądały i trudno się doszukiwać jednego generalnego konsensusu. Inaczej filozofowie, inaczej społeczeństwo etc. Nawet na niektórych świątyniach były hasła przeciwstawiające się przerywaniu ciąży.

I to pokazuje jasno, że w neopogaństwie zdania również mogą być w wielu tematach podzielone, a nie opierać się o jedną, jedynie słuszną odgórną interpretację. A wywalanie na wierzch jednym, że są bardziej lub mniej pogańscy od drugich zakrawa na kpinę.

W dalszej części książki dowiadujemy się o miłosnych uniesieniach Solona do młodych chłopców i seksualnych inicjacjach młodych na Krecie. Po prostu niemalże jak w Sambii ... Ciekawi też fakt, że erastesi nie mogli wykorzystywać eromenosów w klasyczny, seksualny sposób. Dziwne, ale wychodzi na to, że jednak nawet pederastia czy efebofilia rządziły się swoją regułą. I wychodzi na to, że ludzi czasem nawet za homoseksualizm krytykowano, a za pederastię nie. Wszystko według pogańskich reguł. Generalnie stosunek dwóch mężczyzn był źle widziany, a pasywność seksualna pogardzana, ale nie mężczyzny i chłopca w niekonwencjonalny sposób. Lecz też nie zawsze.

Na zdjęciu arcydruid Arrenomix.

Trudno we wszystkim o jakąkolwiek regułę. Moda się w końcu zmienia co parę lat, co tu dopiero mówić o kilku stuleciach?

Historie cesarzy biją wszystko na głowę. Warto mieć na względzie, że ojciec Aleksandra Wielkiego też przebierał w przedstawicielach płci obojga. Nie różnił się więc dużo od swego syna. Rozmaite seksualne wybryki Juliusza Cezara, Galby, Heliogabala czy Kleopatry z wibratorem z pszczołami ... Perwersji co niemiara. 

Książka nadzwyczaj interesująca i pokazują antyk od pomijanej strony. Od tej pory oglądając filmy o filozofach i ich uczniach, władcach i dworach będę miał na względzie cenzurę obyczajową. 

Polecam!

środa, 11 lipca 2018

Diane Ducret "Kobiety dyktatorów"


" ... Poza tym Lenin powtarza na prawo i lewo, że nigdy w życiu nie poznał kobiety, która byłaby zdolna przeczytać Kapitał albo rozeznać się w rozkładzie jazdy pociągów czy też grać w szachy. [...]" (s. 114)

Chciałbym być dyktatorem. Pytanie tylko kim wówczas byłaby Pani Dyktatorowa? Lub raczej jak by wyglądała? Jako niekwestionowany przywódca na pewno znalazłbym sobie jakąś wedle upodobań. A nie jestem wymagający. Kryteria wyboru mam dość proste.


Niestety pech sprawił, że nie jestem dyktatorem i nic nie wskazuje, że nim kiedykolwiek zostanę. A szkoda! Dajcie mi władzę i kawałek Sybiru. Już ja to bym porządził! Kraju byście nie poznali; Halloween trwałby w nim przez cały rok. No, wiadomo, że ludzie wiszący na latarniach ulicznych byliby zmieniani w ramach dekoracji co kilka godzin. Nie pozwoliłbym na rozpowszechnianie się chorób i zarazy w swoim państwie. To nie w moim stylu.

Mniejsza z tym. Poczytajmy o innych, wielkich ludziach historii. Dla odmiany weźmiemy sobie na piedestał panie. "Kobiety dyktatorów" autorstwa Diane Ducret to historie sympatycznych dam, które były bliżej lub dalej wokół takich postaci jak Włodzimierz Lenin, Benito Mussolini, Adolf Hitler, Józef Stalin, Mao Zedong, Jean-Bédel Bokassa, Antonio Salazar i Nicolae Ceaușescu.

Nie znałem tych panów od tej strony. Nawet powiem szczerze nie znałem dobrze ich biografii aż do teraz. Ducret świetnie je przedstawia pomijając główne wątki polityczne przez co dowiadujemy się wielu ciekawostek powszechnie nieznanych. Nie wiedziałem np. że Stalin był żonaty z własną, nieślubną córką, a Hitler romansował z bratanicą ... Sodomia i Gomoria na salonach.


Oczywiście śledząc poczynania różnych "gwiazd wolnej politykanki" próbowałem złapać jakiś jeden generalny kod charakteryzujący zarówno panów jak i krążące wokół nich panie. I powiem szczerze - nie przyniosło to żadnych rezultatów. Moje badania spełzły na niczym. Kobiety z tej książki miały bardzo różne charaktery, może trochę cechowała je upartość w dążeniu do celu? Ale to też nie jest żadna reguła.

Ciekawostek pełno. Dowiedziałem się m.in., że Róża Luksemburg była Niemką ... Spodobał mi się cytat Yang Kaihui:

"Lepsze jest nic od niedoskonałości."
Jest wiele dziedzin życia, w których zastosowałbym to hasło jako przewodnie motto. Za to hasło Mao Zedonga, "oczyszczam się w ciele kobiety" jako wymówkę do niemycia genitaliów uważam za bardzo mało przekonywujące. Kompetencje pani Eleny Ceaușescu jako doktora chemii też przykuły moją uwagę:
"Najlepszym dowcipem, jaki krążył w tamtym czasie po laboratoriach Bukaresztu, był jej sposób podania wzoru dwutlenku  węgla - CO2 - który przeczytała, zachowując wszystkie połączenia międzywyrazowe. Rezultat wygłoszony w języku rumuńskim brzmi komicznie: wzór przeczytany w ten sposób daje słowo "cudoi", które oznacza "kutasa". [...]" (s. 268-269)
Dużo ciekawostek choć lektura nudzi średnio co dwadzieścia stron. Da się ją jednak przeczytać.

Do oceny własnej pozostawiam czytelnikom.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Roman Żuchowicz "Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka"


- Pamięć o Imperium nigdy nie zginie mistrzu Ajrurze! Obiecuję ci to! Nikczemny tłum Lurwidów nie zniszczy pamięci o chwale naszych przodków! 
"Kronika Domana" (VI w.p.n.e.)

A już tak zupełnie poważnie ... 

Na co dzień ulegamy wierze w różne cuda. Kiedy oglądamy film "Conan  Barbarzyńca" widzimy chłopca, który porwany w niewolę pcha przez całe życie kierat, a po wielu latach wyrzeźbił sobie tym sposobem wspaniałą sylwetkę. Prawda jest taka, że w najlepszym przypadku miałby wielkiego garba na plecach (zakładając, że po latach ciężkiej katorgi żyłby jeszcze). Z innej strony, widzimy filmy, w których samochody zderzając się ze sobą robią salta w powietrzu. Czy to tak wygląda? Manipulacji ulegamy na każdym kroku, więc dlaczego dziwić ma nas to, że tłumy ludzi uwierzyły w teorię istnienia Imperium Lechickiego?

Turbosłowianie, bo takim mianem określa się ludzi naiwnie wierzących w pseudonaukowe teorie historyczne do tej pory mieli się całkiem dobrze. Mało kto atakował ich publicznie zgodnie ze starą maksymą "z mądrym idiotą się nie dyskutuje". Niestety efekt tego był niemalże opłakany - tłumy ludzi zaczęły bronić tych śmiesznych tez, zakładać swoje fora, blogi, nawet partie polityczne. Tak to już jest, że jak się pewnego problemu nie zacznie tamować, to z dużą siłą uderzy on dalej. Byli jednak i tacy co się przeciwstawili. Ze swojej strony polecam blogi: "Po słowiańsku"Rodzimowiercza Gromada "Białożar", "Idąc przez Las" oraz "Współczesny świat słowiański". Dużo pracy temu problemowi poświęcił inny internetowy pamiętnik "Sigillum Authenticum". Brakowało nam jednak czegoś grubszego co w pełni opisałoby problem. I w końcu nadeszła wiekopomna chwila. 

Roman Żuchowicz, z wykształcenia historyk i socjolog podjął się zadania obalenia turbosłowiańskich bredni. W moje ręce trafiła książka od deski do deski ośmieszająca tezy Janusza Bieszka, prezentująca nieznane przeciętnemu Polakowi ciekawostki historyczne. 

Dawno temu spodziewałem się, że kiedyś powstania praca o Turbosłowianach jednakże napisanie jej będzie wymagało współpracy historyków, znawców genetyki i kilku innych dziedzin naukowych. Wydawało mi się to więc trudne do osiągnięcia. Żuchowicz doskonale poradził sobie z tym zagadnieniem; w swojej pracy zamieścił wywiady z badaczami m.in. takich kierunków jak mediewistyka, archeologia, historia sztuki, orientalistyka. Tym sposobem dosadnie rozbił turbolechicki bastion; uderzył od każdej strony skutecznie przedstawiając kim tak na prawdę są ci naiwni ludzie. 

Owi badacze historii bez piątej klepki jako jeden z argumentów przeciwko reszcie stosują metodę wykorzystywania nieznanych wszystkim źródeł. Fakt faktem, gdyby jeszcze z siedem lat temu przejść przez miasto i zapytać przeciętnego obywatela o "Kronikę Prokosza", Tadeusza Wolańskiego czy Ignacego Pietraszewskiego to nikt za pewne by nic nie wiedział. Tym sposobem ci ludzie próbują pokazać swoją intelektualną wyższość i udowadniać własne racje. I to jest ich chwyt - demonstrowanie, że wiedzą coś więcej, dotarli gdzieś dalej niż ogół społeczeństwa. Z drugiej strony jak mam traktować poważnie teorie o narodzinach Zaratusztry z dziewicy nad Gopłem? 

Żuchowicz krok po kroku przygląda się całej sprawie. Zwraca uwagę na tzw. paradoks otwartego laboratorium, czyli niby mamy dostęp do źródeł ułatwiony, ale zamiast działać dla dobra nauki działa to także w przeciwną stronę dając pole do popisu wylęgarni pseudonaukowych tez. Autor omawia problem źródeł i prac historyków. Przedstawia także pseudonaukowe historie, które powstały na przestrzeni wieków. Dogłębnie analizuje historię "Kroniki Prokosza", rozwiał moje wątpliwości na temat Lelewela i jego opinii o tym falsyfikacie. Omówił słynną kwestię "Leszka Awiłły" udowadniając, że to bzdura. Spodobały mi się historie o Aleksandrze Wielkim, które jak historia pokazuje były czymś popularnym w dawnych epokach. I stąd niby wzięła się ta legenda o zwycięstwie nad jego wojskami pod Łyścem. Tak jak w polskim folklorze ludowym pojawiają się historie o Panu  Jezusie podróżującym np. po górach, tak dawniej Aleksander Macedoński był wszędzie obecny i wszędzie znany. Żuchowicz obala praktycznie wszystko, w co Turbolechici zawzięcie wierzą, a co prawdą historyczną nie jest. Znajduje też sprzeczności w tekście Bieszka. Teorie o haplogrupach, krwi i rasie również tracą swoje znaczenie ...

Zdjęcie rodzinne: BB8, R2D2 i R1A1, nasz protoplasta. ;) 

Cóż tu wiele powiedzieć? Książka jest pełna ciekawostek nie tylko z zakresu interesującego nas zagadnienia, ale także kwestii pobocznych, które mogą się czasem w życiu przydać. 

Okiem religioznawcy mogę dodać, że turbolechici to osoby wyznający statolatrię, tyle, że w ich przypadku jest to wiara w jakieś wyimaginowane państwo, którego istnienia jak niepodległości zaciekle bronią. Żuchowicz zwraca także uwagę, że wielcy guru turbolechicystyki unikają wszelkich publicznych konfrontacji. Moim zdaniem postępują dokładnie tak samo jak guru wszelkich innych sekt, którzy przemawiają tylko do swoich wiernych. Problem źródeł historycznych jest takim samym problemem znanym choćby przy historii Biblii. Skądinąd wiemy, że w czasie kiedy chrześcijaństwo dopiero rozwijało swoje skrzydła panowała moda na podpisywanie się cudzym imieniem pod jakimś listem celem zapewnienia mu autorytetu. Dopiero na Soborze Trydenckim w 1546 r. ustalono ostatecznie, które księgi są święte, a które apokryficzne. Tym sposobem odrzucono "Listy Tytusa", "Listy Jezusa", "Listy Barnaby" i inne cuda poza nawias uznając za niezgodne z nauczaniem Kościoła. Nawet analiza samej Apokalipsy Janowej daje nam łatwo do zrozumienia, że to co najmniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość ... Tak więc cała historia pozostanie pod jednym wielkim znakiem zapytania do czasu wynalezienia wehikułu czasu. Jedno jest jak dla mnie pewne - Imperium Lechitów nie istniało. Wiara w nie to czysty dereizm.

Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich! Zwłaszcza polecam ją osobom, które nie są wyspecjalizowane w studiach historycznych. Nadmierna ilość ciekawostek pokazuje jak po mapie dziejów poruszać się z kompasem i sterem poznając stopniowo temat. Polecam ją osobom, które czują chaos mentalny po przeczytaniu Bieszka, Kosińskiego, Szydłowskiego i innych. To rozwieje Wasze wątpliwości. 

Turbosłowianie, przeczytajcie to negrosyjonistyczno-żydomasońskie biadolenie, zanim odkryjecie, że Roman Żuchowicz tak na prawdę nazywał się Raszyd Zuchowstein zanim zmienił nazwisko celem zniszczenia naszej tożsamości i otwarcia żydom granic Lechii by mogli tu wrócić i nas zniewolić. Ku chwale Imperium!

sobota, 25 listopada 2017

Maria Janion „Niesamowita Słowiańszczyzna”


Powróćmy na ziemie słowiańskie. A dokładnie do Polski. W „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” Maria Janion omawia uwielbiane przeze mnie sprawy – „lokalną pogańskość w wersji soft od czasów chrystianizacji”. Czytamy o naszej zabytkowej literaturze i zawartych w niej swojskich, słowiańskich motywach – m.in. o Masławie, o wampirze. Autorka omawia romantycznych twórców – Mickiewicza i jego kultowe „Dziady”, wspomina o Słowackim i „Królu-Duchu”. Jest dużo o Zorianie Dołędze-Chodakowskim, o obchodzie z trupem wampira Sicińskiego, stosunku i relacjach z  Rosją, szlacheckiej dumie, problemie latynizacji słowiańskiej Polski w przeciwieństwie do tego co dokonało prawosławne chrześcijaństwo etc. Poznajemy polską wersję Elżbiety Batory i pełno frenezji romantycznej zawartej w pracach Krasińskiego, Kraszewskiego i innych polskich klasyków. Głównym motywem pracy jest nasza rodzima, urocza kultura, której zarówno podstawowe jak i mniej znane aspekty zostają omówione od innej niż to uczono w szkołach strony. 

Zasadniczo „Niesamowitą Słowiańszczyznę” czyta się jak sielankę, ale trzeba uważać na zastawione w tekście sidła. Janion zdradzają już przypisy – nagminna ilość artykułów z Wybiórczej jasno pokazuje, po której stronie barykady autorka się usadawia. Mało tego, ostatni rozdział to typowe antypolskie pierdoły bez ładu i składu cytowane dla udowodnienia własnych odczuć. Tak więc czytamy o wadach Polaków. O tak! Każdy je widzi, zanim nie pojedzie do obcych krajów i zobaczy wady innych nacji. Cóż, szkoda, że Pani Janion nie bierze tego pod uwagę i nie czyni takiego porównania. Za to doskonale przytacza cytaty m.in. obcych (ciekawe, że obcych, skoro im z reguły nie zależy na tym, żeby Polska była silna, mocna tylko słabsza od innych) twórców marudząc, jaka ta Polska i Polacy są źli, ksenofobiczni, zachłyśnięci polo-katolicyzmem, pełni pogardy dla innych etc. 

Jako Polak-poganin bardzo sobie cenię konserwatyzm polskiego społeczeństwa czy niechęć do obcych (zwłaszcza tych nacji, ras czy grup, które najwięcej problemów stwarzają, bo do pozostałych generalnie nic nie mam). Da się w łatwy sposób udowodnić, że im bardziej jesteśmy ksenofobicznym krajem tym mniej borykamy się z problemem terroryzmu popularnym w krajach o dużym nasileniu stopnia tolerancji, której Janion tak bardzo brakuje w naszym społeczeństwie. Ostatnie rozdziały psują strasznie jakość książki. Te wywody o wolnym rynku bazujące na pracy Scrutona ... Cóż, takiego „wolnego rynku” to chyba nawet najgorszym wrogom nie życzę... A popieram  bardzo agresywny kapitalizm. A już te mądrości o miłości braterskiej, inwersji seksualnej, męskich pożądaniach homo-społecznych doprowadzają mnie do wniosku, że każdy miłośnik natury, który lubi chodzić po lesie, górach czy łąkach musi być skrytym dendrofilem ... Przynajmniej logika do tego prowadzi. Ale nad logiką pewnych osób czy środowisk nie zamierzam się głowić. Inteligencja mi na to nie pozwala. 

Książkę polecam, ale nie należy czytać jej bezkrytycznie. Zawiera dużo ciekawostek na temat historii czy literatury, niemniej polityczna ocena faktów przez autorkę zdecydowanie psuje zawartość merytoryczną całości.