Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Dee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Dee. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 czerwca 2018

Witold Vargas, Paweł Zych "Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik"


"Był taki kowal, Maciek się zwał co z diabłami żył za pan brat. Nie żeby je specjalnie lubił, ale jak przyszło komu figla spłatać, żeby mu w pięty poszło, zawsze mógł na nie liczyć, a i lepszych kompanów do kielicha trudno było znaleźć."
(s. 108) 

Może zostanę kowalem? W sumie to każdy jest kowalem swojego losu. 

"Ja chciałem wytwarzać złoto, chciałem zdobyć kamień filozoficzny, ale nie udało mi się. Taki ze mnie czarownik, że ja nie nauczyłem się swojego fachu, a wy tak!"
(s. 170) 

Oj! To powinno być moje motto-metafora. Choć jeszcze nie wszystko poszło na marne. Wojna trwa, piłka w grze.

"Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik" to kolejny zbiór legend, podań i bajek z terenów Polski podanych w formie krótkich opowiadań wzbogaconych o barwne ilustracje. Jak to bywa w pracach Witolda Vargasa i Pawła Zycha poznajemy mało znane historie z naszego folkloru, które powinny być znane każdemu, polskiemu dziecku. Jak to my Polacy nie potrafimy się dobrze promować, a mamy czym ... Pisałem to wielokrotnie. Tutaj na piedestale stoją panowie machający młotami w kuźniach, ale także i górnicy i inni czeladnicy. Wreszcie panowie od magii na piedestale - dobrze jest!


A jakie ciekawostki poznajemy?

Urocza legenda o żelaznym moście, na którym bój toczą chrześcijańscy rycerze z pogańskimi wojownikami ... To powinno być w herbie pogan z Zakopanego. Istny Ragnarök! Kibicuję poganom. Nie wiem co na to kibicerki? 

Przytoczona została znana nam wszystkim historia o Diable skutym 12 łańcuchami pod ziemią, który wysyła inne, pomniejsze diabły na swoje usługi. Czuć przeżytki starej religii na kilometr. 

Wzruszają mnie historie o Cyganach - zwłaszcza ta, która rzekomo stanęła u podstaw powiedzenia "kowal zawinił, Cygana powiesili". Po swojej konfrontacji z tą nacją uważam, że to najlepsze rozwiązanie. 

Ciekawych pogańskich wątków można doszukiwać się w legendzie katolickiego świętego Eligiusza.  Ale już tak nie bluzgajmy na to okropne chrześcijaństwo bowiem okazuje się, że w polskich legendach Jezus nie tylko podróżował jak Aleksander Macedoński w dawnych rękopisach, ale też potrafił za pomocą młota zamieniać stare, brzydkie baby w piękne i młode ... To jest dopiero alchemia - znacznie lepsza niż zamiana ołowiu w złoto. Nawet chirurdzy plastyczni nie osiągną tego w pełni. Ja już się raczej nie nawrócę, choćby nie wiadomo jaki cud mnie w życiu spotkał ...

Zastanawia mnie ten kult figurek diabłów omawiany w legendach. I palenie im ogarków zamiast dwóch świec. No cóż, może i dawna tradycja uległa lekkiej transformacji z czasem ...

Wciągnął mnie też wątek kożuchów zakładanych na lewa stronę. Nie od dziś wiemy, że np. zimowy Gwiazdor takowy nosi. Jest to więc ewidentnie jakieś echo dawnych wierzeń ze słowiańskiego kultu.


Dużo spostrzeżeń mam co do popularnej legendy o Kowalu i Diable. Jak wiemy ma ona swoich kilka wariantów. Wspomina o niej Radomir Ristic przy okazji serbskiej wersji. W Irlandii znamy ją jako historię o Chciwym Jacku, którą wiąże się ze świętem Hallowe'en. Podobnie jak historia o papieżu Sylwestrze II.


Widzimy gołym okiem, że w polskim folklorze również ona występuje, co ciekawsze jej echo przetrwało w kilku historiach (co dzięki książce Vargasa i Zycha mamy jasno potwierdzone), z czego najpopularniejsza zdaje się być legenda czarnoksiężnika Jana Twardowskiego. Autorzy pomijają tylko fakt, że u genezy tej ostatniej wersji stać może także historia Johna Dee. Tak czy siak mamy tutaj ewidentnie nałożenie się na siebie kilka wątków w jedną całość. A w końcu ta legenda jest prawdopodobnie znacznie starsza. Ciekawe, że autorzy przytaczają tylko niektóre wersje przygód Twardowskiego. Jedna z nich nie do końca jasno została przedstawiona, jakby nie wiadomo było czy bohaterem jest Jan Twardowski i jego ojciec Mikołaj, czy Jan Twardowski i jego syn (?). W każdym razie dzięki autorom poznajemy więcej ciekawych wątków z tej szlacheckiej opowieści.

Książka rewelacyjna, na jeden dzień rozrywki jak znalazł. Dużo pogańskich wątków ukrytych pomiędzy wierszami, które nie trudno amatorom tematu wyłonić. Polecam gorąco!

I niech Was Piekło pochłonie!

wtorek, 28 marca 2017

Krzysztof Grudnik "Okultyzm i nowoczesność. Studium literaturoznawcze"


"Katalog Micińskiego jest odpowiedzią na owo przenikanie, współistnienie światów."
(s. 346)

Nie ukrywam, że czuję się wzruszony faktem przepowiedni powstania i nadejścia mojego bloga. Może sieciowy Antychryst to to nie jest, ale zawsze jest co sobie w CV wpisać na wypadek cyberwojny ... A już tak zupełnie poważnie to kolejną pozycją, z która miałem niebywałą przyjemność się zapoznać jest praca doktorska Krzysztofa Grudnika "Okultyzm i nowoczesność. Studium literaturoznawcze". Oczywiście dysertacja została lekko rozwinięta na potrzeby czytelnika, a temat możemy zgłębić dzięki pnącemu się ostatnimi czasy w górę wydawnictwu Black Antlers.

Jest to ogólna przejażdżka po wszystkich miłych zabłąkanej duszy, klasycznych tematach, które niejednemu księdzu jeżą włos na głowie. 

Na samym początku Grudnik krwawo rozprawia się z terminologią. Wskazując (z resztą słusznie) na istniejący w tej dziedzinie totalny bajzel pojęciowy niczym Atylla wychodzi zwycięsko z tej wojny ustawiając wszystko na właściwym miejscu. Mur upadł! Dziwnym sposobem moje osobiste poglądy w tym zagadnieniu są zbieżne z jego wnioskami zwłaszcza w kwestii pojęcia "okultyzm" i tego, które grupy można do niego zaliczyć, a które nie. Wreszcie ktoś napisał to wprost! Ba! Nawet doskonale uargumentował. 

Dalej autor zwraca uwagę na problemy związane ze sprzeniewierzającym się wielkim magom światowym tendencjom do siania niewiary i "racjonalizmu". Szkoda, że w tym miejscu jakoś nie odniósł się do naukowych tez Ernesto de Martino (może to nie zarzut, ale ciekawiłaby mnie jego opinia w tej kwestii). Może nawet więcej byłoby argumentów za tym, że w końcu magia musi działać, skoro na całym świecie, we wszystkich epokach była ona w jakiś sposób praktykowana, o czym wzmianki występują często w historycznych traktatach (czas, przestrzeń, wydarzenia - jak to się ładnie układa nam w jedną całość).

Kolejnym atutem książki jest dobrze opisana historia wszystkich wybitnych dla tematu grup, środowisk i jednostek. Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, Ordo Templi Orientis, spirytyzm, Mesmer, Freud - to jedne z wielu tematów, dzięki którym budzimy się z letargu, by jeszcze móc poznać poglądy polityczne notabli okultyzmu. Wszyscy wiemy, że był to czas porządnych czarowników, nie tej degrengolady lewackiej co teraz ... Oczywiście pewne informacje zdumiewały nawet mnie podczas czytania.

Dalsza część pracy to kwintesencja tematu, czyli dzieła literackie i powiązania ich autorów ze światem "prawdziwego zła w najczystszej postaci", m.in. Machen, Lovecraft, z innej strony Crowley, Huysmans, a z jeszcze innej nasza wspaniała Rzeczypospolita. I tutaj temat robi się wciągający, bo zwykle kiedy dochodzimy do rodzimych źródeł znajdujemy zaskakujące kąski na temat Szatana, czarowników mistrzów - uczniów, orgii i rytuałów opisanych w dziełach klasyków literatury polskiej. Moją uwagę przyciągnął wątek dotyczący "Nietoty" Micińskiego w opinii Krzyżanowskiego. Aż zacytuję cytat:

Powieść o Tatrach-Himalajach, siedzibie nowej religii aryjskiej w duchu i wyrazie, ułożoną wedle nikłej osi kompozycyjnej, antagonizmu Ariamana i Mangra, przeładowaną balastem artystycznie martwym a więc abstrakcyjnymi traktatami religioznawczymi, politycznymi i społecznymi, autor urozmaicił domieszką przygód, przypominających głośne opowiadania Verne'a, oraz elementami niesamowitymi, w których odżyły echa dawnego romansu grozy i jego romantycznego potomstwa, nowel fantastycznych (s. 333-334). 

Turbosłowianie wystąp! Znajdujemy kolejny wątek naprowadzający na dowód istnienia Wielkiej Lechii, a także jej jako kolebki europejskiej cywilizacji. Czyżby dawniej ludzie też tworzyli w podobnym duchu lub przynajmniej inspirowali się Wielką Tartarią, Wielką Lechią, Imperium Ramy? ... W każdym razie ciekawe. 

Dużo dobrych źródeł, wiedzy i porządnej pracy nad usystematyzowaniem tego. Obfite wnioski. Nie zdradzając tradycyjnie szczegółów, by zdobywający wiedzę o świecie Internetowi Odkrywcy nie wykorzystywali tego bez zapoznania się z oryginałem, i nie przerażali swoją nadmierną ignorancją jak to na ogół bywa - wszystkim polecam tę książkę. Stanowi doskonałe opracowanie tematu, zawiera wiele ciekawostek, a co dobre -  motywuje do dalszych poszukiwań.

piątek, 15 lipca 2016

Michał Rożek "Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy"


"Czary są nasz największy furlon"
Lucyfer w "Postępku prawa czartowskiego"

Na samym końcu czytania skapnąłem się, że książkę puściło w obieg wydawnictwo Petrus. Lepiej późno niż wcale. Ale co tam, w Taniej Książce można zawsze kupić coś na bezsenne noce nie będąc przy tym zbytnio stratnym. Przynajmniej się rozerwałem wracając do tematu wiedźm, stosów, diabłów, czarnoksięstwa i innych rozkoszy. Żyć nie umierać!

"Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy" jak wspomniałem opisuje ciekawą tematykę ludowo-ludyczną (jakkolwiek by to nie brzmiało). Autor pisze w podobnym stylu do Jana Kracika; generalnie temat stara się opisać jak najlepiej, czasem popełnia drobne merytoryczne błędy. Brakuje w tym na szczęście fanatyzmu, choć Rożek nie unika własnych komentarzy, które jasno wskazują, że do pełnego potępienia  duszy jeszcze było mu daleko kiedy kompilował materiał.

Zabawne. Jak pisał LaVey "nikt nigdy nie studiował metafizyki, jogi, okultyzmu bez wynagrodzenia swego ego i zdobycia osobistej siły". Dlaczego więc wydawnictwo Petrus puszcza w świat takie specyfiki? Może dlatego, że to część chrześcijańskiego folkloru? A może kryptoreklama dla tematu? Chyba tak.

Czarownice kradły rzeczy święte do swoich rytuałów (s.21)? Teraz to raczej kupują kradzione na Allegro. Tak czy siak nie wiadomo skąd się tam znalazły ... Swastyka chroniła przed Szatanem (s.117)? O Matko Ziemio, co ja ostatnio nosiłem na szyi ... Wiem już, że Jagiełło kazał zapalić Panu Bogu świecę, a Diabłu dwie zamiast sławnego ogarka. Kto to przekręcił? W każdym razie jest tekst źródłowy potwierdzający pierwotną wersję. Czarci brzydzili się wolnym związkami? No to już przeczy idei współczesności, która jest w Mocy Szatana w pełni zaciśnięta. Pewną ciekawostką i nowością dla mnie było pochodzenie legendy czarnoksiężnika Twardowskiego z legendy papieża Sylwestra II. Mimo tego autor wykorzystał stare rozważania na ten temat. No i znowu Zygmunt III Waza jako miłośnik czarownictwa ... Może na tym sztuka polega - samemu interesujemy się czarami, a eliminujemy konkurencję, która jest na tyle potężna, że może nam zaszkodzić. Chyba wiem co za całkiem niedługo zrobię starym znajomym ...

Pewne rzeczy rzuciły mi się w oczy np. autorami "Malleus Malleficarum" byli Heinrich Kramer i Jacob Sprenger, a w tekście jest Henryk Insistor (jest to łacińska wersja znana z bulli 'Summis desiderantes" Innocentego VIII). Widać, że na katoptromancji czy horoskopach autor się nie zna bo opisuje oba temat zabobonnie. Podobnie jak rozbawiło mnie nazwanie nakłuwanych kukiełek "średniowiecznym voodoo". Potem masy palantów wierzą, że tego typu praktyki wywodzą się z Haiti. Ludzie! Takie rzeczy były dobrze znane w Europie przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Rożek zastanawia się czy na Akademii Krakowskiej uczono magii, podejrzewając, że chyba nie (s.215). Z tego co ja wiem, była ona normalnie wykładana na studiach do XIX w. Alchemia sięga korzeniami Egiptu jak zauważa autor, ale nic nie wspomina o Chinach, które odgrywają tu znacząca rolę.

Ponieważ książka składa się z esejów, które autor napisał w różnym odstępie czasu bardzo często powtarzają się te same informacje. Jest to męczące.

Generalnie książkę polecam! Dużo piekielnie uroczych ciekawostek z zakresu folkloru czarowniczego.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Philip Carr-Gomm & Richard Heygate "The Book of English Magic"


Dużo, bo ponad pięćset stron. A o czym? A na dobra sprawę o wszystkim co najlepsze: starożytny druidyzm, magia saksońska, legendy arturiańskie, druidyzm współczesny, wicca, okultyzm przełomu XIX/XX wieku (teozofia, Bławacka, Crowley, Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, magia chaosu), masoneria, teozofia, templariusze, różokrzyżowcy, magia i magowie renesansu, Harry Potter, spirytyzm, medycyna ludowa, zodiak i długo by wymieniać ... Na dobrą sprawę wszystko.

Początkowo myślałem, że na piedestał postawiony zostanie druidyzm, bo w końcu autor Philip Carr-Gomm, jest przywódcą Zakonu Bardów, Druidów i Watów. Nawet nie pomyliłem się wiele, bo temat ten jest bardzo dobrze opisany. No, ale autorzy dołożyli wszelkich starań, żeby inne tematy równie dobrze przedstawić, co sprawiało, że ich praca jest wręcz genialna i wcale nie prezentuje emicznego punktu widzenia. 

Oczywiście zwróciłem uwagę na temat, który interesuje mnie jak zwykle najbardziej, a więc wicca. Dużo dobrych wiadomości, choć co poniektóre już lekko zdezaktualizowane. Dobrze zebrane, uzupełnione wywiadami z m.in. Vivianne Crowley (jej poetycka mowa nie wiele różni się od słów jednej z jej duchowych "wnuczek" z Polski, widać "pokrewieństwo duchowe"), Maxine Sanders, Rufusem Harringtonem, a także ze znanymi uczonymi, m.in. prof. Ronaldem Huttonem i Grahamem Harvey'em. 

Zaciekawiła mnie osobiście kwestia mówiąca, że Joan Rowling bazowała na dziełach różokrzyżowców tworząc Hogwart i jej bohaterów. Myślałem, że to tylko dni szkolne Toma Browna uchodzą za główne źródło inspiracji pokazując tradycyjny, brytyjski system edukacji. Jak widać nie do końca. Nie wiedziałem też o wpływach masońskich w Kościele Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich. Ciekawe sprawy. 

Oprócz ciekawostek dużo porad, wskazówek, polecanych linków i książek. 

Nie wiem czy podawanie linków, adresów knajp w książkach mam sens; jestem zdecydowanie sceptykiem w tej kwestii, bo te tematy szybko tracą na aktualności i niedługo po tym połowa książki do niczego nie jest przydatna (patrz np. Scott Cunningham i adresy sklepów, których już od dawna nie ma, podobnie jak i autora w tym samym wcieleniu pomiędzy żywymi). 

Tak więc nie rozpisując się uważam, że książka jest świetna i śmiało polecam ją wszystkim miłośnikom tematu. 

piątek, 20 czerwca 2014

Lon Milo DuQuette "Moje życie z duchami"



Powiem szczerze, że czytając "Magiję enochiańską" byłem średnio zadowolony. Za bardzo w mojej subiektywnej ocenie książka ta wydawała się przeciętnym, New Age'owym podręcznikiem magii. Kiedy jednak niespodziewanie, zupełnie przypadkowo dowiedziałem się o spotkaniu z autorem, które organizowało w moim mieście wydawnictwo Lashtal Press postawiłem niezwłocznie udać się na miejsce by osobiście poznać Lona Milo DuQuette'a. 

Lekturę zakupiłem bez dłuższego namysłu. To chyba była presja sytuacji, ładnej okładki i bogatej wystawy publikacji Lashtal Press na sali, w której miało miejsce spotkanie. Sam autor, mnie jako pierwszemu, podpisał egzemplarz swojej autobiografii przetłumaczonej przez Krzysztofa Azarewicza. Wraz z autografem i uściskiem dłoni DuQuette'a miałem okazję wrócić na swoje miejsce widząc, jak duża kolejka fanów ułożyła się za moimi plecami. No i faktycznie teraz ten fenomen mnie nie dziwi.

"Moje życie z duchami" to książka napisana z dużym poczuciem humoru. Autor opisuje w niej swoje życie, kłopoty jakie go spotykały na przestrzeni lat, a także co nas zainteresuje najbardziej - swoje magiczne doświadczenia. Historia o wylądowaniu samochodem w basenie, problemach finansowych, upodobaniach pacyfistycznych etc., to tylko przerywniki pomiędzy doskonałą historią związaną z rytuałem Orobasa, która po prostu zwala z nóg. Podobnie rytuał egzorcyzmowania smoka Garkona i towarzyszące temu następstwa. Dużo jest złotych myśli, niezwykłe opisy rytuałów i ich efektów. Autor rozwija kwestie magiji enochiańskiej, wspomina o Crowleyu (ja też nic nie zrozumiałem po pierwszym przeczytaniu "Magiji w teorii i w praktyce"), opisuje podstawowe elementy struktury O.T.O., którego jest głową na arenie międzynarodowej. 

Osobom zainteresowanych psychologicznymi aspektami umysłów magów również gorąco rekomenduję tę książkę. Mamy tutaj opisane typowe motywy, które przewijają się w wielu takich biografiach - ultra religijna rodzina, kłopoty ze zdrowiem przebyte w dzieciństwie etc. 

Muszę powiedzieć, że lektura jest bardzo fajna. Na pewno humorystyczny język wywiera duży wpływ na jej jakość. Kto zajmował się jakąkolwiek formą magii, wie, że autor faktycznie opisuje swoje doświadczenia, choć niektóre historie mogą wydawać się czymś dziwnym np. ta o elfach. 

Książkę gorąco polecam! 

niedziela, 25 maja 2014

John Dee "Monada hieroglificzna"



Trochę się zdziwiłem widząc, że "Monada hieroglificzna" jest wielkości dzienniczka szkolnego. A, że traktat krótki, to już inna sprawa. 

Monada Hieroglificzna, jak opisał ją krótko w posłowiu Jakub Zych stanowi:

... wyczerpującą kabalistyczną interpretację glifu jego własnego projektu, wyrażającą hermetyczną ideę mistycznej jedności całego stworzenia (s.96-97)

A jak dowiadujemy się z okładki:

Monada hieroglificzna to jedno z najważniejszych dzieł zachodniej tradycji ezoterycznej, skarbnica symboli matematycznych, kabalistycznych, astrologicznych, alchemicznych i magicznych.
I jest to dobry opis. Czytając tekst miałem przed oczami interpretację symboli, znaków i schematów rozrysowanych w tak szczególny sposób, że pierwsze na myśl przychodziły mi filmy porno. 

 Tekst dosyć skomplikowany i nie zbyt łatwy w odbiorze, jednak po głębszym zaznajomieniu się z tematem człowiek widzi, że to wszystko ma sens. Ciekawy traktat o strukturze symboli, który Dee adresuje do cesarza Maksymiliana. Wiele tutaj powiedzieć się nie da. Abstrakcje na pewnych rysunkach czy schematach i dołożone do tego teorie. W każdym razie brzmią dosyć ciekawie. Warto także przeczytać wprowadzenie, posłowie, i tekst od tłumacza co daje lepsze rozeznanie w temacie.

I oczywiście jeśli ktoś chce szerzej studiować temat, to chyba tej książki nie ominie, bez względu na to czy cokolwiek z niej zrozumie czy też nie.

niedziela, 11 maja 2014

Justine Glass "Witchcraft, The Sixth Sense"


Dobrym źródłem etnograficznym, a właściwie wiedźmograficzynym epoki lat 60. XX w. jest książka Justine Glass pt. "Witchcraft, The Sixth Sense". Oczywiście na wstępie zaznaczyć należy, że dobrym dla epoki w której została wydana, bowiem opisywany fenomen czarownictwa zawiera wiele informacji, które z perspektywy czasów muszą odejść do lamusa. Badania lat następnych zmieniły wiele. Także i rzemiosło od tego czasu przeszło poważną ewolucję, od zamkniętych, rozbudowanych pod względem praktyk tajnych stowarzyszeń po zdjęcia kiczowatych ołtarzyków wrzucanych na popularne portale społecznościowe.

Byłby to jednak i krok w dobrą stronę, gdyby nie fakt, że autorka chyba za bardzo wierzy w przerośnięte efekty magii, w które osobiście sam bym nie uwierzył. Wiem, że człowiek może wpływać na wiele sytuacji w życiu. Czasem mogą to być rzeczy na prawdę niezwykłe, no ale bez przesady. Do niektórych historii podszedłbym znacznie krytyczniej.

Justine Glass zdaje się być inicjowaną czarownicą. Wprawdzie nie jest nigdzie w tekście napisane w jaką tradycję, ale po opisie tego jak wyglądają poszczególne szczeble inicjacji w covenach czarownic niemalże się tego domyślam. 

Justine Glass była świadkiem spotkań czarownic, i rozwoju tego ruchu wyznaniowego, więc opisała wszystko jako osoba ze środka.

Książka ciekawa, ale jak zaznaczam, wiele rzeczy jest już zdezaktualizowanych. Inne z kolei, to informacje, które są notorycznie powielane we wszystkich książkach (już na hasło "Trois-Frères" dostaję cofki ...), ale no dobrze. Książka ukazała się w połowie lat 60. XX w. Pytanie tylko dlaczego inni autorzy współcześni powielają 50% (jeśli nie więcej) zawartości informacji tejże?

Autorka najwyraźniej przewidziała, że za kilka lat przeczytam jej książkę. Stąd też kilkakrotnie nie zabrakło polskich akcentów, m.in. "University of Poland" zamiast "Jagiellonian University", "Our Lady of Czestow" zamiast "Our Lady of Częstochowa", "Jean Sobieski" i kilka innych ciekawostek, np. totalnie pomieszanie kwestii Johna Dee, Fausta i Jana Twardowskiego ...

Dużo jest też tematów o treści parapsychologicznej. Ponieważ są one dobrze opisane nie nadałbym nie przyszyłbym im łatki pt."New Age", choć z pewnymi tego typu kwestiami również autorka się styka. 

Generalnie książka dobra i warta uwagi, trzeba jednak czytać ją z pewnym przymrużeniem oka.

Ale generalnie ją polecam!

piątek, 3 stycznia 2014

Lon Milo DuQuette "Magija enochiańska. System magiczny oparty na przekazach od aniołów"


"...Każdy ma swojego anioła
Każdy ma i będzie go miał
I będzie go miał, swojego anioła..."
Dżem "Niewinni i ja"


O Johnie Dee i Edwardzie Kellym słyszałem już wielokrotnie. Ostatnim szczegółowym i jak na mój gust najlepszym opisem ich historii był rozdział w "Czerwonej bogini" Petera Greya. To mnie niejako zmobilizowało do dalszego studiowania tematu. Znalazłem nawet dokumentalny film na YouTube, który oczywiście od początku do końca jest poświęcony temu zagadnienieniu, ale jeszcze nie oglądnąłem go w całości. Mówiący z groźnym tonem prof. Hutton i "pokazany w tym filmie Kraków" sprawiły, że mi się odechciało od razu. 



Dobra przejdźmy do consensusu. W końcu to blog o książkach. Zaczęło się ciekawie, przystępnym językiem. Skończyło się na zrobieniu z magii nauki ścisłej, czego ja jako urodzony humanista po prostu nie trawię. 

Wierzę, że jestem w stanie opanować to co tam jest napisane, jednak musiałbym temu zagadnieniu czas poświęcić dogłębniej, a niestety nie chciało mi się. 

Przeczytałem pobieżnie, jak to u mnie w zwyczaju poszukując czegoś dla siebie. Preferuję najprostsze rozwiązania by osiągnąć jak najskuteczniejszy efekt. Czyli tak jak przeciętny polski klient - żeby było jak najlepiej i jak najtaniej. 

Oczywiście fakt, że matematyczne obliczenia nie są niczym nowym w magii jest mi wiadome od lat, ale jakoś tak nie mam odwagi by się przez to przebić niczym nóż przez masło.

Wbrew temu, co czytałem na temat niniejszej pozycji na wiccańskim forum, ta książka mnie wynudziła. 

A zaczęło się niewinnie. Najpierw dużo z prywatnego życia autora. Potem w zasadzie każdy rozdział zaczyna się od historii, skąd autor przechodzi do matematyki. Jest trochę ciekawostek, ale nie stanowią one takiej zawartości jak choćby rozdział we wspomnianej "Czerwonej bogini".  Pełno znaków, tablic, obliczeń, nazewnictwa etc. Na końca kilka rytuałów. 

Krótko o znaku "-":
  • Głównym minusem tej książki jak dla mnie jest cała ta matematyka. Po prostu czułem się jak w liceum, gdzie pani profesor przez całą lekcję wyprowadza jakiś wzór, który następnie stosuje się na następnych lekcjach. Makabreska. 
  •  Druga wada jest taka, że czułem się mniej więcej tak jakbym czytał matematyczny podręcznik magii New Age'owej. 
  •  Trochę wieśniackie wydaje mi się robienie sygili z papieru. Niby autor to uzasadnia, ale jakoś mnie nie przekonuje. Magia ceremonialna praktykowana na taki "nastoletni" sposób? 
  •  Dużo personalnych uwag autora na temat Złotego Brzasku czy Crowleya powodują, że czuję się tak jakbym w ogóle czytał podręcznik eklektycznej wicca. Różnice jak dla mnie widoczne są tylko w treści, forma ta sama. 

Oczywiście w książce jest kilka rozsądnych wskazówek i porad, ale uważam, że jeśli praktyka magiji enochiańskiej na tym się opiera to nie jest ona tym, co sobie o niej wyobrażałem. Choć niby jest tam na końcu jakiś opis sesji, ale całe to przedsięwzięcie (w tym wykonaniu) jakoś do mnie nie przemawia. 

Mniejsza z tym. Może kiedyś w życiu się doświadczy tego i ułoży jakąś konkretną, lepszą opinię. W końcu wszelka forma kontaktu z bytami niewidzialnymi jest niezwykłym doświadczeniem i działa na psychikę lepiej niż orgazm.

Ach ten Kraków. Jak nie Jan Twardowski, to agent 007 w służbie Jej Królewskiej Mości plądrował polski rząd (jest o tym w tekście). O ile rzecz jasna mit jednego nie oparł się na drugim. Kurcze, czyżby Rzeczpospolita była dawniej postrzegana jak obecnie Federacja Rosyjska? My to jednak nie potrafimy się cenić. Ale dochodzę do wniosku, że można by fajny prequel Jamesa Bonda napisać - 400 lat wcześniej "From Sarmatia with love" (albo Germania, co by bardziej odpowiadało poglądom aniołów).

Ocena: dostateczny = 

Średnio polecam.

środa, 25 września 2013

Peter Grey "Czerwona bogini"







Znalezienie dwóch banknotów dwudziestozłotowych na chodniku umożliwiło mi kupno zapowiadanego hitu, którym jest "Czerwona bogini" Petera Greya, wydana w bieżącym roku przez wydawnictwo Okultura. 

Muszę śmiało powiedzieć, że opłacało się kasę wydać na rzeczoną lekturę. Po raz pierwszy od kilku miesięcy trafiłem na pozycję, która bardzo mnie wciągnęła swoją treścią. 

Początkowo obawiałem się, że ten hit będzie tylko zlepkiem objawionych w setkach książek truizmów, lecz na szczęście miałem przyjemność się pozytywnie rozczarować. Pewne truizmy się tutaj pojawiają, ale Grey rozpatruje je nieco inaczej niż pozostali komercyjni magowie XXI w.
Może nie skłamię, jeśli napiszę, że robi to w stylu osób, do których nawiązuje w następnych rozdziałach, taki jak Aleister Crowley czy Anton Szandor LaVey. I wychodzi mu to na dobre. Takim przykładem może być kwestia żeńskiej Bogini, którą w próżniejszych epokach uosabia św. Maryja. Inna to np. temat Rogatego Boga, sabatów i czarnych mszy.

Właściwie cała lektura jest o seksie! Motywem przewodnim jest bogini Babalon, ale w rzeczywistości książka jest przekrojówką wielu historycznych tematów. Od starożytnego Bliskiego Wschodu, poprzez templariuszy,  Johna Dee i Edwarda Kelly'ego po współczesnych magów. Mowa oczywiście o najwybitniejszych jednostkach, których nazwiska są nam dobrze znane. Porównanie Lilith i Babalon. Afrodyzjaki, halucynogeny, kabała, gematria, łamanie seksualnego tabu etc. Zagadki, które stworzyła Biblia, po to jak odprawić rytuał ku czci Babalon. Tak więc, poimy róże naszą krwią, zajadamy się "turecką viagrą" czyli rachatłukum i myślimy o przepełnionym miłością seksie. 

Podoba mi się język jaki zastosował Grey (duży ukłon w kierunku tłumaczy, że wiedzieli jak to przełożyć na nasz dialekt). Dużo jest wulgarnych słów, ale nie są one używane pochopnie. Grey pokazuje pewną transgresję kulturową i udowadnia rzeczy, które dla niejednej osoby wydają się niesmaczne. Dużo ciętych ripost.

Z perspektywy osoby zafascynowanej tematem religii wicca, która jest "królową wszystkich religii" gdyż pod względem swej kwintesencji doktrynalnej i kultowej stanowi jakby trzon lub skrzyżowanie największych prawd występujących we wszystkich religiach, muszę śmiało polecić "Czerwoną boginię". Autor niejednokrotnie wspomina o Gardnerze, raz nawet o Doreen Valiente, nawiązuje do wiccańskich założeń. Pomijam już fakt, że myśli wiccańskich jest tam zawartych znacznie więcej. Osoba znająca temat wyczuje je od razu. 

Pojawiają się też kwestie sabatów i co mi się u Greya podoba, czasem jedzie po ludziach, którzy niby są poganami, a w rzeczywistości mają bardzo oazowe charaktery (tak, wiesz dobrze, że o Tobie mówię mój drogi kolego ***).

Dla smaku zacytuję pewien fragment dotyczący historii:


"... Jakub VI stanowił dla Bothwella przeszkodę na drodze do tronu, a że nie udało się mu ani porwać ani usunąć drogą politycznej rozgrywki, hrabia najwyraźniej uciekł się do czarnej magii. W wigilię Święta Zmarłych 1590 roku - w dzień znany wiedźmom jako święto Samhain - czarownice zgromadziły się na sabacie. Dwieście wiedźm przetańczyło noc na grobach cmentarza należącego do parafialnego kościoła w North Berwick, pląsając di diabelskich nut płynących z harmonijki ustnej Gilly. Oprócz hrabiego Bothwella, tylko kilku mężczyzn wzięło udział w sabacie. Zgromadzeniu przewodził Szatan. Opisy przedstawiają go jako:
 dobrze wyposażonego przez naturę czarnego mężczyznę z czarną brodą ułożoną w szpic jak u kozła, o garbatym nosie niczym dziób jastrzębia, merdającego zalotnie ogonem.
 Od razu przychodzi na myśl Bafomet templariuszy, prawda? Czarownice ponoć najpierw ochrzciły kota, potem go torturowały, a następnie okaleczywszy ludzkie zwłoki, przystroiły go potwornościami w stylu odciętych dłoni, stóp i genitaliów, aby na koniec cisnąć go w morską topiel. Cel rytuału? Śmierć króla Szkotów Jakuba VI. [...]" (s.181-182)
Co za poświęcenie? I co by tutaj dużo powiedzieć? Szkoda, że w Polsce nawet kilka wiedźm się nie zgromadzi, żeby podobny urok rzucić na polski rząd. Jak zwykle obciach na cały świat ...

"-"

Jeśli chodzi o minusy książki, to właściwie nie wiele ich znalazłem. Pierwszy główny to taki, że Grey często wspomina o Apokalipsie św. Jana. Nie zwraca jednak uwagi na istotną rzecz. Badacze udowodnili, że obecna Apokalipsa Janowa to najprawdopodobniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość. Analiza językowa wykazała, że pewnych fragmentów nie mógł napisać prosty rybak, a historia pomyliła go z pewnym innym, natchnionym Janem, pochodzącym najprawdopodobniej z regionu Efezu. Nie zapominajmy, że w owej epoce pojawiła się moda podług której, pisane teksty autoryzowano nie swoim imieniem lecz imieniem kogoś znanego, tak, żeby zapewnić im autorytet. To tak jakbym ja napisał manifest namawiający do podpalenia siedziby naszego rządu, a podpisał się jako np. Ojciec Tadeusz. Grey nie zwrócił na to uwagi.

Drugi błąd jaki mu zarzucam, to ten samo co Nergalowi. Jako następny wyprowadził angielską nazwę Wielkanocy od imienia bogini Isztar. 

No i jak to w XXI w. bywa, nie sposób się z kimkolwiek zgodzić w 100%. Czasem tezy Greya też uważam, że są za mocno podciągnięte pod pewne sprawy. Jest to jednak krok w dobrym kierunku.

A tak to powiem tylko, że książka aż roi się od ciekawostek historycznych, a także, czego np. brakuje u Crowleya, nawiązań do skomputeryzowanej współczesności. Dużo przemyśleń, ciekawy język, dojście do kwintesencji tematu. Ocena książki: + bardzo dobry.

 A teraz czas na muzykę, na której nasz Peter się ewidentnie nie zna dobrze.

wtorek, 13 marca 2012

Ten Years of the Triumph of the Moon






Ten Years of the Triumph of the Moon. A collection of essays edited by Dave Evans & Dave Green, to tytuł z okładki. Na pierwszej stronie widnieje: Ten Years of the Triumph of the Moon. Academic approaches to studying magic and the occult: examining scholarship into witchcraft and paganism, ten years after Ronald Hutton's "The Triumph of the Moon", edited by Dave Evans & Dave Green, wydawnictwa Hidden Publishing 2009.

Tomik artykułów wydany został w hołdzie znanemu angielskiemu badaczowi neopogaństwa (i pogaństwa) profesorowi Ronaldowi Huttonowi. Uczony z uniwersytetu w Bristolu zasłynął oczywiście książką The Triumph of the Moon. A History of Modern Pagan Witchcraft, w której bardzo szczegółowo opisał historię czarownictwa i wicca w Wielkiej Brytanii. Jest też autorem kilku innych prac, m.in. The Station of the Sun. A History of the Ritual Year in Britain (1996) Witches, Druids and King Arthur (2003), które niedługo także zrecenzuję na niniejszym blogu. Profesor Hutton oprócz wielkiej sławy, doczekał się także solidnej krytyki w książce Trails of The Moon: Reopening the Case for Historical Witchcraft Bena Whitemorea. Więcej szczegółów na temat krytyki tej książki znajduje się na forum tutaj: 


Oczywiście celem nadrzędnym badaczy z kilku krajów (Stany Zjednoczone, Szwecja, Wielka Brytania, Australia, Kanada), było głównie posłodzenie panu profesorowi i złożenie wyrazów szacunku za wszystko co zrobił dla światowej nauki i całej dziedziny Pagan Studies. Co chwila cytaty z jego książek, pochwały prawie wszędzie i wazeliniarstwo jak to tylko jest możliwe.

Dave Evans streszcza złote myśli pana profesora, doskonale wprowadza w klimat, pisząc generalnie o New Age'u, wicca, pogaństwie i czarownictwie w Wielkiej Brytanii. Nie brakuje wzmianek o serialach Z archiwum X, Buffy - Postrach wampirów czy wzmianki o cyklu bajek o młodym czarodzieju autorstwa J.K. Rowling. Idąc po myśli pana profesora w tym artykule jak i wielu innych widać ostry atak na Tanyę Luhrmann i to co opisała w swojej książce. Sabina Magliocco dowodzi, że Aradia napisana przez Charlesa Lelanda, wcale nie była ani wymysłem amerykańskiego folklorysty, ani żartem ze strony rzekomej wiedźmy Maddaleny. Według autorki, Aradia wywodzi się z włoskiego folkloru od postaci znanej jako" Sa Rejusta", lub "S'Araja Justa", jednej z dawnych pogańskich bogiń, która po prostu przetrwała w ludowym folklorze, pod zniekształconym imieniem, którą przez dłuższy czas straszono niegrzeczne dzieci. Jest też spory wywód na temat pochodzenia imion: Aradia, Herodiada. Świetny artykuł. Caroline Tully opisuje poczynania Samuela Liddella MacGregora Mathersa i jego "Egipskie rytuały", które wystawiał w Paryżu. Amy Hale wprowadza w ezoteryczne myślenie, jedzie tradycyjnie po Luhrmann, pisze o języku tradycji i podobnych kwestiach (rasie, kulturze i innych cudownościach).  Henrik Bogdan świetnie wyjaśnia pojęcia okultyzmu, zachodniego ezoteryzmu, pisze o okultystycznym podziemiu, Crowleyu, Dragon Rouge etc. Kolejny świetny artykuł. Philip Bernhardt-House napisał artykuł o pogaństwie celtyckim (głównie irlandzkim). R.A. Priddle wprowadza pojecie "okultura" (skądś je jednak znam), pisze o historii czarownictwa od Johna Dee, przez następne stulecia po XIX wiek. Goeffrey Samuel robi nam powtórkę z książki Reynoldsa, która wydana została po polsku pt. Czarownice i dakinie. Wprawdzie autor nie powołuje się na tę książkę, ale pisze dokładnie o tym samym - przyrównuje praktyki gardnerian do rytuałów tantry chakra pudży. Fajny artykuł. Dave Green pisze trochę o panenteizmie, wizji natury,uświęcania przyrody i natury, globalizacji, innych planetach etc. Na końcu pan profesor dostaje prawo głosu pisząc ogólne refleksje.

Czy książkę warto przeczytać? Jak najbardziej. Nie jest to żaden bełkot przeciętnego czarownika z przedmieścia, artykuły pisane są językiem naukowym przez wielu badaczy z różnych krajów. Wiele cennych informacji i rozważań. Nowe myśli i tezy, a także podsumowanie stanu dotychczasowego badań w poszczególnych dziedzinach. Na prawdę warto, gorąco polecam.