Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Bieszk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Bieszk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2018

Roman Żuchowicz "Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka"


- Pamięć o Imperium nigdy nie zginie mistrzu Ajrurze! Obiecuję ci to! Nikczemny tłum Lurwidów nie zniszczy pamięci o chwale naszych przodków! 
"Kronika Domana" (VI w.p.n.e.)

A już tak zupełnie poważnie ... 

Na co dzień ulegamy wierze w różne cuda. Kiedy oglądamy film "Conan  Barbarzyńca" widzimy chłopca, który porwany w niewolę pcha przez całe życie kierat, a po wielu latach wyrzeźbił sobie tym sposobem wspaniałą sylwetkę. Prawda jest taka, że w najlepszym przypadku miałby wielkiego garba na plecach (zakładając, że po latach ciężkiej katorgi żyłby jeszcze). Z innej strony, widzimy filmy, w których samochody zderzając się ze sobą robią salta w powietrzu. Czy to tak wygląda? Manipulacji ulegamy na każdym kroku, więc dlaczego dziwić ma nas to, że tłumy ludzi uwierzyły w teorię istnienia Imperium Lechickiego?

Turbosłowianie, bo takim mianem określa się ludzi naiwnie wierzących w pseudonaukowe teorie historyczne do tej pory mieli się całkiem dobrze. Mało kto atakował ich publicznie zgodnie ze starą maksymą "z mądrym idiotą się nie dyskutuje". Niestety efekt tego był niemalże opłakany - tłumy ludzi zaczęły bronić tych śmiesznych tez, zakładać swoje fora, blogi, nawet partie polityczne. Tak to już jest, że jak się pewnego problemu nie zacznie tamować, to z dużą siłą uderzy on dalej. Byli jednak i tacy co się przeciwstawili. Ze swojej strony polecam blogi: "Po słowiańsku"Rodzimowiercza Gromada "Białożar", "Idąc przez Las" oraz "Współczesny świat słowiański". Dużo pracy temu problemowi poświęcił inny internetowy pamiętnik "Sigillum Authenticum". Brakowało nam jednak czegoś grubszego co w pełni opisałoby problem. I w końcu nadeszła wiekopomna chwila. 

Roman Żuchowicz, z wykształcenia historyk i socjolog podjął się zadania obalenia turbosłowiańskich bredni. W moje ręce trafiła książka od deski do deski ośmieszająca tezy Janusza Bieszka, prezentująca nieznane przeciętnemu Polakowi ciekawostki historyczne. 

Dawno temu spodziewałem się, że kiedyś powstania praca o Turbosłowianach jednakże napisanie jej będzie wymagało współpracy historyków, znawców genetyki i kilku innych dziedzin naukowych. Wydawało mi się to więc trudne do osiągnięcia. Żuchowicz doskonale poradził sobie z tym zagadnieniem; w swojej pracy zamieścił wywiady z badaczami m.in. takich kierunków jak mediewistyka, archeologia, historia sztuki, orientalistyka. Tym sposobem dosadnie rozbił turbolechicki bastion; uderzył od każdej strony skutecznie przedstawiając kim tak na prawdę są ci naiwni ludzie. 

Owi badacze historii bez piątej klepki jako jeden z argumentów przeciwko reszcie stosują metodę wykorzystywania nieznanych wszystkim źródeł. Fakt faktem, gdyby jeszcze z siedem lat temu przejść przez miasto i zapytać przeciętnego obywatela o "Kronikę Prokosza", Tadeusza Wolańskiego czy Ignacego Pietraszewskiego to nikt za pewne by nic nie wiedział. Tym sposobem ci ludzie próbują pokazać swoją intelektualną wyższość i udowadniać własne racje. I to jest ich chwyt - demonstrowanie, że wiedzą coś więcej, dotarli gdzieś dalej niż ogół społeczeństwa. Z drugiej strony jak mam traktować poważnie teorie o narodzinach Zaratusztry z dziewicy nad Gopłem? 

Żuchowicz krok po kroku przygląda się całej sprawie. Zwraca uwagę na tzw. paradoks otwartego laboratorium, czyli niby mamy dostęp do źródeł ułatwiony, ale zamiast działać dla dobra nauki działa to także w przeciwną stronę dając pole do popisu wylęgarni pseudonaukowych tez. Autor omawia problem źródeł i prac historyków. Przedstawia także pseudonaukowe historie, które powstały na przestrzeni wieków. Dogłębnie analizuje historię "Kroniki Prokosza", rozwiał moje wątpliwości na temat Lelewela i jego opinii o tym falsyfikacie. Omówił słynną kwestię "Leszka Awiłły" udowadniając, że to bzdura. Spodobały mi się historie o Aleksandrze Wielkim, które jak historia pokazuje były czymś popularnym w dawnych epokach. I stąd niby wzięła się ta legenda o zwycięstwie nad jego wojskami pod Łyścem. Tak jak w polskim folklorze ludowym pojawiają się historie o Panu  Jezusie podróżującym np. po górach, tak dawniej Aleksander Macedoński był wszędzie obecny i wszędzie znany. Żuchowicz obala praktycznie wszystko, w co Turbolechici zawzięcie wierzą, a co prawdą historyczną nie jest. Znajduje też sprzeczności w tekście Bieszka. Teorie o haplogrupach, krwi i rasie również tracą swoje znaczenie ...

Zdjęcie rodzinne: BB8, R2D2 i R1A1, nasz protoplasta. ;) 

Cóż tu wiele powiedzieć? Książka jest pełna ciekawostek nie tylko z zakresu interesującego nas zagadnienia, ale także kwestii pobocznych, które mogą się czasem w życiu przydać. 

Okiem religioznawcy mogę dodać, że turbolechici to osoby wyznający statolatrię, tyle, że w ich przypadku jest to wiara w jakieś wyimaginowane państwo, którego istnienia jak niepodległości zaciekle bronią. Żuchowicz zwraca także uwagę, że wielcy guru turbolechicystyki unikają wszelkich publicznych konfrontacji. Moim zdaniem postępują dokładnie tak samo jak guru wszelkich innych sekt, którzy przemawiają tylko do swoich wiernych. Problem źródeł historycznych jest takim samym problemem znanym choćby przy historii Biblii. Skądinąd wiemy, że w czasie kiedy chrześcijaństwo dopiero rozwijało swoje skrzydła panowała moda na podpisywanie się cudzym imieniem pod jakimś listem celem zapewnienia mu autorytetu. Dopiero na Soborze Trydenckim w 1546 r. ustalono ostatecznie, które księgi są święte, a które apokryficzne. Tym sposobem odrzucono "Listy Tytusa", "Listy Jezusa", "Listy Barnaby" i inne cuda poza nawias uznając za niezgodne z nauczaniem Kościoła. Nawet analiza samej Apokalipsy Janowej daje nam łatwo do zrozumienia, że to co najmniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość ... Tak więc cała historia pozostanie pod jednym wielkim znakiem zapytania do czasu wynalezienia wehikułu czasu. Jedno jest jak dla mnie pewne - Imperium Lechitów nie istniało. Wiara w nie to czysty dereizm.

Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich! Zwłaszcza polecam ją osobom, które nie są wyspecjalizowane w studiach historycznych. Nadmierna ilość ciekawostek pokazuje jak po mapie dziejów poruszać się z kompasem i sterem poznając stopniowo temat. Polecam ją osobom, które czują chaos mentalny po przeczytaniu Bieszka, Kosińskiego, Szydłowskiego i innych. To rozwieje Wasze wątpliwości. 

Turbosłowianie, przeczytajcie to negrosyjonistyczno-żydomasońskie biadolenie, zanim odkryjecie, że Roman Żuchowicz tak na prawdę nazywał się Raszyd Zuchowstein zanim zmienił nazwisko celem zniszczenia naszej tożsamości i otwarcia żydom granic Lechii by mogli tu wrócić i nas zniewolić. Ku chwale Imperium!

niedziela, 21 stycznia 2018

Prokosz "Kronika słowiańsko-sarmacka"


Dużą ilością wejść na moim blogu cieszą się posty dotyczące klasyki dzieł literatury turbolechicystycznej. Z czego ten fenomen może wynikać? 

Czytając książkę Tomasz Formickiego nietrudno zauważyć, że wojna dezinformacja jest potężną bronią, za pomocą której można wywołać totalny chaos, którym najłatwiej w XXI w. odnieść zwycięstwo nad podzielonym wrogiem. Czego nam trzeba więcej? Problem z jakim nie borykali się ludzie z czasów PRL, a z którym spotykamy się teraz jest m.in. taki, że dawniej gdyby ktoś zaczął publicznie głosić istnienie Imperium Lechitów obejmującego pół Europy w przeszłości to by go zamknięto w wariatkowie. Dziś takie osoby mają swoje prawa, kanały na YouTube, zakładają partie polityczne, prowadzą blogi, strony etc. Kręci się o nich reportaże w telewizji, a naukowcy mają kolejne pole do popisu do badań nad zaistniałą patologią społeczną. A wystarczy trochę postudiować psychologię, ba! Wystarczy przeczytać książkę Carla Sagana by dowiedzieć, że to, że obserwatorzy widzą ludzką twarz na Marsie wcale nie znaczy, że to musi być ludzka twarz tylko układ powierzchni ją przypominający. Podobnie jak ze sławną Słonią Skałą:


Czy to słoń czy po prostu skała, która głowę słonia przypomina? 

Po co te aluzje i analogie? No w końcu kiedy bierzemy do ręki książkę autorstwa "Prokosza" (cudzysłów zamierzony!!!) to szybko możemy przekonać się, że jest to zwykła bzdura, a nie jakiś sensacyjny rękopis cudem ocalony i odnaleziony.

Tym sposobem doszedłem do wniosku, że  osoby, które szukają w przeglądarkach opinii na temat Imperium Lechitów, prac Bieszka czy Kosińskiego próbują po prostu dowiedzieć się czy to o czym przeczytali jest prawdą czy nie - zwyczajnie szukają więc wyjścia z labiryntu dezinformacyjnego, który sieje współczesny "wolnosłownościowy" świat. Czasem mam wrażenie, że pewne wydawnictwa i konkretne osoby próbują dojść do grubej kasy stosując metodę "Kodu Da Vinci"; dostrzegamy jakąś niejasność w danym temacie, dorabiamy do tego sto teorii, puszczamy w świat jako absolutny hit ... i zarabiamy fortunę na kontrowersyjnych dziełach.

My Polacy mamy olbrzymie kompleksy z powodu utraty przeszłości. Nie wiele wiemy o historii naszej ziemi przed przyjęciem chrześcijaństwa. Religię naszych przodków znamy tylko dzięki szczątkowym informacjom i to dzięki staraniom badaczy. Problem niedoskonałości dotyczy niemalże całej Słowiańszczyzny, zwłaszcza wschodniej gdzie odnajdywanie cudownych tekstów jest tematem powszechnie znanym: dawniej "Apokryfy Słowiańskie", współcześnie "Słowiańsko-Aryjskie Wedy", "Księga Welesa" to tylko nieliczne dzieła, które badacz Eric J. Hobsbawm mógłby spokojnie umieścić na równi z "Księgą Mormona" odnalezioną cudownie przez Josepha Smitha i innymi tradycjami wynalezionymi współcześnie (wiccanie, wystąp z szeregu!). 

Co wiemy o "Kronice Słowiańsko-Sarmackiej"? Jest to prawdopodobnie dzieło autorstwa fałszerza Przybysława Dyjamentowskiego z XVIII wieku lub Franciszka Morawskiego z XIX w. Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy, którzy podobnie jak wyznawcy Smitha czy Chiniewicza wierzą w jej autentyczność. 

Ponieważ jest to już zabytek literacki muszę przyznać, że wydanie go było świetnym pomysłem. Za to muszę pochwalić wydawnictwo Bellona. Niestety nie mogę jednak traktować tej pracy jako wiarygodnego dzieła na temat historii - jest to bujda na resorach co nie trudno stwierdzić czytając ją. Gdyby napisać rozsądny wstęp do tej książki ręką jakiegoś uczonego to wszystko byłoby ok. Tymczasem już na okładce i we wstępie pojawia się ... Janusz Bieszk. 

O ile dobrze pamiętam (może się mylę, bo natłok informacji robi swoje) brak zaufania do "Kroniki Prokosza" wyraził już sam Joachim Lelewel. Tutaj cytowane są jego fragmenty jakby wskazujące, że dzieło to nie może być w pełni fałszywe ... Robi się totalna dezorientacja informacyjna wskazująca na wyrywanie myśli z kontekstu. Mało tego, autor przedmowy o ile dobrze pamiętam krytykował Lelewela w swoich pracach. Tutaj jakby się nim wysługuje dla odmiany. Bieszk naturalnie broni autentyczności "Kroniki" na stronie V pisząc, że Dyjamentowski jako 17-latek nie mógłby czegoś takiego napisać? 

DLACZEGO? 

Co stoi na przeszkodzie, żeby chłopak 17-letni dysponując samymi legendami lub opracowaniami historycznymi nie sklecił takich bzdur? 

Słowiańska dusza pana Niemcewicza (s. XVI), możliwe, acz warto mieć na względzie, że nazwisko "Niemcewicz" wskazuje na niemieckie korzenie...

Już wiem, skąd wzięły się te bzdury o Ziemowicie jako "Panu Widzącym Ziemie". Podobnie jak specyficzne etymologie nazw miast. I znowu spotykamy Lecha, Czecha i Rusa jako trzech braci kiedy pierwotnie braci było dwóch w legendzie. I znowu Wanda popełnia samobójstwo bo nie chce Niemca choć w pierwotnej wersji legendy to Wódz Lemański czyni z miłości do niej ... Widać, że tekst jest oparty o późniejsze wersje legend, a nie ich pierwotne postacie bliższe czasom istnienia rzekomego "Prokosza". Zastanawiają mnie te wzmianki o kontynentach na stronie 33: "Ameryki ielenim rogom". To oby na pewno napisane przez Prokosza w wieku X? Już nie wiem co jest tu przypisem napisanym przez "Kommentatora" a co jest niby "oryginalnym tekstem"? 

Brakuje mi tylko wzmianek o Imperium Lechitów. Smutne, że nawet Turbo-Słowianie nie dostrzegają tego braku tutaj powołując się często na to dzieło.  

Klasyka gatunku warta uwagi jako historical fiction, ale na pewno nie wiary w autentyczność zawartej w niej treści.

środa, 20 września 2017

Tomasz Kosiński „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu”


Dawniej Polacy narzekali na cenzurę. Teraz mają powody by narzekać na jej brak. Żyjemy w czasach, w których każdy może wydać sobie książkę. Zarówno nauka jak i pseudonauka mają się dzięki temu doskonale. Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych zdań stał się (przynajmniej w Polsce) nurt popularnonaukowy tworzony przez tzw. Turbo-Słowian. 

Są to najkrócej pisząc ludzie wierzący w paleoastronautyczne teorie pochodzenia naszej rasy z innych planet, przez historię wielkiego Imperium Ariów, które rozpadło się w wyniku atomowej wojny z Atlantami (o ile dobrze pamiętam) i spowodowało przebiegunowanie ziemi, po istnienie wielkiego Imperium Lechitów obejmującego pół Europy. Turbosłowianie krytycznie odnoszą się do oficjalnej nauki, która ich zdaniem została sfałszowana przez wrogie nam nacje politycznymi pobudkami. 

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że wyznawcy alternatywnej wersji historii do jakich wspomniana grupa osób się zalicza kompletnie pomijają ogrom dorobku naukowego, który obala ich tezy albo doszukują się oni w nich przekłamań na siłę. W dyskusjach przejawiają syndrom „oblężonej twierdzy”. Pochodzenie nazw własnych państw, narodów czy miast starają się wywodzić od współczesnych słów nie bacząc na to, że ich znaczenie się zmienia przez stulecia. Zarzucają innym nacjom fałszowanie naszej historii czyniąc dokładnie to samo - usilnie próbując z obcych nacji czy plemion zrobić Wielkich Słowian np. z Gotów. 

Do najpoczytniejszych jak na dzień dzisiejszy postów na moim blogu zalicza się wpis na temat jednego z ojców współczesnego turbo-slawizmu Janusza Bieszka i jego „Słowiańskich królów Lechii”. Mam nadzieję, że większość osób czytając go wyczuła ironię w moich słowach. Jeśli nie, to bardzo mi przykro... 

Obok Piotra Makucha, Pawła Szydłowskiego, Czesława Białczyńskiego, Janusza Bieszka do Panteonu Zasłużonych dla Alternatywnej Wizji Historii dołączamy nową postać – Tomasza Kosińskiego. 

Niestety nie jestem historykiem, archeologiem ani językoznawcą. Pisząc niniejszy post nie mogę wnikliwiej ustosunkować się do omawianej pozycji.  

Spróbuję jednak swoich sił! 

Pisząc „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu” Tomasz Kosiński pokazuje, że zapoznał się szczegółowo z wieloma teoriami na temat historii naszych przodków. Odwołał się do wielu zagadnień, źródeł i punktów widzenia. Przyznam, że wieloma tezami już się spotkałem i wieloma mnie osobiście zagiął. Dzięki temu autor staje się wiarygodniejszy w swoich rozważaniach od np. Janusza Bieszka, na którego miejscami się powołuje. 

Praca ma jednak sporo wad:


1) Zbyt mała ilość przypisów do źródeł. Połowa przedstawionych koncepcji kompletnie nie wiadomo skąd pochodzi.  

2) Typowe turbosłowiańskie i paleoastronautyczne koncepcje wysnute z czegoś, tylko bez dokładnego podawania źródeł. 

Historie w rodzaju:
 „ …Na pokładzie Nibiru przybyli na Ziemię Niburianie, którzy stworzyli swoje ziemskie cywilizacje jakieś 45000 lat temu. To oni byli bogami Anunnaki w Mezopotamii oraz mieli kolonie w południowej Afryce i Ameryce (Andy), gdzie wydobywali złoto. W składzie załogi Nibiru byli też: Plejadanie, Centaurianie, Arianie, Karianie i humanoidalne Gady – Reptilianie […].” (s. 29)
Skąd w ogóle te informacje (bo chyba nie teorie skoro znamy pełny skład załogi statku kosmicznego) pochodzą? Pomijając fakt, że dawniej kontynenty musiały wyglądać inaczej przed tym sławnym przebiegunowaniem? 

Legendy o sabatach na Łysej Górze mają zdaniem Kosińskiego wywodzić się z historii o lądujących tam statkach kosmicznych.

Popiel miał uciec do Dalmacji, gdzie obdarzono go księstwem. Przypomina mi to historię królowej Aby z „Podróży Pana Kleksa”, która rzuciła się do morza, a kiedy odzyskała przytomność niesiona była w lektyce, a lud tego kraju obwołał ją swa królową … Czyżby Popiela tak ni z tego, ni z owego obdarowano królestwem?

Galowie zamieszkiwali Inflanty … Trochę daleko. 
 
3) Kosiński korzysta z pseudohistorycznych źródeł. 

Nie jestem w stanie zweryfikować wielu z nich. Przyznam się, że nie czytałem większości, ale rzuca się w oczy np. to, że wykorzystane tutaj zostały teorie Trehlebova czy „Kronika Prokosza”, która jak powszechnie wiadomo jest apokryfem. Korzystanie z dzieł Kadłubka również obce Kosińskiemu nie jest. Autor książki sprawia wrażenie jakby próbował dopasować wiele istniejących koncepcji na temat historii i pseudohistorii do jednego wspólnego mianownika z punktu widzenia czysto „lechitocentrycznego”; jakby z Polski chciał uczynić centrum całego świata i punkt wyjścia dla dziejów cywilizacji.

4) Typowe turbosłowiańskie wywody nazewnictwa miast, narodów czy imion praktycznie całkowicie przekreślają wartość merytoryczną całej pracy. 

Stosując Brzytwę Ockhama Kosiński głosi wiele specyficznych teorii etymologicznych. Np. Podlasie wywodzić się ma od „Podlechii”. Żeby było najśmieszniej – autor w całym świecie dostrzega polskie akcenty np. Kukulkan Majów to dla niego kukułka. Z innej strony biblijna Ewa to (dzi)ewa z prasłowiańskiego … Nazwa „Polanie” ma wywodzić się od bieguna polarnego. I pełno takich tez. Nazwa miasta Toruń wywodzić się ma od Peruna. No super, ale z tego co wiem najpierw był tam gród Postolsko (Postolsk, Postolin). Nazwę Toruń nadali najprawdopodobniej Krzyżacy. Nazwę Walii Kosiński wziął od imienia Welesa. Super ale wyraz „Welsh” w angielskim wywodził się pierwotnie od wyrazu oznaczającego „obcego”. Inny przykład:

„Z czasem jednak Prasłowianie zaczęli zbuntowaną krainę złodziei Złotego Runa (Świętej Księgi Słowian, spisanej złotymi runami) nazywać Helladą, od słowa hel – piekło […]. (s. 241)

Dlaczego niby Słowianie mieliby używać germańskiego słowa oznaczającego coś w co wiara rozprzestrzeniła się wiele wieków później ... ? I to "hel" czy "hell"? A może "Hel"?

Igor i Oleg to podobno imiona o słowiańskiej etymologii … 

Dziwi mnie to, że Kosiński uważa, że język polski jest najtrudniejszym językiem świata. Niby w jakim sensie? Wymowa, gramatyka? A już stwierdzenie, że jest najbliższy sanskrytowi … Podobno język kaszubski jest bardziej polski od polskiego bo zachował wiele tego, co już polski stracił. A teza, że język polski najbliższy jest praindoeuropejskiemu? Z tego co wiem to litewski ma najwięcej cech … 

5) W pewnych teoriach Kosiński goni własny ogon i mam wrażenie, że gdyby się uważnie przyjrzeć całości to znalazłyby się pewne rozbieżności w treści. 

„ … Analiza zmienności mitochondrialnego DNA człowieka współczesnego i porównanie jej z sekwencjami mtDNA neandertalczyków wskazuje, że współczesne populacje ludzkie nie zawierają genów neandertalczyka. To wskazuje, że neandertalczyk był osobnym, rozumnym gatunkiem ludzkim, lecz nie stanowił etapu rozstrzygającego (mtDNA są przekazywane wyłącznie w linii żeńskiej. […]” (s. 22) 

Czyli jak mam to rozumieć? Mężczyźni ze współczesnej rasy ludzkiej brali śluby z neandertalkami? 

Podobnie zastanawia mnie to, że Kosiński narzeka na polską edukację i to, że nie uczy się nas o bogach słowiańskich w szkole. Tylko zastanawiam się kim oni według niego są? Bogami rozumianymi w klasyczny sposób czy ufoludkami jak Marduk oraz Anunnaki?

Autor raz pisze o Wikingach w hełmach z rogami, w innym miejscu zaznacza, że to chodziło o inne typu rogów. Dalej w tekście znowu znajduję tych wojów z rogami na hełmach … Notabene z tego co wiem rogi nosili Celtowie nie Wikingowie.

Na końcu w ogóle czytamy wywody na temat wielu nacji, miast, państw i wszystko według logiki – głównie z języka polskiego. Z całym szacunkiem, ale to nie ma sensu. „Ar” w wielu nazwach nie koniecznie musi być pozostałością po „Arjach”. 

Choć autor wiele rzeczy wie, lgnie usilnie w specyficznym kierunku swoich rozważań. Olbrzymia wiedza graniczy wręcz z obłędem i oderwaniem od rzeczywistości. Dostrzeganie wszędzie wpływu Słowian, czynienie wszystkich nacji Europy pochodną naszych Lechitów to już moim zdaniem paranoja. Rozumiem, że np. Sienkiewicz pisząc swoje powieści gwizdał na prawdy historyczne bo zależało mu na pokrzepieniu serc, tak uważam, że przesadne czynienie z Lechii kolebki ludzkości na wzór innych (tak chyba Lew Syłenko robił z Ukrainy centrum Europy w podobnym stylu) to już megalomania narodowa. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Janusz Bieszk "Słowiańscy królowie Lechii"


Tak na wstępie postanowiłem zamieścić motto znane wszystkim z popularnego serialu "Z archiwum X": 


"Prawda leży gdzieś" jak brzmi jedno z najtrafniejszych tłumaczeń. I myślę, że jest ono celne w odniesieniu do omawianej w tym poście książki. 

"Słowiańscy królowie Lechii" to chyba jedna z najbardziej kontrowersyjnych pozycji, jakie przeczytałem w okresie ostatnich kilku lat. 

To, że prawda leży gdzieś nie od dziś wiadomo. Od przynajmniej trzech stuleci Polacy mają notoryczny problem z rozszyfrowaniem puzzli historii, w których brakuje wielu elementów. Polityka odgrywa tutaj decydującą rolę.

Z drugiej strony medalu widzimy rozmaite sny o potędze. Bardzo często owe marzenia są efektem kompleksów, które manifestują się poprzez wizje Wielkiego Imperium Lechitów obejmującym połowę Europy. Inny skrajnym przykładem jest odnoszenie się do etosu innych ludów i skreślanie własnego. Tak czasem czytamy jak to Piastowie byli Wikingami, Słowianie to w ogóle proste, tępe pastuchy a najwyższa cywilizacja żyła na terenie obecnej Norwegii. I takich ludzi nie brakuje. 

A prawda jak zwykle leży gdzieś po środku  ... 

W dobie wszystkiego co nas dzisiaj otacza nie wiem już komu wierzyć, albo przynajmniej komu wierzyć bardziej niż innym? 

Kiedy byłem młodszy i spoglądałem na mapy starożytnego Cesarstwa Rzymskiego moją uwagę przyciągały ziemie obecnej Polski i zastanawiałem się nad jej opisami. Oczywiście nic wiele o historii politycznej naszego państwa w obecnym okresie się na lekcjach nie mówiło. 

Janusz Bieszk stara się "odczarować" całą historię i ustawiając ją na nowe tory udowadnia, że już za dawnych czasów istniało tutaj Imperium Lechitów rządzone przez władców wymienionych w kilku kronikach. Autor ponadto głosi, że plemiona, które uchodzą w historii za "germańskie" w rzeczywistości były słowiańskimi i to Słowianie odpowiadają za dalsze dzieje cywilizacji Europy i Afryki Północnej. Znajduje i rozpatruje wiele pomijanych do tej pory źródeł. Powołuje się także na wykonane nie tak dawno badania genetyczne, które niejako potwierdzają jego tezy.

I teraz nie wiem, czy faktycznie mamy tutaj odkłamaną historię, do której świat nie chce się przyznać robiąc nam wodę z mózgu czy kolejny sen o potędze zrealizowany w duchu Turbo-Sławii i "raków rodzimowierstwa"?

Dobra! Koniec pierdół i bajdurzenia z mojej strony - przyjrzyjmy się sprawie uważnie!

Omawiane teorie autora "Słowiańskich królów Lechii" zbliżone są do poglądów znanego z YouTube Pawła Szydłowskiego. Miejscami dużo mają wspólnego z rosyjskim ynglizmem, nie zaprzeczają także popularnym w owych czasach innym teoriom głoszącym, że istniała dawniej rozwinięta cywilizacja zniszczona w efekcie jakiejś wojny nuklearnej.



Bieszk omawia wiele zagadnień zadając też konkretne pytania.

Rzeczona praca popularnonaukowa charakteryzuje się zupełnym w moim odczuciu brakiem wiedzy lingwistycznej. Na stronie 33 czytamy, że Słowianie nazywani byli "Slavi", "Slavini" od "sławy". Termin "Słowianie" może mieć tak na prawdę zupełnie inną etymologię i zdecydowanie więcej wspólnego ze współczesnym wyrazem "swój" (w wolnym rozumieniu "rodak", "krajan", "współplemieniec") lub jakimś niezidentyfikowanym jeziorem o podobnej nazwie (spotkałem się i z taką hipotezą).


Etymologia imion też wydaje się dosyć dziwna. Pamiętam, że bodajże Konopnicka w bajce "O krasnoludkach i sierotce Marysi" opisała Ziemowita jako tego, który codziennie rano wychodził z chałupy i mówił "Ziemio witaj!" i, że niby stąd wzięło się jego imię. Ale jest to bzdura, "Ziemowit" ("Siemowit") to po prostu "pan domu". W wydaniu Bieszka z etymologią też jest specyficznie, zastanawia mnie m.in. Król Lasota i jego Wzgórze. Słowo "lasota" spokrewnione jest z wyrazem "les" (nie mam odpowiedniej czcionki, żeby dodać znaczek-akcent) oznaczającym dawniej "trupa". Podobnie jak termin "Rękawka" oznaczający doroczne, krakowskie święto pod Kopcem Kraka na Wzgórzu Lasoty nie ma wiele wspólnego z wyrazem "rękaw" jak głosi jedna z miejscowych legend.  Bliżej mu do czeskiego "rakiev", słowackiego "rakva" oznaczającymi "trumnę" lub też starosłowiańskim, serbskim i słoweńskim "raka", chorwackim "rakva" znaczącymi "grób". Dzięki Janowi Kochanowskiemu i jego fraszce "Nagrobek gąsce" wiemy, że "rękawka" to po prostu grobowiec ręcznie usypany. Więc kim miał być król Lasota? Inspiracją do rosyjskiej bajki o Kościeju Nieśmiertelnym? Finlandia od króla Filana? Dziwne ... 

Zastanawia mnie też ta legenda o Wandzie Amazonce i jej samobójstwie ... W dziele Wincentego Kadłubka, a więc w najstarszej wersji, to nie Wanda popełnia samobójstwo tylko "wódz lemański" ubiegający się o jej rękę ... Brakuje tych uwag, zwłaszcza, że Bieszk stara się doszukiwać faktów historycznych w późniejszej wersji legendy ...

Skojarzył mi się też motyw ataku Aleksandra Wielkiego na Kraków z legendą o Smoku Wawelskim. Może faktycznie to on był "smokiem", a nie żaden symbol na tarczach Awarów jak spekulują co poniektórzy? Kto wie, przecież macedoński władca nosił hełm z dwoma rogami, a na niektórych wyobrażeniach smoków widzimy je z kłami lub rogami. Może tym sposobem utożsamiono go ze smokiem-żmijem? Tylko nie wiem czy Aleksander chciałby "dziewice" na pożarcie, prędzej "prawiczków" ... Nijak ma się to w każdym razie zarówno do  oficjalnej wersji dziejów cywilizacji jak i oficjalnej wersji legendy ...


Irytują też przypisy ("patrz Internet", "patrz bibliografia"). Czy autor nie mógł dać przypisów dolnych i konkretnych odniesień do stron w źródłach? Podobnie jak już totalnie zbulwersowała mnie kwestia omawianych pod koniec lektury map. Bieszk podał do nich linki i omówił je, ale z niewiadomych dla mnie względów nie zamieścił żadnych skanów. Stosując jego formę pytań spotykaną w tekście uczynię tak samo i pociągnę go za język:

DLACZEGO?

Robi to tak jakby starał się ukryć własne dowody przed czytelnikami. Co mi z samych linków? Przepiszę, wkleję do wyszukiwarki, nawet mi się strona nie pojawi. Linki w książkach to na ogół tragedia. 

I na koniec stwierdzam jako człowiek z niską samooceną, że czytanie poradników jak radzić sobie z tym problemem to pikuś w porównaniu z tym co może dać tego typu popularnonaukowe opracowanie historii. Wyrzucamy ze swojej podświadomości na czas czytania cała sferę prywatnych, negatywnych wspomnień zastępując je symboliką historyczną. Widzimy siebie na miejscu władców imperium, swoją potęgę, wygrane bitwy, ekspansję ... Od razu lepiej! Psychoterapia historyczna - nowa metoda jak znalazł.

Kto wie, może w przyszłości omawiana praca stanie się inspiracją dla przyszłych pokoleń Polaków w celu stworzenia nowego porządku Europy i świata?


Czy książkę mogę polecić? A mogę. Mimo, że jest stekiem zebranych, kontrowersyjnych informacji to jednak pobudza do myślenia. No, ale niestety trzeba ją czytać z dużym przymrużeniem oka.*

* Pomieszanie z poplątaniem niezwykle wyszukanej wiedzy z totalną ignorancją ...