Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.R.R. Tolkien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.R.R. Tolkien. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2015

Deborah Blake "Litha. Rytuały, przepisy i zaklęcia na przesilenie letnie"


Ludzie mawiają, że fantazja nie zna granic. Głupota i indeks ksiąg zakłamanych na temat czarownictwa najwyraźniej też.

"Litha. Rytuały, przepisy i zaklęcia na przesilenie letnie" autorstwa Debory Blake, to kolejny komercyjny twór uczący wszystkiego tylko nie tego co trzeba. 

Podszyte dyskursem feministycznym (adresowane do kobiet) kompendium bardzo, i to bardzo ogólnej wiedzy, a także porad jak świętować przesilenie letnie. 

Nie wspomnę już o uogólnianiu pewnych pojęć w rodzaju "celtycki". Nie zawsze to co celebrowano w Szkocji znano np. w Walii. 

Oczywiście jak to bywa w tego typu książkach pierdół co niemiara. Na wstępie podstawowe informacje, rzecz jasna błędne. Identyczne z resztą jak w książce "Ostara" z tej samej serii. Ciekawe było jak dla mnie umiejscowienie Finlandii w opisie celebrowania przesilenia letniego wśród krajów germańskich. Etymologia pojęcia "Litha" kompletnie do bani. Już w anglojęzycznej Wikipedii można znaleźć znacznie wartościowsze informacje. Zaciekawił mnie kult słowiańskiej bogini Jaryły i Sonce, podobnie jak i słowiańskiego boga pokoju Kupały. Zrobienie z Hodura norweskiego odpowiednika Baldura też przyciągnęło moją uwagę. Z tekstu wynika, że swastyki były znane pierwotnie w kulturze hinduskiej i skandynawskiej. A co z resztą świata? "Wiccański" rytuał "opuszczania słońca" jest niesamowity. Chyba go spróbuję, bo to co robią w kręgu wiccanie tradycyjni nie może być prawdziwe ... 

Tragedia, dramat, porażka. 

A skoro w Polsce obchodzimy Dzień Iwana Kupały (s.203), to odrobina dobrej muzyki nikomu nie zaszkodzi.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Gary Russell "The Lord of the Rings. The Official Stage Companion"



Raptem godzinę zajęło mi przeczytanie książki Gary'ego Russella pt. "The Lord of the Rings. The Official Stage Companion". Zasadniczo jest to album zdjęć z musicalu (którego tytułu nie trzeba się chyba domyślać), z nieskomplikowanymi relacjami powstawania rzeczonego performance ze strony jego twórców. Ponieważ Peter Jackson zbił fortunę na ekranizacji trylogii Tolkiena kilka osób wywęszyło sposób na wzbogacenie się żerując na jego koncepcji. To jest chińskim, rosyjskim czy japońskim stylem zrobili własny adaptacjo-plagiat i zbili na tym kasę. Tolkienmania trwa. Jaki tego był efekt, tego nie wiem. Z resztą nie wiem czy ktokolwiek w tym kraju słyszał o tym musicalu? Na pewno wystawiono go w Londynie i w  Toronto.



Książka na dobrą sprawę jest formą literackiego pomnika, jaki stawiają sami sobie twórcy tego musicalu. Opowiadają o swoich planach, trudnościach, efektach. Innymi słowy, towarzystwo wzajemnej adoracji wystawia sobie laurki celem dowartościowania i pochwały swojej ciężkiej pracy. Zwykły chwyt marketingowy, który musi się sprawdzać we współczesnych warunkach, skoro w księgarniach z tanimi książkami leży mnóstwo takich kolorowych albumów za grosze, których nikt nie kupuje. Mniejsza o to.



Czytając to, nie spodziewałem się niczego specjalnego. Po prostu chciałem sobie trochę powtórzyć angielski. Zainteresował mnie oczywiście wątek muzyczny. Podobał mi się pomysł z planem wykorzystania muzyki ugrofińskiej (Mordwinów, Węgrów) choć niestety nie został on zrealizowany. Nie znałem wcześniej grupy Värttinä. Zawsze to jakaś nowa, ciekawa inspiracja.

Generalnie książeczka to typowy marketingowy chwyt, a bez oglądnięcia i posłuchania muzyki z tego przedstawienia, trudno jest cokolwiek powiedzieć.

Tak więc wróćmy do poważniejszych lektur. Tej nie polecam.

środa, 12 lutego 2014

John Ronald Reul Tolkien "Hobbit czyli tam i z powrotem"


Nie muszę chyba tłumaczyć, co zmobilizowało mnie do przeczytania "Hobbita"?

Oczywiście, że tak!

Peter Jackson przeszedł samego siebie jako reżyser ekranizacji trylogii "Władcy pierścieni". 

Z "Hobbitem" częścią pierwszą wyszło mu to średnio. Głównie dlatego, że powtarzają się w nim schematy znane z "Drużyny pierścienia" (najpierw Shire, idą dalej łąkami, zaśnieżone góry, państwo pod górą, Rivendell, orły ich łapią, muzyka ta sama etc.). Z resztą już trzecia część trylogii strasznie się ciągnęła i nie wprowadzała nic nowego co by robiło wrażenie. No może oprócz Miasta Umarłych. Za to "Pustkowie Smauga" uważam za rewelacyjną część. Smok jest świetny. Postać Thranduila też uważam za przykładnego polityka. 

Czytanie "Władcy pierścieni" było dla mnie straszną katorgą. Doszedłem do połowy drugiego tomu i na tym zakończyłem zabawę ... Nie zmobilizował mnie ani film, ani uwielbiany przeze mnie austriacki zespół Summoning. Za "Hobbita" zabierałem się też ze dwa razy, ale doszedłem może do dwudziestej strony. Teraz jednak podszedłem do tego zupełnie inaczej i czytałem dosyć szybko, przez co uwinąłbym się z lekturą może w dwa dni gdyby nie fakt, że inne rzeczy mi wypadły.

Rewelacyjna bajka. Zanurzając się w świat fantazji Tolkiena oczywiście zwracałem uwagę na różnice pomiędzy książką a ekranizacją. No i co nie będzie tajemnicą wiele ich znalazłem. Po pierwsze zdziwiony byłem, że w lekturze jest tak mało szczegółów, które omówione zostały w innych publikacjach rzeczonego autora, np. Thranduil występuje tutaj tylko jako "Król Elfów", nigdzie w tekście nie pojawia się jego imię. Brakuje połowy bohaterów i fabuły filmowej (elfa Legolasa, fikcyjnej Taurieli, Bard pojawia się później i ma nieco inną naturę). Podziwiam Jacksona, że z tak małej ilości rozdziałów zrobił cały film. Postaci Nekromanty, Azoga i gonitwy orków również brakuje. Radogosta Burego także (wiem, była o nim wzmianka w trylogii). 

Tłumaczenie dobre, podobały mi się "zimowe gody" oraz "noc sobótkowa". Od razu człowiek poczuł się jak w domu. 

Jakby nie patrzeć Tolkien zaczął od "Hobbita", krótkiej bajki, a w następnych latach pisał już w o wiele bardziej skomplikowanym stylu. Stworzył klasykę gatunku, która po dzień dzisiejszy przyciąga całą rzeszę czytelników. Wywarł olbrzymi wpływ na świat fantasy XX i XXI w. Rozmaite "plemiona", a właściwie rasy. Różne języki, dialekty etc. To chyba najbardziej wpłynęło na ludzką świadomość. 

Znany muzyk Varg Vikernes wielokrotnie przyznawał się do swoich inspiracji dziełami Tolkiena. Tylko, że jego wizje stanowczo różnią się od moich. Oglądając film i widząc krasnoludów - chciwych, cwanych, robiących bydło u elfów (wersja reżyserska), niby wygnanych ze swojego terenu, miałem wrażenie, że skądś znam ten topos i jednoznacznie przyniosły mi one na myśl ... Z resztą nieważne.

W każdym razie książkę fajnie się czyta. Teraz czas na muzykę.

środa, 14 listopada 2012

Paweł Rutkowski "Kot Czarownicy. Demon osobisty w Anglii wczesnonowożytnej"



Ufff .... W końcu doczytałem do końca. Trochę mi to zajęło czasu, ale warto było. Już na wstępie zauważyłem, że autor opiera swoją pracę między innymi o Emmę Wilby, a także dobre pozycje, które można sobie bez problemu ściągnąć z internetu. Jest też wydana niedawno Maria Pilaszek, a więc bibliografia mówi sama za siebie. Warto czytać dalej!

O czym jest to grube, ponad 440 stronicowe dzieło? Wbrew tytułowi wspomina o większej ilości zagadnień. Pierwszy rozdział jest o magii, sławnych magach, drugi, szerzej o zwierzętach, które wiernie służyły "czarownicom". Nie tylko koty pełniły tę zaszczytną funkcję - było trochę tych zwierzaczków; od tchórzofretek po zające. Karmienie ich krwią, hodowanie, pakty z Szatanem, więzy krwi, blizny, kopulacja z diabłami ... Czyli wszystko czego potrzeba do dobrej książki o czarownicach.

Autor poświęcił masę czasu, dobrał wspaniałe źródła. Tego mu nie zarzucę, a wręcz przeciwnie podziwiam go za to. Może faktycznie trochę za dużo zagadnień zebrał do jednej książki, ale w żadnym wypadku nie umniejszają one zawartości tekstu.

Przejdźmy zatem do ciekawostek. 

Zaskoczyła mnie wzmianka o "kociej masakrze" w XVIII wieku, kiedy to grupa czeladników urządziła sobie parodię sądu, gdzie na śmierć przez powieszenie skazano kilkanaście kotów. Niezłe widowisko. Równie brutalny był opis zamordowania i ugotowania kota dla porównania z kotem urodzonym przez rzekomą czarownicę Agnes Bowker.
Autor poświęcił trochę uwagi "Zaklęciu Pnouthisa", greckiemu papirusowi, (być może pseudoepigraficznemu)  listowi egipskiego skryby Pnouthisa do niejakiego Keryxa, stanowiący szczegółową instrukcję jak przywołać i zjednać sobie paredrosa, opiekuńczego ducha. Wcześniej się z tym nie spotkałem, a uważam to za śliczny magiczny tekst. Co ciekawsze, ów paredros mógł być czaszką! Czyżby z tego wyrosła kolejna idea, obecna do dziś nawet w niektórych gałęziach współczesnego czarownictwa? Ciekawa jest historia o biskupie Cezarei Bazylim Wielkim i senatorze Proteriuszu, który podpisuje pakt z Diabłem na pogańskim grobie. Za niedługo takie będą w cenie... Ciekawe są wzmianki o demonach, takich jak katabolos, oniropompos czy pythonikos. Zastanawia mnie kwestia czy autor nie zamienił dwóch pojęć swoimi znaczeniami - mianowicie pojęcia "magia ceremonialna" i "nekromancja". Coś mnie tu w każdym razie świerzbi ... 
Jest też ciekawa historia o duchu pierścienia. Czyżby Tolkien ją znał - demon Alastiel miał służyć swojemu panu, tak długo jak długo istniał pierścień. Inna ciekawostka to historia maga-łucznika z Kent, który dobrze celował niczym sławny Robin Hood. Może i tutaj te dwie legendy tak na prawdę mają wspólny rdzeń. 
Taki cytacik z innej beczki:

... W 1337 roku przed sądem w Hatefield w Yorkshire pojawił się Robert de Roderham, wnosząc pozew przeciwko Johnowi de Ithon, który zobowiązał się dostarczyć mu, za sumę trzech pensów, związanego paktem Diabła ("Diabolum ligatum in quodam ligamine"), lecz, pomimo przyjęcia zaliczki, w określonym czasie się z  tego nie wywiązał. Sąd zdumiony i rozsierdzony tym, że taka skarga mogła się w ogóle pojawić "pośród chrześcijan", odesłał obie strony do trybunału  piekielnego jako najwłaściwszej dla tej sprawy instancji (innymi słowy, posłał ich do diabła!) , a na koniec, dając dodatkowo upust swojej irytacji, skorzystał ze swoich uprawnień i ukarał obu zwaśnionych grzywną. [...] (s.178)

 Ciekawy był przypadek czarownicy Temperance Floyd, która za to, że nie wykonała zadania swojego pana, dostała w twarz pięścią tak, że został ślad... Tak sobie myślę, że też dawniej czarownice nie przesalały zup jak dziś. Powstrzymać przemoc w czarownictwie!
 Ciekawostką były sutki czarownicy napełnione zgnilizną, podobnie jak to, że dawniej Diabeł wymagał aktu apostazji od czarownic. Penis Diabła również doczekał się szerszego opracowania, a już sperma zrobiona z ciał zmarłych nie była gorszą kwestią od sromu czarownicy ... Niestety nie miałem długopisu pod ręką i nie zanotowałem o co chodziło. Na końcu w Epilogu znalazłem ciekawą wzmiankę w przypisie:

... Prawo karzące fałszywe czarownice i fałszywych magów, oraz wszelkie osoby rzekomo zadające się z duchami, uchylono dopiero w 1951 roku. [...] (s.437)
Co to za mit? Ta data jest bardzo istotna dla historii wicca! Zostawmy to na inny raz.

Książka pełna ciekawostek, wielu nowości i solidnej treści. Warto, gorąco polecam!