Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Lamond. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fred Lamond. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Fred Lamond "Religion without beliefs. Essays in Pantheist Theology, Comparative Religion and Ethics."


Zdecydowałem się przeczytać drugą książkę Freda Lamonda pt. "Religion without beliefs. Essays in Pantheist Theology, Comparative Religion and Ethics." W sumie to nasuwają mi się dwie refleksje. 

Pierwsza negatywna to taka, że książka ta treścią nie wiele różni się od tej, którą przeczytałem poprzednio, mianowicie "Fifty years of Wicca" (zaznaczam jednak, że rozprawiłem się z nimi w odwrotnej kolejności, gdyż najpierw ukazała się "Religia bez wierzeń"" a następnie "50 lat Wicca"). Są omawiane dokładnie te same tematy: ruchy neopogańskie (najwięcej rzecz jasna o wicca, ale są też wzmianki o druidyzmie, Drużynie Izydy, Przymierzu Unitarnych Uniwersalistów Pogan (CUUP), Rogatym Bogu, Potrójnej Bogini etc.). Te same historie o uzdrawianiu, rytuale wśród Inków, inicjacji w wicca przyrównywanej do sztuki piekarskiej. 

Druga pozytywna refleksja jest taka, że autor pisze o wielu religiach i czyni pewne porównania. Mamy to ścieżkę przez hinduizm, judaizm, chrześcijaństwo, a potem szerzej katolicyzm, protestantyzm etc. Jest trochę o humanizmie, unitarianizmie itd. Przede wszystkim dużo jest własnych przemyśleń autora popartych wiedzą.

W oko wpadł mi wątek ekonomi, polityki etc.:

"... Zmieszana polityka ekonomiczna która zawiera zarówno socjalistyczne i kapitalistyczne elementy działa perfekcyjnie dobrze w skandynawskich krajach przez 60 lat i w kontynentalnej Zachodniej Europie od końca II wojny światowej. [...]" (s.14, tł. Siliniez)

Może to i prawda (choć czuję, że nie do końca), ale dalsze wywody na temat wpływu cenzury w krajach Bloku Wschodniego potraktowałbym z pewnym dystansem. 

Słyszałem o paniach określanych w Indiach mianem Sati ("mądrych kobiet"), które jeszcze kilka lat temu rzucały się na stosy pogrzebowe swoich mężów. Oczywiście były to jednostkowe przypadki. Nie wiedziałem, że w wiosce na terenie Rajput kontynuuje się ten zaszczytny obyczaj dalej. 

Wzruszające są porównania marksizmu do zsekularyzowanego chrześcijaństwa Donalda Soppera, reformatora Angielskiego Kościoła Metodystycznego:

" ... Zarówno chrześcijaństwo jak i komunizm głosili braterstwo ludzkości, szerzenie edukacji i podjęcie praktycznych kroków w uśmierzaniu najgorszych rzeczy ubóstwa i cierpienia. Ale oboje używali także tych szlachetnych idei jako usprawiedliwienia dla prześladowań tych, którzy głosili inne ścieżki. [...]" (s.20, tł. Siliniez)

Elementy komunizmu widziano bodajże w szkockim prezbiterianizmie (ale tutaj się nie upieram). Dziwne, że temat wspólnego mienia był tak szybko dostrzegalny. 

Zaciekawiła mnie np. kwestia "bogów przewodnich". Tutaj Lamond odwołuje się do pierwszych poglądów głoszonych przez Freyę Aswynn, o tym, że czcić się powinno bogów swoich przodków. Skądinąd wiem, że niestety teoria ta nie zdaje egzaminu na dłuższą metę. Lamond dodatkowo znalazł na to argumenty. Jednakże, nigdy nie zrozumiem dlaczego do większości współczesnych pogan przemawiają zwłaszcza Ci najpopularniejsi bogowie (tj. m.in. grecko-rzymscy, skandynawscy, celtyccy, egipscy), a nie np. nie znani nikomu, o których mało kto słyszał z mniej znanych rejonów np. Erlik, Raiden czy Dizang Wang?

No cóż, jak zwykle nie zgadzam się z ideą wszech-tolerancji, nagminnej wady nabywanej przez ludzkość współczesnego świata. Ale mniejsza o to.

Książka bardzo ciekawa, warto ją przeczytać.

czwartek, 31 stycznia 2013

Fred Lamond "Fifty Years of Wicca"


Jak to już wcześniej na swoim blogu podkreślałem, warto czytać książki autorstwa pierwszych wiccan. Są one niewątpliwie najtreściwsze z większości dzieł na ten temat. Nie pomyliłem się po raz kolejny. Tym razem wiccańska ruletka trafiła na pracę Freda Lamonda "Fifty Years of Wicca". Fred(eric) Lamond, gardnerianin (już nie będę się rozwodził na temat jego etnicznych korzeni ...) opisuje swoje doświadczenia z czarownictwem na przestrzeni pięćdziesięciu lat. Oprócz życia typowego gardnerianina starej daty, Lamond wspomina o swoich podróżach, kontaktach z "wiccanami" z Ameryki, Francji i innych krajów. 

Mamy tu trochę historii wicca (no cóż, opartej na innych dostępnych źródłach). Są wzmianki o sadomasochistycznych skłonnościach Geralda Gardnera (o czym już chyba wszyscy wiedzą). Pewną nowością jak dla mnie było to, że coven Gardnera wprowadził pewne nowe elementy rytuałów jeszcze za życia twórcy wicca, podczas jego nieobecności. Więc to nie sam Stary Gerald był w pełni odpowiedzialny za całokształt. Nie wiedziałem, że Dayonis pochodziła z rodziny armeńskich Żydów mieszkających w Cardiff (Matko Ziemio! Jak nie Lamond, to Dayonis, jak nie Starhawk to Llewelyn Publications pana Weschke ... Dojdę zaraz do strasznego wniosku, nie pozwólcie mi na to ... Jeszcze w tej książce jest mowa o tym, że w Covenie Brickett Wood był kabalista ... ). 

Są też bardzo pożyteczne informacje potwierdzające informacje mało znane obecnym sympatykom wicca. Pierwsza np. dotyczy nazw świąt (które obecnie nazywa się germańskimi lub celtyckimi nazwami), że dawniej używano pewnych ludowych form, nie zaś tych typu Yule, Samhain czy Ostara. A za te zmiany odpowiadać miało szaleństwo lat 70. XX w. (czyżby Farrarowie mieli być tym szaleństwem?) Są też wzmianki o nadawaniu drugiego i trzeciego stopnia razem w tradycji aleksandriańskiej. Jest trochę o publicznych, pogańskich rytuałach, o częstotliwości spotkań pierwszych gardnerian. Jest też mowa o tym, że już za Gardnera tradycja roku i jednego dnia nie była rygorystycznie przestrzegana. Nie wiedziałem też, że Gardner zdradził tożsamość członków covenu w wyniku intrygi Cardella ...

Cóż, Lamond ewidentnie miał awersję do Alexa i jego działalności. Absolutnie nie mogę się jednak zgodzić z jego ostateczną konkluzją, że aleksandrianie są lepiej szkoleni, ale gardnerinie lepiej leczą. Nie wierzę, żeby aleksandrianie nie leczyli równie dobrze (by nie rzec lepiej). Ponadto czuć, że Lamond nie znał się na sztuczkach Alexa, który to skutecznie go podpuszczał w rozmowie ...

Zaciekawił mnie wątek nauki wicca dla nastolatków... Ale to chyba mowa o eklektyzmie. 

Dzięki Fredowi mam pełen opis wicca francaise. Czyli satanistów, którzy nie mieli pojęcia jak się magię praktykuję. Żeby było śmieszniej czcicli boga Astarotha. To, że ich nikt nie traktował poważnie, albo to, że liderzy na końcu popełnili samobójstwo mówi samo za siebie. 

Lamond zwrócił też uwagę na amerykańskie rozumienie pojęcia "wicca". To, że do tego wlicza się nawet santerię i wyznawców dyskordianizmu (gdzieś tę plotę już widziałem wcześniej w sieci). No i to, że w USA tradycje określane mianem "British Traditional Wicca" to m.in. mohsiańska, georgiańska, Majestic, Central Valley, Kingstone etc. ... Dziwi mnie jednak nazywanie Melek Tausa "Melanctosem". Ciekawe są wzmianki o "puppy papers" certyfikatach inicjacji w USA. Przeraził mnie temat "cross-inititions" pomiędzy różnymi tradycjami, podobnie jak i kalifornijskie odmiany czarownictwa z poliamorią i prostytucją sakralną. No o orgiach wiccańskich nie wspomnę ... Temat kultowy. Jest trochę rozsądnych rozważań o upadającej cywilizacji (skąd to znam). Podobała mi się jazda po Aidanie Kellym i jego "gardneriańskości". W oko wpadł wątek zmiany terminów świąt wśród niektórych pogan na różnych kontynentach (np. Roebuck Coven czy wiccanie australijscy). 

Określenie "Perun religions" nie przypadło mi do gustu ....

Jest to o tyle ciekawa praca, że bardzo otwarcie Lamond podchodzi do tego co wyewoluowało z tradycyjnej wicca. Pewne rzeczy oczywiście go szokują, pewne wprawiają w zamęt. Książka dobra, choć widać, że Lamond broni swojego punktu widzenia odnośnie czarownictwa. Opisywane przez niego elementy uległy dużej reformie na przestrzeni lat. Oczywiście autor zdaje sobie z tego sprawę, czasem podając właściwe argumenty, czasem po prostu klepiąc swoje. Generalnie książka dobra i warta uwagi. Jednak bez dokładnej znajomości tematu może się wydawać lekko indoktrynacyjna.