Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Epoka Stosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Epoka Stosów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 maja 2018

Bartłomiej Grzegorz Sala „Wycie w ciemności. Wilki i wilkołaki Europy”


„Wycie w ciemności. Wilki i wilkołaki Europy” to kolejna podróż przez dzieje naszej cywilizacji. Tym razem Bartłomiej Grzegorz Sala na piedestale postawił urocze, sympatyczne ssaki i ich antropomorficzne mutacje znane naszej kulturze. Poznajemy więc najbardziej prestiżowe wilki i wilkołaki z mitologii pogańskich, folkloru chrześcijańskiej Europy, procesów sądowych, filmów i literatury. Dowiadujemy się jak powstają wilkołaki, jak je pokonywać, jak wizerunek wilkołaka ewoluował na przestrzeni wieków. 


Pewną nowością dla mnie były wilki udobruchane przez chrześcijańskich świętych. Zwykle stworzonka te kojarzone były ze złymi mocami. No chyba, że chrześcijański święty był kontynuacją kultu dawnych bogów, tak jak w przypadku św. Mikołaja – Welesa, którego autor niestety pominął. I tu znamy historię jak święty kazał wilkowi zabić człowieka, który podglądał doroczną naradę siedząc na drzewie. 


Zaciekawił mnie wątek wilkołaka z Owernii. Jest to legenda znana w wielu krajach. O ile się nie mylę, nawet poznałem jej wersję z obszaru Cejlonu, tylko zamiast wilka wystąpił tam inny zwierz. Historia w każdym razie ta sama, być może była jakimś importem kolonizatorów wszak nie zostało to do końca rozstrzygnięte. Nie wiem czy akurat przygoda z Owernii stanęła u podstaw tego mitu, w każdym razie spotkałem się z nim w kilku źródłach, nie tylko opisującego fenomen wilkołaków z Europy Zachodniej. 


Zafascynował mnie wyrok wilkodłaka skazanego na resocjalizację ... No cóż, najwyraźniej nie tylko współczesne sądownictwo wykazywało się iście ambitnymi pomysłami.  Osobiście poznałem ludzi, którzy za spalenie przydrożnej kaplicy dostali pracę społeczną do wykonania – kopanie grobów, co ich z resztą bardzo ucieszyło. Widać i ludzia-wilka można ucywilizować. To dopiero zabobon. 


Książka ma głównie dwa minusy:

1) To samo co poprzednio zarzucałem autorowi – za dużo historii, która niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego z tematem pracy (nawet jeśli co poniektórzy uważają ją za majstersztyk!). Poznałem praktycznie całe losy Europy w pigułce - Rzym, Karolingowie i lata późniejsze. Za dużo! Przyznam, że omówienie tematu polonizacji szlachty litewskiej wyjaśniło mi wiele istotnych spraw. Niemniej nie wiele ma to wspólnego z istotami wilkołaczymi. 

2) Na końcu pisząc o filmach autor wymienia tylko kilka głównych dzieł. Pomija cały szereg współczesnej popkultury – sagę „Zmierzch”, wilkołaka z filmu „Van Helsing”, a już „Towarzystwo wilków” ... Trochę tego jest, nawet jeśli uznamy to za słabe i kiczowate. 

Ogólnie jest to bardzo wciągająca lektura pełna ciekawostek. Autor ze szczególnym pietyzmem podchodzi do wątków historycznych. Gorąco polecam!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Gemma Gary "Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic"



"Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic" to podróż po legendarnych i historycznych czarownikach i czarownicach zamieszkujących obszar hrabstwa Devon oraz sąsiedniej Kornwalii. Poznajmy magiczne artefakty ze sławnego Muzeum Czarownictwa, biografię i postać Cecila Williamsona (jak zwykle co książka to inaczej jest ona przedstawiona), legendy o Diabłach, psy Baskervillów, serca zwierząt nakłuwane igłami, domy pełne ropuch, ludowe sposoby zdejmowania klątw i uroków, diabelskie kamienie, procesy czarownic etc. W sumie wszystko co potrzeba do dobrej książki o wiedźmach. Nie brakuje pod koniec magicznych zaklęć, tyle, że nie są one w dobrym, pogańskim stylu. 

Ciekawe opracowanie tematu, z większym akcentem padającym na historię niż praktykę magii. Tutaj jest ona opisana z czysto antropologicznego punktu widzenia.

Ludowe historie o wiedźmach przedstawione są w klasycznym, brytyjskim fasonie. Fajnie, że na Diabła czasem mawiano "Daddy". Nie brakuje sposobu na przywołanie go poprzez okrążanie ruin siedmiokrotnie, co jest znanym motywem. Śmieszy trochę historia czarownicy, która nieświadomie zabiła własnego syna. Występują też dobrzy mężczyźni-czarownicy, którzy jak widać znali się na swoim fachu. Regionalizm odgrywa dużą rolę w brytyjskim czarownictwie - pamiętajmy, gdzie indziej "piskies", a jeszcze gdzie indziej "pixies" jakby ktoś chciał nałapać sobie chochlików. 

Książka ciekawa i wszystkim miłośnikom tematu gorąco ją polecam! I bądźcie ostrożni, bo nigdy nie wiecie, kiedy wśród Was pojawi się wiedźma z prawdziwego zdarzenia!

piątek, 17 listopada 2017

Ronald Hutton „The Witch. A History of Fear from Ancient Times to the Present”



Ronald Hutton należy do pierwszoligowej elity badaczy tematów neopogaństwa i czarownictwa. Dzięki swoim tezom zyskał reputację osoby bardzo kontrowersyjnej. Należy jednak do autorów, wobec których trudno przejść obojętnie. W szczególności komuś takiemu jak ja.

 „The Witch. A History of Fear from Ancient Times to the Present” to duża i wnikliwa przekrojówka przez postać czarownicy w minionych stuleciach. Zaczynamy od szamanizmu i wiedźm plemiennych na całym świecie, by następnie poprzez Antyk (Egipt, Grecja, Rzym) wylądować w Epoce Stosów. Poznajemy temat procesów czarownic,  wróżek fairies, chowańców, dzikiego gonu, jego przywódców i przywódczyń. Wędrujemy przez Szwajcarię, Anglię, Szkocję, Katalonię i po trochu innych krajach Europy. Temat Epoki Prześladowań od deski do deski. 


Wprawdzie już kiedyś o tym czytałem, ale skoro wątek znowu został wspomniany zadam pytanie:  dlaczego współczesne, lewicowe, ojkofobiczne czarownice tak nie lubię rządów apartheidu?  Przecież ten sympatyczny system zabraniał polowań na wiedźmy plemienne w RPA. Gdy tylko Nelson Mandela doszedł do władzy zaraz znowu zaczęły się mas mordy i krwawe rozprawianie się z czarownicami …  Jakie tu jeszcze ciekawostki zapadły mi w pamięci? Rumuńskie czarownice grupowały się w oddziały i tłukły między sobą na przemian. No proszę! Dziś wystarczą dyskusje na forach internetowych. 


A chorwackie czarownice dla odmiany formowały coś na wzór wojskowych szyków. Wychodzi na to, że amerykańskie, pogańskie oddziały nie są czymś tak nowym jak nam się wszystkim wydaje. 


Książka oczywiście szczegółowo omawia historię, choć Hutton skupia się na określonych konkretach. Nie ma tu powtarzania dennych statystyk typu „ ile wiedźm zamordowano”, tylko klasyczne zapisane przypadki historyczne i ich analiza w świetle ludowych wierzeń. Pewne rzeczy oczywiście dobrze znamy z innych prac; postacie jak Isobel Gowdie, Alice Kyteler etc. 

Moim patriotycznym obowiązkiem jest zwrócenie uwagi na temat Polski w całej tej historii. Hutton kilkakrotnie napomina o naszym kraju jednak na ogół wymienia Polskę wśród państw gdzie dokonywano okrutnych rzęzi wiedźm nie wchodząc w detale. Instynkt mi podpowiada, że wymienia Polskę w negatywnym cieniu historii. Oczywiście jedyny szczegół dotyczący polskiego czarownictwa to sprawa kradzieży mleka, nagminnej w naszych wiedźmińskich dziejach. Tak to jak zwykle historia dotyczy reszty krajów Europy, głównie Zachodniej i Północnej. Swoją drogą pisząc o „Holdzie” autor wymienia jedno niemieckie źródło, a nie bierze pod uwagę, że nasz śląski* „Katalog Magii” Rudolfa z Rud Raciborskich również wspomina o dodatkowym talerzu dla Królowej Nieba Holdy. Wychodzi na to, że „Holda” to faktyczna postać, a nie czasownik jak w rozważaniach przedstawia to autor w jednej ze swoich hipotez. 

Książka ciekawa, porządna praca dla wszystkich koneserów Epoki Stosów i postaci czarownicy na tle minionych wieków! 

Polecam! 

*Niewykluczone, że "Katalog Magii Rudolfa z Rud Raciborskich" napisany został w Turyngii lub Hesji, a opisuje zwyczaje tamtejszej ludności. Na Śląsku skopiowany został na potrzeby własne mnichów.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Lara Apps and Andrew Gow "Male witches in early modern Europe"


Wreszcie ktoś rozpoczął walkę z dyskryminacją na właściwym polu. Skarżyłem się na swoim blogu kilka razy, że podręczniki magii, które czytałem adresowane były tylko do kobiet. Może to i nic dziwnego, bo porządni mężczyźni takich rzeczy de facto nie czytają. Na szczęście ja mam ku temu pewien znany co poniektórym osobom powód. Ponadto nie jestem specjalnie "porządny" ...

Abstrahując od tego postanowiłem na "Agōgē Ræderze" poświęcić kilka przyszłych postów tematowi mężczyzny-czarownika. To tak na przekór tym wszystkim ezobzdetom dla nawiedzonych (albo raczej już nawet "przewiedzonych") niuejdżerek. Czytałem raz nawet jedną książkę adresowaną dla obojnaków, albo raczej osób, które mają problem z tożsamością płciową. Stwierdziłem to po charakterystycznych końcówkach słów zawartych w polskim przekładzie. To już tylko feministka mogła wymyślić! Najgorsze, że nawet kobietom czytanie tego przyprawiało problemy z nerwem wzrokowym. Fakt faktem, feministki najwięcej krzywd czynią kobietom!

Feminizmu nie brakuje i w książce "Male witches in early modern Europe" autorstwa Lary Apps i Andrew Gowa. Zamawiając ją myślałem, że przeczytam trochę o panach czarownikach i ich głównych cechach. Znowu nie to.

Rzeczona praca to generalne przyglądanie się rozmaitym teoriom na temat procesów czarownic i ogólna ich analiza. Autorzy krytykują badaczki-feministki za ich wydumane tezy na ten temat podobnie jak i innych znanych uczonych. Generalnie nie dostrzegłem w ich pracy jakichś sensownych wniosków, wszystko to raczej patrzenie na łapy innym i komentowanie, czasem nawet jak dla mnie zbyt oczywistych rzeczy.

Tylko kilka istotnych ciekawostek wspomniano przy okazji. M.in. to, że panowie ginęli "za czary" tylko dlatego, że: a) stanowili opozycję polityczną dla pewnych elit, b) uprawiali ludowe czarownictwo, c) mieli żony czarownice (znowu wszystko przez baby!). Generalnie "sfeminizowanie" czarowników też nie wchodziło w grę. Co ciekawsze mężczyźni mieli rzucać czary w obrębie swoich specjalności zawodowych - by koń sąsiadowi zdechł, by mu nieurodzaj doskwierał etc. Czyli jednak istnieje coś takiego jak "męska magia". Chyba napiszę podręcznik magii ludowej dla współczesnych czarodziejów. Już widzę tytuły rozdziałów: "jak sprawić, by stracił pracę?", "jak mu zepsuć samochód?", "jak mu się włamać na konto?". Zainteresowała mnie historia Chonrada Stoeckhlina, człowieka z biografią na wzór benandanti. Ciekawa postać i znany przykład marnego końca.

Praca nudna, ale stanowi sensowny odnośnik do innych, wcześniejszych książek na ten temat. Dobra i sensowna bibliografia. Podobało mi się też analizowanie pewnych źródeł wykraczających poza język angielski i zwracanie uwagi na płeć i słownictwo choćby w "Młocie na czarownice".

Można ją uznać za istotną dla przestudiowania Epoki Stosów i prześladowań. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej"




Przeżyjmy to raz jeszcze! Do tej pory pisane było mi tylko zapoznanie się z wersją książki w formacie pdf, ale w końcu jest - Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" po raz pierwszy drukiem po polsku! Idziemy do przodu na pełnym gazie.

Skoro Wydawnictwo Sacrum zadbało o to, żeby Polacy mogli zapoznać się ze słynnymi tezami brytyjskiej pani antropolog nie pozostało mi nic innego jak natychmiastowe nabycie owawianej w niniejszym poście lektury.

Oczywiście nie widzę sensu, żebym pisał o rzeczach, o których i tak wszyscy wiedzą. Zatem daruję sobie jej streszczanie.

Ze swojej strony zwrócę uwagę tylko na kilka istotnych faktów. Oczywiście, że Murray wywarła duży wpływ na wicca (jaki konkretnie dowiecie się szczegółowo w niedalekiej myślę przyszłości). Nie jest jednak tajemnicą, że jej rola jest wyjątkowo wyolbrzymiana. Gerald Gardner skorzystał z jej tez przy tworzeniu zrębów swojej religii, jednakże innych źródeł wykorzystał - rzekłbym - tyle samo i w równym stopniu. Tak więc z nieznanego dla mnie powodu we wszystkich opracowaniach tematu, gdzie historia wicca jest omawiana, na piedestał wystawia się głównie dzieła Murray, a całą resztę wymienia jako drobne ciekawostki. Nie oceniłbym tego w taki sposób zapoznając się szczegółowo z tematem na przestrzeni lat.

Książki Murray są biblią dla swoistego rodzaju Turbo-Wiccan (tacy odpowiednicy Turbo-Słowian, którzy wierzą we wszystkie bzdury, które swoją niesamowitością dodają niezwykłego klimatu każdej bredni, która zastępuje realną, suchą historię. Po angielsku mówi się na takich "fluffy bunnies", ale polska kultura znajduje więcej terminów do prostszego zrównania ich z ziemią).

Na wstępie Adam Anczyk wprowadza do tematu. Przyznam szczerze, że poważniejszych błędów nie dostrzegłem w jego eseju. No chociaż ze swojej strony nie poleciłbym nikomu czytania Huttona. Ta książka po 15 latach wiele straciła na swojej zawartości, a nawet świeżo po jej wydaniu już na nią co poniektórzy szczekali. Nie wspomnę już o książce będącej jego krytyką autorstwa Bena Whitmore'a. Podobnie polecany przez Anczyka Jeffrey Russell, który też mi niczym nie zaimponował w tej dziedzinie. Przestarzałe farmazony, które obalała m.in. Doreen Valiente jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia. Tak samo zwrot mówiący o tym, że Gardner otrzymał inicjację z rąk Dorothy Clutterbuck. No i owszem, bo niektóre źródła podają, że tak w istocie deklarował, ale jak zwraca nam uwagę Philip Heselton - te zeznania nigdy nie były autorstwa Geralda, a raczej były to plotki stworzone na bazie skrótów myślowych, które stworzyli inni opierając się na przedstawionych przez niego powierzchownie informacjach. A czy rzeczywiście Clutterbuck-Fordham inicjowała Gardnera? Przecież wiemy, że nie. Szpanowanie wiedzą z zakresu książek wydanych wiele lat temu daleko Pana nie zaprowadzi ...

"Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" czyta się jak sielankę. Muszę publicznie schwalić Wydawnictwo Sacrum, zwłaszcza tłumaczkę Agnieszkę Kisiel za kawał dobrej roboty. Ogromnym plusem dla książki jest dobry przekład i zamieszczone przypisy.  Tutaj podstawową zaletą są te urocze stenogramy z procesów czarownic. Wiemy, że bzdurne tezy Murray odłożono do lamusa dawno temu, jednakże dzięki niej mamy ciekawą lekturę pełną historii legendarnych sabatów, ofiar z dzieci, ludzi, zwierząt, opisy diabłów i harców podczas spotkań. Obowiązkowa czytanka dla wszystkich miłośników tematu wicca, czarownictwa i Epoki Stosów. Czuć ludowy klimat!

Polecam!


piątek, 15 lipca 2016

Michał Rożek "Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy"


"Czary są nasz największy furlon"
Lucyfer w "Postępku prawa czartowskiego"

Na samym końcu czytania skapnąłem się, że książkę puściło w obieg wydawnictwo Petrus. Lepiej późno niż wcale. Ale co tam, w Taniej Książce można zawsze kupić coś na bezsenne noce nie będąc przy tym zbytnio stratnym. Przynajmniej się rozerwałem wracając do tematu wiedźm, stosów, diabłów, czarnoksięstwa i innych rozkoszy. Żyć nie umierać!

"Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy" jak wspomniałem opisuje ciekawą tematykę ludowo-ludyczną (jakkolwiek by to nie brzmiało). Autor pisze w podobnym stylu do Jana Kracika; generalnie temat stara się opisać jak najlepiej, czasem popełnia drobne merytoryczne błędy. Brakuje w tym na szczęście fanatyzmu, choć Rożek nie unika własnych komentarzy, które jasno wskazują, że do pełnego potępienia  duszy jeszcze było mu daleko kiedy kompilował materiał.

Zabawne. Jak pisał LaVey "nikt nigdy nie studiował metafizyki, jogi, okultyzmu bez wynagrodzenia swego ego i zdobycia osobistej siły". Dlaczego więc wydawnictwo Petrus puszcza w świat takie specyfiki? Może dlatego, że to część chrześcijańskiego folkloru? A może kryptoreklama dla tematu? Chyba tak.

Czarownice kradły rzeczy święte do swoich rytuałów (s.21)? Teraz to raczej kupują kradzione na Allegro. Tak czy siak nie wiadomo skąd się tam znalazły ... Swastyka chroniła przed Szatanem (s.117)? O Matko Ziemio, co ja ostatnio nosiłem na szyi ... Wiem już, że Jagiełło kazał zapalić Panu Bogu świecę, a Diabłu dwie zamiast sławnego ogarka. Kto to przekręcił? W każdym razie jest tekst źródłowy potwierdzający pierwotną wersję. Czarci brzydzili się wolnym związkami? No to już przeczy idei współczesności, która jest w Mocy Szatana w pełni zaciśnięta. Pewną ciekawostką i nowością dla mnie było pochodzenie legendy czarnoksiężnika Twardowskiego z legendy papieża Sylwestra II. Mimo tego autor wykorzystał stare rozważania na ten temat. No i znowu Zygmunt III Waza jako miłośnik czarownictwa ... Może na tym sztuka polega - samemu interesujemy się czarami, a eliminujemy konkurencję, która jest na tyle potężna, że może nam zaszkodzić. Chyba wiem co za całkiem niedługo zrobię starym znajomym ...

Pewne rzeczy rzuciły mi się w oczy np. autorami "Malleus Malleficarum" byli Heinrich Kramer i Jacob Sprenger, a w tekście jest Henryk Insistor (jest to łacińska wersja znana z bulli 'Summis desiderantes" Innocentego VIII). Widać, że na katoptromancji czy horoskopach autor się nie zna bo opisuje oba temat zabobonnie. Podobnie jak rozbawiło mnie nazwanie nakłuwanych kukiełek "średniowiecznym voodoo". Potem masy palantów wierzą, że tego typu praktyki wywodzą się z Haiti. Ludzie! Takie rzeczy były dobrze znane w Europie przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Rożek zastanawia się czy na Akademii Krakowskiej uczono magii, podejrzewając, że chyba nie (s.215). Z tego co ja wiem, była ona normalnie wykładana na studiach do XIX w. Alchemia sięga korzeniami Egiptu jak zauważa autor, ale nic nie wspomina o Chinach, które odgrywają tu znacząca rolę.

Ponieważ książka składa się z esejów, które autor napisał w różnym odstępie czasu bardzo często powtarzają się te same informacje. Jest to męczące.

Generalnie książkę polecam! Dużo piekielnie uroczych ciekawostek z zakresu folkloru czarowniczego.

wtorek, 31 marca 2015

Carl Sagan "Świat nawiedzany przez demony"


Nightwish nagrał nowy kawałek pt. "Sagan" stwierdziłem, że to najwyższa pora na sięgnięcie po zakurzoną na półce książkę. 

Porusza ona bardzo wiele tematów. Głównym motywem wydaje się być sprawa uprowadzeń przez UFO, które jak udowadnia autor nie są niczym nowym, tylko starym zjawiskiem opętania we współczesnej postaci. Przez cała resztę "Świata nawiedzanego przez demony" Sagan porusza kwestie sceptycyzmu w wielu zjawiskach. Obszerna część materiału to sprawy manipulacji, hipokryzji, ludzkiej percepcji, omamów, procesów czarownic, naiwności, fałszowania historii, złudach New Age i innych praktyk etc. Na końcu już czytamy o fizyce i historii dokonań ludzkości. 

Jakie tutaj ciekawostki znalazłem: 

Każde pokolenie obawia się, że standardy edukacyjne ulegają obniżeniu. W jednej z najstarszych prac w historii ludzkości pochodzącej z państwa Sumerów sprzed około 4000 lat autor uskarża się, że młodzi są zdecydowanie mniej wykształceni niż poprzednie pokolenie. (s. 18-19)

A my tu krytykujemy standardy unijne (jakby nie patrzeć prawidłowo) ...

Cytat z Thomasa Graya:

[...] gdzie niewiedza jest rozkoszą,
Szaleństwem jest być mądrym. (s. 25)

Myślę, że nie wymaga to komentarza. 

Ady ostrzegał również  przed niebezpieczeństwem, twierdząc, że "narody zginą z powodu braku wiedzy". (s. 40)

No i właśnie giną. Bastardyzacja, kult tępoty, lewackie rządy, islamizacja, emigranci z Afryki ... Tylko czekać. 

Jedno z wielkich przykazań nauki brzmi: "Podważaj poglądy autorytetów". (s. 42)

Na swój temat podważam poglądy wielu naukowych autorytetów. Na ich własny również. Kij wam w nery wielcy profesorowie! 

Innym instruktywnym przykładem na współistnienie skłonności do konspiracji oraz kultu tajemnicy jest National Security Agency (NSA) [Narodowa Agencja Bezpieczeństwa]. Organizacja ta monitoruje telefony, radia oraz inne środki komunikacji zarówno przyjaciół, jak i wrogów Stanów Zjednoczonych. Potajemnie kontroluje światową korespondencję. Codzienny ruch w tej instytucji jest ogromny. W czasach napięć międzynarodowych duże zespoły pracowników NSA, władających biegle wieloma językami, siedzą z słuchawkami na uszach, nadsłuchując na bieżąco wszystkiego, co możliwe, począwszy od zaszyfrowanych poleceń generalicji przeciwnika, a skończywszy na rozmowach kochanków. (...) Wszystko jest zapisywane, a więc istnieje możliwość późniejszego powrotu do magnetycznych taśm, na przykład w celu wyśledzenia pierwszego pojawienia się zakodowanego hasła lub przypisania odpowiedzialności danej osobie w przypadku kryzysu. Niektórych podsłuchów dokonuje się z baz znajdujących się w sąsiednich krajach (w Turcji znajdują się bazy dla Rosji, a w Indiach dla Chin), z samolotów i okrętów  znajdujących się w pobliżu danego państwa lub z satelitów szpiegowskich znajdujących się na orbicie Ziemi. (s. 101).

Powyższy fragment zadedykowałbym wszystkich amerykańofilnym rusofobom. Wszędzie tępaki widzą rosyjską agenturę, ale to, że amerykańce szpiegują ludzi na każdym kroku to nie jest istotne. Rusofoby! Amerykanie was kochają i w razie jakiejkolwiek interwencji ze strony "wroga" z całą pewnością owi "sojusznicy" (którzy wiz nie znieśli, a wy chcecie walczyć w ich interesie przeciwko potężnej Rosji) wam pomogą. Odpowiedzcie sobie sami na intrygujące, intymne pytania.

Dalej ciekawy cytat specjalisty z FBI, Lanninga:

Faktem jest, że zdecydowanie więcej zbrodni i aktów maltretowania dzieci zostało dokonanych przez fanatyków w imię Boga, Jezusa i Mahometa niż kiedykolwiek w imię szatana. (s. 170)

♩ Szatan najlepszym naszym przyjacielem był! 
♩ Szatan najlepszym naszym przyjacielem był! 
♩ Szatan najlepszym naszym przyjacielem jest! Jego duch żyje pośród nas! 

Kilka autentycznych faktów, które przytacza Sagan:

Rozważmy pięć przypadków: 1. Myra Obasi, nauczycielka ze szkoły w Luizjanie, która została opętana przez demony - w co uwierzyła wtedy, gdy wraz ze swymi siostrami zasięgnęła rady u czarownika hoodoo. Koszmary występujące u jej siostrzeńca były jednym z dowodów na to zdarzenie. Tak więc opuściwszy pięcioro swoich dzieci udała się wraz z siostrami do Dallas, gdzie jej siostry wydłubały pani Obasi oczy. Na procesie Myra Obasi broniła swych sióstr. Twierdziła, że chciały jej pomóc. Jednakże należy pamiętać, że hoodoo nie jest czczeniem szatana; jest to mieszanka katolicyzmu i afrykańsko-haitańskich religii ludowych. 2. Rodzice zabili dziecko na śmierć, ponieważ nie akceptowało wyznawanej przez nich odmiany chrześcijaństwa. 3. Osoba maltretująca dzieci usprawiedliwiała swoje czyny tym, że czyta swoim ofiarom Biblię.4. Czternastoletniemu chłopcu podczas odprawiania egzorcyzmów wydłubano oko. Jego oprawcą nie był satanista, ale protestancki fundamentalista zaangażowany w działalność religijną. 5. Kobieta twierdziła, że jej dwunastoletni syn był opętany przez diabła. Po odbyciu z nim zakazanego stosunku płciowego obcięła mu głowę. (s. 172).

Urocze! 

Cytat z listu do Sagana:

Ufolodzy są heretykami, którzy muszą być ekskomunikowani lub spaleni na stosie.  (s. 207)
A ja się pytam co z wkładaniem niemowlaków do kuchenki mikrofalowej na trzy zdrowaśki?
Gdybyśmy potraktowali dosłownie każde słowo Biblii, musielibyśmy uznać, że Ziemia jest płaska. To samo dotyczy słów Koranu. Twierdzenie, że Ziemia jest okrągła, oznacza, że jest się ateistą. Największy autorytet religijny Arabii Saudyjskiej, szejk Abdel-Aziz Ibn Baaz, wydał w 1993 roku fatwę, w której stwierdził, że Ziemia jest płaska, a ktokolwiek próbuje twierdzić inaczej, nie wierzy w Boga i powinien zostać ukarany. Jednym z paradoksów tej sytuacji jest fakt, że istotne dowody na kulistość Ziemi, zgromadzone przez żyjącego w II wieku naszej ery astronoma Klaudiusza Ptolemeusza, ocalili dla kultury zachodniej astronomowie muzułmańscy i arabscy. (s. 332). 

Ciekawe jak się w tym kraju pilotów samolotów kształci? Z resztą o co ja pytam? Wiemy jak kiedyś we wrześniu muzułmańscy piloci z innego kraju przelatywali w okolicy wież World Trade Center ... 

Cytat z kolejnego listu:

Zauważyli, że zdolniejsze uczennice były poddawane silnej presji, by nie wyróżniać się w szkole. Jeśli dobrze radziłyby sobie w nauce, to mogłyby zostać oskarżone o "udawanie białych". (s. 351). 

To mówi samo za siebie. 

Jeszcze inny list:

Czy pan tego nie rozumie? System trwa tylko dlatego, że tworzy go populacja bogobojnych ignorantów. Istnieją powody, dla których wielu [wykształconych ludzi] nie może znaleźć zatrudnienia. (s. 353)

A ja myślałem, że tak jest tylko u nas ... Wprowadzić płatne studia, powiadam po raz kolejny! 

Materiał uważam za bardzo dobry, choć jak to zwykle bywa autor nie uniknął pułapek hipokryzji. Polityczna poprawność jest najlepszym tego przykładem, podobnie jak inne wartości lansowane w ostatnich rozdziałach książki ... Staje się to wręcz nieznośne. 

Ale książkę polecam! 

czwartek, 21 sierpnia 2014

ks. Jan Kracik "Chrześcijaństwo kontra magia. Historyczne perypetie"


Ponieważ w łapę wpadła mi także i ta lektura stwierdziłem, że i ją chętnie przeczytam od strony pierwszej do ostatniej. 

Po zapoznaniu się z jakże niezwykłymi "mądrościami" ks. profesora Posackiego widząc na okładce to samo wydawnictwo byłem niemalże pewien, że poziom merytoryczny obu prac będzie mniej więcej taki sam. 

I tutaj się bardzo zawiodłem! Ale zdarza się to nawet najlepszym. 

Książka ks. Jana Kracika  "Chrześcijaństwo kontra magia. Historyczne perypetie" to świetne opracowanie tematu magii, zabobonów, wzajemnych relacji i przenikania się chrześcijaństwa z pogaństwem na tle historycznym. 

Kracik wykorzystał dobre źródła, dzięki czemu jego praca jest bardzo treściwa. Wprawdzie nie weryfikowałem informacji zawartych w każdym zdaniu zerkając do posiadanych książek, ale muszę przyznać, że dostrzegalna wiedza i charakterystyczny dla religioznawców (nie teologów) obiektywizm rzucają się w oczy. Nawet nie powiedziałbym, że książkę napisał katolicki ksiądz, gdyby nie zostało to zaznaczone na okładce. 

Autor opisuje rozmaite fenomeny z punktu widzenia historyka (niby ksiądz, a zmysł historyczno-religioznawczy go poprowadził). Choć muszę stwierdzić, że rzuciła mi się w oczy jedna perełka:

Tylko najbardziej inteligentne jednostki odrzucały wiarę w skuteczność magicznych formuł. (s. 16) 
Bez komentarza. Podobnie rozśmieszył mnie przypis do 666 numeru czasopisma "Znak" na stronie 25. 

A tak to dużo ciekawostek historycznych. Niesamowita informacja:

Jan Chryzostom ... ganił w kazaniach kobiety, które choroby dzieci zwalczały za pomocą magii zamiast chrześcijańskiego lekarstwa, czyli znaku krzyża. (s. 43). 

Wciągnął mnie temat amuletów, na których byli pogańscy bogowie i chrześcijańscy świeci. Podobnie jak i leczenie wiarą zamiast lekarstwami.  Albo to, że na Islandii nie wolno było o kimś pisać wierszy bez zgody tejże osoby, gdyż można było tym sposobem jej zaszkodzić. Mam tylko nadzieje, że pisząc co poniektóre posty szkodzę zdrowiu opisywanych w nim postaci, którym dedykuje osobiste wstawki ...

Dla osób, które nie zapoznały się z wieloma tekstami źródłowymi polecam śmiało tę książkę jako treściwe wprowadzenie do tematu. 

Ogólnie rzecz reasumując - polecam! 

sobota, 7 czerwca 2014

Szymon Wrzesiński "Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu"


Bardzo ciekawą lekturą jest książka Szymona Wrzesińskiego pt. "Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu". Na wstępie dowiadujemy się, że jest to opracowanie popularnonaukowe. Autor używa charakterystycznego staropolskiego słownictwa, nazewnictwa i wyrażeń, szczegółowo przedstawiając tytułowe zagadnienie. 

Oczywiście spodziewałem się soczystych, krwistych, bezlitosnych opisów prac wykonywanych przez egzekutorów na przełomie stuleci. Wiele się nie zawiodłem, bo choć plastyczność opisów należy tutaj do rzadkości, to jednak sam cech kata opisany jest bardzo precyzyjnie. Wiemy, jakie w dawnej Polsce bywały metody tortur (mutylacja, ścięcie głowy, wieszanie, ćwiartowanie, łamanie kołem, chłostanie, piętnowanie etc., długo by wymieniać). 

Dobre jest to, że autor obala mit kata jakoby nosił on czerwony kaptur z dziurami. Podobnie jak i to, że większość głów ścinano nie toporem lecz mieczem. Wiedziałem też, że kaci prowadzili domy publiczne i znali się na leczeniu ziołami, ale pewną nowością jak dla mnie było to, że zajmowali się oni wywozem zdechłych zwierząt i grzebaniem ich. Podobnie jak i dbaniem o inne kwestie porządkowe w miastach. No, tego się po katach nie spodziewałem! A to, że ich żony czasem były ... Jakbyśmy to nazwali współcześnie "motywatorkami" w domach publicznych. Ciekawe. 

Najbardziej wbrew pozorom wciągnął mnie temat obyczajowości minionych epok związanej z zawodem kata, np. rękawiczki z psiej skóry, albo:


Różnie wyglądał także sam strój kata, nieraz uzupełniany specyficznymi oznaczeniami, co miało w sposób dyskryminujący odróżnić go od pozostałych mieszkańców. W średniowiecznym Krakowie oprawca musiał nosić specjalne ubranie z naszytymi na rękawie trzema kawałkami sukna w kolorach białym, czerwonym i zielonym. Tradycja oznakowywania utrwaliła się w tym mieście na tyle, że w 1785 roku z powodu licznych burd ulicznych wprowadzono dodatkowe oznakowanie sług katowskich. Od tego czasu musieli oni nosić na białych suknach litery "H". Taką samą literę z czasem kazano naszywać na płaszczach oprawców we Wrocławiu. 
W okresie średniowiecza polski kat nie był zobowiązany do noszenia żółtych barw, uznawanych za kolor cechujący ludzi pogardzanych (np. Żydów). Wręcz przeciwnie, mógł wybierać spośród ubrań o barwie czarnej, brązowej, purpurowej, czerwonej, szarej, ciemnozielonej. (s.31)



Kat miał jedynie pamiętać, aby wraz z żoną nie odziewał się zbyt bogato. (s.32)


Inne ciekawostki:


We Lwówku radni w 1609 roku ogłosili zarządzenie, w myśl którego zabroniono pomocnikom kata spotykania się z mieszczanami w karczmach i piwiarniach pod karą grzywny w wysokości jednego talara. (s. 47)
Nic dziwnego, że obywatele potrafili spluwać na widok oprawcy, odwracać głowę, a bochen przeznaczony dla mistrza sprawiedliwości kłaść na ławach chlebowych wierzchem do dołu, co miało podkreślić pogardę dla jego zawodu. W niejednym kościele czekano nań oddzielne i często oddalone miejsca wśród wiernych, gdyż specjalne krzesło na trzech nogach, przygotowano mu na kruchcie. W Toruniu raz w roku wybierany dzień, gdy kościół był niemal pusty i wówczas dawano oprawcy możliwość wyspowiadania się. Mało tego, przygotowywano dlań mały ołtarzyk w dni powszednie, a spowiadający go bracia z zakonu dominikańskiego mieli tak przytrzymywać swe habity, by ich kat przypadkiem nie dotknął. (s. 53)

Motyw grzebania katów jak aktorów w średniowieczu też jest opisany. Podobnie ciekawie przedstawione są historie procesów, m.in. czarownic. Ciekawe, że ścięcie głowy było uważane za mniej hańbiące niż wieszanie i, że warstwy wyższe uważały szubienicę, za narzędzie dla motłochu. To, że kaci tracili pracę jeśli nie potrafili ściąć głowy jednym zamachem.

Dużo ciekawostek historycznych z gatunku hard core.

Gorąco polecam! 

sobota, 17 maja 2014

"Księga wiedzy tajemnej"



Myślę, że "Księga wiedzy tajemnej" powinna być rozprowadzana za pomocą telezakupów Mango Gdynia (o ile ten interes nadal się kręci, a nie wiem, bo telewizji nie oglądam). Tam właśnie można kupić produkt za mniej, niż jest wart, a podobne rzeczy bez problemu znaleźć w okolicznych sklepach. No to idźmy z duchem czasu i zareklamujmy książkę w należyty sposób:

Po co kupować trzy marne książki za 29 zł, skoro można kupić pakiet - trzy w jednym za jedyne 59 złotych.

I właśnie? Po co? Bo jest to strata pieniędzy i czasu ... 

"Księga wiedzy tajemnej", wydane przez Wydawnictwo Rea, to pakiet trzech beznadziejnych książek o typowo New Age'owej tematyce. 

Zanim przejdziemy do bezpośredniego wyśmiewania każdej z nich, zwróćmy się otwartym, publicznym listem do kilku postaci:

Pani tłumaczko z języka angielskiego, Bogno Piotrowska!
Panie tłumaczu z języka angielskiego, Marcinie Królu! 
Panie redaktorze, Andrzeju Olejniku!
To prawdziwe nazwiska czy tylko pseudonimy, którymi próbujecie Państwo zakryć swoją tożsamość po puszczeniu w świat tak niedopracowanego gniota?
Ja rozumiem, że najprościej jest teraz użyć opcji kopiuj (CTRL+C), następnie wejście na stronę Google Translatora (https://translate.google.pl/#auto/pl/), a następnie wciśnięcie opcji wklej (CTRL+V), by najprościej otrzymać oczekiwany rezultat, jakim jest tłumaczenie tekstu z języka angielskiego na polski, ale uwierzcie mi Drodzy Państwo, że program ten nie poprawia gramatyki, stylistyki i innych rzeczy. 
Oprócz błędów gramatycznych, stylistycznych, ortograficznych, nagminnych braków spacji, powtórzeń wyrazów w zdaniach, nie brakuje nawet błędów merytorycznych. Nie wiem czy to lapsusy językowe czy fakt, że nawet nie pokusili się Państwo o zerknięcie do Wikipedii, celem zweryfikowania pewnych tłumaczonych informacji?
z poważaniem
Siliniez

Taki ciekawy przykład:

Wspomina się także o zainteresowaniu okultyzmem pod wpływem zasłyszanych przez Elżbietę i Abigail opowieściom o voodoo, którymi raczył je Indian Tituba - służący przywieziony przez wielebnego z Barbadosu (s.203).

Gwoli ścisłości - Tituba była kobietą ...  A takich kwiatuszków jest dosyć dużo w tekście.

Pośmiejmy się po kolei z każdej książki. 

JOSEPH TOLEDANO "MAGIA EGIPSKA"

Pierwszą część pakietu stanowi książka o Egipcie. Dużo tutaj powiedzieć się nie da. Informacje jak zwykle podstawowe, nie ukazujące szerszych aspektów magii egipskiej. Podstawy (napisane okropnie z błędami językowymi), zawierające pewne nieścisłości (np. Ozyrys został zabity, zmartwychwstał, a jego syn obejmuje po nim sukcesję tronu ...). Ponieważ nie jestem egiptologiem, nie wypowiem się wiele. Nic rewelacyjnego w każdym razie. 

RAPHAEL YEDIDYA "KABAŁA"

Na początku trochę tradycyjnej, powtarzanej teorii kabały - Drzewo Życia, horoskopy, numerologia etc. A potem wkraczamy w świat zabobonów. No tutaj można drzeć boki ze śmiechu! Czytałem kiedyś podobne brednie, ale już te tutaj przekroczone zostały wszystkie granice. Dobrze, że na początku tego fragmentu wydawnictwo poinformowało, że nie ponosi odpowiedzialności ze efekty tych praktyk. Słuszna postawa. Ale pośmiejmy się trochę i wybierzmy trzy najfajniejsze cytaty:

Przy okazji porodu:

A ostatni ze sposobów jest taki: niechaj mąż rodzącej odda mocz do własnego buta i da żonie do wypicia jedną szklankę tego moczu (s.156).

Przy okazji dzieci: 

W przypadku małżonków, których dzieci umierają w niemowlęctwie, radzi się postąpić tak: zbierz uronione u twego boku przez męża nasienie i podaj odrobinę dziecku narodzonemu z waszego związku, a wówczas na pewno nie umrze (s.134).

I jeszcze ten należący do pierwszej trójki najlepszych:

W przypadku dziecka, które straciło mowę wskutek choroby lub przerażenia, matka powinna włożyć sobie do łona palec prawej ręki i trzymać tak długo, aż będzie ciepły, a następnie szybko włożyć dziecku do buzi (s. 144).
Oczywiście cały rozdział jest pełen takich perełek, których za żadne skarby bym nie próbował. Zastanawiam się czy kabaliści na prawdę je stosują czy tylko chcą to sprzedać "gojom", żeby z nich podrwić?  Wszystko co zdrowe ma być niezdrowe, a już mieszanie pewnych składników i zjadanie ich ... Dobra, pozwolę sobie przemilczeć ten oksymoron, jakim jest żydowska mądrość ...

SORAYA "KSIĘGA ZAKLĘĆ"

I jesteśmy w domu jeśli chodzi o ulubione tematy magiczne. Ale w tym przypadku to jednak klasyczna pomyłka. Soraya deklaruje się być pół-Arabką, pół-Szkotką mieszkającą w Szkocji. Z tejże racji na pierwszy rzut oka wydawało by się, że autorka opisze czarownictwo w typowo brytyjski sposób. Ale nie. Mamy tu typowo ame-wiccański sposób rozumienia tego pojęcia. Ale nie bądźmy aż tacy zdziwieni. W Polsce też mamy prawdziwych wiccan i nie do końca prawdziwych. Tutaj w każdym razie występuje to drugie w wersji popularnej. Ach ta ewolucja religii ... 


Co dużo powiedzieć o książce Sorayi? Typowe dzieło do zamknięcia w Indeksie Ksiąg Zakłamanych. Książka nie wiele różni się od pracy np. Celestyny Puziewicz. Nawet pojęcie "coven" zaadoptowane przez Polaków tutaj jest tłumaczone jako "sabat". Stek New Age'owych pierdół, podstawowych kwestii teoretycznych. A potem rytuały, które jakimś dziwnym sposobem nie wiele różnią się od siebie kolejno.  Schemat mają niemalże identyczny. Wszystkie należy odprawiać o 7.00 lub 19.00. Krótko pisząc - kolejny totalny gniot ze słowem "wicca" w treści. Pewne rzeczy pochodzące bezpośrednio z tradycyjnej wicca również są niewłaściwie tłumaczone na eklektyczny sposób. Beznadzieja ... 

REASUMUJĄC

Napiszę krótko. Nie czytajcie tej książki, chyba, że chcecie sobie wzrok popsuć, albo pośmiać się z żydowskich zabobonów.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Ben Whitmore "Trials of the Moon. Reopening the Case for Historical Witchcraft"


A właściwie to "Trials of the Moon. Reopening the Case for Historical Witchcraft. A critique of Ronald Hutton's Triumph of the Moon: A History of Modern Pagan Witchcraft". Czyli książka o długim tytule, a paradoksalnie ma tylko ponad 80 stron.

Ben Whitmore, arcykapłan aleksandriański, mason loży damsko-męskiej z Nowej Zelandii postanowił wziąć pod lupę prace znanego badacza współczesnego pogaństwa, którym jest prof. Ronald Hutton. I faktycznie wykazał się przy tym dużą wiedzą, wnikliwością, nie szczędząc emicznego punktu widzenia, który w rozważaniach nad historią religii wicca okazuje się znacznie lepszy niż etyczny. Jakoś tak pan Hutton wybitnie starał się udowodnić coś, co nie od dziś wiadomo, że w przeszłości wyglądało znacznie inaczej (to już nawet ja wiedziałem, że magia to nie tylko przymuszanie transcendencji do wykonywania pewnych czynności, ale także inne formy np. modlitwy).

Spodziewałem się głównie krytyki Huttona pod kątem historii wicca, tymczasem Whitmore pojechał głównie po jego wiedzy dotyczącej historycznego pogaństwa. Zarzucając mu częste "mislead", dziwne rozumienie materiału pisanego i nadinterpretacje. Na miejscu Huttona pomyślałbym nieśmiało o ceremonii seppuku ... Oczywiście Whitmore analizuje nie tylko "Triumf księżyca" czasem wspomina o pozostałych publikacjach rzeczonego autora. Ostatnim kopniakiem w tezy pana profesora jest powołanie się na publikacje z lat ostatnich m.in. Philipa Hesletona, które krótko mówiąc dobitnie w wielu przypadkach obalają tezy brytyjskiego uczonego.

Książka pisana nieprostym w tłumaczeniu językiem, widać, że Whitmore ma dużą wiedzę w zakresie opisywanego tematu i stosuje bogate słownictwo specjalistyczne. Bardzo pozytywnie mnie także zaskoczył swoją wiedzą z zakresu historii czarownictwa, procesów, a także pogaństwa europejskiego. Tak, tak! Łatwo mnie kupić, jeśli ktoś z innego kraju pisze o religii Słowian. A już wymienienie polskich rodzanic jest wisienką na torcie. Uaktualniłbym to o Trzy Zorze, co wzmocniłoby tezy dotyczące triad bogiń.

A co do tez Huttona na temat wicca, to pozwolę sobie zacytować fragment przypisu:

 Hutton still makes some surprising statements regarding this era: his analysis of British Wicca as a right-wing ideology that desired "a free market, in magic and sex in economics" (p.361) left me scratching my head, and his statement that Vivianne Crowley became informal successor to Alex Sanders in leading the Alexandrian tradition (p.373) is palpably wrong: if anyone can be said to hold this position it is Maxine Sanders. Crowley was initiated into Maxine's coven, and in thus part of the Alexandrian family, but she only stayed for a short time before seeking re-initiation into Gardnerian Wicca, which has seemingly been her focus ever since. [...] (s.3)

O kurcze! I to jest faktycznie przykład porażki ...



Z cyklu "Laurki on-line", Panie Whitmore, książka jest świetna! Gorąco ją polecam wszystkim sympatykom wicca i samym wiccanom. Ocena: celująca.

środa, 25 września 2013

Peter Grey "Czerwona bogini"







Znalezienie dwóch banknotów dwudziestozłotowych na chodniku umożliwiło mi kupno zapowiadanego hitu, którym jest "Czerwona bogini" Petera Greya, wydana w bieżącym roku przez wydawnictwo Okultura. 

Muszę śmiało powiedzieć, że opłacało się kasę wydać na rzeczoną lekturę. Po raz pierwszy od kilku miesięcy trafiłem na pozycję, która bardzo mnie wciągnęła swoją treścią. 

Początkowo obawiałem się, że ten hit będzie tylko zlepkiem objawionych w setkach książek truizmów, lecz na szczęście miałem przyjemność się pozytywnie rozczarować. Pewne truizmy się tutaj pojawiają, ale Grey rozpatruje je nieco inaczej niż pozostali komercyjni magowie XXI w.
Może nie skłamię, jeśli napiszę, że robi to w stylu osób, do których nawiązuje w następnych rozdziałach, taki jak Aleister Crowley czy Anton Szandor LaVey. I wychodzi mu to na dobre. Takim przykładem może być kwestia żeńskiej Bogini, którą w próżniejszych epokach uosabia św. Maryja. Inna to np. temat Rogatego Boga, sabatów i czarnych mszy.

Właściwie cała lektura jest o seksie! Motywem przewodnim jest bogini Babalon, ale w rzeczywistości książka jest przekrojówką wielu historycznych tematów. Od starożytnego Bliskiego Wschodu, poprzez templariuszy,  Johna Dee i Edwarda Kelly'ego po współczesnych magów. Mowa oczywiście o najwybitniejszych jednostkach, których nazwiska są nam dobrze znane. Porównanie Lilith i Babalon. Afrodyzjaki, halucynogeny, kabała, gematria, łamanie seksualnego tabu etc. Zagadki, które stworzyła Biblia, po to jak odprawić rytuał ku czci Babalon. Tak więc, poimy róże naszą krwią, zajadamy się "turecką viagrą" czyli rachatłukum i myślimy o przepełnionym miłością seksie. 

Podoba mi się język jaki zastosował Grey (duży ukłon w kierunku tłumaczy, że wiedzieli jak to przełożyć na nasz dialekt). Dużo jest wulgarnych słów, ale nie są one używane pochopnie. Grey pokazuje pewną transgresję kulturową i udowadnia rzeczy, które dla niejednej osoby wydają się niesmaczne. Dużo ciętych ripost.

Z perspektywy osoby zafascynowanej tematem religii wicca, która jest "królową wszystkich religii" gdyż pod względem swej kwintesencji doktrynalnej i kultowej stanowi jakby trzon lub skrzyżowanie największych prawd występujących we wszystkich religiach, muszę śmiało polecić "Czerwoną boginię". Autor niejednokrotnie wspomina o Gardnerze, raz nawet o Doreen Valiente, nawiązuje do wiccańskich założeń. Pomijam już fakt, że myśli wiccańskich jest tam zawartych znacznie więcej. Osoba znająca temat wyczuje je od razu. 

Pojawiają się też kwestie sabatów i co mi się u Greya podoba, czasem jedzie po ludziach, którzy niby są poganami, a w rzeczywistości mają bardzo oazowe charaktery (tak, wiesz dobrze, że o Tobie mówię mój drogi kolego ***).

Dla smaku zacytuję pewien fragment dotyczący historii:


"... Jakub VI stanowił dla Bothwella przeszkodę na drodze do tronu, a że nie udało się mu ani porwać ani usunąć drogą politycznej rozgrywki, hrabia najwyraźniej uciekł się do czarnej magii. W wigilię Święta Zmarłych 1590 roku - w dzień znany wiedźmom jako święto Samhain - czarownice zgromadziły się na sabacie. Dwieście wiedźm przetańczyło noc na grobach cmentarza należącego do parafialnego kościoła w North Berwick, pląsając di diabelskich nut płynących z harmonijki ustnej Gilly. Oprócz hrabiego Bothwella, tylko kilku mężczyzn wzięło udział w sabacie. Zgromadzeniu przewodził Szatan. Opisy przedstawiają go jako:
 dobrze wyposażonego przez naturę czarnego mężczyznę z czarną brodą ułożoną w szpic jak u kozła, o garbatym nosie niczym dziób jastrzębia, merdającego zalotnie ogonem.
 Od razu przychodzi na myśl Bafomet templariuszy, prawda? Czarownice ponoć najpierw ochrzciły kota, potem go torturowały, a następnie okaleczywszy ludzkie zwłoki, przystroiły go potwornościami w stylu odciętych dłoni, stóp i genitaliów, aby na koniec cisnąć go w morską topiel. Cel rytuału? Śmierć króla Szkotów Jakuba VI. [...]" (s.181-182)
Co za poświęcenie? I co by tutaj dużo powiedzieć? Szkoda, że w Polsce nawet kilka wiedźm się nie zgromadzi, żeby podobny urok rzucić na polski rząd. Jak zwykle obciach na cały świat ...

"-"

Jeśli chodzi o minusy książki, to właściwie nie wiele ich znalazłem. Pierwszy główny to taki, że Grey często wspomina o Apokalipsie św. Jana. Nie zwraca jednak uwagi na istotną rzecz. Badacze udowodnili, że obecna Apokalipsa Janowa to najprawdopodobniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość. Analiza językowa wykazała, że pewnych fragmentów nie mógł napisać prosty rybak, a historia pomyliła go z pewnym innym, natchnionym Janem, pochodzącym najprawdopodobniej z regionu Efezu. Nie zapominajmy, że w owej epoce pojawiła się moda podług której, pisane teksty autoryzowano nie swoim imieniem lecz imieniem kogoś znanego, tak, żeby zapewnić im autorytet. To tak jakbym ja napisał manifest namawiający do podpalenia siedziby naszego rządu, a podpisał się jako np. Ojciec Tadeusz. Grey nie zwrócił na to uwagi.

Drugi błąd jaki mu zarzucam, to ten samo co Nergalowi. Jako następny wyprowadził angielską nazwę Wielkanocy od imienia bogini Isztar. 

No i jak to w XXI w. bywa, nie sposób się z kimkolwiek zgodzić w 100%. Czasem tezy Greya też uważam, że są za mocno podciągnięte pod pewne sprawy. Jest to jednak krok w dobrym kierunku.

A tak to powiem tylko, że książka aż roi się od ciekawostek historycznych, a także, czego np. brakuje u Crowleya, nawiązań do skomputeryzowanej współczesności. Dużo przemyśleń, ciekawy język, dojście do kwintesencji tematu. Ocena książki: + bardzo dobry.

 A teraz czas na muzykę, na której nasz Peter się ewidentnie nie zna dobrze.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Anna Koprowska-Głowacka "Czarownice z Pomorza i Kujaw"



Książka Anny Koprowskiej-Głowackiej pt. "Czarownice z Pomorza i Kujaw" to głównie fabularyzowane (co zostało zaznaczone na wstępie) historie z Epoki Stosów na terenie obecnej Polski. Oczywiście, więcej tutaj nazwisk ludności niemieckiej, którą po wielu wiekach okupacji na szczęście Rzeczpospolita wysiedliła za Odrę. Spodziewałem się stenogramów z opisami jakichś wydarzeń historycznych, jednak zastałem tylko historyjki pisane na jedno koźle kopyto. 

Na samym wstępie książki mały "false start". Autorka zaczyna od "Malleus Maleficarum", jednak nic nie wspomina np. o "Canon Episcopi". Potem kolejny rozdział opowiada o czym jest nie-sławny "Młot na czarownice". Zastanawiam się tylko po co?

Schemat przeciętnej historii wygląda następująco:

  • żyła sobie dobra i szanowana osoba,
  • niespodziewanie oskarżono ją o czary,
  • aresztowano, sądzono, wypytywano,
  • pławiono, badano dalej, torturowano,
  • przyznała się do winy pod wpływem tortur,
  • spalono ją żywcem publicznie ku ucieszy gawiedzi. 

Oczywiście nie wszystkie historie są identyczne. Czarownice musiały trochę nakłamać, ale małe tortury sprawiły, że wyśpiewały wszystko jak z nut. Mamy tutaj wiedźmy z m.in. Chojnic, Bydgoszczy, Trzebiatowa, Lubieszyna, Grudziądza, Krukowa, Gdańska czy Szczecina. Dobrze jest opisana historia Sydoni von Borck. Kilka z opowieści wciąga mocno, zwłaszcza historia sędziego prowadzącego proces własnej matki. A tak to wszystko w kółko jednolicie.

Ciekawe jest to, że na stosy głównie skazywano osoby pyskate, rozsiewające plotki, demonstrujące swoją niezależność i z uporem maniaka broniące własnego zdania. Uważam, że w środowisku współczesnych czarownic, taka decymacja też by nie zaszkodziła. Tyle, że po całej akcji nie wiele osób by przeżyło. Wiedźmy jak widać miały swoje charaktery i mają je dalej, bez względu na epokę w której żyją.

Powody oskarżeń też urocze np.  konkretny czarny garnek w domu. 

Opowiastki wskazują na niewinność złych wiedźm, które m.in rzucały uroki na zwierzęta hodowlane, natomiast autorka tak na prawdę nie stara się wskazać jakiś faktów. Wiadomo, że dawniej z magią było jak obecnie z piractwem nagraniowym - oficjalnie zabronione, nieoficjalnie nikt tego nie przestrzega, a który policjant nie ma konta na YouTube?

Słabo chce mi się wierzyć, że wszystkie spalone na stosach lub litościwie ścięte przez katów czarownice były tak na prawdę niewinne. Przeżytki pogańskie były w tych czasach na prawdę silniejsze niż w obecnych. Nie podejrzewam, żeby wiedźmy psuły sąsiadom masło za pomocą czarów, jednak równie słabo chce mi się wierzyć, że przeciętna wiedźma nie znała się dobrze na zielarstwie i, że tej sztuki nie czyniła. A reszta to już miejskie mity. 

Polecam (razy 1/2)!

piątek, 23 listopada 2012

Patricia Crowther "Witchcraft in Yorkshire"



No to realizując stare przysłowie "dwie pieczenie przy jednym ogniu" - za jednym zamachem przeczytałem kolejne dzieło Pat Crowther pt. "Witchcraft in Yorkshire" (z dodatkiem w tytule"Collectors 35th Anniversary Facsimile Edition", czyli krótko pisząc jedno z nowszych wydań). W przeciwieństwie do wcześniej omawianych dzieł autorki, to nazwałbym broszurą, gdyby nie fakt, że objętościowo lekko przekracza dopuszczalną ilość. Książka ma ponad 70 stron. Mimo to jest typowym dziełem spod ręki starego pokolenia wiccan - czyli jak powszechnie wiadomo, cennego.


"Witchcraft in Yorkshire" od razu budzi we mnie wspomnienia. Tak, urzędując w Anglii przez pół roku plądrowałem okolice West Yorkshire, gdzie rezydowałem. Byłem w Wakefield, Dewsbury, Leeds, Ossett, Huddersfield, Halifaxie, Knaresborough, Morley. Zwiedzałem całą okolicę, kiedy pozwalał mi na to czas i pieniądze. Zawitałem do Nottingham, Manchesteru, ale to już inna historia. Tak więc obszar ten jest mi znany i generalnie miło wspominany, choć uważałem to całe West Yorkshire za totalną dziurę. Wyjątkiem było jedno miejsce, o którym zaraz coś więcej dodam od siebie.

Autorka oczywiście pisze w swojej pracy o historycznych procesach czarownic, znanych wiedźmach z Yorkshire, wspomina o Robin Hoodzie, o Królowej Maja, wywód kończy zielarstwem i właściwościami ziół. Nie brakuje akcentów typu Braterstwo Czerwonej Podwiązki, Matthew Hopkins, sprzedaż wiatrów, familiary, czy szpilki, które wbijano kobietom, żeby sprawdzić czy są czarownicami.

Najbardziej zauroczył mnie temat znanej wizjonerki Mother Shipton, której miejsce urodzenia pojechałem odwiedzić niezwłocznie po tym, kiedy się dowiedziałem, że znajduje się ono w regionie, w którym mieszkam. Pat opisuje legendę tej sympatycznej osoby w pełnej okazałości. Miałem problem z przeczytaniem nazwy "Knaresbourough", ale na szczęście kierowca autobusu okazał się Polakiem i udzielił mi odpowiednich wskazówek. 









To jedyne zdjęcia, które udało mi się wykonać moim telefonem. Petryfikująca Studnia przypominająca ludzką twarz, która potrafi zamienić w kamień (dlatego nie należy się do niej zbliżać, jak mówi lokalny folklor). Nie jest to kłamstwem, bo zawieszone na niej rzeczy kamienieją po kilku miesiącach. A są tam powieszone różne buty, torebki, akcesoria należące do gwiazd i dziennikarzy. Poniżej tabliczka informacyjna. Potem wejście do Groty w której się urodziła, w końcu wewnątrz jej posąg w grocie. Na samym dole muzeum (chyba nie wpisywałem się do Księgi Wieczystej, nie znajdziecie mnie tam). W każdym razie, gdybyście tam kiedyś byli to polecam to miejsce - Grota Mother Shipton.

Inna wzmianka dotyczyła pewnych postaci z Wakefield, a jeszcze inna czarownicy z Huddersfield. Tam też bywałem, stąd sentymenty. Tajemnicza śmierć Robin Hooda na terenie Kirklees też ma swój klimat - w końcu nie raz autobusem tamtędy przejeżdżałem.

W książce dodatkowo zaintrygowała mnie sztuka robienia wywarów z myszy, które znane były jeszcze w latach 30. XX w. Jeden to myszy gotowane w mleku, a drugi to mouse pie (coś jak Hot Apple Pie z McDonalda, albo to co robiła pani Lovett ze Sweeneyem Toddem z ludzi). Nie wiedziałem też, że 28 grudnia to Childermas lub Holly Innocent Day, najbardziej nieszczęśliwy dzień w roku.

A tak to na kilka godzin jak znalazł. Bardzo dobra praca, polecam!