Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Anczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Anczyk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 czerwca 2018

Adam Anczyk "The Golden Sickle. An Introduction to Contemporary Druidry"


Przenosimy się myślami do Wielkiej Brytanii. 

Z resztą nie tylko tam, bo Adam Anczyk zabiera nas w podróż przez otchłanie historii i przestrzeni: czytamy o tym, co na temat starożytnych druidów zachowało się w zabytkach piśmienniczych, głównie wśród rzymskich kronikarzy, poznajemy pra-neodruidyzm jako ruch inspirowany dawną myślą celtycką by w końcu przenieść się do współczesności i poczytać czym jest on dzisiaj w Europie i w Stanach Zjednoczonych. 

Punkt po punkcie Anczyk wprowadza w temat. 

Na pewne rzeczy nie zwracałem dawniej większej uwagi, mam tu na myśli wpływ aleksandrianina Philipa Shallcrassa oraz Isaaca Bonewitsa dla tego nurtu religijnego, cieszę się, że w niniejszej pracy  rozwinięto te tematy. Ponadto powinszować świetnego przedstawienia wielu innych zagadnień z omówieniem szczegółów historii Zakonu Bardów, Druidów i Owatów (czy może Vatów) oraz Ár nDraíocht Féin. 

Generalnie książka wciąga, autor przysporzył starań do opisania tematu od tej strony jakiej jest to możliwe. 

Moją wątpliwość budzi tylko fakt czy Anczyk faktycznie poznał druidyzm dogłębnie czy tylko bazował na dostępnych mu podstawowych źródłach? Pisząc o wicca przyłapałem go na opcji numer dwa. I teraz zastanawiam się czy tu nie ma tego samego; trochę zdradza go styl pisania - nie waha się stosować wesołych anegdot czy może raczej wesołych aluzji (typowe dla badaczy zakrywających coś) czy odniesień do powszechnie znanych tematów popkulturowych m.in. kilka razy czytałem o Panoramiksie (po angielsku Getafiksie). Napisał, że Gerald Gardner należał do Ancient Order of Druid Hermetists. Wiem, że należał do Ancient Druid Order, nie wiem teraz czy to jest to samo? Zastanawia mnie także rozdział na temat celtyckiego rekonstrukcjonizmu, autor praktycznie nie wymienia z nazwy konkretnych grup pisząc jedynie teoretycznie o nich i porównując z innymi, m.in. z rodzimowiercami słowiańskimi.

Ale tutaj nie mam jasnych podstaw do stawiania podejrzeń i oskarżeń. Ponadto zwrócę uwagę, że temat druidyzmu nie jest tak tajemniczy jak temat wicca, którego nie sposób łatwo zbadać. To w sumie działa na korzyść autora. Jak dotąd nie poznałem lepszego badacza druidyzmu w Polsce od Adama Anczyka. Wnioski, które wysuwa sprawiają wrażenie powszechnie znanych - duża ilość badaczy neopogaństwa kieruje je w identycznym kierunku. Książka jest zatem godna uwagi.

Polecam!

środa, 28 lutego 2018

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król (ed.) "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion"


Wracamy do tematu uwielbianego przeze mnie neopogaństwa. Tym razem pod lupę weźmiemy sobie pracę zbiorową pod redakcją Adama Anczyka i Joanny Mality-Król pt. "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion". Zaczynamy!

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król 
"Between "theological correctness" and everyday life: contemporary Paganism as lived religion".

Na samym początku redaktorzy tomu wprowadzają nas do tematu neopogaństwa - czyli piszą o problemie antykoncepcji, stosunków seksualnych przed ślubem u polskich katolików i przebywających w naszym kraju muzułmanów. Muszę przyznać, że do tematu poruszanej w niniejszej książce tematyki pasuje to wręcz jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod koniec autorzy coś łaskawie wspominają o neopogaństwie, tak więc może skończonej tragedii nie ma.

Z jednym małym wyjątkiem - Malita-Król i Anczyk wspominając o rodzimowierstwie informują, że w 2016 r. istniały w Polsce trzy zarejestrowane związki wyznaniowe, powołując się na pracę P. Ciecieląga. Z tym nie jest tak łatwo, bo w latach 90. ubiegłego stulecia do rejestru podały się faktycznie trzy grupy: Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański i Rodzima Wiara (początkowo Zrzeszenie Rodzimej Wiary). W następnej dekadzie dołączyła także Słowiańska Wiara - Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy. Powinny być zatem cztery grupy. Los PKS jest nam nieznany, prawdopodobnie przestał on istnieć choć dalej widnieje w rejestrze. 

Ważne jak dla mnie jest to, że oprócz tych zarejestrowanych związków istnieje też cały szereg mniejszych gromad, które utworzyły nawet Konfederację Rodzimowierczą. Część z nich przyłączyła się formalnie do tych zarejestrowanych, a niektóre utworzyły nowy Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród” (to akurat mniej więcej z czasem ukazania się tej publikacji, więc nie można autorom mieć za złe, że tego nie wymienili). 

Osobiście uważam, że nie można ograniczać wizerunku rodzimowierstwa w Polsce tylko do zarejestrowanych związków, bo to właśnie te mniejsze gromady i charakterystyczny dla tego nurtu religijnego regionalizm jest głównym wyróżnikiem. Tym "zarejestrowaniem" wycierają sobie twarz przedstawiciele jednej z najmniej reprezentatywnych grup, co wpływa negatywnie na wizerunek pozostałej reszty - tej znacznie bardziej szanowanej i wzorcowej.

Dominique Beth Wilson, Carole M. Cusack 
"Australian Pagans: fashion, music, and festivals"

Autorzy następnego artykułu przenoszą nas myślami do Australii. Na początku czytamy regularnie powtarzane brednie  o tym, jak to Gerald Gardner opowiadał, że inicjowała go Dorothy Clutterbuck-Fordham. Wiemy, że nie były to zeznania ojca religii wica, tylko osób, które (prze)interpretowały jego słowa. Potem robi się już lepiej, czytamy o Rosaleen Norton i o tym jak w ostatnich dekadach poganizowała się Australia. Powiem szczerze, że artykuł wydaje mi się być pisanym na siłę esejem o charakterze reklamowym. Wilson i Cusack referują o subkulturach, festiwalach, artystach dobrze znanych, firmach produkujących akcesoria czy ubrania dla fluffików. Nic nadzwyczajnego. Oczywiste oczywistości.

Monika Banaś 
"In the name of Odin I pronounce you husband and wife". Neo-Pagan movements as a sign of reshaping the social and cultural order in contemporary Nordic countries"

Trochę o historii państw nordyckich, trochę podstaw o mitologii skandynawskiej i trochę o Ásatrú w kilku krajach. W sumie niczego nowego się nie dowiedziałem, powtórzenie popularnych informacji.

Ullrich R. Kleinhempel 
"New Ways to Sites of Power. Retrieving  a spiritual landscape in Franconia"

Niby artykuł jest o różnych, energetycznych miejscach, ale w rzeczywistości stanowi dobre lekarstwo na bezsenność. Kilka ciekawostek, kilka ładnych zdjęć, a z artykułu nic konkretnego nie wynika.

Celso Luiz Terzetti Filho 
"Celebrating the Gods of the Land. The Three Races Myth and the case of Piaga Paganism in Brasil"

Ku swojemu zaskoczeniu czytam o specyficznym micie trzech ras: białej, czarnej i lokalnej, które tworzą swoistego rodzaju mieszankę dla swoich pogańskich wyznawców określaną mianem "Piaga", co oznacza "szamana".

Widzę, że nie tylko my mamy Turbo-Słowian - są też Turbo-Brazylijczycy, którzy uważają się za potomków Atlantów, Fenicjan, Wikingów czy Europejczyków z Basenu Morza Śródziemnego.

W dalszej części artykułu Filho dokładnie opisuję "Villę Paga" stworzoną i prowadzoną przez Rafaela Nolêto. Powiem szczerze, że podziwiam tę grupę, obserwuję ją na bieżąco na Facebooku. W swojej kultowej wiosce mają ulice poświęcone rozmaitym bogom wielu panteonów. Czczą bogów wielu kultur (nie brakuje też ołtarzy poświęconych naszym, słowiańskim), a wszystko w lokalnym, brazylijskim stylu. Unikatowy klimat. Gorąco go polecam artykuł na ten temat!

Yentl Schattevoet 
"All Power is in nature: Dutch Pagans and their relationship with Other-Than-Human Persons" 

Przenosimy się myślami do pogańskiej Holandii. A dokładnie do kwestii bytów nadprzyrodzonych (bogów, demonów, aniołów, zwierząt totemicznych etc.) wśród holenderskich neopogan. Pani Schattevoet posługuje się pojęciem "other-than-humans" pochodzącym z prac Grahama Harveya, które autor pierwotnie używał w określeniu istot z religii Odżibwejów. Ciekawa praca podparta wywiadami; kilku wyznawców dokładnie opisało jak rozumie owe byty i jak z nimi pracuje, współżyje, a także jak je na co dzień traktuje. Interesujący esej.

Roman Shizhenskiy 
"The role of food in contemporary Russian Neopaganism" 

Przenosimy się do Rosji. Trochę czytamy o neopogaństwie powstałym w ZSRR i jego kontynuacjach. Na piedestale stoją napoje i potrawy jedzone podczas obrzędów i świąt. Nie brakuje kolorowych zdjęć. Jest też trochę o ofiarach, tych krwawych i bezkrwawych. Już wiem, że rytualne pojedynki nazywają się "prya" po rosyjsku. Dużo ciekawostek. Ogólnie fajny artykuł.

Adam Anczyk 
"The Art of borrowing: interpreting contemporary Pagans' ritual fashion" 

Tutaj Pan Anczyk nakłania nas do małej wizualizacji celem wykazania różnic we wrażeniu jaki zrobi na nas strój rodzimowierców ze strojem grupy wiccan eklektycznych. Tylko pytanie co będzie jeśli pobłądzę i zobaczę typową grupę amerykańską, która często łączy eklektyczną wicca z rekonstrukcjonizmem? A coraz więcej wiedźm z Nowego Kontynentu chwali mi się inspiracjami słowiańskimi w prywatnych wiadomościach na Facebooku. Eksperyment się nie udał, ale mniej więcej rozumiem o co chodziło autorowi. Ponadto dlaczego mam wizualizować coveny składające się głównie z kobiet? Marne stereotypy.

Potem kilka stron na temat mody. Tylko pytanie czy w przypadku np. czarownic możemy mówić o modzie? Kolor ma znaczenie dla większości wyznawców, a także liczy się także pewna praktyczność stroju (np. czarne peleryny by nie być widocznymi w nocy w lesie czy luźna szata by móc ją szybko zrzucić z siebie).

Mam wrażenie, że w dalszej części artykułu Anczyk na siłę powiązać ze sobą pewne historyczne fakty. Moim zdaniem trochę przez to spłyca dokładny obraz rzeczywistości. Czym np. ezoteryczny armanizm czy ariozofia wpłynęły na późniejsze postacie neopogaństwa? Runy znane są z wielu źródeł, czy to tylko wpływ Guido von Lista? Ile z zachodniej tradycji ezoterycznej wchłonął druidyzm i co powoduje, że zalicza go Pan do tej kategorii? Tak samo autor wspomina Lecha Emfazego Stefańskiego jako jednego z twórców słowiańskiej ezoteryki i założyciela RKP. OK, tyle, że z tego co się orientuję RKP to nie jest wielce ezoteryczna organizacja, co poniektórzy z tego związku sprawiają wrażenie jakby w ogóle się tym tematem nie interesowali.

Clothing used in esoteric traditions, apart from being important in celebrations, festivities and mystery ceremonies, has a certain "working" character, with mages or wizards, or witches, using specific clothing when they work. (s. 190)

Tylko kogo miał Pan na myśli pisząc "wizards"? Jeśli wiccan, to wielu "(male) witches" poczuło się obrażonych. Wiem, że są tacy mężczyźni co chcą używać tego słowa zamiast "witch", jednak należą oni do mniejszości. W tym konkretnym przypadku nie wiem jednak o kim mowa?

The symbolism (the pentagram, for instance) and clothes used in  some Wiccan ceremonies can suggest to a potential observer that the group in question is esoteric in character (even if it invokes Pagan deities during rituals, since Aleister Crowley also raised his arms to Pan, Isis or Horus). (s.191)

Też ten nawias wskazuje ponownie na jakieś usilne łącznie różnych faktów. Działalność Crowleya kończy się na dobrą sprawę wtedy kiedy Gerald Gardner tworzy swoją religię. "Hymn do Pana" to rok 1913, czas powstania wicca (pierwotnie wica) to na dobra sprawę schyłek lat 40. XX w. Tak samo możemy powiedzieć, że "dla wiccan znaczenie ma nagość odkąd Ruch Wędrownych Ptaków maszerował nago po niemieckich górach (bo w końcu to korzenie współczesnego naturyzmu, a wica powstała wiele lat później wśród brytyjskich naturystów)", albo "zakreślenie rytualnego kręgu ma znaczenie dla wiccan od czasu kiedy "Klucz Salomona" był znany w kręgach czarowników w renesansie". Czasowo dostrzegam w tym pewną rozbieżność. Czego to ma dowodzić?

Dalej w artykule czytamy o muzułmankach, które oburzyły się słysząc, że w Europie żyją politeiści, a na końcu jakieś dziwne reakcje na widok zdjęć z poganami różnych wyznań i powiązane z tym statystyki. Nic specjalnego.

Giuseppe Maiello 
"Representations of one's own funeral among the contemporary Czech Pagans" 

W 2011 r. czeska poganka zginęła w wypadku samochodowym, a pod koniec tego samego roku jeden z sześciu współzałożycieli rodzimowierczej grupy w tym kraju popełnił samobójstwo. Tym śmiertelnym akcentem przechodzimy do artykułu kolejnego, który porusza kwestię schodzenia z tego świata przez naszych pogańskich sąsiadów zza południowej granicy. Maiello opisuje zaistniałe problemy i sytuację wśród czeskich pogan po śmierci "Rowen" i "Stanislava". Co ciekawsze w dalszej części eseju autor przedstawia wyniki wywiadów, w których czescy poganie opisali jak wyobrażają sobie swoje pogrzeby i co powinno stać się z ich ciałami po śmierci. Wesołe pochówki, kremacje lub ich brak. Ciekawy temat. Gorąco polecam, artykuł na prawdę wciągający choć krótki.

Joanna Malita-Król 
"Wiccan tools. On the accesories of a modern witch" 

O dyletanctwie jakim zaszpanowała na oczach wielu Pani Joanna Malita-Król pisałem już w poście dotyczącym jej artykułu pt. "Wiccańskie gadżety, czyli narzędzia współczesnej czarownicy", który ukazał się w pracy zbiorowej pt. „Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess. Gorąco zachęcam do przeczytania!

Malita-Król najwyraźniej myślała, że zdobędzie Rysy Sławy, a moim zdaniem udało jej się zdobyć co najwyżej Rysy Samoupokorzenia. Ale, żeby tego było mało autorka, najwyraźniej pewna swoich sukcesów postanowiła przetłumaczyć opublikowany wcześniej artykuł na język angielski i puścić w świat by zdobyć Himalaje Sławy. Moje gratulacje! Właśnie udało jej się zdobyć Himalaje Samokompromitacji!

Często polscy studenci śmieją się z zachodnich badaczy, którzy przejeżdżają do naszego kraju myśląc, że zaskoczą wszystkich swoją olbrzymią wiedzą. Kiedy tylko zadaje im się pytanie o podstawowe rzeczy od razu nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Dlaczego oni mają takie wyobrażenia na nasz temat? Długo się zastanawiać nie muszę skoro widzę, jakie prace polskich "badaczy" wpadają im do rąk ...

Myślę, że nie ma co tutaj się wiele powtarzać. Wszystko omówiłem poprzednio. Pani Malita-Król twierdząc, że jako "wicca" rozumie przede wszystkim "wicca tradycyjne (czyli gardnerian i aleksandrian) oraz wicca eklektyczne" opisuje narzędzia czarownic czysto z perspektywy wicca eklektycznej za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i rzadziej eklektycznej ... Wychodzi z tego totalny misz masz.

Autorka kompletnie nie rozróżnia tych dwóch ścieżek. To tak jakby pisać o Kościołach chrześcijańskich i twierdzić, że ikony świętych wiszą w zborach - nie rozróżniać prawosławia od protestantyzmu, a wszystko opisywać zbiorczym terminem "chrześcijaństwo".

Przykładem tego jest choćby pomylenie "bolline", charakterystycznego dla eklektyzmu narzędzia z nożem z białą rączką używanym przez wiccan tradycyjnych, pomimo faktu, że respondenci wspominają o nim w wywiadach ... Malita-Król nie stroni od wielu merytorycznych błędów. Twierdzi np., że narzędzi czarownic jest 7, a prawda jest taka, że w niektórych liniach jest ich np. 9. Daje przy tym ślepą wiarę jednemu ze źródeł, którym dysponuje i chociaż w innym, z którego także korzysta znajdują się jeszcze inne informacje, całkowicie je ignoruje z nieznanych mi przyczyn. Z innych ciekawostek np. dowiaduję się, że wiccanie nie korzystają z ksiąg cieni podczas swoich obrzędów, co jest bzdurą. Jeśli nikt mi nie wierzy, to zachęcam do wysłuchania wystąpienia Maxine Sanders (dostępny na YouTube film pt. "Friends of the Museum of Witchcraft - Annual General Meeting - Maxine Sanders - In Conversation." Dokładnie w 14 minucie jest o tym mowa). Autorka opisując ołtarz nie wymienia nawet 50% rzeczy, które na nim leżą. Wszelkie jej domysły okazują się być błędne (np. że symbolika narzędzi zależna jest od linii przekazu), opisuje różdżkę typową dla eklektyzmu, podobnie jak wykorzystanie innych narzędzi. Itd. itd. itd. Gdzie mogła się pomylić tam to bez wahania uczyniła ...

Co nowego tutaj? Właściwie jest to ten sam artykuł, więc czym autorka mogła się skompromitować w Polsce tym skompromitowała się na cały anglojęzyczny świat. Zwracam uwagę, że na Zachodzie jest dużo publikacji na ten temat, a tamtejsi wiccanie biorąc do rąk taką pracę muszą sobie dopiero nieźle pomyśleć: "autorka odkryła Amerykę i to jeszcze na poziomie 15-letniej dziewczynki, która wrzuca film na YouTube i uczy wszystkich jak wygląda prawdziwa "wicca" ...". Może jej tego nie powiedzą, a jeszcze ją pochwalą (w szaleństwie jest metoda), no, ale cóż, fakty prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale przyjrzyjmy się temu dokładnie.

Oczywiście zeszłym razem byłem na tyle litościwy, że nie wywaliłem na wierzch autorce wszystkich błędów, które znalazłem w jej tekście. Stwierdziłem, że niech Joanna Malita-Król pozna moje dobre serce. Może jednak zmienię zdanie tym razem? A może przynajmniej trochę ... Anglojęzyczna wersja artykułu jest trochę rozbudowana. A zatem przyjrzyjmy się, czym nowym zaimponowała wicccanom badaczka.


SKYCLAD GUN 33 i 1/3 ...

Kolejną wtopą autorki jak na mój gust jest zdjęcie na stronie 231. Przedstawia ono pentagram, a Pani Malita-Król twierdzi, że to pentakl. Pentakl to płaski dysk, który leży na ołtarzu, a to na zdjęciu wygląda mi na pentagram, który się nosi na szyi.

Przykład zdjęcia pentakli podaję poniżej (a przynajmniej tego jak mniej więcej on wygląda w wicca tradycyjnej):


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niżej pod zdjęciem Malita-Król informuje:

The pentacle is a flat disc made from brass, wood or other solid material with pentagram inscribed on it (the pentagram is the symbol, whereas the pentacle is the physical object - but sometimes those both names are used to identify the physical object), although other markings can be added as well, like the symbols of the gods or particular elements. (s. 231-232)
Jakby już sama nie wiedziała o czym pisze ... Na pentaklu np. błogosławi się sól (o czym referuje autorka dalej w tekście). Jak wyobraża sobie Pani robienie tego na tym czymś co nam sfotografowała, a konkretnie mam na myśli wysypywanie na to coś soli? A to, że pojęcia "pentakl" i "pentagram" są mylone wynika rzecz jasna z tego, że w literaturze dotyczącej eklektyzmu pojawiają się rozbieżności. Pani jednak tego nie zaznacza.

Potem znowu wzmianka o pentagramie i co on symbolizuje, a znowu dalej autorka kontynuuje wątek pentaklu mieszając pojęcia doszczętnie (s. 232). Tutaj powołuje się na eklektyka Cunninghama i twierdzi, że pentakl może być wieszany nad drzwiami  i oknem dla ochrony domu. Moja uwaga jak wyżej.

Na stronie 233 mam wrażenie, że autorka myli sznury rytualne z miarą, o których wspomina w poprzednim zdaniu.  To miara jest zwracana adeptowi, a nie sznury, które nie mają wpływu na przysięgę ...

Potem czytamy o biczowaniu 40 razy inicjowanego (s. 233). Wszystko fajnie, ale na innych stopniach inicjacji wygląda to inaczej. 

Potem Malita-Król zachwyca nas cytując za Raymondem Bucklandem tekst mówiony podczas ceremonii błogosławieństwa ciastek i wina. Oczywiście autorka daje się łatwo nabrać na zmyloną wersję. Wiccanie często publikują zaklęcia z pominiętymi fragmentami, ze zmyłkami, bo uważają, że w ten sposób dochowują tajemnicy. Ten sam tekst podają m.in. Janet i Stewart Farrarowie w filmie "The Occult Experience", ale i tu jest ukryty pewien szkopuł. Ci znani aleksandrianie wystąpili w latach 70. w reportażu dla BBC. Na samym początku inscenizują scenę błogosławieństwa, a ten tekst mówią w jeszcze innej, zmylonej wersji. Co Pani badaczka na to? Zapewniam, że obie wersje nie są prawdziwe.

Niżej wzmianka o figurkach bogów i koncepcjach teistycznych wśród wiccan. No dobrze, ale jak ma się np. to, że niektórzy wiccanie to ateiści (co autorka odnotowuje w przypisie) do figurek bogów na ołtarzu? Czy wiccanie-ateiści ich tam nie stawiają? Po co ten odnośnik?

Potem na stronie 234, Pani Malita-Król zwraca uwagę, że wiccanie nie lubią łączyć panteonów, przy okazji figurek wspomina, że koło Artemidy nie powinno się stawiać Horusa. No fajnie, ale zapewniam Panią, że główna boska para bogów, których imiona wykorzystywane są podczas rytuałów wicca tradycyjnej wywodzą się z różnych panteonów, a wiccanie nie widzą w tym problemu. 

Na stronie 235 kolejne zdjęcia autorstwa Pani Mality-Król tym razem przedstawiające kolorową świeczką z symbolem Potrójnej Bogini. Generalnie używana w rytach eklektyków, w moim covenie coś takiego uznane by pewnie zostało za śmieszne. Mam wrażenie, że autorka próbuje pokolorować ten marny artykuł zdobiąc go zdjęciami ... 

Potem kolejne zadziwiające zdjęcie różdżki, typowo-eklektycznej jakiej w swoim covenie nigdy nie widziałem. Swoją drogą mam podobną - wystruganą z drzewa, w które uderzył piorun. Ale to nie do rytuałów wicca tradycyjnej. 

Na s. 237 informacja, że szata jest biała albo czarna - zapewniam, że nie zawsze. 

Na s. 242 fotka z kolejnym pięknym kociołkiem. I znowu się zastanawiam co autorka chciała za jego pośrednictwem udowodnić? Mam taki sam. Zapewniam Panią, że w rytuałach w moim covenie nie wykorzystywaliśmy takich. Używaliśmy dużo większych, o wielkości kotłów ogrodowych. Miało to swój wieloraki powód: praktyczniejsze - można więcej spalić w nim rzeczy, zrobić większa chmarę dymu z kadzidła. Drugi powód jest taki, że metal, z którego był ów kocioł zrobiony odgrywał dużą role przy dywinacji - charakterystyczny, metaliczny połysk wpływał na zmysły. Wyobraża sobie Pani wróżenie z takiego malutkiego kociołeczka i to z takiego tworzywa? Prędzej by Pani zasnęła nad nim niż coś zobaczyła ... Ewidentnie Pani Malita-Król chce się pochwalić, że nabyła coś takiego w przeciętnej brytyjskiej rupieciarni, którą można znaleźć w każdym mieście w tym kraju. Niebywałe osiągnięcie! Oczywiście takie kociołki wiodą prym w eklektyzmie.

242-243 - Jakieś ciekawostki o tym, że wiedźma w ogóle nie potrzebuje narzędzi. No wiccańskiego rytuału Pani nie odprawi inaczej. A magia prywatna wyznawców, odbywająca się poza kręgiem, to już zupełnie inna para kaloszy.

BADANIA TERENOWE, OBSERWACJA UCZESTNICZĄCA, UCZESTNICTWO W RYTUAŁACH - CZYLI TUPET, WYSOKA SAMOOCENA ORAZ DOBRY PIJAR PODSTAWĄ SUKCESU...

Nie jest dla mnie tajemnicą, że aby dokładnie zbadać wicca tradycyjną jest tylko jedna ku temu metoda: trzeba wstąpić do covenu, przejść inicjację i zobaczyć wszystko od środka. Nie ma innej metody! Jedynie wtedy mamy dokładną możliwość zbadania tego tematu. Wtedy widzimy co w publikacjach jest kłamstwem, a co nie. Poznajemy szczegóły rytuałów nieopublikowane nigdzie. Poznajemy ukryte zachowania samych wiccan i ich środowiska. Wielu badaczy poszło tą drogą, z czego najbardziej chyba znana jest Tanya Luhrmann. Czy ktoś zakwestionował wartość merytoryczną prac tych naukowców, którzy tak zrobili? Osoba, która chce zbadać temat z perspektywy obserwatora z zewnątrz nie ma szans nie natknąć się na pułapki jakie ten temat za sobą niesie.

Jako inicjowany wiccanin widzę gołym okiem, że Joanna Malita-Król nie jest inicjowaną wiccanką, bo gdyby była nie pisałaby takich bzdur. Dosłownie wykłada się na wszystkim co możliwe.

W jej zachowaniu drażni mnie nie tyle sam dyletantyzm. On jest typowy dla osób, które sobie przeczytały kilka książek o wicca eklektycznej i wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej, bo na dobrą sprawę we wszystkich napisane jest to samo.

Jeśli sobie otworzymy przeciętny podręcznik to przeczytamy:

Czym jest wicca? ... Bla, bla, bla ...  Potrójna Bogini i Rogaty Bóg ...Bla, bla, bla ... Magia ... Bla, bla, bla ...Koło roku ... Bla, bla, bla ... Reinkarnacja ... Bla, bla, bla ... narzędzia czarownicy ... Bla, bla, bla ... Czyń co chcesz tylko nikogo nie krzywdź nie znaczy wcale ... Bla, bla, bla ... Magia kamieni, kolorów ... Bla, bla, bla ... 
I taki jest schemat przeciętnej książki. Ale zapewniam, że nie oddają one tego co ma miejsce w wiccańskich kręgach. Bardzo łatwo się na to nabrać.

Irytuje mnie pompa z jaką autorka buduje sobie doskonały Public Relation; że niby "przeprowadziła obserwację uczestniczącą, badania terenowe, uczestniczyła w rytuałach wiccańskich" ... A przyjrzyjmy się temu dokładnie.

W tekście znajduję informację, że autorka brała udział w wiccańskich rytuałach na północy kraju. To teraz pojawia się pytanie, co to były za rytuały? Przecież wicca tradycyjna to według definicji nawet przyjętej przez autorkę "inicjacyjna, misteryjna religia". Żeby wziąć w nich udział trzeba przejść inicjację. Wiccanie nie wpuszczają na swoje obrzędy gości, a już tym bardziej badaczy czy dziennikarzy, no chyba, że jak historia pokazuje robią specjalny show imitując swoje prawdziwe rytuały. Więc z tego wniosek, że autorka musiałaby przejść inicjację, żeby brać udział w rytuałach wiccańskich. Już wiemy z dokładnej analizy obu artykułów, że nie mogła tego zrobić.

Nieskromnie podejrzewam, że autorka brała udział w rytuałach warsztatowych, które organizuje co roku środowisko "Wiccańskiego Kręgu" pod nazwą Wicca Study Group. Oczywiście jest to rodzaj spotkania integracyjnego, mającego charakter promocyjny - wiccanie mówią podstawowe rzeczy o swojej religii, pokazują siebie jako kochająca się rodzinę ze swoimi symbolami na szyi. Zachęcają tym sposobem innych do wstąpienia w swoje szeregi. Na tych warsztatach odbywa się też rytuał integracyjny, który bazuje swoim schematem na rytuale wiccańskim.

Oczywiste jest to, że wyznawców obowiązuje w dalszym ciągu przysięga milczenia. Jak wiemy dochowują jej na różne sposoby przy swojej publicznej działalności: mówią rytualne teksty okrojone, ołtarz przygotowują ze zmyłkami, np. to co powinno leżeć po prawej stronie kładą w innym miejscu, albo wystawiają tylko część narzędzi. Nieskromnie podejrzewam, że to właśnie stąd Malita-Król wzięła opis ołtarza - ze zmylonego, pokazowego ołtarza podczas rytuału dla mas. To mniej więcej tak jakby recenzować film oglądając tylko i wyłącznie sam zwiastun. Chyba nie muszę mówić, jaki jest tego efekt ... Widać go tutaj gołym okiem.

Pokazowy rytuał, w którym udział wziąć może każdy ma być w pełni podstawą dla Mality-Król do opisania obrzędów inicjacyjnej religii misteryjnej? To się kłóci samo w sobie. Czy tam wszyscy byli nadzy z Panią włącznie? Nie, tam niektórzy byli w szatach, inni przebrani w jakieś śmieszne stroje, a reszta w zwykłym codziennym ubiorze. Jak na bazie czegoś takiego można powiedzieć, że się uczestniczyło w rytuale wiccańskim? Jest to czysty przykład hipokryzji. Kogo Malita-Król próbuje na swój pijar nabrać?

Dla przykładu powiem, że z tego co wiem amerykańscy skauci często pod koniec swojego obozu przebierają się w stroje Indian i odprawiają uroczysty "indiański ryt". I teraz pytanie, czy to jest ryt typowo indiański? Idąc tokiem rozumowania Pani Mality-Król, uczestnicząc w czymś takim pewnie miałbym podstawy, żeby wpisać sobie w CV "uczestniczyłem w rytuałach indiańskich". Tak dokładnie postępuje autorka w przypadku wiccan. Albo inny przykład: chodziłem do klasy z koleżanką, która była świadkiem Jehowy, raz przyszli do mnie członkowie jej grupy ze "Strażnicą" zatem mam podstawy, żeby twierdzić, że "przeprowadziłem obserwację uczestniczącą wśród świadków Jehowy". No chwila, ale życie tych ludzi to spotkania w sali królestwa, domowe wielbienie, unikanie wielu rozrywek, nie zgadzanie się na transfuzję etc. Jaki mieć mogę obraz wyznawców po jednej znajomości, a co dopiero nazywać to "obserwacją uczestniczącą"?

Zachowanie Mality-Król jest dla mnie przejawem zwykłego kłamstwa - autorka próbuje sztucznie zagwarantować sobie autorytet twierdząc, że robiła coś o czym nie ma tak na prawdę pojęcia. Pod ryty warsztatowe ukradkiem wkłada informacje o wicca. Nie tylko fałszuje obraz wicca tradycyjnej, ale z tupetem tworzy sobie image erudyty. 

Oczywiście gdy przyjrzymy się uważnie całemu tekstowi to widzimy, że w prowadzonych wywiadach respondenci wymienili tylko jakich narzędzi używają i kilka sensacyjnych nowinek. Informacje o samych narzędziach Malita-Król czerpie z książek, na czym też wychodzi nie najlepiej. Oczywiście korzysta z nich wybiórczo, raptem z kilku prac na krzyż, pomija inne źródła.

Poziom "badań" autorki przypomina mi rozważania na temat tego jakiego koloru są róże. Idę na stragan, widzę, że sprzedają tam czerwone róże, to piszę, że "róże są czerwone". No dobrze, ale kiedy zerknę do innych źródeł to się dowiem, że róże są też w wielu innych kolorach. Jeśli chcemy zbadać mentalność Brazylijczyków, to musimy polecieć do Brazylii i tam chwilę z tubylcami przebywać. To jak bada wicca Malita-Król przypomina mi raczej robienie tego zdalnie poprzez oglądanie telenoweli brazylijskich. Chyba każdy się zgodzi, że nie jest to najlepsza metoda.


Uważam, że Malita-Król zwyczajnie posuwa się do kłamstw podciągając sobie wiele rzeczy pod pojęcia "obserwacja uczestnicząca" czy "badania terenowe". Jak już pisałem, jest tylko jeden sposób na wykonanie tego, którego ona nie wykorzystała.

DOKTORANTKA W INSTYTUCIE RELIGIOZNAWSTWA 
UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

Na jednej z Facebookowych grup znalazłem ostatnio wpis Pani Mality-Król, którym poinformowała wszystkich, że za niedługo będzie bronić pracy doktorskiej na temat wicca. Mając za sobą dwa artykuły jej autorstwa chyba nie muszę spekulować jaki będzie finał jej pracy. Oczywiście jak znam życie autorka obroni go, bo profesorowie w komisji nie znając tematu łatwo dadzą się nabrać na serwowany przez nią kit.

Najwyraźniej tupet, wysoka samoocena wystarczą w zupełności do osiągnięcia sukcesu. Nie od dziś wiadomo, że Instytut Religioznawstwa UJ to siedlisko naukowego lobby - kto wejdzie w dobry układ ten mimo wszystko wyjdzie z doktoratem. Kto jest bez układu to go kopną i potraktują jak śmiecia. Tak wygląda polska nauka - nieważne co wiesz, co sobą prezentujesz, wciskanie kitu i tak przejdzie jak jesteś w solidnym układzie. Jeszcze na początku studiów doktorant zmuszany jest do podpisania się pod przysięgą, w której zobowiązuje się dbać o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego ...

Co do prac Mality-Król to jako inicjowany aleksandrianin gorąco przed nimi przestrzegam. Autorka kompletnie nie zna się na temacie wicca.

Melissa Harrington
"The Wicca Man - a quiet revolutionary" 

Tom zamyka artykuł autorstwa znanej wiccańskiej arcykapłanki Melissy Harrington na temat mężczyzny-czarownika. Bardzo lubię ten temat, więc cieszę się, że esej wpadł mi w rękę.

Na pierwszy rzut oka widać, że pisze to osoba dobrze zaznajomiona z tematem - prowadząc badania w środowisku wiccan, autorka zwraca uwagę na wiele detali, m.in. stopnie kapłanów. Dla osoby  zewnątrz pewnie nie grałoby to żadnej roli, jednakże wiccanie wiedzą, że pewne etapy odpowiadają pewnemu doświadczeniu, a co za tym idzie - wpływa to na dalszy światopogląd.

Stosując metodę kuli śnieżnej Harrington dotarła do wielu "panów-czarownic" w swoim kraju. Ciekawe wyniki. Te historie o dzieciach i rozwodach brzmią śmiesznie, ale taka rzeczywistość. Ale, że autorka znalazła tylu heteroseksualnych kapłanów wiccańskich? I to jeszcze kilkoro z nich było konserwatystami. To chyba tylko ja miałem takiego pecha lądując gdzie wylądowałem ... Zawsze wierzyłem, że istnieją coveny dla porządnych ludzi. Tylko w Polsce takich brakuje. Emigrowałbym!

Nie rozumiem tylko co autorka miała na myśli pisząc, że tylko heteroseksualizm odgrywa w magii pozytywną rolę przytaczając nauki Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, słowa Tanyi Luhrmann, a potem prace Dion Fortune i (sic!) "Mszę gnostycką" Aleistera Crowleya? Przecież Crowley tak w pełni heteroseksualny nie był ... Chyba, że coś źle zrozumiałem.

Artykuł bardzo poprawił mi humor. Miejscami czułem się jakbym sam o sobie czytał. Zdecydowanie jest to najciekawszy jak dla mnie esej w całym zbiorze.

Podsumowanie

Jak to w takich zbiorówkach; nie brakuje artykułów lepszych (Harrington, Filho, Maiello, Schattevoet, Shizenskiy), przeciętnych (Anczyk, Wilson & Cusack, Banaś, Kleihempel), po skończoną tragedię (Malita-Król). Generalnie dochodzę do wniosku, że tomik warty jest swojej ceny, kilka wypracowań wniosło coś nowego do badań nad neopogaństwem. Polecam, acz zaznaczam, nie wszystkie opublikowane w nim teksty zasługują na miano dobrych.

sobota, 17 czerwca 2017

„Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess




Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że czarownictwo to temat mojego życia. Co będę dużo pisał? Chyba widać to po zakładkach z prawej strony? Ukazała się kolejna interdyscyplinarna, naukowa pozycja poświęcona rzeczonemu tematowi. Jakem Siliniez nie mogłem pozostać wobec niej obojętny. Przeczytałem z przyjemnością. 

Jakie są moje główne wnioski? Przekonajmy się!  Zapraszam do lektury niniejszego posta. 

ADAM ANCZYK, JULIA DOROSZEWSKA, KAROLINA M. HESS „WPROWADZENIE” 

Na wstępie Adam Anczyk, Julia Doroszewska i Karolina M. Hess wprowadzają nas krótko do tematu. Przeraża mnie tylko ostatnie zdanie:
Pozostając przy biologicznej metaforze, chcielibyśmy, żeby ta książka utwierdziła czytelnika w przekonaniu, że czarownica nie należy jeszcze do gatunków wymarłych.  (s.8)
O rety! Do dziś spotykamy szeptuchy, znachorów, szamanów, wiedźmy plemienne, uzdrowicieli współczesnych np. bioenergoterapeutów, wszelkiej maści New Agerów, satanistów, okultystów, magów chaosu, wróżbitów … Temat czarów uwielbiają przedstawiciele młodzieżowych subkultur, którzy nagminnie stykają się z nimi w tekstach utworów muzycznych. Muszę przyznać, że do zrównania czarownic z dinozaurami daleka jeszcze droga. Wniosek ostateczny moim zdaniem imputujący lekko chybiony kierunek – osobiście wątpię, żeby szybko czarownice wyginęły w przeciągu następnych lat. Wręcz przeciwnie, były, są i będą. I to nie tylko te prawdziwe. Ostatni przykładowy fenomen twórczości Pani J.K. Rowling przyczynił się do silnej popularyzacji tematu w bajkach i kinematografii. Tak więc, wiedźmy rządzą! Zainteresowanie nimi absolutnie nie spada, a wręcz przeciwnie - rośnie.  

ANTONINA SZYBOWSKA „KATARZYNA WŁODCZYKOWA, „CZELADZKA CZAROWNICA”. TRUDNE DZIEDZICTWO”

Antonina Szybowska przenosi nas myślami do Czeladzi na pograniczu Śląska i Małopolski. Poznajemy cały proces Katarzyny Włodczykowej i jego następstw. Typowa sytuacja dla ówczesnej epoki; chcemy majątku to oskarżymy o czary a dobra materialne skonfiskujemy. I tu było identycznie. Po dokładnym omówieniu tej kwestii Szybowska jakby schodzi do bardziej lubianego przeze mnie tematu:
Ten jej potrójny obraz (Dziewica-Matka-Starucha), znany z mitów, baśni, podań, obecny w „wiedzy wspólnej” i zakodowany w języku, podejmowany jest na nowo w filmach, grach komputerowych, literaturze. (s. 14).
Myślę, że ten znany z baśni, podań motyw zawdzięczamy tak naprawdę Robertowi Gravesowi, więc nie jest to tak zupełnie „na nowo”. Choć koncepcja Potrójnej Bogini istniała w starożytności, to jednak zupełnie inaczej była rozumiana. Współcześni Gravesowi też pisali o triadzie Bogini, ale nie w tej dokładnie formie (nie jako dziewica-matka-starucha). Niektórzy jak prof. Ronald Hutton dochodzą do wniosku, że to współczesny koncept. I dużo w tym racji.
Reszta artykułu to usilne podpięcie tematu pod naukową definicję problemu, zdjęcia i omówienie rzeźby, a także kontrowersji z nią związanych. Typowe lanie wody. Z artykułu poleciłbym pierwszą 1/3 zawartości tekstu. Pozostałe 2/3 niczego konkretnego nie wnoszą.

PIOTR STAWIŃSKI „ROBERT CALEF, COTTON MATHER I PROCESY W SALEM 1692-1693” 

Miałem dawno temu okazję przeczytać książkę pt. „Demonizm i czary w życiu społecznym purytanów amerykańskich okresu kolonialnego” autorstwa prof. Piotra Stawińskiego. Ponieważ bardzo przypadła mi do gustu; głównie dlatego, że badacz omówił w niej mało mi znane aspekty życia XVII-wiecznych Amerykanów, których wcześniej nie znałem dobrze, z przyjemnością przeczytałem kolejny jego artykuł. Tutaj omówione zostają biografie dwóch (w sumie trzech) postaci powiązanych z najsławniejszymi polowaniami na czarownice na kontynencie amerykańskim. Stawiński świetnie pokazuje mentalność owej epoki i duchowe elity, które doprowadziły do czego doprowadziły. Strach się bać żyć w tamtych czasach. Esej ciekawy, polecam! Stawiński ma dobre pióro. 

MAGDALENA KOWALSKA-CICHY „NIEOPUBLIKOWANE FRAGMENTY PROCESU REGINY SOKOŁKOWEJ (1660-1662) 

W pierwszym zdaniu spotykam jakąś niejasność, że niby od procesu Reginy Sokołkowej minęło już prawie siedemdziesiąt lat, a tytuł wskazuje na znacznie więcej … Nie wiem o co biega? Krótki esej rozwijający jakby opublikowane już informacje na temat procesu Reginy Sokołkowej, a jego główną zaletą mają być dodatkowo zdobyte źródła na ten temat. Ciekawe w każdym razie i warte uwagi, choć krótkie to wypracowanie ale też i zwięzłe. 

MAGDALENA PRZYSIĘŻNA-PIZARSKA „POCHÓWKI „CZAROWNIC” NA CMENTARZYSKACH WCZESNOŚREDNIOWIECZNYCH I ŚREDNIOWIECZNYCH NA PODSTAWIE BADAŃ W BYCZYNIE, POW. KLUCZBORK”

Autorka dobrze wprowadza do zagadnienia archeologii. Potem powtarza coś co raczej wszyscy wiedzieć powinni. Główną część artykułu zajmują zdjęcia wykopanych szkieletów i ich dokładne omówienie. Tak naprawdę nic jasno nie wskazuje, że odnalezione ciała należały do czarownic. Równie dobrze mogły należeć do osób podejrzanych lub nielubianych, których obawiano się po śmierci, a co częstsze posądzanych o wampiryzm. Dopiero w zakończeniu autorka jedynie w przypisie coś wzmiankuje o wiedźmach, ale w tym też są tylko przypuszczenia. Moje ogólne wrażenie jest takie, że Przysiężna-Pizarska chciała opublikować efekty swoich badań, a temat czarownic usilnie do tego podpięła, żeby wpisał się on w obszar tematyki konferencji/wydanego tomiku. Nic specjalnego w każdym razie. 

ADAM ANCZYK „KOBIETA-LEGENDA NA TROPIE LEGEND. ŻYCIE I DZIEDZICTWO MARGARET ALICE MURRAY (1863-1963)”

Adam Anczyk poszedł za ciosem tego co napisał w przedmowie do polskiego wydania „Kultu czarownic w Europie Zachodniej”. Na początku autor wyraża swoje współczucie kobiecie nieakceptowanej w gronie mężczyzn-naukowców. Potem opisuje resztę jej biografii. No i dochodzimy do tez na temat czarownic, z których jest najbardziej znana. Oczywiście znowu mam wrażenie, że Anczyk lekko idzie w kierunku feminizmu:
W obszarze badań nad czarownictwem najbardziej znana jest ze swojej hipotezy „wiedźmiego kultu” (witch-cult), zorganizowanej formy religii, której centralnym elementem miał być kult płodności, a wyznawcami – a może przede wszystkim – wyznawczyniami osoby określane później w historii mianem czarownic (witches). (s.50)
Skąd to mniemanie, że kobiety stały na piedestale w tezach Murray? Ja mam nawet wrażenie, że w jej tezach odgrywały drugorzędną lub równą rolę w kulcie. Jeden znany amerykański czarownik wysnuł nawet hipotezę, że na samym początku pierwsi gardnerianie i Coven z New Forest byli skupieni na kulcie Rogatego Boga, a nie Bogini, i że to właśnie Rogaty Bóg miał centralna pozycję w adoracji. Oczywiście brytyjskie wiedźmy ostro zaprzeczyły temu, ale hipoteza ta oparta była o poglądy Murray. Skąd więc ten kult kobiety?
Biografia jakby pisana z punktu widzenia problemu braku emancypacji kobiety w tamtych czasach. W końcu przechodzimy do tematu czarownic. Anczyk streszcza jak to wszystko wyglądało. Nie wiem tylko, dlaczego w przypisie podaje, że książka „The God of the Witches” wydana została w Londynie w 1970 roku. Przecież ukazała się dużo wcześniej w 1931 r. (notabene przed śmiercią autorki w 1963 r.). Podejrzewam, że autor miał na myśli jedno z późniejszych wydań.
Ale już irytuje mnie nawiązanie do Geralda Gardnera i wicca. Owszem! Z tego głównie znana jest pani Murray, że jej tezy wywarły wpływ na powstałą religię czarownic. Ironią dla mnie jest to, że wszyscy tę informację powtarzają, ale nikt nie poda żadnego szczegółu – co konkretnie w wicca jest pochodzenia murray’ickiego? Mało tego Anczyk twierdzi:
Z tego powodu trudno jest dokładnie stwierdzić, do jakiego stopnia pisma Murray wpływały na nurty ezoteryczne (ruch wicca czerpał z różnych źródeł, nie tylko z teorii Murray). (s. 58)
O ile, żeby wpływały na inne tradycje ezoteryczne to nic mi osobiście nie wiadomo. Nikt też poza wiccanami nic o nich nie wspomina w przynajmniej znanych mi pracach. Jak zaś wpłynęły na wicca? Właściwie to „wica”, bo Gardner tak ten wyraz pisał. Gdyby Pan doktor Anczyk lepiej znał literaturę fachową na ten temat to nie snułby śmiesznych tez, tylko wypisał co konkretnie. Źródeł nie brakuje. Mógłbym Panu w tym miejscu wypunktować przynajmniej 10 podstawowych rzeczy, ale nie będę życia ułatwiał. 

JUSTYNA NOWOTNIAK „CZAROWNICE W MYŚLI MARY DALE”

Tu się uśmiałem zdrowo. Jako typowy antyfeminista miałem okazję dzięki Justynie Nowotniak zapoznać się z poglądami Mary Dale. Oczywiście z mojego punktu widzenia są to skończone brednie, które stworzyć mogła tylko feministka. Niezłe science fiction, pełne sprzeczności wewnętrznych i hipokryzji, ale cóż. Nie mnie polemizować z „mądrością” tego typu. Artykuł od strony naukowej powiem, że fajnie napisany. 

ANNA CHUDZIŃSKA-PARKOSADZE „PROBLEM MONOMITU JAKO ŹRÓDŁA ARCHETYPU WIEDŹMY W KULTURZE EUROPEJSKIEJ”

Trochę na temat mitów. No i kobiecych bogiń: Inanny, Lilith i Medei. Bardzo ciekawy artykuł, w którym autorka przypisuje żeńskim boginiom pierwotną rolę Bogini w micie. Dobrze opisane teorie mitu, historie wymienionych bogiń, a także dalsze rozważania autorki na ich temat. Gorąco polecam ten esej wszystkim miłośnikom pogaństwa! 

PAULINA NICKO-STĘPIEŃ „CZAROWNICE, MAGIA I CZARY W STAROŻYTNEJ MEZOPOTAMII NA PRZYKŁADZIE WYBRANYCH ZAKLĘĆ I RYTUAŁÓW” 

Na wstępie widzę, że artykuł będzie o magii destrukcyjnej. Aż ma się ochotę czytać dalej! Jest to niezwykle interesujący esej. Nicko-Stępień przedstawia rozmaite rodzaje magii, głównie obronnej lub odganiającej zło. Nie skąpi przy tym tekstów zaklęć, opisuje dokładnie jak magię odprawiano, jak nazywano, do których bogów się kierowano. Artykuł nad wyraz imponujący i bardzo ciekawy. Ten fragment książki również gorąco wszystkim polecam! 


MICHAŁ ŁYSZCZARZ „ZABIEGI LECZNICZE ZNACHORÓW ORAZ CZARNA MAGIA W TRADYCJI ETNICZNEJ POLSKICH TATARÓW” 

Autor zaczyna od ogólnej charakterystyki przemian religijności Tatarów, jaka dokonała się na przestrzeni XX w. Następnie opisuje nam tzw. „siufkaczy”. Nie pomija innych, ciekawych aspektów magii. Artykuł dobrze opisuje czary rzeczonego azjatyckiego ludu na obszarze kulturowym Polski i dawnych Kresów Wschodnich. Dużo o profesji typowego, muzułmańskiego szamana. Ciekawe! Gorąco polecam! 

MICHAŁ ROZMYSŁ „ROMANTYZM, BALLADY I CZAROWNICE”

Przechodzimy teraz do literatury. Klasycy mniej znani i bardziej. Nawiązania do polskich wierzeń ludowych. Słowiańszczyzna to zawsze plus. O złych, nikczemnych czarownicach na bazie kilku ciekawych przykładów słów kilka. Fajne. Uwielbiam złe wiedźmy! Artykuł polecam! 

MAGDALENA BEDNAREK „FEMINISTYCZNY CZAR WIEDŹMY? WOKÓŁ MITU CZAROWNICY W POLSKIEJ PROZIE PRZEŁOMU XX I XXI WIEKU” 

Mężowie, bijcie żony bo Wam się czarownice wyklują po jakimś czasie! A kobiety-wiedźmy gorsze od podagry, wierzcie mi!
„Tej praktyce popularność zawdzięczają feministyczne reinterpretacje postaci takich jak Maria Magdalena, Arachne, Meduza, Kirke – czy czarownica.” (s. 113)
Akurat Kirke to dla wielu jedna z pierwszych czarownic. Dlaczego autorka jakby wymienia ją osobno? Dalej czytamy o kilku pisarkach, m.in. znanej Oldze Tokarczuk, Krystynie Kofcie i ich wizji wiedźm. Ciekawy artykuł, dobra analiza. Polecam! 

ALEKSANDRA EWELINA MIKINKA „„TA DZIEWKA TO WIEDŹMA, JAK KRAJ DŁUGI I SZEROKI ZE WSZYSTKICH NAJWIĘKSZA!” KREACJE CZAROWNIC W LITERATURZE FANTASTYCZNEJ JANA „ŁADY” GNATOWSKIEGO” 

Czyżby autorka chciała prześledzić kiecki czarownic w literaturze? Chyba nie. Dobra, czytamy dalej. I robi się ciekawie. Mikinka wprowadza nas w świat księdza, który studiował nauki zakazane. Nie jest to żadna nowość (patrz np. Giordano Bruno), ale jednak rzadkość. Po krótkim streszczeniu książki „Oman” stwierdzam, że może być na prawdę ciekawie. Bardziej słowiańsko prezentuje się jednak Motra. Tutaj autorka eseju przytacza wzmianki o Kupale. W ogóle temat robi się ciekawy, Motra nie podpisuje paktu z diabłem, a jest klasyczną pogańską czarownicą uczoną tradycji od starszych pokoleń. Jest też trochę wzmianek o kulcie boga Kupały. Może przestarzałe z naszej perspektywy, niemniej interesujące. Muszę złamać pewną etyczną regułę i stwierdzić, że chyba książki napisane przez księdza mogą zainteresowań rodzimowierców i neopogan. Artykuł gorąco polecam! 

MAŁGORZATA SOKOŁOWICZ „„I DIABEŁ NIE JEST SZPETNIEJSZY”. GAUTIEROWSKA CZAROWNICA WERONIKA JAKO IDEALNA (?) KOCHANKA ROMANTYCZNA”

Czarownica brzydka (czyli zła), czarownica piękna (czyli też zła). No przyznam szczerze, że nie znam żadnych „dobrych” czarownic. Wszystkie są „złe”. Małgorzata Sokołowicz rozprawia się z podwójnym wizerunkiem wiedźmy w twórczości Theophile’a Gautiera. Dobra przestroga, żeby uważać co się mówi Diabłu na sabacie kiedy kichnie. Ale czy diabły kichają? No może mają alergie na perfumy wiedźm. Sam przy nie jednej się dusiłem. Oczywiście artykuł ciekawy, a wizje francuskiego romantyka pełne są ludowych wyobrażeń na temat postaci czarownicy. Gorąco polecam! 

EWA WOŁK-SORE „ETIOPSCY CZAROWNICY I ICH MAGICZNE MODLITWY W TEKSTACH POLSKIEGO UCZONEGO STEFANA STRELCYNA (1918-1981)”  

A tutaj przenosimy się do Etiopii. Ewa Wołk-Sore omawia badania Stefana Strelcyna, wbrew tytułowi wychodzi jednak na to, że żydowskiego uczonego (pochodzącego z rodziny mieszkającej w Polsce), który znając język gyyz, podróżując po omawianym obszarze geograficznym zbadał tamtejsze maleficia. Ciekawy katalog – zaklęcie by mąż nie bił żony, zaklęcie jak uciec z więzienia ... „Debterowie”, jak nazywa się tamtejszych wiedźminów, to dosyć ciekawe postacie, z którymi autorka nas zapoznaje szerzej. Krótkie a zarazem wciągające. Polecam! 

BERNADETA NIESPOREK-SZAMBURSKA „MODYFIKOWANIE STEREOTYPU CZAROWNICY PRZEZ DZIECI W MŁODSZYM WIEKU SZKOLNYM” 

Tutaj trochę ankiet i tego jak dzieci rozumieją postać czarownicy. Zawsze musi być „zła”, to jest jedna z najcelniejszych uwag szkrabów. Widać różne postrzegania w różnym wieku. Ale spoko, jest też trochę na temat Baby Jagi. Fajne! Ciekawe!

JOANNA MALITA-KRÓL „WICCAŃSKIE GADŻETY, CZYLI NARZĘDZIA WSPÓŁCZESNEJ CZAROWNICY”

Myślę, że gadżetami współczesnej czarownicy są m.in. najnowsze IPhony, laptopy, tablety, odtwarzacze muzyczne czy też z innej strony patrząc kubki z pentagramami, koszulki z czarnymi kotami i Księgami Cieni (sam posiadam takową), etc. W sumie to tego typu rzeczy wpisują się w definicję pojęcia „gadżet”. 


Ku swojemu zaskoczeniu odkryłem, że artykuł autorstwa Pani Joanny Mality-Król dotyczy nie praktycznych urządzeń czy reklamowych bajerów tylko narzędzi rytualnych, którymi posługują się wiccanie podczas swoich obrzędów.
Ponieważ wicca to temat mojego życia postanowiłem temu konkretnie esejowi poświęcić nieco więcej miejsca w niniejszym poście niż pozostałym. Myślę, że jest ku temu ważny powód. Jako inicjowany w tradycji aleksandriańskiej (zwanej też aleksandryjskiej) wiccanin, wieloletni wyznawca wicca eklektycznej, a także student tematu od kilkunastu lat przedstawię po krótce jak wygląda temat narzędzi w poszczególnych nurtach współczesnego czarownictwa, a jak przedstawiła to nasza badaczka. 

NARZĘDZIA CZAROWNICY W WICCA TRADYCYJNEJ

Pisząc o narzędziach czarownicy należałoby zacząć od prostego, ale ważnego faktu, którego Malita-Król zdaje się kompletnie nie zauważać: najważniejsze narzędzie wiccan tradycyjnych wymienione są w tekście tzw. „Runy wiedźm”:
„ … wand and pentacle and sword […] cords and censor, scourge and knife, powers of the witches’ blade […]”.
Czyli mamy konkretnie: różdżka (różdżki), pentakl, miecz, sznury, kadzielnica, bicz, nóż athame oraz nóż o białej rękojeści, z tym, że tych dwóch ostatnich runa nie podaje ze szczegółami. Do tego w niektórych liniach/ covenach dodaje się jeszcze kielich. Czyli gdyby mnie ktoś zapytał, ile jest głównych narzędzi wiccan tradycyjnych? Odpowiedź poprawna brzmi: 7, 8 lub 9 w zależności od tradycji, linii przekazu czy covenu. W niektórych covenach pewne narzędzia mają trochę inną rangę i są inaczej traktowane (stąd czasem uznaje się ich 7, czasem 8, czasem 9). W obu tradycjach jest to kanon głównych narzędzi, jakie musi zdobyć czarownica by przejść inicjację kolejnych stopni.  Bez nich nie odprawi się rytu wiccańskiego w klasycznych wersjach.
Oprócz głównych kanonicznych narzędzi wiccanie tradycyjni wykorzystują też inne rzeczy. Nie mają one takiego znaczenia jak główny kanon. Do nich zaliczyć można m.in. nóż roboczy (working knife), dzidę, widły, miotłę, kotły etc. Generalnie są one wykorzystywane w obrzędach, ale nie są one specjalnie na ten cel konsekrowane w obrzędzie inicjacji jak kanoniczna 7, 8 lub 9. Może ich nawet nie być wcale. 

NARZĘDZIA CZAROWNICY W WICCA EKLEKTYCZNEJ

Tutaj panuje „Wolna Neopoganka”. Co podręcznik to interpretacja autora. Najczęściej są to te same narzędzia co u wiccan tradycyjnych, jednak ów zestaw jest zupełnie inaczej dobrany. Najpopularniejsze podręczniki wymieniają: athame, bolline, kociołek, miotłę, sznury (lub sznur), kadzielnicę, różdżkę i wiele, wiele innych. W przeważającej ilości tradycji eklektyzmu są one zbliżone do tych z wicca tradycyjnej. W samotniczej ścieżce nie ma reguły, które przedmioty są kanoniczne, a które nie. Na pytanie, jakie są narzędzia czarownicy w wicca eklektycznej? Myślę, że prawidłowo należy odpowiedzieć: w sformalizowanych tradycjach na ogół obowiązują określone kanony, w ścieżkach samotniczych na ogół autorzy sugerują własny dobór na bazie najpopularniejszych narzędzi, zwykle są to athame, bolline, kociołek, różdżka, sznury (lub sznur), miotła etc. Jednak ostateczny wybór należy do wyznawcy, gdyż nadmiar przedmiotów czyni ołtarz zaśmieconym.

NARZĘDZIA CZAROWNICY W ARTYKULE JOANNY MALITY-KRÓL

Najbardziej podstawowym z nich pozostaje rytualny nóż, athame, należy także wymienić wspomnianą miotłę i różdżkę, kielich, kociołek, kadzielnicę czy świece. (s. 158)
I tak na to patrzę i się zastanawiam, w takim razie o kim jest artykuł, o wiccanach tradycyjnych czy eklektycznych? Na pierwszy rzut oka widać, że autorka spogląda na temat współczesnego czarownictwa przez pryzmat wicca eklektycznej – zamiast kanonu 7, 8 lub 9 + reszta wymienia kilka wybranych. Ale sytuacja nie jest łatwa do oceny, bo Malita-Król prowadzi wywiady z wiccanami tradycyjnymi i korzysta z literatury zarówno jednych jak i drugich. Autorka twierdzi, że cytowane wywiady:
 … dotyczą wicca tradycyjnego, natomiast pozycje bibliograficzne stanowią odwołanie również do wicca eklektycznego (s. 158)
I tutaj robi się niezły misz masz. Wychodzi na to, że autorka opisuje wszystko w kupie nie stawiając wyraźniej granicy jak sprawy rekwizytów rytualnych wyglądają w wicca tradycyjnej a jak w eklektycznej. Opisuje narzędzia czarownic głównie z pespektywy wiccan eklektycznych za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i eklektycznej
Jest to jeden z największych błędów, jakie można popełnić przy pisaniu o współczesnym czarownictwie. Co pasuje do jednego, nie zawsze znajdzie odpowiednik w drugim. To jak pisać o chrześcijańskich budynkach sakralnych i nie widzieć różnicy pomiędzy cerkwią a kościołem katolickim. Czytajmy jednak dalej.

NIEŚCISŁOŚCI/ NIEJASNOŚCI / BŁĘDY

Autorka zaznacza, że:
Mam tu na myśli przede wszystkim wiccan tradycyjnych, to jest inicjowanych w British Traditional Witchcraft i wywodzących się z linii aleksandryjskich lub gardneriańskich, niemniej nie należy zapominać o wiccanach eklektycznych, najczęściej nieinicjowanych  i podejmujących synkretyczne praktyki. (s. 157)
No muszę Pani powiedzieć, że wicca tradycyjna to na swój sposób również bardzo synkretyczne praktyki. Co się zaś tyczy wiccan eklektycznych to raczej nieliczne odmiany tej religii; na dobrą sprawę głównie samotnie praktykujący nie stosują żadnych inicjacji (oprócz może tzw. samoinicjacji, której inne tradycje na ogół nie uznają). Wiem, że w Reclaiming nie są one obowiązkowe (choć też się pojawiają), ale praktycznie większość znanych mi tradycji zawsze stosuje jakąś formę inicjacji przy przyjmowaniu nowego adepta.
W przypisie szóstym Malita-Król wymienia nazwy świąt. Powiem tylko, że ortodoksyjni wiccanie, tacy jak ci z mojego byłego covenu nigdy nie uznali wielu z nich. W późnijeszym fragmencie eseju autorka zwraca uwagę, że stawianie obok siebie dwóch figurek bogów z różnych panteonów lekko przekracza granice dobrego gustu. Taki puryzm występuje w wielu aspektach wicca tradycyjnej, np. dla wielu wyznawców obecne jest to w nazwach świąt. Są tacy, którzy uważają, że w noc 31 października jedzenie meksykańskich, cukrowych czaszek, czczenie greckiej Hekate, a jeszcze nazywanie tego święta z celtycka „Samhain” również powoduje niesmak i przykład zwykłej wiochy. Dlatego święto to nazywają „Halloween” gdyż nazwa ta jest bardziej neutralna. Tutaj należałoby wymienić nazwy ortodoksyjne (Candlemas, May Day, Lammas, Halloween) oraz przesilenia i równonoce. Tylko późniejsze linie i te bardzo reformowane mieszają stare nazewnictwo ze stworzonym nowym. Zakładam, że są coveny, które stosują nazewnictwo podane przez Malitę-Król, ale nie jest to zbyt częste.
W jednym zdaniu Malita-Król informuje, że athame  może to być:
…niewielki nóż, który z powodzeniem mógłby uchodzić za zupełnie niemagiczny przedmiot. (s. 159)
Skąd to info, bo brak źródła? To mi bardziej pasuje do wicca eklektycznej, nie zaś do wicca tradycyjnej … Podobnie jak potem Malita-Król pisze, że jedna szkoła uważa, że athame można używać tylko w rytuałach, a druga, że nawet na co dzień (s. 159). W moim covenie athame mógł tylko dotykać jego właściciel i arcykapłan, więc trudno używać go na co dzień, a już tym bardziej, żeby użył go ktoś inny skoro jest pod ręką. Używanie na co dzień zdecydowanie bliższe jest eklektyzmowi. Swoją drogą jak używać na co dzień dużego, nieostrego sztyletu i w jakim celu?
Jeśli jednak czarownica woli nie używać athame do przysłowiowego krojenia owoców może wtedy posłużyć się bolline (albo boline, wymawiane m.in. jako „bolajn” lub „bolline”), przez niektórych moich rozmówców określane jako „białonóż”. (s. 159)
Akurat nigdy nie spotkałem się z krojeniem owoców w kręgu, ale tu pojawia się inny problem. Kiedy wymieniłem wcześniej narzędzia czarownicy to na pewno wszyscy zauważyli, że w głównym kanonie wiccan tradycyjnych nie było czegoś takiego jak bolline. Ba! W  covenie, do którego należałem w ogóle czegoś takiego nie było.
Czym w ogóle jest bolline? Kiedy wejdziemy sobie w wyszukiwarkę Google Graphics i wpiszemy sobie to jako słowo kluczowe to pokazują nam się głównie małe sierpy. Wchodząc do anglojęzycznej Wikipedii mamy okazję sobie poczytać, że bolline to głównie nożyk lub sierp o białej rączce służący do ścinania ziół, grawerowania znaków na świecach i generalnie praktycznego użytku. Choć jego nazwa może wywodzić się z „Klucza Salomona” raczej można śmiało powiedzieć, że nie jest on rdzennym narzędziem czarownicy, które wprowadził Gerald Gardner. To pojawiło się dopiero w eklektyzmie, głównie za sprawą inspiracji druidyzmem i celtyckim pogaństwem. Prawda jest taka, że większość covenów wiccan tradycyjnych go nie używa.
I pewnie teraz wszyscy zaczną się rzucać – „u Silinieza w covenie tego nie było, to pewnie myśli on, że u innych też nie ma.” Zatem zrobiłem drobny eksperyment. Na zamkniętym portalu dla inicjowanych aleksandrian wpisałem w wyszukiwarce „athame”. Pokazały mi się cztery kolumny zawierające posty z tym słowem. Wpisałem bicz (scourge) – pięć kolumn. Wpisałem „handled” (white handled lub white-hilted knife) – cztery kolumny. Wpisałem bolline i oto rezultat:


Analogicznie uczyniłem z innymi wariantami pisowni tego wyrazu. Efekt był ten sam. Co z tego wynika? To, że przez wiele lat słowo to nie pojawiło się na głównym forum aleksandrian ani razu. Dlaczego? Bo tego tam po prostu nie ma. I to w końcu w jednej z dwóch głównych tradycji brytyjskiej wicca. Tylko ewentualnie nieliczne linie wicca tradycyjnej, które zainspirowały się pewnymi eklektycznymi wpływami mogą używać czegoś co określa się mianem „bolline”. Ja się z tym jednak nie spotkałem.
Problem z narzędziami wydaje się być szerszy, a wynika on z tego, że osoby nieinicjowane nie rozróżniają noża o białej rękojeści od bolline. Nóż o białej rękojeści jest na ogół kanonicznym, błogosławionym sztyletem, który z reguły jest podobny do athame tyle, że różni go kolor rączki (to jest za pewne też ten „białonóż”). Bolline to na ogół sierp służący do ścinania ziół. Zapewniam, że ścinanie ziół nie wpisuje się w kanon praktyk wicca tradycyjnej. To co najwyżej domena eklektyków lub tych inicjowanych wiccan, którzy dobrowolnie lubią zgłębiać temat zielarstwa poza kręgiem. Swoją drogą skrobanie sierpem wosku wydaje się być trudniejsze niż nożykiem.
W moim byłym covenie nóż o białej rącze pełnił głównie funkcję reprezentacyjną i miał swój odpowiednik noża roboczego w postaci tzw. working knife. Był to po prostu scyzoryk służący najczęściej do zeskrobywania wosku ze świeczników lub węgielków z kadzielnicy. Nie był to błogosławiony przedmiot, miał czysto użytkowy charakter. W innych covenach używa się noża o białej rączce do tego co working knife w mojej byłej grupie. Byłby więc on odpowiednikiem bolline w wicca tradycyjnej.
Skąd więc to nagminne mylenie lub łączenie tych dwóch narzędzi w jedną całość? To proste. Z odpowiedzią przychodzi nam znowu … czarostwo eklektyczne. To w pracach eklektyków czytamy najczęściej o bolline. Co na ten temat pisze Malita-Król?
Bolline to ostry nóż roboczy z białą rączką, służący do wszystkiego, do czego nie wypada użyć athame – od szatkowania ziół po wydrapywanie symboli na świecy. Bolline często posiada kształt sierpa, ale nie musi, podobnie jak z ostrzem: może być zarówno obosieczne, jak i posiadać ostrą tylko jedną stronę. Znana mi czarownica poleca użycie zwykłego kuchennego noża. (s. 159)
1)  Na pierwszy rzut oka widać, że Malita-Król popełnia typowy błąd jakim jest mylenie tych dwóch przedmiotów i sprowadzanie ich do wspólnego mianownika. Znowu więc opisuje eklektyzm.
2) Jako źródło ostatniego zdania podaje pracę Agnieszki Mojmiry Antonik. Matko Ziemio! Widzisz, nie trzęsiesz się? Na temat tej publikacji poświęciłem jeden z najdłuższych postów na swoim blogu. Chciałbym Pani Malicie-Król zwrócić jednak uwagę, że nawet Enenna na swoim portalu napisała o tej pozycji, że jest to:
„lekko napisane wprowadzenie do wicca eklektycznego, z informacjami, że istnieje również coś takiego jak wicca tradycyjne i inicjacja” (http://www.wicca.pl/?art=15, dostęp 16.06.2017)
Czyli generalnie potwierdza się to, że jest to eklektyzm, a nie narzędzie z wicca tradycyjnej. Znowu misz masz i zero rozróżnienia.
Potem Malita-Król podchodzi do opisu różdżki. Opisuje ją oczywiście na bazie Thei Sabin, czyli eklektyzmu. W moim covenie były przynajmniej dwa typy różdżek, ale żaden nie pasuje do przedstawionej charakterystyki.
Potem Malita-Król głowi się nad symboliką różdżki i athame podając różne wersje, raz przypisuje jedno ogniowi, drugie powietrzu potem vice versa. Droga Pani! Narzędzia choć mają na ogół stałą symbolikę to można ją przed rytuałem zmienić i ustawić wedle zapotrzebowania w danym obrzędzie. Tu nawet nie jest zależne od covenu, tradycji czy linii przekazu jak Pani podaje (s. 159). Raczej ostatnie nawiązanie do Debory Lipp jest najbardziej trafne z tego co Pani przytacza. Raz athame może być symbolem powietrza, a raz ognia.
Pentakl to płaski dysk, najczęściej okrągły, na którym widnieje namalowany lub wyrzeźbiony pentagram (warto tu podkreślić, że pentagram, pięcioramienna gwiazda, to sam symbol, natomiast pentakl to fizyczny przedmiot z wizerunkiem pentagramu, aczkolwiek czasem obie te nazwy są stosowane zamiennie właśnie dla określenia fizycznego przedmiotu.) (s. 160)
Powiedziałbym odwrotnie. W kilku podręcznikach wicca eklektycznej spotkałem się z tym, że ludzie nagminnie te pojęcia mylą, a ich autorzy starali się właśnie wyprostować, że czym innym jest pentagram noszony na szyi, a czym innym metalowy, drewniany dysk, który leży na ołtarzu.  Korzystając z okazji chciałbym dodać, że na ogół nie tylko pentagram jest wygrawerowany na pentaklu, ale też kilka innych symboli. A przynajmniej w wicca tradycyjnej …
Dla wielu osób używanie kadzidła ma dodatkowy walor zapachowy i przydaje ceremonii odpowiedniej atmosfery. (s. 160)
Rzekłbym jednak, że zdecydowanie dla wszystkich co w niej udział biorą.
Można używać kadzideł stożkowych, pałeczkowych, granulowanych, własnoręcznie zebranych ziół – zależy od gustu i możliwości. (s. 160).
Chciałbym teraz naszej autorce zadać proste pytanie, mianowicie jak wyobraża sobie Pani wykorzystanie pałeczkowych kadzideł w kadzielnicy? Zazwyczaj wiccańska kadzielnica jest taka sama jak kościelna (tego Pani też nie omawia, podając tylko, że jest taki rekwizyt bez szczegółów). Jak umocowałaby Pani tam te kadzidła? I co gorsza, jak będzie Pani w kręgu machać kadzielnicą tak, żeby nie powypadały, nie połamały się, nie zgasły? Okadza się nią wszakże uczestników.
W wicca tradycyjnej i w wielu odłamach eklektyzmu wykorzystuje się klasyczne kadzidło jakie można palić za pomocą kadzielnicy. Głównie na rozżarzonych węgielkach. Ważny jest efekt jaki takie kadzidło daje, olbrzymie chmury dymu często czemuś konkretnemu służą. Jak zrobić coś takiego z pałeczek? Pozostałych kadzideł nie było mi dane widzieć w kręgu kiedy byłem w covenie. Takie rzeczy zdarzają się bardzo często w … samotniczej ścieżce eklektyzmu. Wystarczy wejść na YouTube i pooglądać różne wersje ołtarzy. Tam praktycznie regułą są takie tańsze, prostsze kadzidełka pałeczkowe palące się na małych drewnianych kadzielniczkach, które bez problemu można kupić w przeciętnym markecie. Znowu jeden wspólny wór dla wicca tradycyjnej i eklektycznej …
Pisząc o sznurach Malita-Król podaje:
Sznury posiadają konkretną długość i kolory i wykorzystywane są zarówno przy inicjacji na pierwszym stopniu, jak i na kolejnych. (s. 160)
Dzwony biją, tylko nie wiadomo w którym kościele. Jakiej długości, jakich kolorów? No i właśnie … Skoro autorka z nieznanych mi przyczyn nie podaje tych szczegółów to ją tutaj wyręczę przynajmniej w kwestii kolorów: są to biały, czerwony, niebieski. Jest też kilka innych określonych na kolejnych stopniach. Ale zaraz, zaraz! W następnych zdaniach autorka pisze do czego służą, a potem:
Sznury mają różne kolory, a każdy z nich posiada odrębne znaczenie. (s. 160)
I tutaj Malita-Król podaje przypis nr 26 do książki „The Witches’ Bible” Janet i Stewarta Farrarów:
Przykładowo srebrny oznacza magię powiązaną z księżycem, a pomarańczowy intelekt. Zob. J. Farrar, S. Farrar, op. cit., s. 263-264 (tamże)
Hmmm … Pojawia się tutaj nam pewien problem. To jednak mają określone kolory czy nie? Stoi to w lekkiej sprzeczności z kolorami, które podałem … Nie pozostaje mi nic innego jak zerknąć do pracy Farrarów. Do dzieła! Na początku rozdziału autorzy piszą:
Every witch should have his or her own set of at least three different-coloured cords (red, blue and white seem to be usual), and most covens have a communal set as well. (s. 263, pogrubienie Siliniez).
Hmmm … To by jakby potwierdzało moje słowa. Ale kurcze, gdzie w takim razie ten pomarańczowy sznur? Czytajmy zatem dalej. I tu niestety moje przeczucia mnie nie zawiodły. Malita-Król wrzuca do jednego wora dwie różne kwestie, mianowicie sznury rytualne, kanoniczne, którymi wiąże się kapłanów podczas obrzędów i które leżą na ołtarzu ze sznurami okazyjnie wykorzystywanymi. Istnieje jeszcze coś takiego jak magia sznurów w wicca tradycyjnej, ale na nią sznury zdobywa się zupełnie inne. Są one cięte, przepalane, są na nich wiązane supły … ale to nie są te trzy główne sznury.
Potem Pani Malita-Król wspomina o biczowaniu, ale już nie napisze, czy od tego puchną plecy czy może dłoń? Znowu dzwony biją, tylko nie wiadomo w którym kościele.
Czy jest to symboliczne czy faktyczne biczowanie – to już zależy od covenu. (s. 160).
Jak wygląda biczowanie symboliczne? Bicz się przykłada do ciała, a biczowany udaje, że go boli i krzyczy? Nie wiem na czym to polega, dlaczego Pani tego nie wyjaśnia? Rozumiem, że chłosta może być połączeniem biczowania fizycznego jak i symbolizowania czegoś. Gdyby pierwszy wyraz „czy” usunąć, a drugi zamienić na „i”, wyciąć końcówkę, to już to zdanie miałoby sens.
Opisane powyżej narzędzia – athame, bolline, pentakl, różdżka, kadzielnica z kadzidłem, sznury i bicz – były najczęściej wymieniane przez moich rozmówców jako ten podstawowy zestaw. (s. 160)
Już pisałem, że nawet jeśli w pewnych covenach wicca tradycjnej będzie tyle, inne się z tą opinią nie zgodzą. Ten bolline mnie głęboko zastanawia. Nie wiem kto Pani ten rekwizyt wymienił? Szczegółów wywiadu autorka nam nie podaje. Zastanawiam się, czy użyto tego słowa, czy po prostu Pani Malita-Król znowu coś przeinterpretowała po tym jak ktoś wspomniał o „białonożu” lub nożu z białą rączką? 
Rzeczona podstawa bywa różnie określana, na przykład Doreen Valiente wymienia zaledwie pięć „niezbędników”: laskę/różdżkę, athame, kocioł, pentakl i sznur. (s. 160)
Wszystko fajnie tylko czy to co podaje Valiente to wicca tradycyjne czy eklektyzm? Jeśli to drugie to jasno kontrastuje nam to z kanonicznymi 7,8 lub 9 narzędziami czarownicy i nie ma w tym nic zdrożnego. No i racja! Bo tak jest. Jak powszechnie wiadomo, Doreen Valiente był jedną z pierwszych gardneriańskich arcykapłanek i wniosła spory wkład do tradycyjnej wicca. Jednak potem odeszła od tradycji gardneriańskiej, była członkiem kilku covenów, a książki, które w późniejszych latach napisała są typowymi podręcznikami dla … wiccan eklektycznych. Valiente uczy m.in. samoinicjacji, której przecież jak wiadomo gardnerianie czy aleksandrianie kompletnie nie uznają. Uczy też typowej magii dla samotniczych wiedźm. Nie wiem dlaczego Malita-Król zestawia późne poglądy Valiente na tę sprawę z głównymi narzędziami czarownicy wicca tradycyjnej, skoro tu pojawiają się już dwa kompletnie inne systemy? Znowu bezmyślny wspólny wór ….
Potem autorka pisze o kielichu, w którym się znaleźć może wino (s. 160). Zapewniam, że są najczęściej dwa kielichy, a w drugim może być sok. No i zapewniam, że owo błogosławieństwo nie jest tylko częścią ceremonii ciastek i win, ale też występuje w głównej części rytuału. Po cytacie Farrarów zdjęcie ołtarza. Oczywiście typowo eklektycznego …
Dalej Pani Malita-Król informuje, że bogów mogą reprezentować na ołtarzu świeczki, przedmioty kojarzone z Boginią (lustro, bukiet, muszla czy perły) etc. Szczerze powiedziawszy mam tutaj pewne wątpliwości. Nie wiem czy to faktycznie występuje w wicca tradycyjnej czy to po prostu inwencje autorek, których w podręcznikach wicca eklektycznej nie brakuje. Pamiętajmy, że wiccanie tradycyjni pisząc książki najczęściej uczą praktyk magii eklektycznej. Tutaj jednak zaznaczam, pewny nie jestem.
Potem krótka (jak na mój gust nawet za krótka) charakterystyka innych przedmiotów wykorzystywanych w rytuałach. Pisząc o kociołku Malita-Król kompletnie pomija, że służy on też do dywinacji nawet podczas rytuałów wicca tradycyjnej. Potem:
… naczynie na sól i wodę (woda i sól służą do oczyszczenia przed rytuałem, mogą też symbolizować żywioł wody i ziemi), …(s. 161)
W naczyniu jest głównie woda. Sól jest do niej dosypywana po odpowiednim pobłogosławieniu. Co się nimi oczyszcza? Nimi się błogosławi krąg! Czyści to się świątynię przed obrzędem. Mogą też symbolizować? Chyba „symbolizują” …
Dalej czytamy o świecach. I tu mam wrażenie, że autorka znowu przypisuje im nie to znaczenie, które jest w wicca tradycyjnej. Coveny z tego nurtu najczęściej nie stosują magii kolorów jak robią to eklektycy, u których np. obrus, świeczki są zielone przy rytuałach przyciągania pieniędzy. Tradycyjni wiccanie zwracają uwagę przede wszystkim na estetykę, a nie New Age’owe zastosowanie kolorów. Nie wiem dlaczego Malita pisze:
… świece (posiadają wiele zastosowań i konotacji symbolicznych, …) s. 161
W eklektyzmie owszem, ale w wicca tradycyjnej? Nic mi nie wiadomo na ten temat.
Potem wśród narzędzi Malita-Król pisze o mieczu:
… oraz miecz (posiada on podobne zastosowanie jak athame, najczęściej to arcykapłani dysponują mieczem). (s.161)
I tutaj przypis do Pani Antonik, która twierdzi, że miecz nie jest niezbędnym wyposażeniem czarownicy (s. 161, przypis nr 38). W jej linii akurat nie, ale zapewniam, że w wielu pozostałych, zwłaszcza tradycji aleksandryjskiej akurat jest. Potem Pani Malita-Król cytuje Deborę Lipp:
„miecz symbolizuje władzę i mówi się, że >>kto trzyma miecz, ten rządzi kręgiem<<” (s. 161, przypis nr 38)
Powiem Pani Malito-Król tak - miecz jest atrybutem kapłanek i to głównie one się nim posługują. Słyszałem tylko o jednym wyjątku gdzie arcykapłan nie widział przeszkód do posługiwania się mieczem, czym inne arcykapłanki wpędzał w oburzenie. W moim covenie nie było arcykapłanki. Władzę pełną sprawował arcykapłan z trzecim stopniem inicjacji. Mieczem posługiwały się kapłanki na pierwszym stopniu. Pomimo tego pełną władzę sprawował on, nawet nie posługując się mieczem. Wniosek jest taki, że cytowany fragment Debory Lipp to co najwyżej wydumane motto, a nie jakaś reguła. Mam wrażenie, że szuka Pani sensacji, a nie faktów.
Nie wszyscy wiccanie posiadają pełen zestaw narzędzi: niektórzy mają tylko athame, inni przechowują w magicznej szafeczce cała kolekcję. (s. 161)
Co to jest „magiczna szafeczka”? To jakieś mebel tańczący na wzór tych z disneyowskiej „Fantazji”? Podejrzewam, że cudzysłów by się tutaj przydał. Na ogół po prostu trzyma się je w ukryciu w zwykłej szafce (u mnie obecnie są w torbie sportowej schowane w łóżku jakby ktoś chciał je znaleźć). Ponadto sensu tego zdania też za bardzo nie rozumiem. Chyba chodziło Pani o to, że w domu z reguły każdy trzyma tylko swoje athame, a reszta narzędzi magazynowana jest w covensteadzie? Oj to też regułą nie jest. Szatę też przywoziłem wypraną z domu na obrzęd.
Dalej dopiero w tekście dowiaduje się czym niby jest ta „magiczna szafka”, że to po prostu chodzi o jakieś prywatne ołtarze, religijne lub czysto dekoracyjne. Nie wiedziałem, że mam w domu coś co tak się to nazywa.
Ilość przedmiotów zależy od stopnia inicjacji w wiccańską tradycję – często bywa tak, że na pierwszym stopniu właśnie athame wystarcza w zupełności, niemniej gdy dana czarownica planuje założyć własny kowen, będzie musiała poszerzyć kolekcję narzędzi. (s. 161)
I to znowu wygląda mi na jakiś horrendalny opis eklektyzmu, bo do wicca tradycyjnej to kompletnie nie pasuje.
Zastanawiają mnie też te dywagacje na temat obrusa w dalszej części tekstu. Puryści wiccanie tradycyjni, kiedy przygotowują ołtarz na zewnątrz np. w lesie z reguły nie zasłaniają go obrusem, z prostego powodu – wygląda to idiotycznie. Oczywiście nie wszyscy są purystami. Dywagacje Mality-Król na temat koloru obrusa omówiłem wcześniej. Obrus na ziemi też mnie zastanawia. Spotkałem się z tym, że robiło się go na chustce (walijski akcent), ale obrus sam w sobie na ziemi? Co najwyżej mały obrusik.
Kładzie się na nim kielich, athame, kadzidło, świece, wzierunki bóstw, pentakl, miseczki z wodą i solą, wino oraz ciasto – słowem wszystko to, co będzie potrzebne w danym rytuale wraz z dodatkowymi elementami dekoracyjnymi lub przydatnymi w związku z danym świętem. (s. 161).
A co z biczem? A co ze sznurami? Miseczka raczej jest jedna. Kadzidło i świece leżą luzem? A co ze świecznikami, a co z kadzielnicą? A dlaczego pomija Pani kwiaty w wazonie i inne rzeczy? Długo mógłbym tak wymieniać ... Swoją drogą jedzenie nie było w moim covenie trzymane na ołtarzu. Wnosiło się je pod koniec obrzędu. Wyobraża sobie Pani jeść słodkie ciasto, które podczas rytuału przesiąkło zapachem kadzidła, albo które ktoś poplamił woskiem ze świec?
Sam ołtarz z reguły umieszcza się na północy kręgu. (s.161)
I tutaj przypis nr 41 do Thei Sabin czyli eklektyczki. Malita-Król zaznacza też, że Deborah Lipp umieszcza go w środku kręgu, a niektórzy nawet na wschodzie (tamże, przypis nr 41). Tak gwoli ścisłości – ma to swój powód. Gardnerianie z reguły mieli go w środku (wystarczy zobaczyć filmy z udziałem Eleanor Bone), aleksandrianie na północy. Dziś to oczywiście Yin-Yang w jednym trochę drugiego więc pomimo reguł są i wyjątki. W eklektyzmie jak zwykle Wolna Neopoganka. Pani autorka oczywiście tego nie rozgranicza.
Potem Pani Malita-Król przytacza cytat jednej respondentki, która informuje, że szatę się ściąga na początku rytuału (s. 162). To prawda, ale zapewniam Panią, że nie jeden rytuał w którym uczestniczyłem odbył się w szatach od początku do końca z pewnych przyczyn.
W niniejszym zestawieniu nie może zabraknąć jeszcze jednego artefaktu, który nie należy do wyposażenia ołtarza i nie jest wymieniany wśród podstawowych narzędzi, niemniej wszystkie inicjowane czarownice powinny go posiadać. Chodzi o Księgę  Cieni … (s. 162)
Bzdura! Księga Cieni jest „podporą” dla każdej czarownicy, a w szczególności podczas dłuższych ceremonii można się nią posłużyć gdy zaistnieje potrzeba. U nas leżała na ołtarzu z boku, a kiedy kończył się rytuał, arcykapłan brał ją w ramiona uroczyście żegnając się z resztą uczestników. Mało tego Księga Cieni ma czasem specjalnie przygotowany pulpit na którym się znajduje. Żeby nie być gołosłownym. Poniżej sławne zdjęcie Covenu Bricket Wood, pierwszego, oficjalnego covenu gardneriańskiego. Księgę Cieni widać jak byk w środku. 


Podobnie wygląda sytuacja na innych starych zdjęciach gardnerian: 

 

O ile mnie pamięć nie myli nawet w filmie „Biały anioł, czarny anioł” podczas sceny z Eleanor Bone widać Księgę Cieni na pulpicie przy ołtarzu. Skąd pochodzi więc ta informacja Pani Malito-Król? A Księga Cieni na dobrą sprawę to skrypt rytuałów, a nie jakiś podręcznik, tam większość rzeczy zapisana jest skrótami, szyframi etc. Ponadto nie zwraca Pani uwagi, że Ksiąg Cieni za życia Gardnera było kilka i że nie we wszystkich był materiał autorstwa Valiente.
W niektórych tradycjach przepisywanie zaczyna się dopiero rok po inicjacji (jak wyjaśniła mi arcykapłanka Albruna, chodzi o to, by „odfiltrować” osoby, które zaraz po inicjacji rezygnują). (s. 162).
I znowu nie wiem o co chodzi? Księgę Cieni przepisuje się po inicjacji pierwszego stopnia, nie ma dokładnych wytycznych kiedy musi się to zacząć i skończyć (na pewno przed kolejnym stopniem). Gdybym był osobą nieznającą temat lub przynajmniej osobą, która liznęła podstawy na bazie wiadomości z  sieci czytając ten fragment stwierdziłbym: „Acha, czyli po inicjacji trzeba jeszcze rok poczekać, żeby ją móc przepisać”. W wicca tradycyjnej na ogół występuje trójstopniowa hierarchia. Najpierw odbywamy tradycyjne szkolenie, trwające według tradycji rok i jeden dzień (w praktyce różnie z tym bywa). Potem inicjacja pierwszego stopnia. Po niej możemy mienić się wiccanami, dostajemy „wiccańskie obywatelstwo”, którego „paszportem” jest Księga Cieni. I to jest reguła, a każda reguła ma swój wyjątek. Cytowana Albruna jest członkiem linii, w której występuje charakterystyczny stopień zerowy tzw. neofita. Neofita przy stosowaniu tych porównań jest kimś na wzór „rezydenta”, choć uczestniczy biernie w obrzędach, nie ma jeszcze pełnych praw jakie ma „obywatel”. Tak więc, to o czym mówi Albruna wskazuje mi na to, że ten rok i jeden dzień po inicjacji to czas pomiędzy stopniem zero (pierwszą inicjacją w tej linii) a pierwszym (drugą inicjacją w tej linii). Czyli opisuje ona klasyczną regułę, jaką jest dostęp do Księgi Cieni po uzyskaniu pierwszego stopnia. Nie wiem o co chodzi, ale na tyle na ile moje informacje na temat tego stopnia i linii są czytelne, trzymałbym się swojej interpretacji. Malita-Król w każdym razie tego nie wyjaśnia.
To, że „Liber Umbrarum” jest dla eklektyków to autorka chyba wie, w każdym razie wspomina o tym wśród klasycznych Ksiąg Cieni. A to, że Jelonek powiedział Pani prawdę na temat Farrarów, uzupełniłbym stwierdzeniem, że oprócz tego dodali oni wiele własnych inwencji, które przyjęły się we współczesnym czarownictwie. A przy okazji omawianego dalej tematu to na pewno wiadomo już wszystkim, że porady jak konsekrować narzędzia rytualne według Valiente są dla eklektyków i nie mają nic wspólnego z wicca tradycyjnym.  W podsumowaniu autorka dalej duma, które narzędzia są podstawowe i po raz kolejny się trochę myli.

BADANIA TERENOWE

Autorka jak sama twierdzi wykorzystuje w swoich badaniach obserwację uczestniczącą oraz wywiady pogłębione (s. 158). Hmm … Nie wiem jaką mogła przeprowadzić obserwację uczestniczącą? Przecież wiccanie nie wpuszczają obcych na swoje obrzędy. Jedyne co Malita-Król zatem mogła zobaczyć to śmieszne rytuały będące połączeniem wicca eklektycznej, apelu szkolnego i balu przebierańców, jakie czasem odbywają się na rozmaitych dorocznych spotkaniach i warsztatach. Ale one nie mają nic wiele wspólnego z klasycznymi rytuałami wiccańskimi. Podobnie czemu miały służyć wywiady? Wiccanie mogą milczeć, powiedzieć prawdę, pół-prawdę, a mogą nawet kłamać jeśli zaistnieje taka potrzeba. Najlepsze, że jeden z rozmówców w odpowiedzi na pytanie o to jakie są narzędzia stwierdził, że: „wszystko to co można przeczytać w Internecie” (s. 158), na co Malita-Król poczuła się usprawiedliwiona (tamże). Czy powiedział jednak prawdę? Tego nie wiemy …
Wydaje mi się, że do opisania narzędzi czarownicy wystarczy dokładna analiza fachowej literatury. Trzeba jeszcze tylko wiedzieć co w nich jest prawdą, a co nie. Gdyby Malita-Król wykorzystała tę metodę, to jej artykuł mógłby być nawet o 30% lepszy. Tymczasem zdaje się, że badaczka ponownie stara się odkrywać Amerykę wyciągając od respondentów informacje na temat tego co ma w bardzo wielu źródłach dokładnie opisane. Jaki jest tego sens? Tego nie wiem.
I tu przy okazji zastanawia mnie podejście naszej specjalistki. Malita-Król wspomina, że na kolejne stopnie inicjacji trzeba zgromadzić określone narzędzia. Dziwi mnie zatem, że nie zwróciła uwagi, że w pracy Fararrów, na którą się w końcu miejscami powołuje, w rozdziale dotyczącym inicjacji pierwszego stopnia wszystkie dziewięć narzędzi zostaje wymienionych:
Now I present to thee the Working Tools. First, the magic Sword […] Next I present the Athame. […] Next I present the White-hilted Knife. […] Next I present the Wand. […] Next I present the Cup. […] Next I present the Pentacle. […] Next I present the censer of Incense. […] Next I present the Scourge […] Next and lastly I present the Cords […]” (Janet and Stewart Farrar, The Witches’ Bible, s. 19b-20b)
9 narzędzi jak byk! Dlaczego więc autorka kompletnie pomija tego typu informacje chociaż dysponuje nimi? Myślę, że jako badaczka powinna skompilować wszystkie jej znane źródła i próbować wysnuć jakieś wnioski, tymczasem kompletnie tego nie robi …

WIELE DETALI POMINIĘTYCH

Powiem szczerze, że jeśli autorka pisze zarówno o wicca tradycjnej, jak i eklektycznej to mogłaby wymienić (już przynajmniej tylko wymienić) wiele innych tfu … tfu … „gadżetów”. Nic Pani nie wspomina o narzędziach dywinacji jak obsydianowe lustra, szklane kule. Przy okazji wicca tradycyjnej pomija Pani np. drugorzędny stang, koronę z rogami kapłana, naszyjniki, rytualne maski narzędzia stojące za ołtarzem a używane podczas rytu (korkociąg, zapałki, sprzęt muzyczny). W przypadku aleksandrian nie pisze nic Pani o spotykanym często acz nie zawsze fioletowym płomieniu.



Zdjęcie z Facebooka, żeby nie było, że jakieś mega tajemnice ujawniam. Ponadto powiem, że ten rekwizyt jest o tyle ciekawy, że w tradycji aleksandrian istnieje nawet coven o nazwie Świątynia Fioletowego Płomienia. A jest to ciekawe bo o Świątyni Athame czy Świątyni Miotły nigdy nie słyszałem w rzeczonym nurcie. Mógłbym tak Pani wymieniać jeszcze wiele różnych rzeczy, które tutaj zostały z nieznanych mi przyczyn zupełnie pominięte np. karty Tarota, karty anielskie, sygnet arcykapłana ...  Ale czego ja wymagam, skoro autorka wiele wydusić nie mogła od wiccan, choć więcej miała na papierze w sklepach z literaturą ezoteryczną ...
WICCA TRADYCYJNE A WICCA EKLEKTYCZNE
Niektórzy pewnie zastanawiają się, dlaczego tak usilnie czepiam się tego, że autorka kompletnie nie stawia granic pomiędzy oboma nurtami. Powodów jest wiele. Wicca tradycyjna bardzo różni się od wicca eklektycznej. O ile w eklektyzmie wiele rzeczy jest kwestią wyboru i gustu, tak w wicca tradycyjnej każde słowo może mieć znaczenie w tekście. O ile samotnie praktykujący wymyślają sobie szczegóły rytuału na chwilę przed jego odprawieniem tak wiccanie tradycyjni czasem miesiąc przygotowują się do jakiegoś określonego obrzędu. O ile np. w eklektyzmie spotkałem się z rytualnym, drewnianym athame (o tym też notabene Malita-Król nic nie wspomina), o tyle w ortodoksyjnym covenie wicca tradycyjnej coś takiego by z pewnych przyczyn nie przeszło. Absolutnie nie można tych ścieżek tak łatwo łączyć w jedną całość. Ścieżka samotnicza to siódma woda po kisielu z wicca tradycyjnej. Najistotniejszych rzeczy w niej nie ma. Wicca tradycyjnej nie da się wyznawać w pojedynkę. Ścieżkę samotniczą już tak. 

NAUKOWY ARTYKUŁ Z PIERNIKA I Z LUKRU

Gdyby któryś z czytelników chciałby mi zwrócić uwagę, że czepiam się i wymagam więcej, a przecież autorzy mieli ograniczoną ilość tekstu to przyznam im rację, ale też nie zawaham się zwrócić uwagi, że Malita-Król wiele przestrzeni zapełniła anegdotami, nawiązywaniem do bajkowych czarownic i wyakcentowała oczywiste oczywistości zamiast wartościowych informacji. Czytamy o czymś co i tak wszyscy wiedzą: Terry Pratchett, Frank Baum, stożkowaty kapelusz wiedźmy, Jaś i Małgosia, gdzie kupić akcesoria (wykaz linków ze sklepami), jaki to Tormey kupił sobie niepraktyczny pierwszy athame, o dramatycznie uszytej krzywej szacie, zabazgranej Księdze Cieni, księdze kondolencyjnej, „… fajnie, fajnie, żeby nie było badziewie”, palenie Sziszy … Jakby to były jakieś istotne informacje. Tutaj mam wrażenie, że autorka goni za sensacją, jakby była dziennikarką, a nie badaczką. Jeśli ma to dla Pani jakieś znaczenie, to powiem Pani, że na następnym spotkaniu sąsiedzi pytali „Jelonka” co w tym tygodniu poczują? Tak, do tego covenu należałem. Ale cała historia nie wydała mi się czymś istotnym. 

OSOBISTE REFLEKSJE

Irytuje mnie na wstępie samo pojęcie „gadżet” w stosunku do omawianych rekwizytów. Czy monstrancję, patenę, vasculum można określić mianem „gadżetów katolickiego księdza (lub ministranta)”? Myślę, że to lekkie trywializowanie tematu. Moje osobiste wrażenie jest takie, że autorka próbując ukazać temat od cukierkowej strony wysłodziła go niemiłosiernie nie dbając o to, że wicca to jednak misteryjna religia, a tzw. fluffy bunnies nie są nadreprezentacją. Uważam, że badaczka infantylizuje wicca.
Z doświadczenia wiem, że nie da się dobrze opisać wicca tradycyjnej będąc osobą inicjowaną. Nie dlatego, że przeszkadza w tym jakaś przysięga milczenia. I nie dlatego, że będąc w jednym covenie automatycznie jesteśmy na muszce kapłanów innych covenów. Ale dlatego, że co coven to inaczej, a w obrzędach wielu grup udziału tak naprawdę wziąć się nie da.  Wicca tradycyjna jest strasznym konglomeratem i dotarcie do wszystkich informacji wydaje się być wręcz niemożliwe. A co dopiero robić to z perspektywy osoby nieinicjowanej? Porażka jest praktycznie nieunikniona. Najwyraźniej Pani Malita-Król „porywając się z motyką na słońce” chciała udowodnić, że można inaczej. Moim skromnym zdaniem udowodniła, że dała radę wpaść we wszystkie sidła, jakie ten temat zastawia. Jak na razie skutecznie powtarza sukces swojej poprzedniczki Renaty Furman, tyle że ta, pisała w trudniejszych czasach, z mniejszym dostępem do źródeł i weryfikacją czegokolwiek. Efekt był jaki był. Teraz widzę czas na uroczyste przekazanie korony sukcesorki. 

PODSUMOWANIE

Pisząc artykuł autorka nie stawia wyraźnych granic pomiędzy wicca tradycyjną a eklektyczną, wręcz przeciwnie – miesza oba nurty. Przedstawione narzędzia podaje z perspektywy eklektyzmu opisując za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i eklektycznej. Miksuje źródła i autorów. Opisując temat nie stroni od błędnych informacji, jednostronnych, ogólnych. W pewnych podejrzewam, że nadinterpretuje fakty. Nie wyjaśnia pewnych szczegółów. Dodatkowo artykuł niepotrzebnie zapełniony jest sensacją zamiast istotnych informacji, lepiej opisujących temat. Z przykrością stwierdzam, jako wiccanin inicjowany, że (póki co) Malita-Król ma bardzo blade pojęcie o temacie, który postanowiła zbadać. W mojej skromnej ocenie artykuł bardziej nadaje się do prasy kobiecej niż naukowej.

RENATA HOŁDA „CZAROWNICE A UGARYCKI KULT BOGA Z ROGAMI. POPULARNE TRANSFORMACJE MITU” 

Na samym początku apetyczne wprowadzenie do tematu bogów ugaryckich. Potem przechodzimy do neopogaństwa amerykańskiego. Nie mogę się do końca zgodzić z autorką, że praktyki tamtejszych wiedźm nie są zinstytucjonalizowane. Dużo grup działa jako legalnie funkcjonujące stowarzyszenia, niektóre mają charakter reprezentacyjny np. Circle Sanctuary. Doktryna też jest często bardzo podobna. Potem poznajemy temat jewitchery oraz natib quadish, żydowskiego nepogaństwa. Ciekawe, treściwe. Polecam! 

MARCIN CHUDOBA „MAGIA I JEJ UŻYTKOWNICY W KOMIKSACH WYDAWNICTWA MARVEL COMICS”

Marcin Chudoba omawia magiczne wątki w komiksach koncernu wydawniczego Marvel. Powiem szczerze, osobiście nie przepadam za tą dziedziną, więc przeczytałem to jednym okiem. Magiczne motywy przeplatane ze światem współczesnym i niezwykłymi umiejętnościami superbohaterów. Ciekawe zestawienie, omówionych zostaje kilka przykładów. Pamiętam, że jako dziecko oglądałem na jakiejś stacji odcinek Spider Mana gdzie Zielony Troll miał jakąś różdżkę, księgę zaklęć i faktycznie coś czarował. A może to była Spider Woman? Nie pamiętam już … Artykuł na poziomie. Jako naukowe opracowanie napisane dobrze i warte uwagi.  

ADRIANNA  FIŁONOWICZ „JAK SIĘ POZBYĆ SEKUTNICY? O ŁOWCACH CZAROWNIC W AMERYKAŃSKICH FILMACH FANTASTYCZNO-PRZYGODOWYCH”

Przechodzimy do filmu. Kilka współczesnych mega produkcji, w których nie brakuje czarownic. Wciągający artykuł mówiący wiele o niezbyt popularnym jak do tej pory motywie łowcy czarownicy. Trochę streszczenia fabuły, trochę omówienia, trochę porównań i kilka wniosków. Ciekawe, polecam! 

ANNA KUJAWSKA-KOT „INTERTEKSTUALNA POSTMODERNISTYCZNA KREACJA CZAROWNICY W „DZKOŚCI SERCA” DAVIDA LYNCHA” 

I Znowu jesteśmy w filmie. Tym razem czytamy głównie o inspiracji „Czarnoksiężnikiem z Krainy Oz”. Trochę wytykania podobieństw, trochę o innych kwestiach. Takie sobie, mnie osobiście nie zainteresowało, co nie znaczy, że złe.


Wiele ciekawych, imponujących swoją treścią artykułów. Nie brakuje jednak i porażek … Najbardziej wciągają oczywiście te eseje, które opisują rzeczy, z którymi się człowiek wcześniej nie spotkał. Zalecam wszystkim miłośnikom tematu zakup tego tomiku. Cieszę się, że temat czarownic cieszy się popularnością w dalszym ciągu także w gronie naukowym. Oby tak dalej!