Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2018

R. Andrew Chesnut "Santa Muerte. Święta Śmierć"


... Czary to broń słabych, magiczna próba przejęcia przez pozbawione władzy i pieniędzy jednostki kontroli nad wydarzeniami, otoczeniem i pozostałymi ludźmi, których nie da się kontrolować w innych sposób. [...]" (s. 141)

Dawniej zastanawiałem się, co to za dziwne wyobrażenia Maryi są w niektórych kościołach na filmach. Teraz już wiem, że to nie Maryja lecz Santa Muerte czyli Święta Śmierć. Wielkie Brawa! 


Interesująca religia rodem z Meksyku i okolic. Zasadniczo porównać ją można z europejską adoracją św. Guineforta we Francji, św. Mikołaja w Rosji czy np. św. Demetry w Grecji. W Polsce pewne podobieństwo dostrzec można w kulcie Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej na Górze Chełmskiej. Oczywiście mam tu na myśli nie samą postać lecz pewien unikatowy charakter wierzeń  - jest to dosyć specyficzne połączenie pogańskiego bóstwa z późniejszymi naleciałościami chrześcijańskimi dającymi w sumie oryginalną, synkretyczną postać. W tym konkretnym przypadku czczoną jako anioł śmierci. 


Przypisuje się jej niezwykłą moc i skuteczność w spełnianiu próśb. Opiekuje się więźniami, przemytnikami, handlarzami narkotyków, spełnia miłosne życzenia, karze niewiernych kochanków, wzbogaca czy uzdrawia. Niezwykła postać o olbrzymiej popularności. 


Chesnut opisuje nie tylko jej kult, ale również historię, relacje wiernych, skandale związane z powstaniem jej Kościoła. Co złożyć jej w ofierze? Kiedy się do niej modlić? Kim są jej najgorętsi wyznawcy? O tym wszystkim w niniejszej lekturze.

Zdziwiły mnie trochę te historie. Nigdy nie podejrzewałem, że handlarze narkotyków są tak religijni i to w tak specyficznym kierunku.


Cała ta cześć Białej Siostry jak ją czasami się nazywa przypomina mi do złudzenia pogaństwo współczesne - ołtarze, ofiary, modły, zaklęcia ... Autor próbuje wykazać, że to Ponury Żniwiarz stoi u legendarnych początków adoracji Potężnej Pani lub przynajmniej wywarł na to największy wpływ. Moim zdaniem ewidentnie czuć w tym wszystkim boginię Mictecacihuatl o czym książka także napomina. Tak jak Europejczycy nie rozstali się ze swoimi dawnymi bogami czyniąc z nich świętych tak i Meksykanie zachowali swojego anioła przez kolejne stulecia, a teraz w dobie współczesności pozwalają jej wraz z innymi ludowymi świętymi wysuwać się na piedestał. Chesnut poświęca także trochę uwagi jej męskim odpowiednikom - Reyowi Pascualowi i San La Muerte, wielbionym w sąsiednich krajach. Mamy kolejny dowód na to, że ludziom ciężko się rozstać z religią przodków. 


Książka świetna pomimo, że autor co chwila powtarza w niej te same zdania. Niemniej gorąco ją wszystkim polecam!

wtorek, 4 września 2018

dr Paul Gibier "Spirytyzm. Studium historyczno-krytyczne i doświadczalne"



 A jednak dziwactwa podobne bardziej są niebezpieczne, aniżeli się wydają i przekonani jesteśmy, że niewiele by potrzeba czasu, ażeby przywrócić  pod ich wpływem czasy diabelskiego sabatu, bo jeśli nawet spirytyzm odrzuca teorię wchodzenia w czyjeś ciało i przeczy istnieniu diabła, to z drugiej strony przyjmuje fakt, iż dusza chwilowo opuszczać może ciało, a to jest właśnie istotnym i wystarczającym warunkiem nowych wędrówek i podróży na miotle 
(fragment  z zamieszczonego w omawianej w niniejszym poście książce tłumaczenia cytatu Dechambre'a "La doctrine spirite", s. 101).

Coś mi tu zgrzyta ...

Wracamy do kontaktów żywych z umarłymi. dr Paul Gibier "Spirytyzm. Studium historyczno-krytyczne i doświadczalne" to najkrócej pisząc stara książka wydana na nowo po ponad stu latach. Ogólnie tematem książki jest spirytyzm; szerzej autor pisze o fakirach, nawiedzonych domach, piśmie automatycznym, sesjach mediumicznych czy czymś co nazwalibyśmy dziś channelingiem. Psychotronika full wypas - jej wiele twarzy, problemy z interpretacją naukową. 

Czy to wszystko szarlataneria czy rzeczywiście ludzie kontaktują się ze zmarłymi? Gibier niby próbuje rozstrzygnąć ten temat, ale przyznam z perspektywy osoby żyjącej w XXI w., że idzie mu to bardzo ciężko. Dziś dysponujemy o ponad 100-letnim od niego stanem badań i rozmaitych rozważań na ten temat. Sam osobiście nie mam żadnego zaufania do Tablicy Ouija, channelingu, pisma automatycznego etc. Wszystko to działanie podświadomości płynące z naszego niezbadanego w pełni mózgu. Ale cóż, dawniej nie wszystko wydawało się to tak oczywiste jak dziś. Ba! Nawet teraz niektórzy wpadają w pewne duchowe pułapki.
Mówią też, że duchy białych, wyższej czując się natury, odrzucają powtórne wcielanie się dlatego, iż zdarzyć by się mogło, że ich duch zamieszkałby w ciele kolorowym, co byłoby zbyt poniżające. (s. 58)
Szczerze powiem, że często zdarza mi się krytykować współczesne koncepcje wizji społeczeństwa za ich polityczną poprawność. Zasadniczo ludzie udowadniają, że czarne jest białe pomimo tego, że jest czarne, ale z czasem i tak wszyscy się zorientują, że tak nie jest. 

Nigdy za to nie myślałem tymi kategoriami w sprawach życia pozagrobowego. Niektórzy wierzą, że człowiek może odrodzić się tylko człowiekiem, a zwierzę zwierzęciem. Inni stwierdzą, że dusza może przyjąć każdą postać. Spoko, jeśli przyjąć pierwszy wariant, że dusza gromadzi karmę i rozwija się od form prymitywnych do bardziej złożonych ... to w sumie odrodzenie się w ciele kolorowym mogę uznać za niemożliwe przy swoim obecnym stanie egzystencji. Uff! Coraz mniej się boję śmierci.
Powiedziano, iż tłum zawsze będzie oszukiwany, bo chce być oszukiwanym: vulgus vult decipi. (s. 78)
Nie mam pytań. Jak w spirytyzmie, tak w całym społeczeństwie. Pars pro toto.

Nudna, marna pozycja, wydaje się z perspektywy czasu namiastką tematu. Przydałyby się dodatkowe komentarze z ostatniego stuletniego apdejta w temacie. 

Nie polecam!

sobota, 18 sierpnia 2018

Elisabeth Kübler-Ross „Śmierć. Ostatni etap rozwoju”


No cóż, trochę nawywijałem. Więc Śmierć przyjdzie za pewne do mnie szybciej niż norma przewiduje. Oni mi tego nie podarują. No, ale skoro zasłużyłem ... Szkoda. Jestem za młody, żeby umierać. Paradoksalnie do niedawna myślałem ciągle o śmierci. Moje życie było więc niejako wpisane w kulturę śmierci. Co za życie? Jakie życie, taka śmierć. Przygotujmy się zatem na jej wizytę. Napije się Pani kawki? 


Do Hallowe’en jeszcze czas. Może w tym roku sam będę straszył po domach? Tylko kto by się mnie bał? Zeszłoroczne doświadczenie w Święto Duchów jasno obaliło wiele moich lęków o braku istnienia życia po śmierci. I bardzo dobrze. Nie mam się czego bać. Najgorzej, że po swoim zgonie mogę spotkać osoby, z którymi za życia miałem na pieńku. Na szczęście po śmierci ludzie się zmieniają, a samemu wyjściu z ciała towarzyszy uczucie błogostanu, braku nerwów, lęku etc. Jest surrealistycznie, ale też dziwnie. No cóż, inny stan egzystencji. Ale nie tym się teraz zajmijmy.  


Elisabeth Kübler-Ross to światowej sławy badaczka tematu śmierci, zwłaszcza z jej socjologicznej perspektywy. Praca „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” to kilka rozdziałów na temat śmierci w poszczególnych religiach (nie zbyt wielu), historie osób, które zetknęły się z agonią bliskich lub same doświadczały powolnego procesu umierania i wysuniętych na ich bazie kilka porad i wniosków.

Z głównymi tezami autorki i poradami jestem w stanie się zgodzić.
Narzucamy sobie formy ukształtowane dla nas przez nasze rodziny, naszych pracodawców, przyjaciół i publiczne wizerunki, aż przestajemy być sobą i stajemy się karykaturą wizerunku kogoś innego. Tracimy kontakt z tym, czym i kim tak naprawdę jesteśmy. Tracimy kontakt ze świeżością i energią płynącą z tej „oryginalnej” świadomości nas samych, naszych własnych potrzeb, naszych własnych wyborów. (s. 237)
Trudno się zatem nie zgodzić, że tym sposobem człowiek umiera powoli. Tylko co, kiedy czasem paradoksalnie nie może o niczym sam stanowić? Ale warto zachować tę prawdę. Ludzie się dziwią, że czasem uaktywniam swoją superpersonę i jestem jaki jestem. Jestem sobą, lub przynajmniej tym co drzemie w moich najgłębszych instynktach.
Kiedy  dojrzewamy, obawa przed utratą relacji z innymi ważnymi dla nas osobami jest większa niż strach przed utratą własnego życia. Jesteśmy zwierzętami, które myślą o sobie w kategoriach związków z innymi ludźmi. Jesteśmy z gruntu istotami społecznymi. I nie potrafimy zerwać naszych wzajemnych więzów bez stania się bezwartościowymi. Ponieważ najważniejsze dla nas wartości skupiają się w naszych relacjach z innymi, śmierć oznacza dla nas koniec związków z innymi albo „brak łączności duchowej”. (J. Haroutunian, cytat za opisywaną w niniejszym poście książką, s. 230)
To także wiele tłumaczy. Czasem nawet w prosty sposób – nie dogadujemy się z innymi, pragniemy odejść z tego świata. Zgodzę się także z główną tezą Kübler-Ross, że tylko używanie życia i to, jeśli wszystko w nim osiągniemy da nam spokojną śmierć. Gorzej tylko jak nie możemy tego wszystkiego osiągnąć. Wtedy śmierć wywołuje przerażenie. Nawet Antek LaVey o tym pisał. 


Cóż, praktycznie życie mam za sobą. Mój czas mnie (zdaje się) dogonił, nie wiem jak długo jeszcze pożyję i co mnie za chwilę spotka? W sumie nic nie osiągnąłem, a ciągle jestem w tyle. Z drugiej strony mam wielu wrogów. A jak nie masz wrogów to znaczy nic w życiu nie osiągnąłeś. Dziwnymi zasadami świat się rządzi.

Książka z jednej strony wciąga, może właśnie te historie o zgonach młodych ludzi wciągają i ranią za jednym zamachem. Może właśnie ten fakt, że nie przeżyli oni wszystkiego tak jak powinni powoduje to dziwne uczucie. Przedwczesna śmierć, nieprzejście do kolejnych etapów (tak rodzą się demony w naszym folklorze), ryty przejścia – inicjacje ... Ech zaczynam znowu fiksować na myśl o pewnych tematach. 

Lektura może zainteresować rozmaitych tanatomaniaków, samobójców czy nekrofili, ale generalnie jak to praca z zakresu socjologii – ciekawy temat podany w nudny, niestrawny sposób. Warto się z nią zapoznać jako ciekawostką by wiedzieć, że w życiu trzeba coś osiągnąć i się spełnić.

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

środa, 28 lutego 2018

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król (ed.) "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion"


Wracamy do tematu uwielbianego przeze mnie neopogaństwa. Tym razem pod lupę weźmiemy sobie pracę zbiorową pod redakcją Adama Anczyka i Joanny Mality-Król pt. "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion". Zaczynamy!

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król 
"Between "theological correctness" and everyday life: contemporary Paganism as lived religion".

Na samym początku redaktorzy tomu wprowadzają nas do tematu neopogaństwa - czyli piszą o problemie antykoncepcji, stosunków seksualnych przed ślubem u polskich katolików i przebywających w naszym kraju muzułmanów. Muszę przyznać, że do tematu poruszanej w niniejszej książce tematyki pasuje to wręcz jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod koniec autorzy coś łaskawie wspominają o neopogaństwie, tak więc może skończonej tragedii nie ma.

Z jednym małym wyjątkiem - Malita-Król i Anczyk wspominając o rodzimowierstwie informują, że w 2016 r. istniały w Polsce trzy zarejestrowane związki wyznaniowe, powołując się na pracę P. Ciecieląga. Z tym nie jest tak łatwo, bo w latach 90. ubiegłego stulecia do rejestru podały się faktycznie trzy grupy: Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański i Rodzima Wiara (początkowo Zrzeszenie Rodzimej Wiary). W następnej dekadzie dołączyła także Słowiańska Wiara - Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy. Powinny być zatem cztery grupy. Los PKS jest nam nieznany, prawdopodobnie przestał on istnieć choć dalej widnieje w rejestrze. 

Ważne jak dla mnie jest to, że oprócz tych zarejestrowanych związków istnieje też cały szereg mniejszych gromad, które utworzyły nawet Konfederację Rodzimowierczą. Część z nich przyłączyła się formalnie do tych zarejestrowanych, a niektóre utworzyły nowy Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród” (to akurat mniej więcej z czasem ukazania się tej publikacji, więc nie można autorom mieć za złe, że tego nie wymienili). 

Osobiście uważam, że nie można ograniczać wizerunku rodzimowierstwa w Polsce tylko do zarejestrowanych związków, bo to właśnie te mniejsze gromady i charakterystyczny dla tego nurtu religijnego regionalizm jest głównym wyróżnikiem. Tym "zarejestrowaniem" wycierają sobie twarz przedstawiciele jednej z najmniej reprezentatywnych grup, co wpływa negatywnie na wizerunek pozostałej reszty - tej znacznie bardziej szanowanej i wzorcowej.

Dominique Beth Wilson, Carole M. Cusack 
"Australian Pagans: fashion, music, and festivals"

Autorzy następnego artykułu przenoszą nas myślami do Australii. Na początku czytamy regularnie powtarzane brednie  o tym, jak to Gerald Gardner opowiadał, że inicjowała go Dorothy Clutterbuck-Fordham. Wiemy, że nie były to zeznania ojca religii wica, tylko osób, które (prze)interpretowały jego słowa. Potem robi się już lepiej, czytamy o Rosaleen Norton i o tym jak w ostatnich dekadach poganizowała się Australia. Powiem szczerze, że artykuł wydaje mi się być pisanym na siłę esejem o charakterze reklamowym. Wilson i Cusack referują o subkulturach, festiwalach, artystach dobrze znanych, firmach produkujących akcesoria czy ubrania dla fluffików. Nic nadzwyczajnego. Oczywiste oczywistości.

Monika Banaś 
"In the name of Odin I pronounce you husband and wife". Neo-Pagan movements as a sign of reshaping the social and cultural order in contemporary Nordic countries"

Trochę o historii państw nordyckich, trochę podstaw o mitologii skandynawskiej i trochę o Ásatrú w kilku krajach. W sumie niczego nowego się nie dowiedziałem, powtórzenie popularnych informacji.

Ullrich R. Kleinhempel 
"New Ways to Sites of Power. Retrieving  a spiritual landscape in Franconia"

Niby artykuł jest o różnych, energetycznych miejscach, ale w rzeczywistości stanowi dobre lekarstwo na bezsenność. Kilka ciekawostek, kilka ładnych zdjęć, a z artykułu nic konkretnego nie wynika.

Celso Luiz Terzetti Filho 
"Celebrating the Gods of the Land. The Three Races Myth and the case of Piaga Paganism in Brasil"

Ku swojemu zaskoczeniu czytam o specyficznym micie trzech ras: białej, czarnej i lokalnej, które tworzą swoistego rodzaju mieszankę dla swoich pogańskich wyznawców określaną mianem "Piaga", co oznacza "szamana".

Widzę, że nie tylko my mamy Turbo-Słowian - są też Turbo-Brazylijczycy, którzy uważają się za potomków Atlantów, Fenicjan, Wikingów czy Europejczyków z Basenu Morza Śródziemnego.

W dalszej części artykułu Filho dokładnie opisuję "Villę Paga" stworzoną i prowadzoną przez Rafaela Nolêto. Powiem szczerze, że podziwiam tę grupę, obserwuję ją na bieżąco na Facebooku. W swojej kultowej wiosce mają ulice poświęcone rozmaitym bogom wielu panteonów. Czczą bogów wielu kultur (nie brakuje też ołtarzy poświęconych naszym, słowiańskim), a wszystko w lokalnym, brazylijskim stylu. Unikatowy klimat. Gorąco go polecam artykuł na ten temat!

Yentl Schattevoet 
"All Power is in nature: Dutch Pagans and their relationship with Other-Than-Human Persons" 

Przenosimy się myślami do pogańskiej Holandii. A dokładnie do kwestii bytów nadprzyrodzonych (bogów, demonów, aniołów, zwierząt totemicznych etc.) wśród holenderskich neopogan. Pani Schattevoet posługuje się pojęciem "other-than-humans" pochodzącym z prac Grahama Harveya, które autor pierwotnie używał w określeniu istot z religii Odżibwejów. Ciekawa praca podparta wywiadami; kilku wyznawców dokładnie opisało jak rozumie owe byty i jak z nimi pracuje, współżyje, a także jak je na co dzień traktuje. Interesujący esej.

Roman Shizhenskiy 
"The role of food in contemporary Russian Neopaganism" 

Przenosimy się do Rosji. Trochę czytamy o neopogaństwie powstałym w ZSRR i jego kontynuacjach. Na piedestale stoją napoje i potrawy jedzone podczas obrzędów i świąt. Nie brakuje kolorowych zdjęć. Jest też trochę o ofiarach, tych krwawych i bezkrwawych. Już wiem, że rytualne pojedynki nazywają się "prya" po rosyjsku. Dużo ciekawostek. Ogólnie fajny artykuł.

Adam Anczyk 
"The Art of borrowing: interpreting contemporary Pagans' ritual fashion" 

Tutaj Pan Anczyk nakłania nas do małej wizualizacji celem wykazania różnic we wrażeniu jaki zrobi na nas strój rodzimowierców ze strojem grupy wiccan eklektycznych. Tylko pytanie co będzie jeśli pobłądzę i zobaczę typową grupę amerykańską, która często łączy eklektyczną wicca z rekonstrukcjonizmem? A coraz więcej wiedźm z Nowego Kontynentu chwali mi się inspiracjami słowiańskimi w prywatnych wiadomościach na Facebooku. Eksperyment się nie udał, ale mniej więcej rozumiem o co chodziło autorowi. Ponadto dlaczego mam wizualizować coveny składające się głównie z kobiet? Marne stereotypy.

Potem kilka stron na temat mody. Tylko pytanie czy w przypadku np. czarownic możemy mówić o modzie? Kolor ma znaczenie dla większości wyznawców, a także liczy się także pewna praktyczność stroju (np. czarne peleryny by nie być widocznymi w nocy w lesie czy luźna szata by móc ją szybko zrzucić z siebie).

Mam wrażenie, że w dalszej części artykułu Anczyk na siłę powiązać ze sobą pewne historyczne fakty. Moim zdaniem trochę przez to spłyca dokładny obraz rzeczywistości. Czym np. ezoteryczny armanizm czy ariozofia wpłynęły na późniejsze postacie neopogaństwa? Runy znane są z wielu źródeł, czy to tylko wpływ Guido von Lista? Ile z zachodniej tradycji ezoterycznej wchłonął druidyzm i co powoduje, że zalicza go Pan do tej kategorii? Tak samo autor wspomina Lecha Emfazego Stefańskiego jako jednego z twórców słowiańskiej ezoteryki i założyciela RKP. OK, tyle, że z tego co się orientuję RKP to nie jest wielce ezoteryczna organizacja, co poniektórzy z tego związku sprawiają wrażenie jakby w ogóle się tym tematem nie interesowali.

Clothing used in esoteric traditions, apart from being important in celebrations, festivities and mystery ceremonies, has a certain "working" character, with mages or wizards, or witches, using specific clothing when they work. (s. 190)

Tylko kogo miał Pan na myśli pisząc "wizards"? Jeśli wiccan, to wielu "(male) witches" poczuło się obrażonych. Wiem, że są tacy mężczyźni co chcą używać tego słowa zamiast "witch", jednak należą oni do mniejszości. W tym konkretnym przypadku nie wiem jednak o kim mowa?

The symbolism (the pentagram, for instance) and clothes used in  some Wiccan ceremonies can suggest to a potential observer that the group in question is esoteric in character (even if it invokes Pagan deities during rituals, since Aleister Crowley also raised his arms to Pan, Isis or Horus). (s.191)

Też ten nawias wskazuje ponownie na jakieś usilne łącznie różnych faktów. Działalność Crowleya kończy się na dobrą sprawę wtedy kiedy Gerald Gardner tworzy swoją religię. "Hymn do Pana" to rok 1913, czas powstania wicca (pierwotnie wica) to na dobra sprawę schyłek lat 40. XX w. Tak samo możemy powiedzieć, że "dla wiccan znaczenie ma nagość odkąd Ruch Wędrownych Ptaków maszerował nago po niemieckich górach (bo w końcu to korzenie współczesnego naturyzmu, a wica powstała wiele lat później wśród brytyjskich naturystów)", albo "zakreślenie rytualnego kręgu ma znaczenie dla wiccan od czasu kiedy "Klucz Salomona" był znany w kręgach czarowników w renesansie". Czasowo dostrzegam w tym pewną rozbieżność. Czego to ma dowodzić?

Dalej w artykule czytamy o muzułmankach, które oburzyły się słysząc, że w Europie żyją politeiści, a na końcu jakieś dziwne reakcje na widok zdjęć z poganami różnych wyznań i powiązane z tym statystyki. Nic specjalnego.

Giuseppe Maiello 
"Representations of one's own funeral among the contemporary Czech Pagans" 

W 2011 r. czeska poganka zginęła w wypadku samochodowym, a pod koniec tego samego roku jeden z sześciu współzałożycieli rodzimowierczej grupy w tym kraju popełnił samobójstwo. Tym śmiertelnym akcentem przechodzimy do artykułu kolejnego, który porusza kwestię schodzenia z tego świata przez naszych pogańskich sąsiadów zza południowej granicy. Maiello opisuje zaistniałe problemy i sytuację wśród czeskich pogan po śmierci "Rowen" i "Stanislava". Co ciekawsze w dalszej części eseju autor przedstawia wyniki wywiadów, w których czescy poganie opisali jak wyobrażają sobie swoje pogrzeby i co powinno stać się z ich ciałami po śmierci. Wesołe pochówki, kremacje lub ich brak. Ciekawy temat. Gorąco polecam, artykuł na prawdę wciągający choć krótki.

Joanna Malita-Król 
"Wiccan tools. On the accesories of a modern witch" 

O dyletanctwie jakim zaszpanowała na oczach wielu Pani Joanna Malita-Król pisałem już w poście dotyczącym jej artykułu pt. "Wiccańskie gadżety, czyli narzędzia współczesnej czarownicy", który ukazał się w pracy zbiorowej pt. „Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess. Gorąco zachęcam do przeczytania!

Malita-Król najwyraźniej myślała, że zdobędzie Rysy Sławy, a moim zdaniem udało jej się zdobyć co najwyżej Rysy Samoupokorzenia. Ale, żeby tego było mało autorka, najwyraźniej pewna swoich sukcesów postanowiła przetłumaczyć opublikowany wcześniej artykuł na język angielski i puścić w świat by zdobyć Himalaje Sławy. Moje gratulacje! Właśnie udało jej się zdobyć Himalaje Samokompromitacji!

Często polscy studenci śmieją się z zachodnich badaczy, którzy przejeżdżają do naszego kraju myśląc, że zaskoczą wszystkich swoją olbrzymią wiedzą. Kiedy tylko zadaje im się pytanie o podstawowe rzeczy od razu nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Dlaczego oni mają takie wyobrażenia na nasz temat? Długo się zastanawiać nie muszę skoro widzę, jakie prace polskich "badaczy" wpadają im do rąk ...

Myślę, że nie ma co tutaj się wiele powtarzać. Wszystko omówiłem poprzednio. Pani Malita-Król twierdząc, że jako "wicca" rozumie przede wszystkim "wicca tradycyjne (czyli gardnerian i aleksandrian) oraz wicca eklektyczne" opisuje narzędzia czarownic czysto z perspektywy wicca eklektycznej za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i rzadziej eklektycznej ... Wychodzi z tego totalny misz masz.

Autorka kompletnie nie rozróżnia tych dwóch ścieżek. To tak jakby pisać o Kościołach chrześcijańskich i twierdzić, że ikony świętych wiszą w zborach - nie rozróżniać prawosławia od protestantyzmu, a wszystko opisywać zbiorczym terminem "chrześcijaństwo".

Przykładem tego jest choćby pomylenie "bolline", charakterystycznego dla eklektyzmu narzędzia z nożem z białą rączką używanym przez wiccan tradycyjnych, pomimo faktu, że respondenci wspominają o nim w wywiadach ... Malita-Król nie stroni od wielu merytorycznych błędów. Twierdzi np., że narzędzi czarownic jest 7, a prawda jest taka, że w niektórych liniach jest ich np. 9. Daje przy tym ślepą wiarę jednemu ze źródeł, którym dysponuje i chociaż w innym, z którego także korzysta znajdują się jeszcze inne informacje, całkowicie je ignoruje z nieznanych mi przyczyn. Z innych ciekawostek np. dowiaduję się, że wiccanie nie korzystają z ksiąg cieni podczas swoich obrzędów, co jest bzdurą. Jeśli nikt mi nie wierzy, to zachęcam do wysłuchania wystąpienia Maxine Sanders (dostępny na YouTube film pt. "Friends of the Museum of Witchcraft - Annual General Meeting - Maxine Sanders - In Conversation." Dokładnie w 14 minucie jest o tym mowa). Autorka opisując ołtarz nie wymienia nawet 50% rzeczy, które na nim leżą. Wszelkie jej domysły okazują się być błędne (np. że symbolika narzędzi zależna jest od linii przekazu), opisuje różdżkę typową dla eklektyzmu, podobnie jak wykorzystanie innych narzędzi. Itd. itd. itd. Gdzie mogła się pomylić tam to bez wahania uczyniła ...

Co nowego tutaj? Właściwie jest to ten sam artykuł, więc czym autorka mogła się skompromitować w Polsce tym skompromitowała się na cały anglojęzyczny świat. Zwracam uwagę, że na Zachodzie jest dużo publikacji na ten temat, a tamtejsi wiccanie biorąc do rąk taką pracę muszą sobie dopiero nieźle pomyśleć: "autorka odkryła Amerykę i to jeszcze na poziomie 15-letniej dziewczynki, która wrzuca film na YouTube i uczy wszystkich jak wygląda prawdziwa "wicca" ...". Może jej tego nie powiedzą, a jeszcze ją pochwalą (w szaleństwie jest metoda), no, ale cóż, fakty prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale przyjrzyjmy się temu dokładnie.

Oczywiście zeszłym razem byłem na tyle litościwy, że nie wywaliłem na wierzch autorce wszystkich błędów, które znalazłem w jej tekście. Stwierdziłem, że niech Joanna Malita-Król pozna moje dobre serce. Może jednak zmienię zdanie tym razem? A może przynajmniej trochę ... Anglojęzyczna wersja artykułu jest trochę rozbudowana. A zatem przyjrzyjmy się, czym nowym zaimponowała wicccanom badaczka.


SKYCLAD GUN 33 i 1/3 ...

Kolejną wtopą autorki jak na mój gust jest zdjęcie na stronie 231. Przedstawia ono pentagram, a Pani Malita-Król twierdzi, że to pentakl. Pentakl to płaski dysk, który leży na ołtarzu, a to na zdjęciu wygląda mi na pentagram, który się nosi na szyi.

Przykład zdjęcia pentakli podaję poniżej (a przynajmniej tego jak mniej więcej on wygląda w wicca tradycyjnej):


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niżej pod zdjęciem Malita-Król informuje:

The pentacle is a flat disc made from brass, wood or other solid material with pentagram inscribed on it (the pentagram is the symbol, whereas the pentacle is the physical object - but sometimes those both names are used to identify the physical object), although other markings can be added as well, like the symbols of the gods or particular elements. (s. 231-232)
Jakby już sama nie wiedziała o czym pisze ... Na pentaklu np. błogosławi się sól (o czym referuje autorka dalej w tekście). Jak wyobraża sobie Pani robienie tego na tym czymś co nam sfotografowała, a konkretnie mam na myśli wysypywanie na to coś soli? A to, że pojęcia "pentakl" i "pentagram" są mylone wynika rzecz jasna z tego, że w literaturze dotyczącej eklektyzmu pojawiają się rozbieżności. Pani jednak tego nie zaznacza.

Potem znowu wzmianka o pentagramie i co on symbolizuje, a znowu dalej autorka kontynuuje wątek pentaklu mieszając pojęcia doszczętnie (s. 232). Tutaj powołuje się na eklektyka Cunninghama i twierdzi, że pentakl może być wieszany nad drzwiami  i oknem dla ochrony domu. Moja uwaga jak wyżej.

Na stronie 233 mam wrażenie, że autorka myli sznury rytualne z miarą, o których wspomina w poprzednim zdaniu.  To miara jest zwracana adeptowi, a nie sznury, które nie mają wpływu na przysięgę ...

Potem czytamy o biczowaniu 40 razy inicjowanego (s. 233). Wszystko fajnie, ale na innych stopniach inicjacji wygląda to inaczej. 

Potem Malita-Król zachwyca nas cytując za Raymondem Bucklandem tekst mówiony podczas ceremonii błogosławieństwa ciastek i wina. Oczywiście autorka daje się łatwo nabrać na zmyloną wersję. Wiccanie często publikują zaklęcia z pominiętymi fragmentami, ze zmyłkami, bo uważają, że w ten sposób dochowują tajemnicy. Ten sam tekst podają m.in. Janet i Stewart Farrarowie w filmie "The Occult Experience", ale i tu jest ukryty pewien szkopuł. Ci znani aleksandrianie wystąpili w latach 70. w reportażu dla BBC. Na samym początku inscenizują scenę błogosławieństwa, a ten tekst mówią w jeszcze innej, zmylonej wersji. Co Pani badaczka na to? Zapewniam, że obie wersje nie są prawdziwe.

Niżej wzmianka o figurkach bogów i koncepcjach teistycznych wśród wiccan. No dobrze, ale jak ma się np. to, że niektórzy wiccanie to ateiści (co autorka odnotowuje w przypisie) do figurek bogów na ołtarzu? Czy wiccanie-ateiści ich tam nie stawiają? Po co ten odnośnik?

Potem na stronie 234, Pani Malita-Król zwraca uwagę, że wiccanie nie lubią łączyć panteonów, przy okazji figurek wspomina, że koło Artemidy nie powinno się stawiać Horusa. No fajnie, ale zapewniam Panią, że główna boska para bogów, których imiona wykorzystywane są podczas rytuałów wicca tradycyjnej wywodzą się z różnych panteonów, a wiccanie nie widzą w tym problemu. 

Na stronie 235 kolejne zdjęcia autorstwa Pani Mality-Król tym razem przedstawiające kolorową świeczką z symbolem Potrójnej Bogini. Generalnie używana w rytach eklektyków, w moim covenie coś takiego uznane by pewnie zostało za śmieszne. Mam wrażenie, że autorka próbuje pokolorować ten marny artykuł zdobiąc go zdjęciami ... 

Potem kolejne zadziwiające zdjęcie różdżki, typowo-eklektycznej jakiej w swoim covenie nigdy nie widziałem. Swoją drogą mam podobną - wystruganą z drzewa, w które uderzył piorun. Ale to nie do rytuałów wicca tradycyjnej. 

Na s. 237 informacja, że szata jest biała albo czarna - zapewniam, że nie zawsze. 

Na s. 242 fotka z kolejnym pięknym kociołkiem. I znowu się zastanawiam co autorka chciała za jego pośrednictwem udowodnić? Mam taki sam. Zapewniam Panią, że w rytuałach w moim covenie nie wykorzystywaliśmy takich. Używaliśmy dużo większych, o wielkości kotłów ogrodowych. Miało to swój wieloraki powód: praktyczniejsze - można więcej spalić w nim rzeczy, zrobić większa chmarę dymu z kadzidła. Drugi powód jest taki, że metal, z którego był ów kocioł zrobiony odgrywał dużą role przy dywinacji - charakterystyczny, metaliczny połysk wpływał na zmysły. Wyobraża sobie Pani wróżenie z takiego malutkiego kociołeczka i to z takiego tworzywa? Prędzej by Pani zasnęła nad nim niż coś zobaczyła ... Ewidentnie Pani Malita-Król chce się pochwalić, że nabyła coś takiego w przeciętnej brytyjskiej rupieciarni, którą można znaleźć w każdym mieście w tym kraju. Niebywałe osiągnięcie! Oczywiście takie kociołki wiodą prym w eklektyzmie.

242-243 - Jakieś ciekawostki o tym, że wiedźma w ogóle nie potrzebuje narzędzi. No wiccańskiego rytuału Pani nie odprawi inaczej. A magia prywatna wyznawców, odbywająca się poza kręgiem, to już zupełnie inna para kaloszy.

BADANIA TERENOWE, OBSERWACJA UCZESTNICZĄCA, UCZESTNICTWO W RYTUAŁACH - CZYLI TUPET, WYSOKA SAMOOCENA ORAZ DOBRY PIJAR PODSTAWĄ SUKCESU...

Nie jest dla mnie tajemnicą, że aby dokładnie zbadać wicca tradycyjną jest tylko jedna ku temu metoda: trzeba wstąpić do covenu, przejść inicjację i zobaczyć wszystko od środka. Nie ma innej metody! Jedynie wtedy mamy dokładną możliwość zbadania tego tematu. Wtedy widzimy co w publikacjach jest kłamstwem, a co nie. Poznajemy szczegóły rytuałów nieopublikowane nigdzie. Poznajemy ukryte zachowania samych wiccan i ich środowiska. Wielu badaczy poszło tą drogą, z czego najbardziej chyba znana jest Tanya Luhrmann. Czy ktoś zakwestionował wartość merytoryczną prac tych naukowców, którzy tak zrobili? Osoba, która chce zbadać temat z perspektywy obserwatora z zewnątrz nie ma szans nie natknąć się na pułapki jakie ten temat za sobą niesie.

Jako inicjowany wiccanin widzę gołym okiem, że Joanna Malita-Król nie jest inicjowaną wiccanką, bo gdyby była nie pisałaby takich bzdur. Dosłownie wykłada się na wszystkim co możliwe.

W jej zachowaniu drażni mnie nie tyle sam dyletantyzm. On jest typowy dla osób, które sobie przeczytały kilka książek o wicca eklektycznej i wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej, bo na dobrą sprawę we wszystkich napisane jest to samo.

Jeśli sobie otworzymy przeciętny podręcznik to przeczytamy:

Czym jest wicca? ... Bla, bla, bla ...  Potrójna Bogini i Rogaty Bóg ...Bla, bla, bla ... Magia ... Bla, bla, bla ...Koło roku ... Bla, bla, bla ... Reinkarnacja ... Bla, bla, bla ... narzędzia czarownicy ... Bla, bla, bla ... Czyń co chcesz tylko nikogo nie krzywdź nie znaczy wcale ... Bla, bla, bla ... Magia kamieni, kolorów ... Bla, bla, bla ... 
I taki jest schemat przeciętnej książki. Ale zapewniam, że nie oddają one tego co ma miejsce w wiccańskich kręgach. Bardzo łatwo się na to nabrać.

Irytuje mnie pompa z jaką autorka buduje sobie doskonały Public Relation; że niby "przeprowadziła obserwację uczestniczącą, badania terenowe, uczestniczyła w rytuałach wiccańskich" ... A przyjrzyjmy się temu dokładnie.

W tekście znajduję informację, że autorka brała udział w wiccańskich rytuałach na północy kraju. To teraz pojawia się pytanie, co to były za rytuały? Przecież wicca tradycyjna to według definicji nawet przyjętej przez autorkę "inicjacyjna, misteryjna religia". Żeby wziąć w nich udział trzeba przejść inicjację. Wiccanie nie wpuszczają na swoje obrzędy gości, a już tym bardziej badaczy czy dziennikarzy, no chyba, że jak historia pokazuje robią specjalny show imitując swoje prawdziwe rytuały. Więc z tego wniosek, że autorka musiałaby przejść inicjację, żeby brać udział w rytuałach wiccańskich. Już wiemy z dokładnej analizy obu artykułów, że nie mogła tego zrobić.

Nieskromnie podejrzewam, że autorka brała udział w rytuałach warsztatowych, które organizuje co roku środowisko "Wiccańskiego Kręgu" pod nazwą Wicca Study Group. Oczywiście jest to rodzaj spotkania integracyjnego, mającego charakter promocyjny - wiccanie mówią podstawowe rzeczy o swojej religii, pokazują siebie jako kochająca się rodzinę ze swoimi symbolami na szyi. Zachęcają tym sposobem innych do wstąpienia w swoje szeregi. Na tych warsztatach odbywa się też rytuał integracyjny, który bazuje swoim schematem na rytuale wiccańskim.

Oczywiste jest to, że wyznawców obowiązuje w dalszym ciągu przysięga milczenia. Jak wiemy dochowują jej na różne sposoby przy swojej publicznej działalności: mówią rytualne teksty okrojone, ołtarz przygotowują ze zmyłkami, np. to co powinno leżeć po prawej stronie kładą w innym miejscu, albo wystawiają tylko część narzędzi. Nieskromnie podejrzewam, że to właśnie stąd Malita-Król wzięła opis ołtarza - ze zmylonego, pokazowego ołtarza podczas rytuału dla mas. To mniej więcej tak jakby recenzować film oglądając tylko i wyłącznie sam zwiastun. Chyba nie muszę mówić, jaki jest tego efekt ... Widać go tutaj gołym okiem.

Pokazowy rytuał, w którym udział wziąć może każdy ma być w pełni podstawą dla Mality-Król do opisania obrzędów inicjacyjnej religii misteryjnej? To się kłóci samo w sobie. Czy tam wszyscy byli nadzy z Panią włącznie? Nie, tam niektórzy byli w szatach, inni przebrani w jakieś śmieszne stroje, a reszta w zwykłym codziennym ubiorze. Jak na bazie czegoś takiego można powiedzieć, że się uczestniczyło w rytuale wiccańskim? Jest to czysty przykład hipokryzji. Kogo Malita-Król próbuje na swój pijar nabrać?

Dla przykładu powiem, że z tego co wiem amerykańscy skauci często pod koniec swojego obozu przebierają się w stroje Indian i odprawiają uroczysty "indiański ryt". I teraz pytanie, czy to jest ryt typowo indiański? Idąc tokiem rozumowania Pani Mality-Król, uczestnicząc w czymś takim pewnie miałbym podstawy, żeby wpisać sobie w CV "uczestniczyłem w rytuałach indiańskich". Tak dokładnie postępuje autorka w przypadku wiccan. Albo inny przykład: chodziłem do klasy z koleżanką, która była świadkiem Jehowy, raz przyszli do mnie członkowie jej grupy ze "Strażnicą" zatem mam podstawy, żeby twierdzić, że "przeprowadziłem obserwację uczestniczącą wśród świadków Jehowy". No chwila, ale życie tych ludzi to spotkania w sali królestwa, domowe wielbienie, unikanie wielu rozrywek, nie zgadzanie się na transfuzję etc. Jaki mieć mogę obraz wyznawców po jednej znajomości, a co dopiero nazywać to "obserwacją uczestniczącą"?

Zachowanie Mality-Król jest dla mnie przejawem zwykłego kłamstwa - autorka próbuje sztucznie zagwarantować sobie autorytet twierdząc, że robiła coś o czym nie ma tak na prawdę pojęcia. Pod ryty warsztatowe ukradkiem wkłada informacje o wicca. Nie tylko fałszuje obraz wicca tradycyjnej, ale z tupetem tworzy sobie image erudyty. 

Oczywiście gdy przyjrzymy się uważnie całemu tekstowi to widzimy, że w prowadzonych wywiadach respondenci wymienili tylko jakich narzędzi używają i kilka sensacyjnych nowinek. Informacje o samych narzędziach Malita-Król czerpie z książek, na czym też wychodzi nie najlepiej. Oczywiście korzysta z nich wybiórczo, raptem z kilku prac na krzyż, pomija inne źródła.

Poziom "badań" autorki przypomina mi rozważania na temat tego jakiego koloru są róże. Idę na stragan, widzę, że sprzedają tam czerwone róże, to piszę, że "róże są czerwone". No dobrze, ale kiedy zerknę do innych źródeł to się dowiem, że róże są też w wielu innych kolorach. Jeśli chcemy zbadać mentalność Brazylijczyków, to musimy polecieć do Brazylii i tam chwilę z tubylcami przebywać. To jak bada wicca Malita-Król przypomina mi raczej robienie tego zdalnie poprzez oglądanie telenoweli brazylijskich. Chyba każdy się zgodzi, że nie jest to najlepsza metoda.


Uważam, że Malita-Król zwyczajnie posuwa się do kłamstw podciągając sobie wiele rzeczy pod pojęcia "obserwacja uczestnicząca" czy "badania terenowe". Jak już pisałem, jest tylko jeden sposób na wykonanie tego, którego ona nie wykorzystała.

DOKTORANTKA W INSTYTUCIE RELIGIOZNAWSTWA 
UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

Na jednej z Facebookowych grup znalazłem ostatnio wpis Pani Mality-Król, którym poinformowała wszystkich, że za niedługo będzie bronić pracy doktorskiej na temat wicca. Mając za sobą dwa artykuły jej autorstwa chyba nie muszę spekulować jaki będzie finał jej pracy. Oczywiście jak znam życie autorka obroni go, bo profesorowie w komisji nie znając tematu łatwo dadzą się nabrać na serwowany przez nią kit.

Najwyraźniej tupet, wysoka samoocena wystarczą w zupełności do osiągnięcia sukcesu. Nie od dziś wiadomo, że Instytut Religioznawstwa UJ to siedlisko naukowego lobby - kto wejdzie w dobry układ ten mimo wszystko wyjdzie z doktoratem. Kto jest bez układu to go kopną i potraktują jak śmiecia. Tak wygląda polska nauka - nieważne co wiesz, co sobą prezentujesz, wciskanie kitu i tak przejdzie jak jesteś w solidnym układzie. Jeszcze na początku studiów doktorant zmuszany jest do podpisania się pod przysięgą, w której zobowiązuje się dbać o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego ...

Co do prac Mality-Król to jako inicjowany aleksandrianin gorąco przed nimi przestrzegam. Autorka kompletnie nie zna się na temacie wicca.

Melissa Harrington
"The Wicca Man - a quiet revolutionary" 

Tom zamyka artykuł autorstwa znanej wiccańskiej arcykapłanki Melissy Harrington na temat mężczyzny-czarownika. Bardzo lubię ten temat, więc cieszę się, że esej wpadł mi w rękę.

Na pierwszy rzut oka widać, że pisze to osoba dobrze zaznajomiona z tematem - prowadząc badania w środowisku wiccan, autorka zwraca uwagę na wiele detali, m.in. stopnie kapłanów. Dla osoby  zewnątrz pewnie nie grałoby to żadnej roli, jednakże wiccanie wiedzą, że pewne etapy odpowiadają pewnemu doświadczeniu, a co za tym idzie - wpływa to na dalszy światopogląd.

Stosując metodę kuli śnieżnej Harrington dotarła do wielu "panów-czarownic" w swoim kraju. Ciekawe wyniki. Te historie o dzieciach i rozwodach brzmią śmiesznie, ale taka rzeczywistość. Ale, że autorka znalazła tylu heteroseksualnych kapłanów wiccańskich? I to jeszcze kilkoro z nich było konserwatystami. To chyba tylko ja miałem takiego pecha lądując gdzie wylądowałem ... Zawsze wierzyłem, że istnieją coveny dla porządnych ludzi. Tylko w Polsce takich brakuje. Emigrowałbym!

Nie rozumiem tylko co autorka miała na myśli pisząc, że tylko heteroseksualizm odgrywa w magii pozytywną rolę przytaczając nauki Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, słowa Tanyi Luhrmann, a potem prace Dion Fortune i (sic!) "Mszę gnostycką" Aleistera Crowleya? Przecież Crowley tak w pełni heteroseksualny nie był ... Chyba, że coś źle zrozumiałem.

Artykuł bardzo poprawił mi humor. Miejscami czułem się jakbym sam o sobie czytał. Zdecydowanie jest to najciekawszy jak dla mnie esej w całym zbiorze.

Podsumowanie

Jak to w takich zbiorówkach; nie brakuje artykułów lepszych (Harrington, Filho, Maiello, Schattevoet, Shizenskiy), przeciętnych (Anczyk, Wilson & Cusack, Banaś, Kleihempel), po skończoną tragedię (Malita-Król). Generalnie dochodzę do wniosku, że tomik warty jest swojej ceny, kilka wypracowań wniosło coś nowego do badań nad neopogaństwem. Polecam, acz zaznaczam, nie wszystkie opublikowane w nim teksty zasługują na miano dobrych.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kamila Ryszkowska „Podróż Duszy na Drugą Stronę”


Temat śmierci, a właściwie oswajania się z nią towarzyszy nam każdego dnia.

Przerabialiśmy wielokrotnie jej zagadnienie w przestrzeni społecznej. Obserwowaliśmy reakcje ludzi na cmentarzach podczas Dnia Wszystkich Świętych; ich twarze, nastroje, zachowanie. Podobnie jak wiecznie wdzierający się do naszej kultury Halloween i jego następstwa w kulturze masowej. Zwróciliśmy na nią uwagę przy okazji popularnego w cyberprzestrzeni tzw. „hejtu” - stosunek do śmierci zmienia się na co dzień – dawniej czyjś zgon uwrażliwiał, łagodził spory skłóconych stron, dziś miejscami śmieszy, wywołuje radość – jak słynne przykłady nastolatków samobójców, którzy ginąc przedwcześnie spotkali się z Internetową pogardą na Facebookowych stronach. Widzieliśmy wizerunki Śmierci w średniowieczu idącej po wioskach. Dziś widzimy ją jadącą na motorze – to kolejny przykład ewolucji wizerunku wujka Kuma. 


No właśnie, przy okazji nieścisłości poprzedniego zdania - Śmierć jest kobietą czy mężczyzną? Co religia to inaczej – Marzanna, Azaryn, Anioł Śmierci, Tanatos. Raz Śmierć jako kobieta występowała w bieli, potem jako kościotrup w czarnym płaszczu. Dawniej straszyła, dziś bardzo często widać jej komiczne oblicze w popkulturze … 


Można by rozmawiać o niej godzinami,  ale prawda jest taka, że nas interesuje to co dzieje się z nami po niej. Może to nie umierania się tak faktycznie boimy, a tego co będzie potem … Ciało gnije.  To wiemy. A co ze świadomością? Internet i prace popularnonaukowe roją się od fascynujących nas spraw: OOBE, dusze ludzkie na zdjęciach, duchy nawiedzające domy. Czy to fakt czy tylko nasze wyobraźnia i działanie niezbadanych sfer naszego umysłu? Zmarli pojawiający się we snach i mówiący o tym, że jedzą chleb a brakuje im mięsa … Temat nieskończony. Ale wejdźmy w sprawy właśnie najbardziej przerażające ludzi. 


Dusze z niezałatwionymi sprawami. Energie błąkające się i nie mogące zaakceptować zaistniałej sytuacji. Najlepiej obrazuje to film „Uwierz w ducha”, ale też w naszej kulturze dużo mówiło się o demonach, które powstawały z ciał lub dusz ludzi, którzy zatrzymali się na pewnym progu nie przekraczając i nie poznając kolejnego etapu. Samobójcy, a więc nie umarli naturalną śmiercią, dusze młodych panien, a więc tych, które nie poznały dorosłego życia itd. Itd.


„Podróż duszy na Druga Stronę” Kamili Ryszkowskiej to swoistego rodzaju Ars Psychopomposi. Jest to krótko pisząc sztuka przeprowadzania cierpiących dusz do stanu spokoju. 

Generalnie znana jest ona od pradziejów; szamani, kapłani plemienni, potem księża podczas ceremonii pogrzebowych przeprawiali dusze na Drugą Stronę. Jednak nie zawsze zmarli mogli dostąpić tego zaszczytu, a co gorsza kiedy duchowni stali się tylko urzędnikami, przestali wierzyć lub czuć siłę własnego umysłu – zmarli nie do końca mogli liczyć na ich pomoc. Zwróćmy ponadto uwagę, że w wielu systemach religijnych popularna jest wiara w reinkarnację. A co z duszami, które cierpią po śmierci? Jakoś trzeba się z nimi uporać, bo może być tylko gorzej ... 

Autorka zanim przechodzi do opisu stosowanych przez siebie metod przytacza kilka ciekawych historii. Wciągnął mnie wątek pamięci roślin, które więdną po odejściu właściciela. Lekceważymy za bardzo rolę kwiatów w naszym życiu, podobnie jak i przedmiotów, na których coś może ciążyć. Tutaj zgadzam się z autorką w pełni. Mało kto wie, ale czasem wolę spalić po sobie stare, dziurawe ubrania niż je wyrzucać do śmieci. Ogień oczyszcza. Podobnie jak powietrze (niekiedy można coś wystawić na parapet na kilka dni, zanim się to wyrzuci). Wiem, że wszystko dookoła mnie (łóżko, półki, książki) zawierają w sobie pewną cząstkę mojej energii, część mnie. Wyrzucając dobre rzeczy niejako wyrzucamy dobrą część siebie, co po pewnym czasie może sprowadzić na nas nieprzyjemne sytuacje, np. problemy finansowe. Tutaj jestem zabobonny na maksa. O ile możemy to zabobonem nazwać. 

Silnie przemawia do mnie sprawa „dawania spokoju zmarłym”. Choć z doświadczenia wiem, że tęsknić można, to lepiej nie zakłócać wiecznego snu. Wszelkie usilne wzywanie, modlenie się do nieboszczyka nie jest dobre. Częste przypominanie sobie go też szkodzi. Nie nam, ale owej duszy. I tu jest główny problem. Popularne sformułowanie „Pokój jego duszy” samo mówi za siebie. Ale! Pamiętajmy o tym, że są w roku chwile, kiedy bramy się otwierają i zmarli krążą wśród nas. Wtedy jednak nie należy o nich zapominać, a wręcz przeciwnie – należycie je ugościć. Pamiętajmy, że nasza kultura przywiązywała ważną troskę dla roli zmarłych. Noc Dziadów, Wigilia Bożego Narodzenia (vide zimowe przesilenie), Dziady Wiosenne (ich pozostałość widoczna w obchodach choćby krakowskiej Rękawki lub wspominania zmarłych podczas Wielkanocy w prawosławiu), Zielone Świątki (może jakieś pozostałości po Wigilii Majowej). 

W krążeniu po świecie i odchodzeniu do Światłości dostrzegam pewne aluzje do wiary w Krainę Wiecznego Lata, która ze spirytyzmu wdarła się m.in. do współczesnego czarownictwa. Umieramy, po pewnym czasie odchodzimy do miejsca odpoczynku dusz, by za jakiś czas móc wrócić wcielając się w nową osobę. Z czasem po śmierci tracimy wspomnienia i przybieramy postać bezkształtnej masy, a wszystko co przeżyliśmy zachowuje się tylko w Kronikach Akaszy. I to mi się układa w jedną harmonijną całość. 

Książka bardzo ciekawa i pisana przystępnym językiem. Porady proponowane przez autorkę uważam za dobre, ale przyznam, że by móc je realizować trzeba mieć talent; m.in. czuć magię, umieć wychodzić na inne plany. W przeciwnym razie praktyka stanie się tylko zabobonną sztuką, na której efekty nie będzie trzeba długo czekać. Jest to jednak bardzo ciekawa pozycja wykładająca kawę na ławę bez zbędnych teorii, oparta praktyczne na przebytych doświadczeniach.

Wszystkim gorąco polecam! 

niedziela, 6 grudnia 2015

Diana Rajchel "Samhain. Rytuał, przepisy i zaklęcia na początek pory zimowej"


Czy aby na pewno jest to początek pory zimowej w naszej strefie klimatycznej? W sumie na upartego możemy zgodzić się z tą koncepcją. Dawniej Święto Zmarłych było czasem kiedy cmentarze pokryte były grubą warstwą śniegu, a kobiety zapalając znicze, niejednokrotnie podpalały sobie rękawy od futer. A teraz w Dzień Wszystkich Świętych można nawet wyjść z domu w skórzanej kurtce i czapce z daszkiem. 

Ponieważ Halloween jest moim ulubionym świętem, stwierdziłem, że bardziej zagłębię się w treść książki. Niestety fakt, że przeczytałem ją po czasie lekko zepsuł mi zabawę. No tak, już dawno po Hallowe'enie, Andrzejkach, Barbórce, aktualnie mamy chtoniczne Mikołajki. 

Przyznam, że pewne zagadnienia zainteresowały mnie w opisywanej historii Hallowe'en. Nowością  było np. to, że zwyczaj "cukierek albo psikus" ma w rzeczywistości chrześcijańskie korzenie, a nie pogańskie. Słabo w to wierzę, ale zawsze to jakaś porównawcza ciekawostka. Podobnie jak i w to, że Rajchel obala historię kultu Pomony w tym okresie (autorka podaje dokładną datę 31 października, czego jednak inne źródła nie czynią generalnie podając koniec jesieni), twierdząc że bogini sadów czczona była przez Rzymian w środku lata. Kłamstwem to może i nie jest, ale ta koncepcja późnej jesieni skądś musiała się wziąć, bo często pojawia się w źródłach

Jak to zwykle bywa w tego typu podręcznikach eklektyzmu, wiele informacji musi być kontrowersyjnych. No i adresowanych dla pań. Poczułem się zdyskryminowany. Muszę napisać do jakiegoś stowarzyszenia maskulistów polskich, by pozwali wydawców. Zaciekawiła mnie np. "chrześcijańska" legenda o Starym Jacku (u nas częściej używa się formy "Chciwym Jacku"). Nie jest w końcu tajemnicą, że swoimi motywami przypomina legendę czarnoksiężnika Twardowskiego, a obie prawdopodobnie mają korzenie w jakimś pogańskim micie. Odyn jako bóg burzy (?), Thorze, widzisz i nie grzmisz ... O co chodzi z tym dawaniem cukru dzieciom? Pierwsze słyszę, żebym zamiast cukierków dostać miał cukier. Zastanawia mnie też to, czy dawni poganie sprzątali domy na Samhain? Niekiedy źródła wspominają o tym, że domy miały własnie wyglądać na zimne i niegościnne. Choć może była to tylko kwestia regionu i podejścia do zmarłych - czy ich witamy i zapraszamy, czy odganiamy i odstraszamy? 

Na temat pomysłów zabaw, dekoracji, rytuałów to nawet nie będę się wypowiadał. Dno totalne. Odrysowanie nagrobka zostawię innym. 

Książka generalnie marna jak cała reszta serii "Sabaty".

===

Uwielbiam Hallowe'en! 

Kiedy byłem dzieckiem oglądając telewizję satelitarną uwielbiałem takie postacie jak Dracula, Frankenstein, wilkołaki, mumie, szkielety etc. Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu niż astronauci/  kosmici, drużyna Robin Hooda czy barbarzyńcy.



Pewnego razu pamiętam, że zaintrygował mnie nawiedzony dom wykonany ręcznie w jakimś niemieckim programie dla dzieci. Wtedy po raz pierwszy spotkałem się z pojęciem Halloween, które wytłumaczyła mi mama. Powiedziała, że: " ... oni mają Święto Duchów. My mamy taką tradycję, że chodzimy na cmentarze, odwiedzamy groby, a oni zakładają maski i wzajemnie się straszą. U nas to jest taka smutna tradycja." Jakby mi ktoś w pysk strzelił!!! To moi rówieśnicy w innych krajach mają tak fajnie, że się przebierają, dostają cukierki, bawią wesoło, a u nas tak beznadziejnie??? Za jakie winy?



Rzuciłem klątwę na własną świadomość. Obiecałem sobie, że kiedy dorosnę będę świętował Halloween w przeciwieństwie do tej szaroburej chujowizny, która mnie otacza. I której nienawidziłem. Wiedziałem, że zbieranie cukierków mnie ominie, ale Hallowe'en we własnym domu? Dlaczego nie? A już nawet wtedy wszyscy dorośli mówili, że kiedyś to święto się u nas przyjmie. Na pewno. Przynajmniej w tym się nie mylili.



Dorastając, co roku kiedy zbliżał się koniec października śledziłem intensywnie pierwsze, pojawiające się w telewizji Hallowe'enowe akcenty. To jakiś teleturniej gdzie prowadzący przebrany był za czarownika z wydrążonymi dyniami w ręce. To znowu jakiś program muzyczny, gdzie wszędzie w dekoracji było pełno dyń. O stacjach anglojęzycznych i niemieckich chyba nie trzeba nic mówić. Maratony zaczynały się w południe. A już te programy pokazujące Hallowe'en w Ameryce. Po prostu patrzcie i zazdrośćcie nam!



Tak mijały lata. Kiedy zacząłem swoje zainteresowania z magią, jasne dla mnie było to, że okres ten jest niezwykły. Przez krótki nawet czas po przeczytaniu jednej z lektur o eklektycznej wicca odciąłem się od idei celebrowania wesołego Hallowe'en uważając, że jest "żałosna maskarada" w przeciwieństwie do święta, które powinno być pełne zadumy. Nie długo trwała ta tendencja. 

Z czasem, kiedy dostęp do muzyki stał się powszechniejszy, kiedy pochłonęła mnie estetyka gotyckich świeczników, zacząłem ostro wracać do czegoś, czego nigdy w sobie nie zgasiłem. I nawet rodzimowierstwo, którym się zachłysnąłem nie wypleniło ze mnie sympatii do Hallowe'en. 

I tak od kilku lat mój pokój jest udekorowany na maksa gotyckimi i Hallowe'enowymi świecznikami, lampionami i specjalnymi lampkami. Nie brakuje wizerunków Jacka Skellingtona, nietoperzy, czarownicy etc. Co roku słucham utworów ze swojej playlisty na YouTube, które uważam za kanoniczne. Część z nich to utwory związane z tym świętem, a część po prostu mi się z nim kojarzy, podobnie jak z tematem śmierci, horrorów. Różne gatunki muzyczne, różne kultury. Co roku playlista wzbogacana jest o nowe utwory.



Uznałem, że pomimo tego, że co poniektórzy stawiają wyraźne granice pomiędzy np. celtyckim Samhain czy słowiańskimi dziadami a komercyjnym Hallowe'en - świat jest tak na prawdę jeden. A to co do nas dociera stanowi jedność z tym czym żyjemy. 

Wszelkie wmawiania mi przez lata, że Hallowe'en jest nam obce kulturowo uważam za brednię z prostej przyczyny - już od kilku pokoleń chowamy się dokładnie na tych samych bajkach co nasi rówieśnicy w innych krajach. Żyjemy tak na prawdę w tym samym świecie, który jest globalną wioską. Muzyka idzie do nas obcojęzyczna z wielu krajów. Filmy docierają również z całego świata. Czy świat wampirów, czarownic, wilkołaków, duchów jest nam faktycznie obcy? Bardziej niż naszym sąsiadom z Zachodu, którzy od lat żyją tą samą kulturą masową? Wmawianie, że to jest nam obce uważam za kłamstwo.



Oczywiście na drodze pojawił mi się problem wpływów lokalnych. No w końcu "Polacy nie gęsi". W Halloween lubię sobie przeczytać fragment "Dziadów". Jeśli w przyszłości uda mi się kupić ładną, drewnianą kraboszkę to na pewno umieszczę ją w dekoracji.

Nie wspomnę już o dniu następnym. Oczywiście "trupie miodki" - nasza tradycja lokalna. Na cmentarz po cukierki, a jakże. W tym roku nawet udałem się na pobliski kopiec pooglądać łuny znad nekropolii. Niestety fakt, że wejście było zamknięte na taras widokowy sprawił, że przyjemność ta mnie ominęła.



Ponieważ Halloween jest tylko raz w roku. Stwierdziłem, że październik będzie dla mnie "Miesiącem Hallowe'enowym". Tak więc już na początku zacząłem lubić rozmaite strony na Facebooku o rzeczonej tematyce. Wieczorami w pracy oglądałem horrory. Nadrobiłem braki z lat minionych. Wiele zaległych serii jest już za mną. Podobnie jak filmy o gotyckim charakterze lub bajki dla dzieci. W minione święto oglądnąłem "Hellraisera" darując sobie tradycyjnego "Shrecka o wielkich oczach" czy "Hokus Pokus". 

A pije co roku tradycyjny sok jabłkowy, nawilżam powietrze olejkiem eterycznym o zapachu tego samego owocu. Ubieram się na czarno, zakładam gotyckie spodnie. Muzyka z playlisty gra. Tapeta na komputerze słodko-mroczna. Słodyczy nakupionych co niemiara.



Cóż tu wiele mówić, Happy Hallowe'en! 

piątek, 25 września 2015

Radbor Władysławowic "Słów kilka"


"Słów kilka" to króciutki zbiór wierszy oraz esejów wydanych z profesjonalnie wykonaną szatą graficzną. Bardzo ciekawe artykuły przedstawiające prywatną wizję rodzimowierstwa Radbora Władysławowica, a także tematy historyczne adresowane bez cienia wątpliwości do wyżej wykształconych odbiorców. Świadczy o tym staranny dobór słownictwa, duża wiedza z zakresu historii, mądre przemyślenia i lekko filozoficzny język naprowadzający czytelnika na właściwą drogę. 

W wielu sprawach zgadzam się z autorem. Podoba mi się forma przekazu, a także profesjonalizm z jakim wydał to krótkie dzieło (tak, jestem chory na estetykę! Nie będę się tego wyrzekał). Najbardziej zaintrygowała mnie kwestia złotego tronu Karola Wielkiego oraz rozsądne przekonania nad terytorializmem. 

Wiele prawić nie będę. Przeczytajcie to koniecznie. Spośród wszystkich prac opisujących rodzimowierstwo ten albumik osobiście zaliczam do pierwszej piątki. 

czwartek, 26 lutego 2015

Witold Vargas, Paweł Zych "Duchy polskich miast i zamków"


Po "Bestiariuszu słowiańskim" przyszedł czas na leksykon straszliwych postaci zamieszkujących zamki, miasta, rozdroża, parki, cmentarze, klasztory etc. Kolejna wspólna praca Witolda Vargasa i Pawła Zycha przenosi nas w świat legendarnych duchów, upiorów i innych straszydeł, które z pewnych względów bardziej lub mniej znanych nawiedzają rozmaite tereny Rzeczypospolitej. 

Dzięki temu nasz ludowy folklor posiada ducha w pełnym tego słowa znaczeniu. 

Książka jest po prostu rewelacyjna. Swój największy sukces zawdzięcza nie tylko barwnym ilustracjom ale też językowi, którym napisany został rzeczony leksykon. Autorzy nie oszczędzili sarkazmu, humoru i ludowego słownictwa. Dzięki temu czytelnik jeszcze bardziej przenosi się w klimat staropolskich wierzeń i legend. Na dodatkową pochwałę zasługują zamieszczone czasem uwagi pisane pochyłym drukiem pod niektórymi hasłami. 

Szkoda, że Polacy tak makabrycznie marnują swój potencjał nie tylko w świcie gospodarki, ale też i kultury. Czytając o swoim mieście, nawet nie znałem większości zamieszczonych w leksykonie podań o lokalnych duchach. Uważam, że łatwo można by zwiększyć atrakcyjność turystyczną pewnych miejsc poprzez dodatkowe promowanie historii o związanych z nimi straszydłach. Mam tu na myśli mniejsze miejscowości, bo w większych nie trudno natknąć się na popularny znak drogowy.



A nawet przy okazji pewnych świąt, jak np. Nocy Dziadów warto jest przytoczyć pamięć o niektórych legendach, zwłaszcza upiorach straszących w tym okresie w co poniektórych miejscach. Idealna konkurencja dla Hallowe'en. 

Zatopione miasta, zapadłe pod ziemię klasztory. Duchy zakonników i zakonnic - tego jest u nas wyjątkowo dużo i faktycznie chyba jakiś powód tego być musi. Duchy Szwedów, Niemców, Francuzów, Rosjan, żydów  ... Czego to nasz polski folklor nie zna? Czarownice, alchemicy, przeklęci księża, nieopłaceni rycerze, kabaliści, kochankowie ... Wszystko jak na dłoni. 

Rycerz wykorzystujący umarłych do boju jak Aaragorn w "Powrocie króla". Ksiądz alchemik jako typowy przykład dla wielu współczesnych magów. Upiory wiercące ... 


A już śpiące duchy, które obudzą się gdy Polska będzie w potrzebie ...  Chyba zaspali! A jak nie to już najwyższa pora!

Pewne historie wskazują na powiązania z czasami przedchrześcijańskimi. Zastanawiam się czy postać Jaryły może mieć coś wspólnego z niektórymi jeźdźcami bez głowy?  A to, że pewne podobne historie znane są w kilku miejscach, które w zamierzchłych czasach były ośrodkami kultu pogańskiego ... to przypadek? Nie podejrzewam. 

A książka obowiązkowa dla każdego miłośnika folkloru, tradycji i egregora polskiej ludowości!

PS.
Nie wierzycie na słowo? Zobaczcie sami ...

niedziela, 10 sierpnia 2014

Maciej Strutyński "Neopogaństwo"


Kolejną świetną książką opisująca fenomen neopogaństwa jest praca doktora Macieja Strutyńskiego pt. "Neopogaństwo." 

Ostatnio coś mało ukazało się pełnych, książkowych opracowań tematu napisanych przez jednego autora, a dzieła Scotta Simpsona "Native Faith. Polish Neo-Paganism at the Brink of XXIst Century" czy Remigiusza Okraski "W kręgu Odyna i Trygława" powoli tracą na aktualności ze względu na duże zmiany jakie w przeciągu ostatnich lat dokonały się zarówno w Polsce, jak i na świecie. 

Tutaj możemy zwrócić uwagę, że w samej tylko Rzeczypospolitej powstało wiele nowych grup, pewne ucichły, zakończyły działalność albo istnieją tylko formalnie (np. Polski Kościół Słowiański). Inne z kolei przeszły dynamiczną metamorfozę; na bazie regionalnych oddziałów większych ugrupowań powstały niezależne, nieformalne grupy rodzimowiercze. Otworzyły się nowe oddziały większych związków w innych miastach. Powstało wiele nieformalnych grup rodzimowierczych. Powstały coveny wicca tradycyjnej w Polsce, a także polskie oddziały asatru. Można do tego dodać wpływ internetu i portali społecznościowych, zwłaszcza forów czy fanpage'y na Facebooku (polecam zwłaszcza grupę Slavic Paganism & Witchcraft). Dużą rolę odegrał rozwój nauki i lepszy dostęp do źródeł. Krótko pisząc, wiele się zmieniło od czasu publikacji wyżej wymienionych prac, a to raptem może ok. 10 lat ... 

Oczywiście stan badań naukowych również zdrowo podskoczył w górę. Kilka konferencji naukowych organizowanych w Krakowie przyniosło obfity plon, czego efektem są m.in. dwie anglojęzyczne prace zbiorowe; pierwsza "Neo-Pagan and Native Faith Movements in Central and Eastern Europe" (red. Scott Simpson i Kaarina Aitamurto) oraz druga "Walking the Old Ways" (red. Adam Anczyk i Halina Grzymała-Moszczyńska). Do tego dojdą prace polskojęzyczne:  dwa numery periodyku "Państwo i Społeczeństwo" (red. Agnieszka Gajda i Jacek Majchrowski), tomik "Przeszłość i tożsamość" (red. Piotr Wiench). Pewne akcenty o neopogaństwie spotykamy także w czasopiśmie "Ex Nihilo" (artykuły Adama Anczyka i Michaliny Biel) oraz w dwóch pracach zbiorowych pod redakcją Bogumiła Grotta dotyczących nacjonalizmów. 

Temat żyje! Mało tego, prężnie się rozwija i wzmianki na jego temat co chwila pojawiają się w mediach. Wkrótce neopoganie zapanują nad światem. Oby! 

A co na temat książki?

Jest niewątpliwie porządnym opracowaniem tematu w pigułce. Autor opisał fenomen neopogaństwa od najbardziej znanych stron, a więc klasyczne kwestie: terminologia, historia (Georgios Gemistos Pleton, druidyzm, zainteresowanie kulturą słowiańską w Polsce XIX-wiecznej, III Rzesza, Jan Stachniuk, neopogaństwo w Polsce po 1989 r., Europa Zachodnia, asatru, wicca, neopogaństwo z krajów byłego ZSRR, po organizacje zrzeszające współczesnych nam neopogan). 

Zaletą książki jest to, że oprócz powtarzanych notorycznie informacji Strutyński poszedł dalej i omówił także pomijane często tematy, takie jak: koncepcja człowieka, kwestie doktrynalne (panteony bogów) , życie po śmierci, kult, miejsca święte etc. O tych sprawach książki wspominają najrzadziej ograniczając się tylko do opisu historii, ogólnych poglądów i spraw organizacji poszczególnych grup. Co jest ważne, autor porównuje poglądy wyznawców wielu różnych nurtów neopogaństwa, m.in. przedstawicieli asatru, których światopogląd nie został jak dotąd dobrze opisany w źródłach polskojęzycznych. 

Kolejną zaletą książki jest wykorzystanie dobrych źródeł (Richard Rudgley, Pete Jennings, a także opracowania polskich badaczy z ostatnich lat). 

Co do tego dochodzi, autor "poprawił błędy" swoich poprzedników, którzy niejednokrotnie pewne informacje np. na temat Stchniuka czy Pletona pisali inaczej niż podają teksty źródłowe. 

Jedyną wadą książki jest zbyt ogólne przedstawienie pewnych wątków, widzianych tylko oczami poszczególnych osób, głównie założycieli związków. W neopogaństwie próżno na cokolwiek szukać reguły nawet w jednej grupie wyznaniowej. W kilku kwestiach (zwłaszcza w wicca) także znalazłem pewne rzeczy, od których źrenice mi się rozszerzyły i zapewne zaiskrzyły. Zaciekawiła mnie także kwestie RKP i tolerancji. Cóż, podobno (zaznaczam "podobno") co innego oficjalnie, co innego z bliska. No, a już publiczna działalność co poniektórych reprezentantów daje nawet badaczom na konferencjach temat do wystąpienia. 

A książka jest rewelacyjna i wszystkim sympatykom tematu gorąco ją polecam! 

sobota, 7 czerwca 2014

Szymon Wrzesiński "Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu"


Bardzo ciekawą lekturą jest książka Szymona Wrzesińskiego pt. "Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu". Na wstępie dowiadujemy się, że jest to opracowanie popularnonaukowe. Autor używa charakterystycznego staropolskiego słownictwa, nazewnictwa i wyrażeń, szczegółowo przedstawiając tytułowe zagadnienie. 

Oczywiście spodziewałem się soczystych, krwistych, bezlitosnych opisów prac wykonywanych przez egzekutorów na przełomie stuleci. Wiele się nie zawiodłem, bo choć plastyczność opisów należy tutaj do rzadkości, to jednak sam cech kata opisany jest bardzo precyzyjnie. Wiemy, jakie w dawnej Polsce bywały metody tortur (mutylacja, ścięcie głowy, wieszanie, ćwiartowanie, łamanie kołem, chłostanie, piętnowanie etc., długo by wymieniać). 

Dobre jest to, że autor obala mit kata jakoby nosił on czerwony kaptur z dziurami. Podobnie jak i to, że większość głów ścinano nie toporem lecz mieczem. Wiedziałem też, że kaci prowadzili domy publiczne i znali się na leczeniu ziołami, ale pewną nowością jak dla mnie było to, że zajmowali się oni wywozem zdechłych zwierząt i grzebaniem ich. Podobnie jak i dbaniem o inne kwestie porządkowe w miastach. No, tego się po katach nie spodziewałem! A to, że ich żony czasem były ... Jakbyśmy to nazwali współcześnie "motywatorkami" w domach publicznych. Ciekawe. 

Najbardziej wbrew pozorom wciągnął mnie temat obyczajowości minionych epok związanej z zawodem kata, np. rękawiczki z psiej skóry, albo:


Różnie wyglądał także sam strój kata, nieraz uzupełniany specyficznymi oznaczeniami, co miało w sposób dyskryminujący odróżnić go od pozostałych mieszkańców. W średniowiecznym Krakowie oprawca musiał nosić specjalne ubranie z naszytymi na rękawie trzema kawałkami sukna w kolorach białym, czerwonym i zielonym. Tradycja oznakowywania utrwaliła się w tym mieście na tyle, że w 1785 roku z powodu licznych burd ulicznych wprowadzono dodatkowe oznakowanie sług katowskich. Od tego czasu musieli oni nosić na białych suknach litery "H". Taką samą literę z czasem kazano naszywać na płaszczach oprawców we Wrocławiu. 
W okresie średniowiecza polski kat nie był zobowiązany do noszenia żółtych barw, uznawanych za kolor cechujący ludzi pogardzanych (np. Żydów). Wręcz przeciwnie, mógł wybierać spośród ubrań o barwie czarnej, brązowej, purpurowej, czerwonej, szarej, ciemnozielonej. (s.31)



Kat miał jedynie pamiętać, aby wraz z żoną nie odziewał się zbyt bogato. (s.32)


Inne ciekawostki:


We Lwówku radni w 1609 roku ogłosili zarządzenie, w myśl którego zabroniono pomocnikom kata spotykania się z mieszczanami w karczmach i piwiarniach pod karą grzywny w wysokości jednego talara. (s. 47)
Nic dziwnego, że obywatele potrafili spluwać na widok oprawcy, odwracać głowę, a bochen przeznaczony dla mistrza sprawiedliwości kłaść na ławach chlebowych wierzchem do dołu, co miało podkreślić pogardę dla jego zawodu. W niejednym kościele czekano nań oddzielne i często oddalone miejsca wśród wiernych, gdyż specjalne krzesło na trzech nogach, przygotowano mu na kruchcie. W Toruniu raz w roku wybierany dzień, gdy kościół był niemal pusty i wówczas dawano oprawcy możliwość wyspowiadania się. Mało tego, przygotowywano dlań mały ołtarzyk w dni powszednie, a spowiadający go bracia z zakonu dominikańskiego mieli tak przytrzymywać swe habity, by ich kat przypadkiem nie dotknął. (s. 53)

Motyw grzebania katów jak aktorów w średniowieczu też jest opisany. Podobnie ciekawie przedstawione są historie procesów, m.in. czarownic. Ciekawe, że ścięcie głowy było uważane za mniej hańbiące niż wieszanie i, że warstwy wyższe uważały szubienicę, za narzędzie dla motłochu. To, że kaci tracili pracę jeśli nie potrafili ściąć głowy jednym zamachem.

Dużo ciekawostek historycznych z gatunku hard core.

Gorąco polecam!