niedziela, 13 sierpnia 2017

dr Suzana E. Flores „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi”




Wiele badań naukowych wykazało, że ludzie, którzy spędzają masę czasu na tym portalu, mają większą skłonność do depresji, niepokoju i obniżonego poczucia własnej wartości. Dlaczego więc nie staramy się trochę tego ograniczyć? Ponieważ bez wątpienia Facebook ma poważnie uzależniający składnik. Podczas badania przeprowadzonego dla Retrevo, internetowej strony konsumenckiej specjalizującej się w elektronice, zapytano użytkowników mediów społecznościowych, jak często zaglądają na strony takie jak Facebook i Twitter. Wykazano, że nasze mózgi uwalniają zastrzyk dopaminy, gdy tylko zachwyci nas konkretny status. To wywołuje poczucie euforii. Uzależniamy się od tego dopaminowego haju i zaglądamy na Facebooka w pogoni na nim. Kochamy ten serwis i nienawidzimy go niczym narkoman narkotyk. Chcemy spędzać na nim mniej czasu, ale nie potrafimy. Nie możemy się doczekać, aż opiszemy każde wspaniałe doświadczenie, jakie staje się naszym udziałem. Potrzebujemy naszej dawki Facebooka. I dopóki nie znajdziemy jakiegoś innego sposobu na zajęcie naszych myśli, on nadal będzie naszym narkotykiem z wyboru. Facebook nie tylko wpływa na nasze decyzje, ale także przeobraża nasze mózgi. (s. 217-218).

Pamiętam, że nie tak dawno temu czytałem na jakiejś stronie internetowej artykuł poświęcony szkodliwościom jakie rodzi Facebook. I w sumie nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na samym końcu eseju znajdował się link reklamowy „polub nas na Facebooku”. To tylko udowadniało, że zawarta w nim treść była prawdziwa ... 

O tym, że życie na portalach społecznościowych wzięło nad nami górę nie od dziś wiadomo. Podobnie jak to, że owe magazyny wirtualnych dusz działają w dwie strony, z których ta negatywa może dać się silnie odczuć ... 

Sam zaczynałem od Naszej Klasy, a skończyłem z sześcioma (obecnie) kontami na Facebooku. Tyle, że ta liczba spowodowana jest niedoskonałością tego portalu i złośliwościami jakie ten socjalistyczno-komunistyczny judoetwór wywiera na naszą codzienność. Tak więc przez jedno konto przeglądam strony o wicca, współczesnym czarownictwie, druidyzmie etc. Przez drugie i trzecie moderuję swoją stronę. Przez czwarte przeglądam politykę i sytuację rozmaitych środowisk meta politycznych. Przez piąte oglądam fotografię artystyczną. A szóste to moje oficjalne konto. Bany i inne zabawy spowodowały u mnie zmianę taktyki życia w sieci. Nie mam zwyczaju trollowania czegokolwiek. Co najwyżej zgłaszam po cichu posty. Nie zawsze to jednak skutkuje. Jednak jestem już weteranem życia na kultowych witrynach, ale przyznam szczerze – większość z nich mnie już znudziła. Zaczynam odkładać tego typu sprawy na bok. To doświadczenie mam powoli za sobą – lepszy rower, basen i książki. 

Problem z portalami społecznościowymi jest jak dla mnie głównie taki, że osoby mojego pokroju preferują wąskie grono odbiorców najczęściej o podobnych poglądach religijnych, politycznych, gustach muzycznych, zainteresowaniach etc., a są oni rozproszeni po różnych miastach, państwach czy regionach. I to rodzi kłopot, bo niby jak się z nimi inaczej komunikować? Jestem na Facebooku dlatego, że:

- otrzymuję wieści o interesujących mnie wydarzeniach, środowiskach, wydawnictwach muzycznych czy naukowych, badanych grupach,
- mam możliwosć czatu z wszystkimi w łatwy sposób (nie muszę dodatkowo instalować na dysku jakichś przeżytków w rodzaju Gadu-Gadu),
- nie muszę płacić więcej za rozmowy z osobami, wystarczy załatwienie wszystkiego na fejsowym czacie włącznie z przesyłaniem plików,
- kiedy dzieje się coś ciekawego, to nie będę dzwonił do setki osób, tylko wyślę im zaproszenie do wydarzenia na Facebooku
- wiem, kiedy kto ma urodziny,
- jestem na bieżąco z tym co słychać u znajomych, których latami nie widziałem (ale jak napisałem wcześniej jest to sprawą drugorzędną, cieszę się, że mogę utrzymywać znajomość dalej, ale nie jest to najistotniejsze),
- wszystko co mnie interesuje informuje mnie samo o tym na bieżąco – nie muszę skakać po portalach i śledzić. Czasami znajomi podrzucą coś krążącego aktualnie na topie,
- wszystko mam w kupie, zarówno znajomych jak i informacje na różne tematy, nie muszę wszędzie szperać, 

Facebook uzależnia mnie generalnie swoimi praktycznymi aspektami.


Należy jednak brać pod uwagę i drugą stronę medalu, która opisuje dr Suzana E. Flores w swojej bestsellerowej publikacji „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi”. Owe magazyny dusz niestety stają się źródłem konfliktów, upokorzeń, przyczyną samobójstw, pożywką dla stalkerów i innych osób, które wertują nasze strony, żeby zdobyć informacje na nasz temat, by następnie wykorzystać je przeciwko nam. Byli kochankowie śledzący się bez przerwy to tylko przykład. Flores omawia dobrze znane sytuacje i zmierza ku słusznemu wnioskowi, że dzięki mediom społecznościowym najczęściej nie pokazujemy siebie, lecz próbujemy stworzyć swój wizerunek – doskonali na zdjęciach, przedstawiający sytuacje, których wszyscy mogą nam pozazdrościć (wakacje w drogim kurorcie, duży dom, nowy samochód etc.). Działanie Facebooka czy Twittera to podświadoma zmiana sposobu życia, a także niestety pewien czynnik kumulujący niską samoocenę, depresję i inne przypadłości nałogowe, z którymi borykamy się jako ludzie XXI w. Rzeczone portale powinny być oknem na świat a stały się celem samym w sobie. Mamy już jasne przykłady uzależnień, tylko jeszcze nikt tego nie zaczął leczyć:
Chociaż IAD [Internet Addiction Disorder – przypis Siliniez] nie jest aktualnie przyjętą jednostką chorobową, badania wykazują, że może wywoływać określone objawy, takie jak wyraźne cierpienie, zmiany nastroju, tolerancja, głód, upośledzenie wyników zawodowych i akademickich oraz życia towarzyskiego. IAD kojarzony jest również z depresją, zachowaniami samobójczymi, zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, zaburzeniami odżywiania, zespołem nadpobudliwości z deficytem uwagi oraz używaniem alkoholu i narkotyków. (s. 218).
Flores opisuje ciekawe przypadki, których dostarczyli jej respondenci. Nękanie, siedzenie do rana spoglądając w główny wall, zamieszczanie czyichś zdjęć bez zgody, a następnie wynikłe z tego sytuacje. Niestety ludzkość miejscami się zezwierzęciła, i nie trzeba na to dużej ilości dowodów. Przypadła mi do gustu wypowiedź osoby przedstawionej jako „Angie”:
Angie, 27 lat
Detroit, Michigan
Wolę Facebooka od seksu. Mogę sobie wyobrazić, że nie uprawiam miłości przez tydzień, ale wizja tygodnia bez fejsa jest nie do pomyślenia. Potrzebuję go. Nie wiem, jak wyglądałoby bez niego moje życie. (s. 270-271). 
Autorka książki omawia też interesujące nas zjawisko np. FOMO, lęk przed pominięciem jakiejś istotnej informacji, która wszyscy już znają. Albo hiper-dodawanie jak największej ilości znajomych. Niestety, pewne rzeczy to już choroby umysłowe, tylko jak to w tych czasach bywa, nikt tego głośno nie mówi, a pewne style życia wydają się być wszystkim normą. Dowartościowywanie się za pomocą lajków, komentarzy, liczby znajomych etc. 


Flores też udziela rad jak korzystać mądrze z Fejsa. I powiem, że jest to pozytywny atut tej książki. Ja sam mam konta pozamykane, a wpisy widzą już konkretni znajomi, po tym, jak da się to ustawić za pomocą konkretnych opcji. Ale za słuszne uważam stwierdzenie, że  im więcej chcemy udostępnić jednym, tym więcej chcemy by inni tego nie widzieli. Lepiej pozwólmy naszym przyjaciołom, żeby wiedzieli o nas tyle, ile byśmy chcieli, żeby wiedzieli o nas nasi wrogowie. I tak będzie najbezpieczniej. 

Książkę polecam, choć dziwnie jest pisana. Myślę, że czasem autorka niepotrzebnie z jednego zdania robi dwa, ponadto dziwi mnie w polskim tłumaczeniu raz zwracanie się do czytelnika jak do mężczyzny, a raz jak do kobiety. Niemniej warto przeczytać by uświadomić sobie jak głęboko w szponach nałogu możemy się znaleźć. Wirtualny świat stał się klatką, tylko ludzie tego nie dostrzegają. Ale cóż, wszystko ma swoje dwie strony.

4 komentarze:

  1. ,,Myślę, że czasem autorka niepotrzebnie z jednego zdania robi dwa, ponadto dziwi mnie w polskim tłumaczeniu raz zwracanie się do czytelnika jak do mężczyzny, a raz jak do kobiety."
    >zastanawiaj się, jak poprawnie uwzględnić w pisaniu osoby niebinarne
    >natraf na problem Silinieza z tłumaczeniem

    OdpowiedzUsuń
  2. A są takie? Pytanie jak to w oryginale brzmiało i do kogo było adresowane?

    OdpowiedzUsuń
  3. OK., tylko do kogo w takim razie konkretnie autorka się zwraca pisząc książkę, albo innymi słowy co skłoniło tłumacza do zastosowania takiej formy?

    OdpowiedzUsuń