piątek, 30 grudnia 2016

Vadim Tschenze "Sekrety szeptuch. Ludowe sposoby uzdrawiania"


Dobrą odskocznią od pogaństwa i magii zachodniej jest temat szeptuch i szeptunów, a więc lokalnych uzdrawiaczy, wiedźm i znachorów. Główną zaletą prac ich autorstwa jest to, że nie trzeba szukać orientalnych roślin, wymyślać nowych rytuałów, skoro mamy wszystko w lokalnym, tradycyjnym i sprawdzonym przez stulecia wydaniu.

Wszyscy co mnie znają wiedzą, że wolę opierać szczegóły swojego światopoglądu czy praktyk o źródła lokalne, gdzie tylko jest to możliwe. Nie lubię bezmyślnego kopiowania wzorców zachodnich tam gdzie nie są one potrzebne. Żyjemy w innej strefie klimatycznej, mamy inną historię, mentalność, język czy nawet podejście do wielu rzeczy. Stąd tłumaczenie zaklęć brytyjskich nie zawsze odda nam to co powinno, o ile w ogóle to zrobi.

Pierwszy raz w życiu przeczytałem książkę w pełni poświęconą tematowi szeptuch. Jedno podstawowe pytanie jakie nasunęło mi się na myśl brzmi: "czy są to antyczne metody praktykowane przez stulecia czy kolejny synkretyczny zlepek wszystkiego w nowym komercyjnym wydaniu?" Niestety obawiam się, że odpowiedzią jest "pół na pół".

Autor opisuje całe mnóstwo zabobonów, praktyk magicznych, zielarstwa i medycyny niekonwencjonalnej. Jest też trochę o czakrach i pokrewnych zagadnieniach.

Generalnie czyta się to dobrze, choć owe leksykony ziół i chorób lekko przynudzają ...

Główną zaletą pracy Tschenze sa opisy rytuałów. Od razu czujemy ludowy klimat, a magia, która często wymaga zdobywania niedostępnych łatwo rekwizytów staje się nam bliska. Do tego klimatyczne świece, cmentarze, ikony ... Żyć nie umierać!

Gdyby tak jeszcze ową pracę odrzeć z naleciałości prawosławia, a zastąpić je czystym pogaństwem to mielibyśmy prawdziwą słowiańską księgę cieni. No, może inne elementy też trzebaby odjąć, żeby było całkiem słowiańsko, ale z drugiej strony nie budujmy niepotrzebnych granic. Wszystko co użyteczne powinno nam wejść w zakres wiedzy.

Zbyt duża zabobonność, śmieszne rytuały trochę psują jakość tej pracy. Trzeba umieć oddzielić trutki mysie od szczurzych, żeby nie wylać dziecka z kąpielą. Trochę w tych przesądach prawdy jest, ale na pewno nie aż tak wiele jak chce autor (no chyba kluczem wrzuconym do rzeki migreny nikomu nie wyleczę [??????]).

Ciekawa książka, jakość po obdarciu z zabobonów, prawosławia, New Age pozostawiam dla Waszej własnej oceny!

2 komentarze:

  1. ,,Wszyscy co mnie znają wiedzą, że wolę opierać szczegóły swojego światopoglądu czy praktyk o źródła lokalne, gdzie tylko jest to możliwe. Nie lubię bezmyślnego kopiowania wzorców zachodnich tam gdzie nie są one potrzebne. Żyjemy w innej strefie klimatycznej, mamy inną historię, mentalność, język czy nawet podejście do wielu rzeczy. Stąd tłumaczenie zaklęć brytyjskich nie zawsze odda nam to co powinno, o ile w ogóle to zrobi."
    Podpisuję się pod tym fragmentem!
    Ej, to jest chyba ta książka od pielgrzymek neandertalczyków!

    OdpowiedzUsuń