środa, 31 sierpnia 2016

"Księga Welesa"


Dzięki Wydawnictwu "Triglav" możemy zapoznać się z zabytkową wręcz w naszych czasach "Księgą Welesa", klasyką jeśli chodzi o słowiańską pseudoepigrafię.

To, że rzeczona lektura to apokryf wiadomo nie od dziś. To, że dla co poniektórych rodzimowierców wschodnich jest świętą księgą, też nie jest nowością. Przyznam, że niezłe połączenie, ale w sumie ten twór w porównaniu z innymi świętymi księgami czczonymi przez miliony frajerów i tak swoją treścią wypada dużo lepiej. Przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie.

My Słowianie mamy długą tradycję znajdowania tego typu specyfików. W końcu termin "Apokryfy Słowiańskie" zagościł w świadomości dawno temu. Ale dotyczył troszkę innych, religijnych bzdur. Jeśli sięgniemy pamięcią wstecz to wiemy, że Bogomili twierdzili, że głównym dramatem stworzenia jest konflikt między dwoma braćmi Satanaelem i młodszym Sawaofem. Satanael stworzył (jako zły demiurg) świat i człowieka, Bóg dla ich ocalenia posłał Słowo w pozornym ciele Chrystusa. Co więcej, istnieje kilka przekazów bogomilskich, w których pewne elementy znanego już nam przekazu występują. W szesnastowiecznym odpisie apokryficznej Legendy Morza Tyberiadzkiego Bóg, gdy unosił się nad wodami, ujrzał Satanaela jako ptaka wodnego i kazał mu zanurkować w głąb morza, inna wersja przedstawiała Boga i Diabła w postaci białego i czarnego nura. Znajome? A jakże.

Najgorzej jednak kiedy wchodzimy w temat apokryfów rodzimowierczych.  Tutaj to mamy wręcz całe biblioteki i tematy na leksykony. "Wet-za-Wet", Trygław wyrywający sobie głowy, gdzie z każdej z nich płynie krew w innym kolorze, Czarnogłów i Białobogini walczący o Bułłę ... A już sławetne "Słowiańsko-Aryjskie Wedy" to po prostu zwieńczenie sukcesu. Oczywiście zdaje sobie świetnie sprawę, że w większości przypadków to tylko dzieła literackie, które mają na celu wyleczyć nas z kompleksów obdartych ze skóry Słowian, którym wiele się z dawnej religii nie zachowało. Tylko, że pewnym paradoksem tego jest to, że niektórzy tego typu prace traktują poważnie, niczym dzieła objawione, a to już jest patologia.

Chociaż nie! My ostatnio przebijamy wszystko turbosłowiańskim kanonem pseudonaukowym; sklonowane dziecko ynglizmu wraz z genem Kadłubka daje nam kulturowego Lechickiego Uruk-Hai ... Ale dobra, Tolkien też mógł mieć polskie korzenie (jak inni np.: Leibnitz, Kolumb, Codreanu, Tito, Nietzsche etc.). Nie zagłębiajmy się za bardzo ... Ale musimy przyznać, pseudonauka turbosłowiańska to dopiero patologia.

Nic to. Co zaś do samej "Księgi Welesa" to czytając ją otrzymujemy odpowiedzi na wiele istotnych pytań. Nie musimy zastanawiać się skąd się wzięła popularna teoria, że Świętowit podzielił się na dwóch innych bogów w słowiańskim micie kosmogonicznym, o czym czytamy w kilku pracach pisanych przez wyznawców. Pojęcie "Jawii" i "Prawii" też dziwnym sposobem pojawia się tutaj. Drodzy rodzimowiercy! Śmiejecie się z innych grup, ich pozerstwa, a sami czerpiecie garściami z czyjejś wyobraźni ... Mądre to w ogóle?

Przyznam, że "Księgę Welesa" czyta się jak typową ruską pracę; natchnienie patriotyczne, wybujałe wyobrażenia na temat historii. Do tego dochodzi w tym przypadku dorodny synkretyzm słowiańsko-rygwedyjski, a nawet jego dalsza kombinacja. Śmieszne, ale urocze.

Warto poświęcić kilka godzin na zapoznanie się z treścią. Obowiązkowa lektura dla każdego fana tematyki religii Słowian i neopogaństwa. Oczywiście jest to bajka historyczna jak każda inna, ale pokazuje jak tłumy idiotów mogą czyjąś wyobraźnię wziąć na serio. Cudzą Biblię tępicie, swego nie znacie! (Jeśli oczywiście uznamy "Księgę Welesa" za naszą, bo jednak to praca ze Wschodu. No chyba, że pójdziemy dalej i będziemy pansłowiańsko oceniać rzeczywistość jak rodzimowiercy spod szyldu Peruna i Chorsa).

Gorąco polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz