sobota, 18 stycznia 2014

Andrzej Sapkowski "Sezon burz"







Spory czas temu przeczytałem pierwszy tom sagi o wiedźminie Geralcie z Rivii. Podyktowane to było zupełnym przypadkiem - książka znalazła się pod ręką. Tytułu już nie pamiętam, a w sieci taki harmider, że już nawet nie wiem co było pierwsze, Rivia czy Geralt? Rzadko czytam tego typu bajki, nie będę ukrywał, że nie wciągają mnie za bardzo. Zbyt bolesne traumy związane z czytaniem lektur w szkole do dziś odciskają swoje piętno na mojej zranionej psyche. Jak ja zazdroszczę tej młodzieży dzisiejszej: nie muszą uczyć się wielu przedmiotów ścisłych w szkole średniej, nie muszą czytać książek Sienkiewicza. A nawet "Wiedźmin" ponoć wtargnął do spisu lektur. Wiem, wiem wszystko odwróciło się o 180 stopni w logice ostatnich zdań.

Zupełnym przeciwieństwem tego są filmy. O ile przez lekturę "Władcy Pierścieni" nie mogłem się przebić, tak film oglądałem wielokrotnie (zwłaszcza wersję reżyserką - Ishkaqvi ai-durugnul!). W przypadku "Wiedźmina" było odwrotnie. O ile książki da się czytać, tak  film emitować należy w  sali tortur. Słyszałem nawet opinię, że megaprodukcja w reżyserii Marka Brodzkiego to oficjalna porażka polskiej kinematografii. No jestem w stanie się z tą opinią zgodzić, choć nie ukrywam serial da się oglądać i jest znacznie przystępniejszy niż te zmarnowane finansowe wkłady w pełny metraż.

Ni z gruchy, ni z pietruchy wpadł mi w rękę ten tom sagi. Pozwoliłem sobie na przeniknięcie do innego świata. Odpłynąłem myślami do królestwa Kerack, nadmorskich pejzaży, zapachu ryb etc. A to przynajmniej mnie z małopolskich pejzaży uwolniło.

Czasami człowiekowi brakuje słów czytając tylko literaturę naukową lub ezoteryczną, że aż musi "odchamić" się czymś pełnym opisów, pokaźnej ilości wyrazów i słownictwa potocznego. I właściwie postawiłem to wszystko na jedną kartę biorąc do ręki "Sezon burz". Trochę się pod tym względem zawiodłem. Za dużo gwary przeplatanej ze słownictwem ludzi wykształconych. Mój pech.

Przygodówka jak przygodówka. Tu mu dali w łeb, tam wylądował... Za chwilę wylądował gdzie indziej w łóżku z inną etc. Seria przygód w świecie fikcyjnym z dużą ilością aluzji do współczesności. Jest to strawne, choćby ze względu na to, że Sapkowski płynnie odbija dzisiejszą rzeczywistość (jak nie druidzi to czarownice, magowie, święto Lammas, walka o władzę, walka o pieniądze, gonitwa z mieczami oraz intrygi). Na szerszą metę jednak mnie to nie wciągnęło. Czasem robiąc sobie przerwy w czytaniu gubiłem wątek. Postacie i nazewnictwo kompletnie mi się poplątały. 

Uroczy jest jednak świat fikcji tworzony przez Sapkowskiego. Jest w nim dosłownie wszystko. Najmniej jest co charakterystyczne, wątków rodzimych, ale jestem w stanie to wybaczyć autorowi. Przyjemnie się czyta opisy, a już najbardziej z tego wszystkiego lubiłem przeciętne motto, od którego zaczynał się każdy rozdział.

Jak ktoś lubi tego typu rzeczy - mogę śmiało polecić. Jak ktoś nie lubi, sugeruję inne gatunki i rodzaje książek.

2 komentarze:

  1. Tak, ja raczej nie lubię, choć mam zamiar ponowić próbę przekonania się do gatunku - kupiłem dwie książki z MAG-owej serii Uczta Wyobraźni, zobaczymy, cóż z tego wyniknie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwszy tom mnie osobiście wciągnął. Tego nie czytałem z takim zacięciem jak poprzedniego.

    OdpowiedzUsuń