wtorek, 27 sierpnia 2013

Anna Koprowska-Głowacka "Czarownice z Pomorza i Kujaw"



Książka Anny Koprowskiej-Głowackiej pt. "Czarownice z Pomorza i Kujaw" to głównie fabularyzowane (co zostało zaznaczone na wstępie) historie z Epoki Stosów na terenie obecnej Polski. Oczywiście, więcej tutaj nazwisk ludności niemieckiej, którą po wielu wiekach okupacji na szczęście Rzeczpospolita wysiedliła za Odrę. Spodziewałem się stenogramów z opisami jakichś wydarzeń historycznych, jednak zastałem tylko historyjki pisane na jedno koźle kopyto. 

Na samym wstępie książki mały "false start". Autorka zaczyna od "Malleus Maleficarum", jednak nic nie wspomina np. o "Canon Episcopi". Potem kolejny rozdział opowiada o czym jest nie-sławny "Młot na czarownice". Zastanawiam się tylko po co?

Schemat przeciętnej historii wygląda następująco:

  • żyła sobie dobra i szanowana osoba,
  • niespodziewanie oskarżono ją o czary,
  • aresztowano, sądzono, wypytywano,
  • pławiono, badano dalej, torturowano,
  • przyznała się do winy pod wpływem tortur,
  • spalono ją żywcem publicznie ku ucieszy gawiedzi. 

Oczywiście nie wszystkie historie są identyczne. Czarownice musiały trochę nakłamać, ale małe tortury sprawiły, że wyśpiewały wszystko jak z nut. Mamy tutaj wiedźmy z m.in. Chojnic, Bydgoszczy, Trzebiatowa, Lubieszyna, Grudziądza, Krukowa, Gdańska czy Szczecina. Dobrze jest opisana historia Sydoni von Borck. Kilka z opowieści wciąga mocno, zwłaszcza historia sędziego prowadzącego proces własnej matki. A tak to wszystko w kółko jednolicie.

Ciekawe jest to, że na stosy głównie skazywano osoby pyskate, rozsiewające plotki, demonstrujące swoją niezależność i z uporem maniaka broniące własnego zdania. Uważam, że w środowisku współczesnych czarownic, taka decymacja też by nie zaszkodziła. Tyle, że po całej akcji nie wiele osób by przeżyło. Wiedźmy jak widać miały swoje charaktery i mają je dalej, bez względu na epokę w której żyją.

Powody oskarżeń też urocze np.  konkretny czarny garnek w domu. 

Opowiastki wskazują na niewinność złych wiedźm, które m.in rzucały uroki na zwierzęta hodowlane, natomiast autorka tak na prawdę nie stara się wskazać jakiś faktów. Wiadomo, że dawniej z magią było jak obecnie z piractwem nagraniowym - oficjalnie zabronione, nieoficjalnie nikt tego nie przestrzega, a który policjant nie ma konta na YouTube?

Słabo chce mi się wierzyć, że wszystkie spalone na stosach lub litościwie ścięte przez katów czarownice były tak na prawdę niewinne. Przeżytki pogańskie były w tych czasach na prawdę silniejsze niż w obecnych. Nie podejrzewam, żeby wiedźmy psuły sąsiadom masło za pomocą czarów, jednak równie słabo chce mi się wierzyć, że przeciętna wiedźma nie znała się dobrze na zielarstwie i, że tej sztuki nie czyniła. A reszta to już miejskie mity. 

Polecam (razy 1/2)!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz