poniedziałek, 14 stycznia 2013

Otfried Preussler "Krabat"



Pamiętam, że w dzieciństwie nie było okropniejszej rzeczy, do której mnie oprócz uczenia się zmuszano, za wyjątkiem czytania książek. To była istna mordęga. Nienawidziłem tego wszystkiego. Ale cóż, kiedy człowiek dorósł i znudziło mu się granie w gry komputerowe, notoryczne oglądanie idiotycznych filmów przyszedł czas na literaturę ... 


Nie tak dawno temu szukając jakichś wzmianek o czarownictwie słowiańskim natrafiłem na film "Krabat" w reżyserii Marco Kreuzpaintnera, oparty na książce Otfrieda Peusslera o tym samym tytule. Oglądnąłem go, pomimo tego, że na YouTube była tylko wersja niemieckojęzyczna. Tak więc, nie wiele zrozumiałem, ale mimo wszystko seans miał swoje pozytywne strony. 



Postanowiłem więc poświęcić dzień w pracy na przeczytanie tejże książki, która prawdopodobnie była jedną z nadobowiązkowych lektur w czwartej klasie szkoły podstawowej. No to całkiem nieźle, jak na katolicyzujący się po upadku PRLu program edukacyjny ... 


Opowieść jak opowieść. Chłopak sierota trafia do pracy w młynie w Koźlim Brodzie, gdzie przypadkiem Mistrz, właściciel młyna, prowadzi szkołę czarnoksiężników.


Oczywiście słodka historyjka zawiera ulubione przeze mnie wątki. 

Pierwszy z nich to motyw słowiański wszechobecny w lekturze. 

Akcja książki toczy się na terenie Łużyc i okolic. Czarna Chełmża, Kamjenec etc. 


Nie brakuje wątku patriotycznego, w którym Krabat adoptowany przez księdza protestanckiego ucieka z domu, gdyż musiałby codziennie mieć czystą szyję i mówić po niemiecku ... A w Koźlim Brodzie, oprócz różnic na tle światopoglądowym wszyscy kamraci prawią w ojczystej łużyckiej mowie, której w czasach współczesnych zaczyna brakować.


Samo imię "Krabat" ma wiele wspólnego ze słowem "Chorwat". Nie na darmo znajdujemy wzmiankę o krainie historycznej  zwanej Chrobatią, znajdującą się na obszarze, gdzie toczy się akcja bajki. Łatwo znaleźć aluzje do Białej Chorwacji. Inne podobieństwa to plemię Chorwatów żyjące pod Ślężanami, Opolanami i Gołęszycami na Śląsku. No i oczywiście rzekoma historyczna kraina Chrobacja ze stolicą na Łysej Górze (od razu jak słowiańsko-czarowniczo się zrobiło), która dziwnym sposobem zniknęła ze współczesnych map... Tak więc Chorwaci, czyli Lud Boga Chorsa są wszędzie, na terenie całej Słowiańszczyzny. 


Drugim ciekawym wątkiem słowiańskim w książce są inicjacje dokonywane na młodych młynarczykach toporkiem. Z tego co słyszałem w taki sposób dawniej Słowianie dokonywali chrztu.



Drugi to wątek magiczny obecny w książce.

No tak, tego tutaj nie brakuje. Transformizm, manipulowanie pogodą, uzdrawianie, naprawianie, podróże po niebie, kodeks piekieł o nazwie "Koraktor" (nie mylić z "korektor"), trzymany na łańcuchu, pentagramy, wychodzenie z ciała ... Cuda wianki na kiju. 



Jak już pisałem wcześniej na "Agōgē Ræderze":

Pewną nowością jak dla mnie był mit szkoły czarowników, w której na końcu mistrz poświęcał siódmego adepta diabłu. Myślałem, że to typowo literacki motyw, który  Otfried Preubler zawarł w książce "Krabat". Jak się okazuje Enrique de Villen, uczeń Czarnego Mistrza był pierwotnie bohaterem tej legendy, który w sprytny sposób wykiwał Diabła i uszedł z życiem. 
Już wiemy skąd się ten motyw wziął. 


Dzięki "Krabatowi" przynajmniej dzieci wiedzą, co to jest pentagram, bo w bajce o Panu Kleksie, aż tyle tego nie było. Aż się dziwię, że tych lektur Kościół nie potępił. Więcej w tym zła niż w Harrym Potterze ... Zabijany co roku uczeń, jeden próbujący popełnić samobójstwo, sprzedawanie na targu zamienionych uczniów w zwierzęta, które potem uciekały ...


Sympatyczne są wątki ludowe, wzmianki o świętach, czuwaniu pod krzyżem w Wielki Piątek Wielkanocny ... Trochę się tu namieszało wątków szatańskich z chrześcijańskimi. Przynajmniej w przeciwieństwie do polskiego kraju, młynarze nie mieli ustawowo wolnego w dni świąteczne. 


Świetnym elementem są stopnie inicjacji. Najpierw przyjęcie do pracy w młynie.  Potem w maju stopień neofity i nauka magii, następnie po roku czasu i kilku dniach (ach, że też Preussler nie mógł zrobić roku i jednego dnia, tylko neofita musiał do Trzech Króli wytrwać) ostra, bolesna inicjacja z workiem na głowie. Doroczny rytuał odnawiania przysiąg ze strzałem w pysk ...  Urocze. 



Trochę różnic jest pomiędzy książką a filmem. W książce podobał mi się motyw rekrutacji do armii i ostatecznego nasrania dowódcom na głowy. Anarchia,  zło i Sodoma! Podobnie jak w filmie nie przypominam sobie wątku podróży na dwór elektora saskiego, ani wojny z dawnym przyjacielem Mistrza, który wstąpił do armii sułtana. Na szczęście zginął. Motyw Kapelusznika, który w magicznej walce pokonuje Mistrza też umknął mojej uwadze. 



Książka fajna, uważam, że warto czasem wrócić do okresu młodości. O ile to co w młodości nie zostało zasadzone, teraz nie kiełkuje i to jak na magicznym nawozie. ;)

2 komentarze:

  1. czy to, że ślązacy przeklinają: o pierunie może mieć związek z Perunem i rzeczoną Chrobatią?

    -czarująca poganka

    OdpowiedzUsuń
  2. "O pierunie" z całą pewnością. W końcu u nas czczono Pieruna lub Pioruna. Imię "Perun" wydaje się mało archaiczne i jest zapożyczeniem wschodnim, z resztą z tego co się orientuje błędnie odczytanym dawnym imieniem właśnie "Pierun". Co do Chrobacja to sama nazwa wydaje się ciekawa. I faktycznie z imieniem "Krabat" czy nazwą "Chorwat" pewnie ma silmy związek.

    OdpowiedzUsuń