czwartek, 20 września 2012

Stanisław Lem "Solaris"




Intro ... spekcja

Tak drogie dzieci! Jakaś mała odmiana nie zaszkodzi. Ostatnio stwierdziłem, że nadmiar czytania literatury z gatunku akademic-fiction powoduje braki w zasobie podstawowego słownictwa. I nie myliłem się. Czytając książki po angielsku nie rozumiałem wielu słów. W sumie czytając tę, miałem identycznie, dużo pojęć było dla mnie kompletnie niezrozumiałych.Właściwie to po to ją wziąłem do rąk by przypomnieć sobie jak wyglądają zapisy mowy zależnej, dialogów etc. Stwierdzam, że od czasu, kiedy miałem w ręku "Wiedźmina" tom pierwszy upłynęło trochę czasu ... 

On suite! 

Jakby to moja nauczycielka neofrankogalijskiego powiedziała. 

Co zaś do samego gatunku, jakim jest literatura popularnonaukowa, to nigdy nie miałem do niego przekonania. Za młodu nas tym katowano. Kiedyś z koleżanką stwierdziliśmy, że nie może istnieć nic gorszego, niż przeciętna książka, której początek zaczyna się w stylu "Jest rok 2456 [...]". Pokolenie naszych rodziców za to było odmiennego zdania. Dla nich technika to był odległy sen. Jest to odwrotnością naszej generacji, która wszędzie ma laptopy, smartfony, gry etc. Stąd może nasze pokolenie woli wracać do kultu natury, lasów, pól, przebierania się za dawnych wojów niż chodzić w skafandrach. Dawniej, co nie jest tajemnicą, nie cierpiałem czytania książek tego typu. Z resztą po dzień dzisiejszy poza podręcznikami akademickimi czy ezoterycznymi mało co innego obciąża moje dłonie i oczy. Pamiętam jak nauczyciel wosu w liceum kazał nam czytać "Paradyzję" Zajdla. Nie było to najgorsze co być mogło, choć nie ukrywam, mógł nam ten palant dać spokój.

Pan Stanisław Lem.

Ceniony, znany, szanowany. 

Oczywiście musiałem poznać go od złej strony. Prawda. Szkoła podstawowa. Wszystko co trzeba było czytać było z natury przeklęte, a każde nazwisko kojarzyć się mogło tylko i wyłącznie źle. Ten los nie ominął Stanisława Lema. Jakieś "Bajki robotów", klapaucjusze, walenie pałką Trula i inne takie traumatyczne dzieje bohaterów literackich przechodzą mi przez umysł ... Pamiętam jakiś wywiad dla "Playboya" (nie, nie, nie sesja zdjęciowa) i na tym koniec. 

Ostatnio rozmawiając z kolegą z pracy dowiedziałem się ciekawej rzeczy. Kiedyś Lem pisał o tym, że za niedługo będziemy jeść zupki z paczek i podobne rzeczy. Czyżby wizjonerstwo?  

Solaris.

Nie tak dawno temu wyraz "Solaris" zapadł mi w pamięć. Wiązało się to z wejściem na ekrany kin filmu, będącego adaptacją owej książki. Człowiek był w ciężkim szoku - polskiego pisarza wynoszą na hollywódzkie ołtarze. Ale nic, cuda się zdarzają. Ponieważ w domu przypadkiem znalazłem tę książkę, a w robocie nie mam siły wstając rano na porządne lektury, zaryzykowałem. Po trzech dniach się udało.

Kosmiczny Umysł.

Książka opowiada o naukowcu, który udając się na badania planety Solaris spotyka swoją zmarłą przed laty dziewczynę. Generalnie książka mówi o tym, że planeta jest jakby "kosmicznym mózgiem", który tworzy pewne rzeczy, np. tę panią wabiącą się Harey, docierając wgłąb  umysłu głównego bohatera Chrisa Kelvina. Jest tam jeszcze kilka innych postaci. Reszta to typowe wizje naukowotechniczne i ich historia ... Ale nie brakuje ciekawych rozważań. Pod sam koniec pojawiają się wątki religijne. Dziewczyna przyrównywana jest to "kosmicznego sukkuba". W gruncie rzeczy jest to takie sobie. A filmu nie oglądnąłem, więc się nie wypowiem.

Jakie wnioski?

Na szczęście szybko się czyta. Pomimo wszelkich naukowych i technicznych pojęć da się wszystko zrozumieć. Śmieszą mnie pewne kwestie jak np, taśmy z nagraniami. No cóż, autor pisał tę książkę pod sam koniec lat 50. XX w., więc pewnie w jego wyobrażeniach nie było tego, co jest nawet dzisiaj - taśmy zostały wyparte przez płyty, a nawet przez inne sprzęty z możliwością odtwarzania. Ale te anachronizmy wiele nie psują. Generalnie książkę da się przeczytać, choć w rzeczywistości zaczyna się ona jako opowieść sciensce-fiction, ciągnie jak techniczno-psychologiczno-historyczna, a kończy jako poemat filozoficzny. 

Na bezsenne noce jak znalazł. 

A teraz muzyka (a bardziej zwróciłbym uwagę na sam teledysk): The Queen - Mother Love

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz