wtorek, 11 grudnia 2018

"Superpamięć" Trening z Kevinem Trudeau


"Superpamięć" Trening z Kevinem Trudeau to jedna z propozycji rozwijania zmysłu zapamiętywania. Co by dużo nie pisać, oparta o metody skojarzeniowe. Z jednej strony ma sens, z drugiej jakby wszystko komplikuje. Dobrym atutem tej pracy jest zwrócenie uwagi, jakie artykuły spożywcze szkodzą pamięci - zwłaszcza, że są to cukry i produkty z mąki pszennej. 

Zalecanego treningu nie wykonywałem w pełni; przyznam się szczerze, bo chyba nigdy bym tej książki nie przeczytał. Ale faktycznie podstawowe rady pierwszych rozdziałów uświadomiły mi, że pamięć mam lepszą niż myślałem.

Trudeau pomija wiele wątków ważnych dla funkcjonowania umysłu i sprawia wrażenie, jakby podchodził do tematu bardzo ogólnie. Mam tu na myśli np. unikanie nadmiaru światła monitorów. W sumie praca adresowana jest do przeciętnego zjadacza chleba, więc zbyt wiele kwestii pobocznych autor nie rozwija.

Kojarzenie czarownicy z liczbą 13 to obraza moich byłych uczuć osobistych. Chociaż może coś jest na rzeczy? To faktycznie pechowy temat. A już powiązanie jej z kołowrotkiem podczas zalecanych ćwiczeń prowadzi mnie w jakiś obsesyjny trans wizualny. 

Pół na pół!

niedziela, 25 listopada 2018

Dion Fortune "Mistyczna kabała"


To uczucie, kiedy kupisz sobie książkę, a przez kilka lat leży ona na półce, bo co chwila wpadają inne nowości w to samo miejsce, a ty przez co nie masz kiedy zacząć. Nadeszła wiekopomna chwila! Z "Samoobroną psychiczną" autorstwa Dion Fortune zapoznałem się dawno temu. Czas przyszedł na "Mistyczną kabałę". 

Ogólnie jest to bardzo wyczerpująca pozycja przedstawiająca każdy detal w tym dziwnym systemie religijnym. Przyznam, że obok pracy Fratera Barrabbasa uważam ją za jedną z lepszych, z którymi miałem okazję się zapoznać. Jest ona świetnie dopasowana do pogańskiego światopoglądu. Nie jest dla mnie też tajemnicą, że z prac Fortune korzystał Gerald Gardner tworząc swoją religię wica. Nie trzeba więc głowić się nadto żeby dopasować kabałę do potrzeb duchowych politeistów. Z resztą, pisali o tym Farrar i Bone, praktykują to też aleksandrianie, więc krótko pisząc - da się. 

Fortune reprezentuje czasy kiedy okultyzm osiągał swoje apogeum. Reprezentantów tamtej epoki żywię szczególnym sentymentem; w przeciwieństwie do wiedźm naszych czasów oscylowali oni w ciut innym światopoglądzie polityczno-społecznym. To były czasy! Czytając "Mistyczną kabałę" w oczy rzucają się pewne namiętne sformułowania:
Nadmiar dobroczynności to oznaka głupoty, nadmiar cierpliwości to cecha tchórza. Potrzeba nam sprawiedliwej i mądrej równowagi, która zapewni szczęście, zdrowie fizyczne oraz psychiczne wszystkim wokół nas, a także zrozumienia, że ofiary są konieczne, by to wszystko osiągnąć. (s. 254)
Dobrze jest to powiedzieć głośno w czasach współczesnych. Zwłaszcza zwolennikom multi-kulti.
Zmorą chrześcijaństwa jest jednostronność, odpowiada ona za wiele patologicznych zjawisk w naszym życiu narodowym i osobistym. Jednak nie możemy zapominać, że chrześcijaństwo jest odtrutką na świat pogański, śmiertelnie zatrutego własnymi jadami. Potrzeba nam tego, co chrześcijaństwo nam daje, ale niestety nie potrafimy się obejść bez tego, czego w nim brak. (s. 244)
I tu się zasadza esencja współczesnego pogaństwa - jest ono dobitnie skażone chrześcijańskimi wpływami, których np. niektórzy rodzimowiercy nie biorą pod uwagę.
Młodzieniec, pozbawiony podniety rywalizacji, opuszcza się w pracy, gdyż niewielu będzie pracować po prostu w imię pracy. Podobnie ma się rzecz z narodami - monopol, pozbawiony bodźca konkurencji, zawsze okaże się nieudolny. Wolne od konkurencji zawody zawsze cierpią na umysłową otyłość. (s. 251).
Socjaliści, kolektywiści z szeregu wystąp! Jakie to smutne, że tak mądrych słów nikt po dziesiątkach lat nie pamięta.
Potulność, miłosierdzie, czystość i miłość stały się cechami idealnego chrześcijanina, a jak słusznie zauważa Friedrich Wilhelm Nietzsche, są to cnoty niewolnika. (s. 250)
Nie mam pytań.  Podobnie jak do kwestii wykorzystywania swastyki w sefirze Kether. Już wiem, dlaczego co poniektórzy zabraniają propagowania tego symbolu.
W żadnym wypadku nie jest to homoseksualizm - zboczony i patologiczny przejaw tego zjawiska, zaburzenie emocji seksualnych, kiedy prawo przemiennej biegunowości jest błędnie pojmowane. (s. 208)
No proszę! A kto we wspomnianych przeze mnie kręgach tak lubi i praktykuje kabałę? Jak to się wszystko wyzuło z pierwotnej nauki. 

Książka bardzo szczegółowa, choć sama autorka miejscami zdradza, że nie poznała pewnych aspektów kabały w pełni. No, ale cóż w oko rzuca się zdobyta i przedstawiona wiedza, która bez najmniejszego cienia wątpliwości przeradza się w wysoką jakość tej książki. Polecam!

niedziela, 18 listopada 2018

Dariusz Andrzej Sikorski "Religie dawnych Słowian"


Aleksander Brückner (Damnatio Memoriae!) wprowadził zamęt do badań nad religią Słowian praktycznie na samym początku istotnej dla  Polaków epoki. Od tego czasu, nasi czcigodni badacze robili co w ich mocy, żeby jak najrzetelniej przywrócić nam obraz wierzeń naszych przodków i udowodnić, że Słowianie czcili bogów tak jak inne ludy. I w sumie szło to wszystko w dobrym kierunku, przez ostatnie lata nawet Brückner doczekał się ostrej krytyki swoich osiągnięć. Wydawałoby się, że uda nam się w końcu odnaleźć zaginione. Tylko, że z kolei teraz na drodze pojawia nam się praca Dariusza Andrzeja Sikorskiego "Religie dawnych Słowian", która znowu wprowadza ferment do całokształtu. 


Autor nie tyle rozwodzi się nad samą religią Słowian co raczej podchodzi krytycznie do źródeł i sposobów badań interesującego nas zagadnienia. Ma to swoje plusy. Dziś bardzo często powielamy jakieś znaleziony w sieci informacje i bezkrytycznie budujemy puzzle historii, z czego czasem wyjdzie coś sensownego, a czasem nie. 

Ciekawe, że rodzimowiercy słowiańscy drą łacha z TurboSłowian, ale tak na prawdę chyba nikt z nich nie miał w ręku oryginalnych źródeł, na których bazowała w późniejszych latach nauka. Odpisy, kopie cytowane w pracach badaczy ... to wręcz pokazuje, że wiedza o oryginale nie jest łatwa do zdobycia, a przez to jej nie znamy. Wszyscy czytamy tylko opracowania, w których są cytaty, ale nie wiemy jak z tym było na samym początku. 

Sikorski bardzo krytycznie podszedł do tego tematu. Zwrócił uwagę, że bardzo często informacje z jednych źródeł są prawdopodobnie kalką innych.Tylko czy aby tak było na pewno?

Tym sposobem znowu powracamy do punktu wyjścia w rozważaniach nad kultem Peruna i Swarożyca. 

Książka naturalnie ma też pewne minusy. Widać, że autor na piedestale ustawia wyjściowych, starych badaczy i mało odnosi się do wielu innych, mniej znanych współcześnie źródeł. W oko rzuca mi się także ogląd na sprawę typu - nie mamy informacji o kapłanach z terenów obecnej Polski, znaczy to jednoznacznie, że owych kapłanów musiało tu nie być. Brak źródeł nie wyklucza przecież istnienia jakiegoś fenomenu religijnego. Autor uważa, że chrześcijaństwo było atrakcyjniejsze dla ludzi od pogaństwa, które zakładało, że życie kończyło się wraz z momentem śmierci, co najwyżej po zgonie ludzie zostawiali upiorami lub innymi demonami. Na pewno istniała jakaś wizja życia po śmierci, w końcu dusze czczono i wierzono, że powracają. Słabo chce mi się wierzyć, że chrześcijaństwo było atrakcyjniejsze. Jeśli już to jedynie dla elit. Dziwi mnie też fakt, że autor twierdzi, że w późnym średniowieczu mało było już przeżytków pogaństwa. Niektórzy spekulują, że Polacy byli chrześcijanami nie wcześniej niż w XV w. Wcześniej wiarę tę wyznawały tylko elity. Ile w naszych czasach zachowało się dawnych zwyczajów? Mam uwierzyć, że pewne obyczaje znane w różnych częściach Europy (jak toczenie jajek z góry) są przypadkowe? A ile elementów kultu Welesa znajduje w kulcie świętego Mikołaja Borys Uspienski na Wschodzie? 

Pewne rzeczy mnie zaskoczyły. Teraz już wiem, że "kąciny" to za pewne nie tylko określenia świątyń, ale generalnie "domów". Przynajmniej w kwestii innych wyrazów jak np. chram pozostanę semper fidelis swoim założeniom. Zaciekawiła mnie wzmianka o kulcie bogini "Trigli". Gdyby powiązać to z kultem Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej z Góry Chełmskiej to znajdziemy dowody na to, że Trzygłów był kobietą ... Tego już inne źródła nie potwierdzają (kojarzy mi się to z Białoboginią i Czarnogłowem stworzonymi przez Czesława Białczyńskiego). Pozostaje mieć nadzieję, że to inna postać - triady bogiń są znane, głównie w wierzeniach celtyckich. Choć i u nas Zórz, rodzanic nie brakuje.

Ostry wstrząs mózgu dla rodzimowierców słowiańskich.

Niemniej warto zapoznać się z treścią tej książki.

Polecam! Ale też nie warto czytać bezkrytycznie.

poniedziałek, 22 października 2018

Nicholas Kardaras, Ph.D. "Dzieci ekranu. Jak uzależnienie od ekranu przejmuje kontrolę nad naszymi dziećmi - jak wyrwać je z transu."


"... Co więcej, nieustannie rosnąca liczba badań klinicznych wiąże technologię ekranu z takimi zaburzeniami psychiatrycznymi jak ADHD, uzależnienia, niepokój, depresja, nadmierna agresja czy nawet psychoza. Najbardziej jednak może szokować fakt, że najświeższe badania techniką neuroobrazowania ponad wszelką wątpliwość pokazują, że nadmierna styczność z ekranem może neurologicznie zniszczyć rozwijający się mózg młodej osoby w taki sam sposób jak uzależnienie do kokainy. 
Otóż to - mózg dziecka pod wpływem tej technologii (jarzących się ekranów) wygląda jak mózg pod wpływem narkotyków. (s. 14)."

Zdaje się, że odkryłem kolejny element układanki przedstawiającej mój niedoskonale działający umysł. Ten budzi jednak grozę bardziej niż inne. 

Bardzo często zastanawiamy się, jak to jest, że ciągle siada nam koncentracja? Jesteśmy pobudzeni i jednocześnie wykończeni. Nie możemy się nad niczym skupić. Mamy niekontrolowane napady złości.

Do tej pory byłem przekonany, że to pewien natłok informacji płynący z portali społecznościowych typu Facebook jest za to odpowiedzialny. Teraz już wiem, że nie tak do końca. 

W pracy doktora Nicholasa Kardarasa poznajemy rewelacyjny opis życia młodego pokolenia i jego następstwa. Warto jednak zwrócić uwagę, że do starszych ludzi, którzy tylko siedzą z laptopem na kolanach pasuje on równie idealnie.


Winę za nasze problemy z uczeniem się, zapamiętywaniem ponoszą monitory. Telewizor, gry komputerowe, laptopy, tablety, telefony komórkowe ... Ich hipnotyczne, jarzące światło wyżera z nas energię niczym pasożyt. A co gorsza, nie jesteśmy tego w pełni świadomi. Podobnie jak i tego, że nieustanne korzystanie z nich to zwyczajny nałóg porównywalny z uzależnieniem od narkotyków, hazardu czy alkoholu.

Przerażające jest dla mnie to, że jadąc na wakacje widzę ludzi, którzy zamiast korzystać z plaż, chodzić po miastach i zwiedzać to siedzą w hotelach i spoglądają w błyszczące smartfony. Ja jadąc za granicę nawet nie szukam dostępu do sieci - podróżuje, żeby od tego wszystkiego odpocząć. 

Kultowy film pt. "Zwiedzanie Wenecji". 

Kardaras pokazuje przykłady uzależnień od telefonów, omawia eksperymenty z odłączeniem się od współczesnej technologii. Przedstawia przypadki maniaków gier komputerowych, którzy zatracili kontakt z rzeczywistością lub pozabijali rodzinę. Nie pominął hejtu. Zwraca także uwagę na podatność poszczególnych ludzi na ten problem i to, że czasem Internet przyczynia się do rozwoju depresji, osamotnienia i metamorfozy kontaktów z rówieśnikami by nie rzec - jej rozpadu.

Okazuje się, że technologia wcale nie jest taka cudowna jak  nam się wydaje.
  • Autor dowodzi, że absolutnym błędem jest wprowadzanie tabletów czy komputerów do edukacji dzieci. Prawda jest taka, że inaczej czyta nam się teksty wydrukowane na papierze, a inaczej wszelkie z monitorów. 
  •  Nie jest prawdą w pełni to co piszą niektóre portale, że "jako ludzkość debilniejemy i nie potrafimy przeczytać dłuższych artykułów w sieci ograniczając się tylko do nagłówków". Prawdą jest to, że ekrany męczą nasze umysły w specjalny sposób, przez co przeczytanie tego samego online co w wydaniu papierowym jest trzy razy bardziej męczące. Dziwne? A tak to po prostu jest.
  • Nie jest prawdą, że tablety czy urządzenia do klikania są dobre. Rozwijamy inne partie mózgu pisząc dłonią a zupełnie inaczej nasz mózg funkcjonuje kiedy tylko pstrykamy palcem w jeden punkt. Jak niby w ten sposób mają rozwijać się dzieci w szkole?  

Mnóstwo intrygujących ciekawostek. Karadaras opisuje jak rannego żołnierza leczono grami co działało jak morfina. Spodobał mi się cytat "wcześnie robi się późno". Nowym pojęciem jest dla mnie Efekt Tetrisa, sytuacja, w której na skutek nadmiernej ilości godzin grania w gry, braku snu, człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Ludzie sikają do słoików lub noszą pieluchy, żeby nie odchodzić od gier. Podobne kwestie omówione zostały w książce Piotra Szaroty "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". Co się okazuje, dzieci wynalazców chodzą do szkół m.in. waldorfowskich, a ich rodzice celowo nie wprowadzają ich w arkana stworzonej przez siebie technologii gdyż doskonale zdają sobie sprawę z tego, do czego ona prowadzi. Autor wprowadza także terminy "zombiefikacja" oraz "dystopijne społeczeństwo", które moim zdaniem mówią same za siebie w precyzyjnym opisie ludzkości. Dzieci seksualizowane a dorośli zachowujący się jak quasi-nastolatkowie to także ciekawa wzmianka. Cytacik:
" ... Dr Dunckley zaobserwowała, że wszystkie dzieci ulegają wpływowi na pewnym poziomie. Nawet te z tak zwanym "umiarkowanym" obcowaniem z ekranem wykazują oznaki "subtelnego uszkodzenia", takiego jak chroniczna drażliwość, zaburzenia koncentracji, ogólny marazm, apatia czy często stan bycia "podłączonym i zmęczonym" (czyli pobudzonym, ale zmęczonym). (s. 160-161)
Nic dodać, nic ująć.

Teraz pozostaje inny problem. Co zrobić skoro technika weszła nam tak głęboko w krew? Ciężko jest nam nie sprawdzać e-maili, zaglądać co u znajomych na Facebooku czy nie wchodzić na YouToube'a. Myślę, że wszystko jest stworzone dla ludzi, ale, żeby nie kisnąć w sobie, nie zwariować należy ograniczać życie internetowe do minimum. 

Moje nowe wyzwanie - unikać technologii nawykowo czy nałogowo. Chwila rano, chwila wieczorem. Nie więcej niż godzina. Znajomi zapraszają mnie do udziału w życiu forów, stron etc. Niestety czuję, że muszę im odmawiać. Stopniowo będę musiał rakiem się od tego oddalać. Może pewnego dnia, uda się to w ostateczności? Ciort wie.

Książkę polecam wszystkim! Zwłaszcza bystrym inaczej politykom, dyrektorom szkół i innym wielce oświeconym ludziom, którzy publicznie głoszą, że "dzieci powinny od najmłodszych lat poznawać tablety w szkołach". Każdy szanujący się nauczyciel absolutnie nie przyjmie takiej opinii bezkrytycznie.

Klasyczne metody nauczania okazują się być najlepszymi! Powróćmy do nich, starych programów nauczania. Precz z postępem! Viva conservativia!

poniedziałek, 15 października 2018

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona "Mitologia słowiańska"


"Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony to kolejna obok "Księgi Tura" Czesława Białczyńskiego czy "Drzewa. Mitów słowiańskich i innych opowieści" Łukasza Wierzbickiego literacka wizja słowiańskich mitów. 

Oczywiście na samym wstępie należy zaznaczyć, że chociaż autorzy twierdzą, że podstawą napisania tej pracy była wiedza na temat dawnej mitologii odtwarzanej przez badaczy to w rzeczywistości dalekie jest to od prawdy. Przykładowo Swarożyc i Dadźbóg to tutaj dwie, inne postacie. Opisane dalej historie zawierają słownictwo importowane (np. chram). Przedstawione w następnych rozdziałach legendy również sprawiają wrażenie widzianych współcześnie, a nie oddających realia starych, pogańskich czasów.

Wniosek nasuwa się sam - jest to kolejna próba zaskarbienia serca rodzimowierców słowiańskich i napisania czegoś pod publikę.

Miłośnikom słowiańskich klimatów polecam, acz zaznaczam, że nie jest to punkt wyjścia do czegokolwiek. Literackie Rodnover Fiction.

czwartek, 11 października 2018

R. Andrew Chesnut "Santa Muerte. Święta Śmierć"


... Czary to broń słabych, magiczna próba przejęcia przez pozbawione władzy i pieniędzy jednostki kontroli nad wydarzeniami, otoczeniem i pozostałymi ludźmi, których nie da się kontrolować w innych sposób. [...]" (s. 141)

Dawniej zastanawiałem się, co to za dziwne wyobrażenia Maryi są w niektórych kościołach na filmach. Teraz już wiem, że to nie Maryja lecz Santa Muerte czyli Święta Śmierć. Wielkie Brawa! 


Interesująca religia rodem z Meksyku i okolic. Zasadniczo porównać ją można z europejską adoracją św. Guineforta we Francji, św. Mikołaja w Rosji czy np. św. Demetry w Grecji. W Polsce pewne podobieństwo dostrzec można w kulcie Matki Boskiej Trzykroć Przedziwnej na Górze Chełmskiej. Oczywiście mam tu na myśli nie samą postać lecz pewien unikatowy charakter wierzeń  - jest to dosyć specyficzne połączenie pogańskiego bóstwa z późniejszymi naleciałościami chrześcijańskimi dającymi w sumie oryginalną, synkretyczną postać. W tym konkretnym przypadku czczoną jako anioł śmierci. 


Przypisuje się jej niezwykłą moc i skuteczność w spełnianiu próśb. Opiekuje się więźniami, przemytnikami, handlarzami narkotyków, spełnia miłosne życzenia, karze niewiernych kochanków, wzbogaca czy uzdrawia. Niezwykła postać o olbrzymiej popularności. 


Chesnut opisuje nie tylko jej kult, ale również historię, relacje wiernych, skandale związane z powstaniem jej Kościoła. Co złożyć jej w ofierze? Kiedy się do niej modlić? Kim są jej najgorętsi wyznawcy? O tym wszystkim w niniejszej lekturze.

Zdziwiły mnie trochę te historie. Nigdy nie podejrzewałem, że handlarze narkotyków są tak religijni i to w tak specyficznym kierunku.


Cała ta cześć Białej Siostry jak ją czasami się nazywa przypomina mi do złudzenia pogaństwo współczesne - ołtarze, ofiary, modły, zaklęcia ... Autor próbuje wykazać, że to Ponury Żniwiarz stoi u legendarnych początków adoracji Potężnej Pani lub przynajmniej wywarł na to największy wpływ. Moim zdaniem ewidentnie czuć w tym wszystkim boginię Mictecacihuatl o czym książka także napomina. Tak jak Europejczycy nie rozstali się ze swoimi dawnymi bogami czyniąc z nich świętych tak i Meksykanie zachowali swojego anioła przez kolejne stulecia, a teraz w dobie współczesności pozwalają jej wraz z innymi ludowymi świętymi wysuwać się na piedestał. Chesnut poświęca także trochę uwagi jej męskim odpowiednikom - Reyowi Pascualowi i San La Muerte, wielbionym w sąsiednich krajach. Mamy kolejny dowód na to, że ludziom ciężko się rozstać z religią przodków. 


Książka świetna pomimo, że autor co chwila powtarza w niej te same zdania. Niemniej gorąco ją wszystkim polecam!

środa, 3 października 2018

Urszula Jakubowska "O naturze preferencji politycznych. Perspektywa psychologiczna"


Jak najprościej sprowokować konflikt? Rozpocząć dyskusję o polityce! 

Nie od dziś wiadomym mi było, że ludzie w rzeczywistości nie kłócą się o to, kto ma rację, czy o to, który polityk będzie lepszy, tylko o różnice w sposobie wychowania, jakie ich spotkało za młodu. Czy tylko tyle? Teraz już wiem, że nie.

"O naturze preferencji politycznych" to niedługie acz wciągające opracowanie na temat wyborów światopoglądów politycznych. Na początku autorka mierzy się z problematyką klasyfikacji tego zjawiska.

Niestety nie jest łatwo dzielić umownie ludzi na prawicę i lewicę gdyż jak wiemy, zarówno pod względem wizji gospodarki jak i norm obyczajowych wszystko się maksymalnie wymieszało. Czasem jest to tylko kwestia tego, kto chce dojść do władzy i czyje głosy mu będą potrzebne. Ponadto pojęcia różnie są definiowane; Jakubowska podkreśla m.in., że amerykański liberalizm to odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.

Następnie poruszone zostają dalsze kwestie celem rozwikłania tej zagadki - na poglądy polityczne może mieć wpływ nie tylko wychowanie i najbliższe środowisko domowe, ale i grupy rówieśnicze, geny, doświadczenia ... Wszystko by tutaj pasowało.

Podoba mi się to, że Jakubowska opisuje temat od A do Z stroniąc od pokazywania pewnych wzorców jako tych "dobrych" a innych jako tych "złych" co nagminnie czynią dzisiejsze propagandowe media. Wykorzystanie dobrego, obfitego stanu badań umożliwiło autorce dojście do odpowiednich wniosków i omówienie temat kompleksowo.

Dużo ciekawostek, a to dla nich czytamy przecież książki.

Mam wrażenie, że autorka jak wielu innych stosuje pojęcie "faszyzm" jako synonim nazizmu. Nie cierpię tego!

Interesujące, jeśli ktoś ma uprzedzenia do Żydów, ma je też do innych nacji (s. 26). No ze swojej strony przyznam, że nie do aż tak wielu. oprócz Cyganów reszta to już całe rasy, grupy religijne czy mniejszości odstające od norm. Mało w tym innych narodów.

Tak się czasem zastanawiam, wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że mój światopogląd polityczny jest bardzo synkretyczny. Wszystkie odcienie konserwatyzmu (90%), trochę tego o czym tutaj nie napiszę (nie chcę, żeby moi wrogowie to wykorzystali przeciwko mnie), trochę nawet humanizmu (nie sprzeciwiam się aborcji, daleki jestem od Kościoła katolickiego) ... To teraz jakie ja mam geny, doświadczenia, grupę rówieśniczą?
Stwierdzono, że im większe nasilenie orientacji na dominację społeczną, tym m.in. większe nasilenie postaw rasistowskich, nacjonalistycznych, niechęci do imigrantów, seksizmu, poparcia kulturowego elitaryzmu i ideologii merytokratycznej, polityczno-ekonomicznego konserwatyzmu, opresyjnego prawa  (surowych kar za przestępstwa i kary śmierci), militaryzmu, niechęci wobec polityki rządu zmniejszającej dyskryminację osób homoseksualnych, polityki wyrównującej szanse grup upośledzonych społecznie itp. (s.94-95).
No i spoko. Tylko czy ja dążę do jakiejś dominacji społecznej? Po prostu borykam się z problemami codzienności, które powyższa lista świetnie by rozwiązała. Chociaż może:
Orientacja na dominację społeczną jest skutkiem wychowania "zimnego", zdystansowanego (unaffectionate) i osobowości nazwanej za Eysenckiem (1954) twardością umysłową, która w ujęciu Duckitta charakteryzuje się takimi cechami, jak brutalność, cynizm, niezdolność do wybaczania, bezwzględność itp. Świat jest postrzegany przez takich ludzi jako rywalizacyjny, w którym panuje prawo silniejszego na podobieństwo darwinowskich praw dżungli. Główny cel motywacyjny to osiągniecie wyższości i dominacji w relacjach społecznych. Ludzie ci są nadwrażliwi na zagrożenia dotyczące potencjalnej zmiany struktury społecznej - układu sił, jak również statusu społecznego.  (s.101)
No nieźle! Siliniez w pastylce politycznej. Ale zaraz, dalej czytamy:
Ich przeciwieństwem są osoby zorientowane na równościowe relacje społeczne. Jest to efekt wychowania w ciepłej atmosferze uczuciowej, okazywaniu miłości i akceptacji. W takich warunkach kształtuje się osobowość nazwana zgodnie z typologią Eysencka (1954) umysłowością miękką, wyrażającą się w cechach uprzejmości, współczucia, opiekuńczości, wybaczania itp. osoby te charakteryzują się przekonaniem, że świat jest oparty na współpracy i harmonii. Ich główny cel motywacyjny to altruistyczna troska o innych (Duckitt, 2001). (s. 101)
Acha! To już wiem, co jest przyczyną choroby lewackiej - zbyt dobre życie i zbyt wysoka uczuciowość. Tylko, że z tego się właśnie rodzi marazm i bezmyślność, która cechuje zachodnie narody. Na efekty długi czekać nie trzeba. Widzimy po statystykach gwałtów, terroru itp.

Psueodkonserwatyzm - ciekawe pojęcie (s.26-27), pasowałoby do mnie, podobnie jak konserwatywny-liberalizm, konserwatyzm, Alt-Right. Podobnie jak wyznawanie wartości sprzecznych -  wolność i równość, ale nie nazwałbym ich pro-systemowymi.

Nie zwróciłem uwagi, że "lewicowcy" są niby bardziej tolerancyjni dla pewnych zjawisk, ale mniej tolerują opozycję polityczną. Gdzie ta Wasza tolerancja lewaki?

Z książki dowiedziałem się też, że tylko prawicowcy są autorytarni, ale im większy poziom wiedzy na temat historii i polityki to i większy poziom autorytaryzmu. No i właśnie, kto się zna - ten wie. Kto się nie zna żyje wyimaginowanymi wizjami rzeczywistości.
 
Nie znałem pojęcia "postawy punitywne" oznaczające czynności dążące do zmniejszenia zagrożenia obywateli. Dobrze je znać, bo przydatne w dyskusjach.

Cóż dla prawicowców świat ma strukturę pionową góra, środek, dół. Dla lewicowców świat ma strukturę poziomą. I weź teraz wszystkie zwierzęta umieść w jednej sferze ... Co z tego będzie? Nic dobrego.

Książka rewelacyjna, podobnie jak inne z tej serii. Gorąco polecam!

piątek, 28 września 2018

Robert L. Leahy "Pokonaj depresję, zanim ona pokona ciebie"


Ze mną już nie wygra. Jej dobre chęci spełzły na niczym. Zdrowie zwyciężyło. Tylko, czy aby na pewno? W sumie to nie kupowałbym tej książki gdyby wszystko grało jak należy. 

Depresja to przerąbana sprawa, a kto przez nią przeszedł na pewno moim słowom nie zaprzeczy. Stan jak we śnie - nic nie możesz, każde wyjście z domu to kłopot, jesteś wiecznie rozkojarzony, nie możesz się skupić nad czytanym zdaniem, pamięć ci siada do tego stopnia, że kiedy idziesz do sklepu to po wejściu już nie wiesz po co przyszedłeś, budzisz się w nocy i nie śpisz, separujesz się od znajomych ... Wyrwanie się z tego to po prostu makabra, bo zasadniczo nie wiesz co się dzieje i jak to pokonać. Ale udało się! 

LAUVIAHU PROWADŹ! 

"Pokonaj depresję, zanim ona pokona ciebie" to poradnik dla osób cierpiących na to ***** (cenzura nakazuje, nie nazywać rzeczy po imieniu w tym miejscu) jak radzić sobie z tym ****** (tu też) i stopniowo wracać do mentalnej kondycji umysłu. 

Przyznam szczerze, że o ile teraz jestem w stanie to przeczytać to wiele lat temu nie byłoby prostym zadaniem tak się po prostu z tego leczyć ćwicząc to czego Leahy uczy. Warto jednak próbować. 

Kluczem jest poznanie przyczyn depresji. Każdy klucz coś otwiera w tym przypadku bramy świadomości.
W swojej pracy Leahy przytacza wiele ciekawostek.
Psycholog Jean Twenge odkryła, że wzrost zachorowań na depresję w ciągu ostatnich 50 lat ma związek z postępującą indywidualizacją jednostek i rozluźnieniem więzi społecznych. W XIX w. prawie nikt nie mieszkał sam. Dzisiaj prawie 26% gospodarstw domowych to gospodarstwa jednoosobowe. (s. 13)
Jednym z niefortunnych zjawisk w społeczeństwie amerykańskim w okresie ostatnich 30 lat jest spadek zainteresowania organizacjami, takimi jak kościoły, związki wyznaniowe, kluby, koła zainteresowań. Stajemy się narodem jednostek odizolowanych od siebie nawzajem. (s. 214)
No i właśnie. Postęp i idee współczesności. Nic dodać, nic ująć. 

Uwielbiam to stwierdzenie:
... w nauce zawsze znajduje się coś, czego się akurat nie szuka. (s. 19)
Urocza historia:
Wiele lat temu profesor Uniwersytetu Yale wysłał artykuł do pewnego czasopisma naukowego. Otrzymał recenzję od redaktora, który twierdził, że tekst jest przeciętny i bezużyteczny.  Nie zmieniwszy ani słowa, profesor wysłał artykuł do innego czasopisma, którego redaktor odpisał: "To będzie klasyk w swojej dziedzinie". (s. 127)
Typowe!

Prawdą jest, że chorzy na depresję prowadzą niezdrowy styl życia. Pamiętam kilka butelek coli dziennie, do tego kakao, dwie tabliczki czekolady ... Dzień bez tego byłby dniem straconym. 

Przywracanie negatywnych myśli to tzw. ruminacja. Dobrze, nie znałem tego pojęcia. 

Prawdą jest też, że przy depresji trudno jest nam dokonać jakichkolwiek wyborów i podjąć decyzję o czym także wspomina Leahy. 

Wadą książki jest to, że zaczyna się robić nudna, średnio co dwadzieścia stron przerwa wskazana. Na początku też nagminne "ta książka pomoże ci jak ...". Można cholery dostać.

Pytanie tylko czy da się wyrwać z tego stanu samemu? Moim skromnym zdaniem (a mam w tym zakresie odpowiednie doświadczenie) - nie! Robert L. Leahy przytacza niby jakieś przykłady, że może być na odwrót. Osobiście uważam, że bez odpowiedniej psychoterapii, a potem zmiany stylu życia i przekonań to raczej mało wykonalne. 

piątek, 21 września 2018

Zuza Malinowska "Przemilczenie"


"Przemilczenie" to pierwszy oficjalnie wydany tomik poezji Zuzy Malinowskiej. Do gustu przypadł mi sposób w jakim autorka napisała dwie powieści. Stwierdziłem, że warto będzie przeczytać jej inne dzieło choć nie ukrywam, interpretowanie poezji idzie mi na ogół kiepsko. 

Czytając wydane wiersze na myśl przychodziły mi konkretne zagadnienia. 

W "Przemilczeniu" wyczuwam eskapizm, mizantropię, głębokie pragnienie odnalezienia czegoś, poczucie bliskości połączane z poczuciem totalnego oddalenia, zranienie, problem śmierci i przemijania oraz losu. 

Autorka za pośrednictwem swojej twórczości wyraża problemy codzienności z jakimi borykamy się jako ludzie XXI w. Choć zaszliśmy daleko cywilizacyjnie wciąż nie znajdujemy odpowiedzi na wiele pytań jakie niesie nam codzienność. Uczucia, przeczucia czy wręcz ich doświadczanie dają nam lekcje, z których nie zawsze wyciągniemy stosowne wnioski lub nie zawsze możemy to uczynić. Gubimy się próbując poznać sprawy nam z jednej strony bliskie, z drugiej odległe. Te pozorne sprzeczności są naszą codziennością pomimo, że starając się rozwikłać zagadki rzeczywistości - zapętlamy się w coraz to większych pytaniach, które próbujemy rozszyfrować intuicyjnie z braku innych narzędzi. Nie zawsze jednak odpowiedzi płynące z naszego wnętrza prowadzą do wyciągnięcia słusznych wniosków. 

Twórczość ciekawa, choć moja interpretacja może być całkowicie błędna.

Jednakże tomik polecam!

Paweł Szczepanik "Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity"


 " [...] leciał książę ciemności z nieba, z nim 9 zastępów aniołów od lewicy, którzy się odtąd z woli Boga Ojca stali ciemnymi duchami, czy diabłami (...)" 
Fragment pochodzący z pracy Oskara Kolberga cytowany w omawianej w niniejszym poście książce na stronie 47.

No trudno żeby cokolwiek z lewicy nie było ciemne ...

"Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity" Pawła Szczepanika to jedna ze świeżych wycieczek po religii dawnych Słowian. Choć tytuł sugeruje, że na piedestale staną zaświaty, praca wbrew pozorom porusza wiele ogólnych kwestii na temat wierzeń naszych przodków. 

Na samym początku powtórka z teorii mitu. Stare, dobre nazwiska od Cassirera po van Gennepa. Dalej autor przechodzi do popularniejszych zagadnień - jaja kosmicznego, boskich postaci, mitu wyłonienia etc. Wszystko po kolei jak bogowie przykazali. 

Osobiście wrogiem jestem tezie Witczaka, który widzi w Nyji boginię zaświatów nie zaś męskiego boga. Myślę, że Długosz nie bez powodu stosując interpretatio romana przyrównał go do Plutona a nie do Prozerpiny. Ponadto używał słowa "deum" a nie "deam". W innych źródłach też mówi się o "bożku" a nie "bogini". Szczepanik przyjął opcję "żeńską", co niespecjalnie przypadło mi do gustu. Ponadto już w następnym rozdziale autor pisze o Marzannie i wyszczególnia jej cechy jako chtonicznej bogini. Czyżby więc dwie panie piastowały te same urzędy? Z tym nie mogę się zgodzić. 

Zainteresowała mnie wzmianka o wielkim, czarnym kogucie jako wierzchowcu diabłów i czarodziejów. Coś czuje, że to kolejne echo pogańskich wierzeń znajdujące swoje odbicie w lokalnej wersji legendy o Diable i Kowalu czy w dziejach mistrza Twardowskiego. Ciekawe są też rozważania na temat rytualnych masek.


Książka oparta jest o znane i mniej znane opracowania naukowe. Z tego co zauważyłem Szczepanik nie pomija żadnych ważniejszych teorii - odnosi się do większości znaczących tez. Nie szczędzi też niektórym z nich krytyki. W przypadku Aleksandra Brücknera jest to rzecz jasna wręcz wskazane i obligatoryjne w pracach z XXI w. Nie brakuje tradycyjnych porównań do mitów innych ludów. 

Co zaś do osobistych tez autora, to myślę, że miejscami na siłę brnie on w kierunku, w którym już żadna osoba błądzić nie zamierza. Pewne rozważania uznałbym za zbędne, choć oparte na ciekawych źródłach przeanalizowanych z ciekawych horyzontów.

Dużo solidnego materiału, dobra kompilacja. Obowiązkowa lektura dla wszystkich słowianofili, religioznawców, rodzimowierców oraz pogan różnych ścieżek.

Gorąco polecam!