piątek, 26 maja 2017

J.K. Rowling "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz"


Cytując wielkiego człowieka, a mianowicie samego siebie, no może wysokiego, a póki co jeszcze nie wielkiego:

Nawet oglądając "Fantastyczne potwory i jak je znaleźć" człowiek czuje, że to już nie to. Nie ma tej pięknej stylowości, mrocznego zamku ... A zamiast tego Wielka Ameryka rządzona przez brązową Panią Prezydent z turbanem na głowie. Brakuje angielskiego klimatu. (Siliniez "J.K. Rowling, John Tiffany, Jack Thorne "Harry Potter i przeklęte dziecko" na Przenikaniu Światów.)
Nic dodać nic ująć. Przeczytałem oryginalny scenariusz filmu pod tym samym tytułem licząc, że znajdę jakieś różnice lub przynajmniej wycięte sceny z wersji reżyserskiej. Myliłem się. Książka to dokładne odwzorowanie filmu w postaci dramatu. No może trochę słownictwo inne niż w polskim dubbingu, ale nie gra to większej roli. Myślę, że książka powinna mi wpaść w łapę przed pójściem do kina. Byłbym mniej rozczarowany. W każdym razie może przed ekranizacją kolejnej historii z cyklu, której fabuła o ile pamięć mnie nie myli wydarzyć się ma we Francji, najpierw sięgnę po wersję książkową, o ile rzecz jasna będzie już dostępna. Oby!

Fani Rowling trzeba, pomimo, że nie jest to stary, dobry Potterowy klimat.

czwartek, 25 maja 2017

Aleister Crowley & Victor B. Neuburg "Opus Lutetianum. Działania paryskie (Liber CDXV)"


IAO! 
(czyli Izyda! Apofis! Ozyrys!)

Zafascynowany czytelną pracą na temat thelemy autorstwa Rodneya Orpheusa postanowiłem zanurzyć się głębiej w bezkresnych otchłaniach Tefnut. Tym razem wydobyłem od Wydawnictwa Lashtal Press "Opus Lutetianum. Działania paryskie (Liber CDXV)" Aleistera Crowleya i Victora B. Neuburga. 

Jak powszechnie wiadomo obaj panowie byli znajomymi Geralda Gardnera, twórcy religii wicca (w sumie to "wica", ale już nie bądźmy tacy detaliczni), najznamienitszej jak dla mnie postaci z tego środowiska. Co ciekawsze cała trójka znała się mimo tego, że Gardner znany był z homofobicznego nastawienia, a zarówno Crowley jak i Neuburg używali sobie życia w gejowskim stylu. Część z tych przygód opisują właśnie "Działania paryskie", z którymi postanowiłem się zapoznać ze względu na osobowość autorów i wpływ jaki wywarli na kolejne dziesięciolecia rozmaitych systemów magicznych. 

Jak zwykle czytelne wprowadzenie Krzysztofa Azarewicza (tytuł mistrza obroniony w dalszym ciągu) sprawia, że możemy iść dalej. I tu niestety jak dla mnie światełko w tunelu lekko się skończyło. Jak zwykle przeceniłem do pewnego stopnia swoje możliwości jeśli chodzi o zrozumienie wyższej crowleyistyki (no może powiedzmy żartobliwie Crowley Studies, by nie rzec Thelemic Studies). Opisane rytuały z udziałem kilku panów wciągają swoją treścią, zastanawiają wnioskami, dają dużo do myślenia, pobudzają wyobraźnię. Nie są one jednak łatwe w odbiorze. Nagminna ilość pseudonimów, stopni światynnych, wersetów łacińskich, słów greckich i przede wszystkim rozmaitych pojęć zaczerpniętych z wielu religii (głównie Egiptu i Grecji) sprawia, że nad tekstem trzeba ostro pogłówkować. Na szczęście starannie sporządzone przypisy rozświetlają drogę we mgle. Dzięki temu przez lekturę da się przebrnąć rozumiejąc przynajmniej część z tego co mieli do przekazania jej autorzy. 

Rozumiem, że adepci O.T.O. przejdą przez to  znacznie szybciej niż osoby spoza ich kręgu. Ja sam jednak nie podołałbym zadaniu tak łatwo. Crowley jak wiadomo przełamał wiele konwencji, opisał rzadkie doświadczenia, miał niezwykłą wiedzę. Pozostał źródłem inspiracji dla wielu kontynuatorów zarówno thelemy jak i innych systemów. Myślę, że "kod" doświadczeń z Paryża jest czytelny dla wielu osób studiujących temat, pełne zrozumienie tematu pozostaje tylko dla wieloletnich studentów jego dzieł.

Mimo wszystko, uważam tę pracę za ciekawą i polecam wnikliwym umysłom!

poniedziałek, 22 maja 2017

Jordan Babula "Sabaton. Lwy północy"

"... Z naszego punktu widzenia trasa z Therion i Grave Digger jest szczególnie ważna z innego powodu. To na niej bowiem Sabaton zawitał po raz pierwszy do Polski. I to aż na dwa koncerty - 13 lutego w Klub 38 w Krakowie i dzień później w warszawskiej Stodole." (s. 72)

Zaraz, zaraz. Nie tak hop! Po kolei! 

Ale może od samego początku.  Otwieramy "Pamiętnik czerwonego pantoflarza!" (Black Martens Diary). Poprosimy o reminiscencję!
................................................................................................................
13 luty 2007 r., Kraków 

W końcu wraz z Arkiem dotarliśmy na miasteczko studenckie. Oczywiście kiedy u celu naszej wędrówki sprawdzała nas ochrona grał już pierwszy support. Tak więc chyba jedna czy dwie piosenki nam przepadły. Czułem się stratny, ale to na szczęście wychodziłem z założenia, że to jakiś tam z pozoru zespolik, a nie gwiazda wieczoru. Tradycyjne powitania z szeregiem znajomych, których jak zwykle nie brakowało i pełna świadomość tego, że Klub 38 wypełniony był po brzegi widzami towarzyszyły w pierwszych chwilach po przekroczeniu bram. No i grał sobie pierwszy zespół. Podeszliśmy bliżej wsłuchując się w ich radosną twórczość. Nawet przyjemnie było. W ucho wpadały melodyjne, powermetalowe brzmienia. Zagrali kilka piosenek i nawet mi się spodobali. Szkoda, że człowiek nie znał ich wcześniej. Widownia średnio się bawiła, ale niestety tak to bywa kiedy większość przybyłych na koncert zna tylko główną atrakcję, którą był Therion. Po Sabatonie zagrał jeszcze Grave Digger, który choć uchodzi za klasykę gatunku dla wielu, nie przypadł mi osobiście do gustu (wiem, byli i tacy co przyszli głównie na ten występ). W sumie nawet Arek zgodził się z moją opinią co do wyższości zbroi ochraniającej stopę nad grobowym górnikiem. Już następnego dnia pamiętam, że poszukałem sobie w sieci kilku ich utworów. Najbardziej spodobał mi się "Light in the Black". No i po samym koncercie miałem okazję dowiedzieć się, że zespół nazywa się "Sabaton", a nie "Sabation" jak to błędnie przeczytałem na bilecie ... A i tak nazwę wiązałem z wyrazem "sabat" jak wiem z perspektywy czasu - mylnie.

Po latach mogę śmiało wyznać, że byłem na koncercie Sabatonu zanim stało się to modne. I to jeszcze na pierwszym, który zagrali w Polsce. Kindermetale, całować mój pierścień! 

Oczywiście o zespole długo było cicho zanim nagle media głównego nurtu nie poinformowały o amatorskim teledysku do "40:1" zamieszczonym na YouTube, który przekroczył znacznie przeciętną liczbę wyświetleń. I tym sposobem kosmiczny porządek został odwrócony. Polskie mainstreamowe media pokazały Polsce zespół metalowy. Ba! Nawet wyższy katolicki duchowy Sławoj Leszek Głódź wręczał metalowcom nagrody. Kurcze, ja czekam aż espiskopat wręczy zespołowi Kat statuetkę św. Cecylii za całokształt twórczości. Szok jak potraktowano w Polsce zespół grający metal. Honorowe obywatelstwo, reklama w telewizji, odznaczenia od władz państwa ... 

"Sabaton. Lwy północy" to oficjalna autobiografia zespołu Sabaton. Jordan Babula przeprowadził w niej wywiady z wokalistą Joakimem Brodénem i basistą Pärem Sundströmem. Dodatkowo przestrzeń wypełniają zarchiwizowane wywiady oraz zdjęcia. Wypowiadają się także inni członkowie zespołu. Historia, koncerty, działalność, sukcesy i porażki. Wiem już, którą linią lotniczą nie podróżować.

Sabaton, jak to Sabaton oceniam jako zespół grający dobrze, bo lubię melodyjne kompozycje. Podoba mi się muzyka, nawiązywanie w tekstach do historii. Jako metal-rencista nie mogłem wobec sprawy przejść obojętnie. Dlatego trochę poczytałem sobie o tym jaka to polska publiczność jest zadżebista. Nie nowość to dla mnie, acz muszę przyznać, że trochę się mentalność polskich metali popsuła w młodszym pokoleniu. Słyszałem też plotkę, że najlepiej bawi się Kraków i Śląsk, a najgorzej Warszawa. Trudno to stwierdzić, bo na koncerty i tak przyjeżdżają ludzie z różnych miast, ale chyba coś jest na rzeczy, bo pamiętam w wywiadzie jakiś wątek obił mi się o wzrok w tej kwestii. 

Zafascynowało mnie to, jak Szwedzi postrzegają Polaków, nasz stosunek do historii, wartości etc. I tu chyba faktycznie znowu pniemy się do góry na tle reszty kontynentu, który popadł w totalną degrengoladę świadomościową.

Irytuje mnie to, że biedaki wiecznie muszą się tłumaczyć, że śpiewają o historii, a nie propagują nazizm o co się ich notorycznie podejrzewa. I tu im współczuję faktycznie. Pierdolec społeczny pod tym względem jest ogromny i jest to jedna z gorszych chorób umysłowych XXI w. Pamiętam też jak czytałem o śpiewaniu hymnu w Szwecji. No to już jest dla mnie tragedia skończona. Ten kraj po prostu umarł śmiercią samobójczą ...

Trochę też drażni mnie to, że Polacy koniecznie chcą ze Szwedów zrobić swój narodowy zespół. Wprawdzie Sabaton zaśpiewał kilka piosenek o Polakach (lub tych wydarzeniach, gdzie grali oni główną rolę), no ale do cholery, bądźmy ludźmi. Niech Sabaton śpiewa o całym świecie, a nie tylko pod nas, dla nas, o nas.

Dużo ciekawostek, znajomych nazw zespołów i klimatów bliskich każdemu człowiekowi, który miał serce z metalu.

Fanom tematu polecam! Samo ZUO \m/

czwartek, 18 maja 2017

J.K. Rowling "Kennilworthy Whisp: Quidditch przez wieki"


"Kennilworthy Whisp: Quidditch przez wieki" to jakby historia najpopularniejszej gry sportowej czarodziejów autorstwa Kennilworthy'a Whispa. Powstanie, ewolucja, najsławniejsze światowe drużyny, chwyty, zasady etc. Na dobrą sprawę niczego nie brakuje.

Nie wiedziałem, że nazwa "Quidditch" wywodzi się od "Queerditch" ... Chyba nie polubię tej gry.

Co innego, że ja na dobrą sprawę żadnego sportu nie lubię. Może tylko walenie się po ryjach uważam za strawne. Ale tutaj widzimy świat czarodziejów, więc i stosunek do tego wszystkiego musi z urzędu być inny.


Taaak ... Gra w piłkę na miotle; narzędziu par excellance każdej czarownicy. Szkoda, że nie dane mi bylo poznać tajników prawdziwej maści latania. Tego będę żałował do końca życia. Chociaż wszyscy co mnie znają wiedzą, że choć ćpuństwa nie toleruję, to ten specyfik chciałbym poznać. Oczywiście w celach poznawczych. Jeszcze pół życia przede mną, a nóż, widelec kiedyś trafi się okazja?


Miotła to nierozłączny atrybut każdej wiedźmy.
Przypomina mi się rosyjska adaptacja wątku Pottera; "Tania Grotter" Dmitrija A. Jemeca, w której wiedźmy latają na instrumentach muzycznych, bo oprócz tego, że potrafią na nich latać to jeszcze umieją na nich grać ... Słodka propaganda.
W naszej polskiej kulturze, jako jeden z nielicznych akcentów lokalnego czarownictwa występuje wątek latania na łopatach do chleba. I to obok pogańskich ciżemek powinien być dla nas reprezentacyjny element w heraldyce. Ktoś to w końcu powinien dostrzec oprócz mnie. Nie ma chętnych? No tak, gdzie się podziały, tamte czarownice ...

Oczywiście osobiście uwielbiam, kiedy w książkach pisanych za granicą nie brakuje polskich akcentów. Pani Rowling pisała już o zawodniku quidditcha Władysławie Zamojskim. Stworzyła postać Jakuba Kowalskiego; mugola (E)-niemaga (US), który jak na prawdziwego Polaka przystało rozpoczął budowę Ameryki zaczynając od małego przedsiębiorstwa. Tutaj poznajemy m.in. polską drużynę Goblinów z Grodziska i jej zawodnika Józefa Wrońskiego. Cóż, może nie jest to gra w ciżemkach na łopatach do chleba, ale można się z tym pogodzić.

Praca fajna i na góra dwie godziny odciąża umysł od innych spraw.

Polecam wszystkim fanom Pottera!

środa, 17 maja 2017

J.K. Rowling "Baśnie Barda Beedle'a"


Idziemy za ciosem. Lekturka, z którą uporałem się może w godzinę. I w sumie dobrze, że Joanne Rowling postanowiła podwoić zyski wydając to krótkie, acz ciekawe dzieło. Jako fan jej twórczości jestem jej za to bardzo wdzięczny.

Intrygująca sceną w filmie "Harry Potter i Insygnia Śmierci I" był moment kiedy Hermiona czyta baśń o trzeci braciach ze zbioru Barda Beedle'a, którą otrzymała w spadku od Dumbeldore'a.

"Baśnie Barda Beedle'a" to kilka czarowniczych bajek z komentarzami nieżyjącego już dyrektora Hogwartu (tak tego zabitego przez Severusa Snape'a), przetłumaczone z alfabetu runicznego przez pannę Granger (właściwie panią Weasley). Czy te motywy były w filmie? A przynajmniej w cyklu książek o młodym czarodzieju? Nieważne.

Wzruszyłem się faktem, że jedna z tych bajek mogłaby być moją historią - "Siliniez o Włochatym Sercu". Jak to brzmi? A już pesymistycznie brzmią uwagi Dumbledore'a:

Skłaniam się do wniosku, że Włochate serce czarodzieja odwołuje się do mrocznych głębi naszej osobowości, do największej i najsłabiej uświadamianej przez nas tęsknoty, jaką budzi w nas magia: pragnienia stanu niewrażliwości na wszelkie zranienia. (s. 79)

Czy ja wiem? To już lepsze dalsze uwagi:

Na przykład młody czarodziej z tej baśni jest przekonany, że zakochanie się w kimś miałoby zgubny wpływ na jego poczucie bezpieczeństwa i wygodne życie, do jakiego przywykł. Miłość jest dla niego upokorzeniem, słabością, uszczupleniem emocjonalnych i materialnych zasobów osoby ludzkiej. (s. 79-80).

Tu już coś jest na rzeczy. To mi się podoba. Szkoda tylko, że bohater bajki tak ciężko kończy swój żywot.

Osobiście miłość odbieram identycznie jak ów czarodziej. Być może to niezdiagnozowany zespół Aspergera daje mi w kość czego nie jestem świadomy. Tyle, że skrycie wierzę, że to czego uczą nas współczesne bajki jest przeciwieństwem tego co powinny. A już przynajmniej te autorstwa Rowling. Kolejnym ciekawym wątkiem w książce było wyjaśnienie terminów "wizard" i "warlock". No, z mojej perspektywy nie są one najlepsze. Ale cóż, są i fundamentaliści, którzy bronią klasycznego nazewnictwa. Chociaż na chwilę obecną "warlock" bardzo mi pasuje.


Bajki urocze. Polecam!

wtorek, 16 maja 2017

Małgorzata Saramonowicz "Xięgi Nefasa. Trygław władca losu"


Na chwilę powróćmy do literatury z dziedziny Rodnover Fiction, bo w sumie jak inaczej to nazwać? W najlepszym razie powieść historyczna przeplatana bajkowymi motywami. "Xięgi Nefasa. Trygław władca losu" przenoszą nas myślami w czasy króla Bolesława Krzywoustego, klasyczny spór o koronę oraz polityczne intrygi. Co jest charakterystyczne dla niniejszego gatunku autorka również uwzględniła: magiczny, potężny świat pogańskich bogów i kapłanów, chrześcijaństwo jak zwykle licytujące się z własną hipokryzją i obłudą. Tym sposobem Małgorzata Saromonowicz dorównała innym współczesnym pisarzom, takim jak Witold Jabłoński czy Marcin Marchwiński. 

Na dobrą sprawę wszystkie prace wymienionych autorów mogłyby splatać się w jeden cykl gdyby ktoś zechciał je zekranizować; bo w końcu każdy z nich pisze o innej epoce lub innej jej wizji. Motywy pogańskie według własnych wyobrażeń, silny antychrześcijański akcent również są u literatów widoczne. Oczywiście nigdy nie może być tak, żeby Polacy czcili swoich bogów; tutaj mam wrażenie, że pojawia się raz w tekście wzmianka o Nyji, a naczelnym bogiem całej historii jest Trygław. Czy nie jest to jedna i ta sama postać? Podobnie jak zastanawia mnie imię postaci Marii. Czy wówczas nadawano takie imię? Czy je tak samo zapisywano? 

Z wszystkich prac trójki autorów, które miałem okazję przeczytać "Xięgi Nefasa" oceniam zdecydowanie najlepiej. Historia w wydaniu Saramonowicz przedstawia typową walkę o władzę, przedstawiciele duchowieństwa nie występują jako maniacy swojej wiary, a właśnie jako ludzie z cechami typowymi dla owej epoki; nie są "święci" jakby to ich Kościół rzymsko-katolicki określił, a wiedzą na czym świat się opiera. Nie ma wybujałych wizji "walki za wiarę" czy bajdurzenia o historii z punktu widzenia niektórych współczesnych koncepcji.

Polecam!

sobota, 6 maja 2017

Paweł Zaborowski "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe"


Nie ukrywam, że było mi dane w życiu poznać kilku zadeklarowanych "magów chaosu". Niestety owi przedstawiciele nie zrobili na mnie najlepszego wrażenia - zapamiętałem ich jako skończonych idiotów, którym się wydawało, że posiedli wiedzę o wszechświecie, a przy okazji myśleli, że są nieźle wyluzowani... Ale mniejsza z tym. 

Natrafiłem na rzetelne opracowanie tematu, które wyszło z rąk religioznawcy Pawła Zaborowskiego. "Teoria i praktyka magii chaosu. Studia kulturowe" to kolejne dzieło, którego możliwość podziwiania zawdzięczamy wydawnictwu Black Antlers. Zaczyna się klasycznym syndromem prac XXI w., autor omawia wszystkie możliwe definicje znanych terminów. Potem przechodzi do kwintesencji tematu; przedstawia szczegółowo historię, doktrynę magii chaosu, strukturę organizacyjną Zakonu Iluminatów Thanaterosa i rytualne praktyki. W końcu główny temat przemielony zostaje przez kwestie, które umownie zaliczyć należy do obszaru badań socjologii religii. Tutaj przeplata się m.in. wątek New Age, nowej duchowości, scjentyzacji nauki etc.

W moim odczuciu Zaborowski rozpracował cały problem od każdej możliwej strony; wyczerpująca ilość zagadnień, definicji, nazwisk nie pozostawia żadnych złudzeń; od psychologii po dominującą w rzeczonej pracy socjologię. Praca pisana jest przystępnym językiem, wszystko co trzeba punkt po punkcie. Dokładne przedstawienie założeń magii chaosu sprawia, że temat ten wydaje się bardzo czytelny. 

W zasadzie książka mogłaby być swoistego rodzaju podręcznikiem dla adeptów. Przedstawiając pewne kluczowe aspekty tego systemu w świetle badań religioznawczych wiele zarówno "tajemnic" jak i zagadnień czy praktyk staje się jasnych nawet dla osób niewtajemniczonych. Choć nie jest to żadna "Liber Al ..." mniemam, że dla studiującego temat magii i okultyzmu czarownika znającego tylko podstawy magii chaosu jest to dobre kompendium rozwijające wiedzę w tym zakresie także o dodatkowe ciekawostki. 

Pozycja wyczerpująca i wiele wyjaśniająca, jak można ją podsumować. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Gorąco polecam!