środa, 18 lipca 2018

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania"


No dobra, to teraz trochę o seksie! 

Za dużo na blogu piszę o pogaństwie, stąd uznałem, że trzeba lekko zmienić treść i zwiększyć o 40% tematykę pogaństwa. Od przybytku głowa nie boli, jak mawiają. 

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania" to kwestia seksu i seksualności w starożytności. 

 Ciekawostek historycznych.pl co nie miara! Seks z osłami, kozami, chłopcami, mężczyznami, cudzymi żonami ...

O sympozjach: 

... Uczestniczyli w nich mężczyźni, jednakże bez swoich żon - za to bawiąc się akrobatkami, fletnistkami, kurtyzanami i pięknymi chłopcami. [...]" (s.24)
Matko Ziemio Wilgotna! Sodomia i Gomoria. I co na to radykalni, prawicowi poganie? Mam oczywiście tutaj na myśli tych, którzy często uważają homoseksualizm za zjawisko nienaturalne i otwarcie głoszą, że takie osoby nie powinny czcić dawnych bogów, bo swoim zachowaniem przeczą naturze. Z tego wynika, że co poniektórzy mają ciekawy poziom znajomości tematu religii Europy przedchrześcijańskiej. Gorszy wniosek się nasuwa - katoliccy księża molestujący ministrantów na zakrystii są bardziej pogańscy w swojej filozofii życia od niektórych pogan, którzy stoją światopoglądem w zgodności z oficjalnym nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego i uparcie głoszą, że homoseksualizm jest "zły i/lub nienaturalny". Świat paradoksów! 

Nie wiedziałem, że Achilles porwał i zgwałcił trojańskiego księcia Troilosa. O jego romansie z Patroklesem (nie kuzynem jak chce tego współczesność, tylko partnerem) już mi wiadomo było. Nie wiedziałem za to, że zakochał się i zgwałcił zwłoki królowej Amazonek Pentezylei ... 


Węgłowski zwraca także uwagę, że przecież pojęcia takie jak kompleks Edypa, Elektry, Orestesa i wiele innych to twory dawnej, antycznej cywilizacji. Tak więc pewne fenomeny były w niej bardzo dobrze rozpowszechnione. Królowa Pazyfae i buhaj przebijają wszystko. 

Tresowanie 12-letnich nastolatek na żony przez starszych o 10-20 lat mężów w kulturze greckiej pokazuje pewne różnice w obyczajowości dawnej kultury patriarchalnej. Porzucanie dziewczynek po narodzinach powodowało niż demograficzny wśród przedstawicielek tej płci ... No nie dziwi mnie to. Ale tak postępowano w wielu kulturach m.in. w Chinach. Z resztą jest to omówione w dalszej części pracy:
... Były wśród nich i niechciane dzieci. Częściej dziewczynki niż chłopcy (bo ci w przyszłości nie wymagali wyposażenia w posag). Takie niemowlaki po prostu porzucano. Traktowano przedmiotowo, jak zbędne rzeczy. Ateńczycy, Koryntyjczycy czy Rzymianie nie zachowywali  nawet takich pozorów jak w osławionej Sparcie, gdzie porzucano "niedoskonałe" dzieci w górach Tajgetu - oni po prostu pozostawiali maluchy przy drogach, w lesie, w glinianych garnkach, na śmietnikach. Bywało, że takie dziecko znajdował ktoś litościwy i traktował je jak własne. Bywało, że znajdował je ktoś chciwy i wychowywał na tanią niewolnicę, przeznaczoną do prostytuowania się dla swego właściciela. [...]" (s. 60)
I to po raz kolejny przychodzą mi na myśl współcześni poganie, którzy walczą z aborcją czy z prawem do aborcji dla matek dzieci z Zespołem Downa etc. A poganin wieki temu jak miał dziecko, które mogło mu tylko wadzić w życiu po prostu się go pozbywał. Bez wyrzutów sumienia.

Przypominają mi się czasy podstawówki, kiedy dzieciaki przeżywały narodziny nowego grona chomików, z których jakiś rodził się mniejszy i był zjadany przez matkę lub odtrącany. Takie jak widać są prawa natury. Dzieci niechciane, niepełnosprawne, chorowite. Ba! Czasem nawet pozbywano się tych zdrowych kiedy np. wiadomo było, że zima będzie sroga, jedzenia nie wystarczy ... Dziecko do morza i chlup ... Po sprawie. Niektórzy tego nie uczynili, a potem na efekty nie trzeba było długo czekać.


Tak czy siak, czekamy na kolejny sezon.
... Gdyby więc zawierano związki między osobami w podobnym wieku, połowa chłopców zostałaby z niczym! [...] (s. 39)
Straszne! To kogo oni bili na podwórku?

Podobnie jak widzę, że prawo pierwszej nocy nie jest chyba czymś oryginalnym. Młodożeńca w Rzymie w czasie nocy poślubnej wyręczali koledzy. Myślę, że poganie teraz powinni pomyśleć o wznowieniu tej inicjatywy. Tylko, że wtedy panny młode miało około 12 lat - więc jakieś unowocześnienia będą niezbędne.

Co ciekawsze w dalszej części książki autor  zwraca uwagę, że poglądy na aborcję, homoseksualizm też różnie wyglądały i trudno się doszukiwać jednego generalnego konsensusu. Inaczej filozofowie, inaczej społeczeństwo etc. Nawet na niektórych świątyniach były hasła przeciwstawiające się przerywaniu ciąży.

I to pokazuje jasno, że w neopogaństwie zdania również mogą być w wielu tematach podzielone, a nie opierać się o jedną, jedynie słuszną odgórną interpretację. A wywalanie na wierzch jednym, że są bardziej lub mniej pogańscy od drugich zakrawa na kpinę.

W dalszej części książki dowiadujemy się o miłosnych uniesieniach Solona do młodych chłopców i seksualnych inicjacjach młodych na Krecie. Po prostu niemalże jak w Sambii ... Ciekawi też fakt, że erastesi nie mogli wykorzystywać eromenosów w klasyczny, seksualny sposób. Dziwne, ale wychodzi na to, że jednak nawet pederastia czy efebofilia rządziły się swoją regułą. I wychodzi na to, że ludzi czasem nawet za homoseksualizm krytykowano, a za pederastię nie. Wszystko według pogańskich reguł. Generalnie stosunek dwóch mężczyzn był źle widziany, a pasywność seksualna pogardzana, ale nie mężczyzny i chłopca w niekonwencjonalny sposób. Lecz też nie zawsze.

Na zdjęciu arcydruid Arrenomix.

Trudno we wszystkim o jakąkolwiek regułę. Moda się w końcu zmienia co parę lat, co tu dopiero mówić o kilku stuleciach?

Historie cesarzy biją wszystko na głowę. Warto mieć na względzie, że ojciec Aleksandra Wielkiego też przebierał w przedstawicielach płci obojga. Nie różnił się więc dużo od swego syna. Rozmaite seksualne wybryki Juliusza Cezara, Galby, Heliogabala czy Kleopatry z wibratorem z pszczołami ... Perwersji co niemiara. 

Książka nadzwyczaj interesująca i pokazują antyk od pomijanej strony. Od tej pory oglądając filmy o filozofach i ich uczniach, władcach i dworach będę miał na względzie cenzurę obyczajową. 

Polecam!

środa, 11 lipca 2018

Diane Ducret "Kobiety dyktatorów"


" ... Poza tym Lenin powtarza na prawo i lewo, że nigdy w życiu nie poznał kobiety, która byłaby zdolna przeczytać Kapitał albo rozeznać się w rozkładzie jazdy pociągów czy też grać w szachy. [...]" (s. 114)

Chciałbym być dyktatorem. Pytanie tylko kim wówczas byłaby Pani Dyktatorowa? Lub raczej jak by wyglądała? Jako niekwestionowany przywódca na pewno znalazłbym sobie jakąś wedle upodobań. A nie jestem wymagający. Kryteria wyboru mam dość proste.


Niestety pech sprawił, że nie jestem dyktatorem i nic nie wskazuje, że nim kiedykolwiek zostanę. A szkoda! Dajcie mi władzę i kawałek Sybiru. Już ja to bym porządził! Kraju byście nie poznali; Halloween trwałby w nim przez cały rok. No, wiadomo, że ludzie wiszący na latarniach ulicznych byliby zmieniani w ramach dekoracji co kilka godzin. Nie pozwoliłbym na rozpowszechnianie się chorób i zarazy w swoim państwie. To nie w moim stylu.

Mniejsza z tym. Poczytajmy o innych, wielkich ludziach historii. Dla odmiany weźmiemy sobie na piedestał panie. "Kobiety dyktatorów" autorstwa Diane Ducret to historie sympatycznych dam, które były bliżej lub dalej wokół takich postaci jak Włodzimierz Lenin, Benito Mussolini, Adolf Hitler, Józef Stalin, Mao Zedong, Jean-Bédel Bokassa, Antonio Salazar i Nicolae Ceaușescu.

Nie znałem tych panów od tej strony. Nawet powiem szczerze nie znałem dobrze ich biografii aż do teraz. Ducret świetnie je przedstawia pomijając główne wątki polityczne przez co dowiadujemy się wielu ciekawostek powszechnie nieznanych. Nie wiedziałem np. że Stalin był żonaty z własną, nieślubną córką, a Hitler romansował z bratanicą ... Sodomia i Gomoria na salonach.


Oczywiście śledząc poczynania różnych "gwiazd wolnej politykanki" próbowałem złapać jakiś jeden generalny kod charakteryzujący zarówno panów jak i krążące wokół nich panie. I powiem szczerze - nie przyniosło to żadnych rezultatów. Moje badania spełzły na niczym. Kobiety z tej książki miały bardzo różne charaktery, może trochę cechowała je upartość w dążeniu do celu? Ale to też nie jest żadna reguła.

Ciekawostek pełno. Dowiedziałem się m.in., że Róża Luksemburg była Niemką ... Spodobał mi się cytat Yang Kaihui:

"Lepsze jest nic od niedoskonałości."
Jest wiele dziedzin życia, w których zastosowałbym to hasło jako przewodnie motto. Za to hasło Mao Zedonga, "oczyszczam się w ciele kobiety" jako wymówkę do niemycia genitaliów uważam za bardzo mało przekonywujące. Kompetencje pani Eleny Ceaușescu jako doktora chemii też przykuły moją uwagę:
"Najlepszym dowcipem, jaki krążył w tamtym czasie po laboratoriach Bukaresztu, był jej sposób podania wzoru dwutlenku  węgla - CO2 - który przeczytała, zachowując wszystkie połączenia międzywyrazowe. Rezultat wygłoszony w języku rumuńskim brzmi komicznie: wzór przeczytany w ten sposób daje słowo "cudoi", które oznacza "kutasa". [...]" (s. 268-269)
Dużo ciekawostek choć lektura nudzi średnio co dwadzieścia stron. Da się ją jednak przeczytać.

Do oceny własnej pozostawiam czytelnikom.

sobota, 30 czerwca 2018

Witold Vargas, Paweł Zych "Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik"


"Był taki kowal, Maciek się zwał co z diabłami żył za pan brat. Nie żeby je specjalnie lubił, ale jak przyszło komu figla spłatać, żeby mu w pięty poszło, zawsze mógł na nie liczyć, a i lepszych kompanów do kielicha trudno było znaleźć."
(s. 108) 

Może zostanę kowalem? W sumie to każdy jest kowalem swojego losu. 

"Ja chciałem wytwarzać złoto, chciałem zdobyć kamień filozoficzny, ale nie udało mi się. Taki ze mnie czarownik, że ja nie nauczyłem się swojego fachu, a wy tak!"
(s. 170) 

Oj! To powinno być moje motto-metafora. Choć jeszcze nie wszystko poszło na marne. Wojna trwa, piłka w grze.

"Magiczne zawody. Kowal, czarodziej, alchemik" to kolejny zbiór legend, podań i bajek z terenów Polski podanych w formie krótkich opowiadań wzbogaconych o barwne ilustracje. Jak to bywa w pracach Witolda Vargasa i Pawła Zycha poznajemy mało znane historie z naszego folkloru, które powinny być znane każdemu, polskiemu dziecku. Jak to my Polacy nie potrafimy się dobrze promować, a mamy czym ... Pisałem to wielokrotnie. Tutaj na piedestale stoją panowie machający młotami w kuźniach, ale także i górnicy i inni czeladnicy. Wreszcie panowie od magii na piedestale - dobrze jest!


A jakie ciekawostki poznajemy?

Urocza legenda o żelaznym moście, na którym bój toczą chrześcijańscy rycerze z pogańskimi wojownikami ... To powinno być w herbie pogan z Zakopanego. Istny Ragnarök! Kibicuję poganom. Nie wiem co na to kibicerki? 

Przytoczona została znana nam wszystkim historia o Diable skutym 12 łańcuchami pod ziemią, który wysyła inne, pomniejsze diabły na swoje usługi. Czuć przeżytki starej religii na kilometr. 

Wzruszają mnie historie o Cyganach - zwłaszcza ta, która rzekomo stanęła u podstaw powiedzenia "kowal zawinił, Cygana powiesili". Po swojej konfrontacji z tą nacją uważam, że to najlepsze rozwiązanie. 

Ciekawych pogańskich wątków można doszukiwać się w legendzie katolickiego świętego Eligiusza.  Ale już tak nie bluzgajmy na to okropne chrześcijaństwo bowiem okazuje się, że w polskich legendach Jezus nie tylko podróżował jak Aleksander Macedoński w dawnych rękopisach, ale też potrafił za pomocą młota zamieniać stare, brzydkie baby w piękne i młode ... To jest dopiero alchemia - znacznie lepsza niż zamiana ołowiu w złoto. Nawet chirurdzy plastyczni nie osiągną tego w pełni. Ja już się raczej nie nawrócę, choćby nie wiadomo jaki cud mnie w życiu spotkał ...

Zastanawia mnie ten kult figurek diabłów omawiany w legendach. I palenie im ogarków zamiast dwóch świec. No cóż, może i dawna tradycja uległa lekkiej transformacji z czasem ...

Wciągnął mnie też wątek kożuchów zakładanych na lewa stronę. Nie od dziś wiemy, że np. zimowy Gwiazdor takowy nosi. Jest to więc ewidentnie jakieś echo dawnych wierzeń ze słowiańskiego kultu.


Dużo spostrzeżeń mam co do popularnej legendy o Kowalu i Diable. Jak wiemy ma ona swoich kilka wariantów. Wspomina o niej Radomir Ristic przy okazji serbskiej wersji. W Irlandii znamy ją jako historię o Chciwym Jacku, którą wiąże się ze świętem Hallowe'en. Podobnie jak historia o papieżu Sylwestrze II.


Widzimy gołym okiem, że w polskim folklorze również ona występuje, co ciekawsze jej echo przetrwało w kilku historiach (co dzięki książce Vargasa i Zycha mamy jasno potwierdzone), z czego najpopularniejsza zdaje się być legenda czarnoksiężnika Jana Twardowskiego. Autorzy pomijają tylko fakt, że u genezy tej ostatniej wersji stać może także historia Johna Dee. Tak czy siak mamy tutaj ewidentnie nałożenie się na siebie kilka wątków w jedną całość. A w końcu ta legenda jest prawdopodobnie znacznie starsza. Ciekawe, że autorzy przytaczają tylko niektóre wersje przygód Twardowskiego. Jedna z nich nie do końca jasno została przedstawiona, jakby nie wiadomo było czy bohaterem jest Jan Twardowski i jego ojciec Mikołaj, czy Jan Twardowski i jego syn (?). W każdym razie dzięki autorom poznajemy więcej ciekawych wątków z tej szlacheckiej opowieści.

Książka rewelacyjna, na jeden dzień rozrywki jak znalazł. Dużo pogańskich wątków ukrytych pomiędzy wierszami, które nie trudno amatorom tematu wyłonić. Polecam gorąco!

I niech Was Piekło pochłonie!

czwartek, 28 czerwca 2018

Adam Anczyk "The Golden Sickle. An Introduction to Contemporary Druidry"


Przenosimy się myślami do Wielkiej Brytanii. 

Z resztą nie tylko tam, bo Adam Anczyk zabiera nas w podróż przez otchłanie historii i przestrzeni: czytamy o tym, co na temat starożytnych druidów zachowało się w zabytkach piśmienniczych, głównie wśród rzymskich kronikarzy, poznajemy pra-neodruidyzm jako ruch inspirowany dawną myślą celtycką by w końcu przenieść się do współczesności i poczytać czym jest on dzisiaj w Europie i w Stanach Zjednoczonych. 

Punkt po punkcie Anczyk wprowadza w temat. 

Na pewne rzeczy nie zwracałem dawniej większej uwagi, mam tu na myśli wpływ aleksandrianina Philipa Shallcrassa oraz Isaaca Bonewitsa dla tego nurtu religijnego, cieszę się, że w niniejszej pracy  rozwinięto te tematy. Ponadto powinszować świetnego przedstawienia wielu innych zagadnień z omówieniem szczegółów historii Zakonu Bardów, Druidów i Owatów (czy może Vatów) oraz Ár nDraíocht Féin. 

Generalnie książka wciąga, autor przysporzył starań do opisania tematu od tej strony jakiej jest to możliwe. 

Moją wątpliwość budzi tylko fakt czy Anczyk faktycznie poznał druidyzm dogłębnie czy tylko bazował na dostępnych mu podstawowych źródłach? Pisząc o wicca przyłapałem go na opcji numer dwa. I teraz zastanawiam się czy tu nie ma tego samego; trochę zdradza go styl pisania - nie waha się stosować wesołych anegdot czy może raczej wesołych aluzji (typowe dla badaczy zakrywających coś) czy odniesień do powszechnie znanych tematów popkulturowych m.in. kilka razy czytałem o Panoramiksie (po angielsku Getafiksie). Napisał, że Gerald Gardner należał do Ancient Order of Druid Hermetists. Wiem, że należał do Ancient Druid Order, nie wiem teraz czy to jest to samo? Zastanawia mnie także rozdział na temat celtyckiego rekonstrukcjonizmu, autor praktycznie nie wymienia z nazwy konkretnych grup pisząc jedynie teoretycznie o nich i porównując z innymi, m.in. z rodzimowiercami słowiańskimi.

Ale tutaj nie mam jasnych podstaw do stawiania podejrzeń i oskarżeń. Ponadto zwrócę uwagę, że temat druidyzmu nie jest tak tajemniczy jak temat wicca, którego nie sposób łatwo zbadać. To w sumie działa na korzyść autora. Jak dotąd nie poznałem lepszego badacza druidyzmu w Polsce od Adama Anczyka. Wnioski, które wysuwa sprawiają wrażenie powszechnie znanych - duża ilość badaczy neopogaństwa kieruje je w identycznym kierunku. Książka jest zatem godna uwagi.

Polecam!

piątek, 25 maja 2018

Bartłomiej Grzegorz Sala „Wycie w ciemności. Wilki i wilkołaki Europy”


„Wycie w ciemności. Wilki i wilkołaki Europy” to kolejna podróż przez dzieje naszej cywilizacji. Tym razem Bartłomiej Grzegorz Sala na piedestale postawił urocze, sympatyczne ssaki i ich antropomorficzne mutacje znane naszej kulturze. Poznajemy więc najbardziej prestiżowe wilki i wilkołaki z mitologii pogańskich, folkloru chrześcijańskiej Europy, procesów sądowych, filmów i literatury. Dowiadujemy się jak powstają wilkołaki, jak je pokonywać, jak wizerunek wilkołaka ewoluował na przestrzeni wieków. 


Pewną nowością dla mnie były wilki udobruchane przez chrześcijańskich świętych. Zwykle stworzonka te kojarzone były ze złymi mocami. No chyba, że chrześcijański święty był kontynuacją kultu dawnych bogów, tak jak w przypadku św. Mikołaja – Welesa, którego autor niestety pominął. I tu znamy historię jak święty kazał wilkowi zabić człowieka, który podglądał doroczną naradę siedząc na drzewie. 


Zaciekawił mnie wątek wilkołaka z Owernii. Jest to legenda znana w wielu krajach. O ile się nie mylę, nawet poznałem jej wersję z obszaru Cejlonu, tylko zamiast wilka wystąpił tam inny zwierz. Historia w każdym razie ta sama, być może była jakimś importem kolonizatorów wszak nie zostało to do końca rozstrzygnięte. Nie wiem czy akurat przygoda z Owernii stanęła u podstaw tego mitu, w każdym razie spotkałem się z nim w kilku źródłach, nie tylko opisującego fenomen wilkołaków z Europy Zachodniej. 


Zafascynował mnie wyrok wilkodłaka skazanego na resocjalizację ... No cóż, najwyraźniej nie tylko współczesne sądownictwo wykazywało się iście ambitnymi pomysłami.  Osobiście poznałem ludzi, którzy za spalenie przydrożnej kaplicy dostali pracę społeczną do wykonania – kopanie grobów, co ich z resztą bardzo ucieszyło. Widać i ludzia-wilka można ucywilizować. To dopiero zabobon. 


Książka ma głównie dwa minusy:

1) To samo co poprzednio zarzucałem autorowi – za dużo historii, która niekoniecznie ma cokolwiek wspólnego z tematem pracy (nawet jeśli co poniektórzy uważają ją za majstersztyk!). Poznałem praktycznie całe losy Europy w pigułce - Rzym, Karolingowie i lata późniejsze. Za dużo! Przyznam, że omówienie tematu polonizacji szlachty litewskiej wyjaśniło mi wiele istotnych spraw. Niemniej nie wiele ma to wspólnego z istotami wilkołaczymi. 

2) Na końcu pisząc o filmach autor wymienia tylko kilka głównych dzieł. Pomija cały szereg współczesnej popkultury – sagę „Zmierzch”, wilkołaka z filmu „Van Helsing”, a już „Towarzystwo wilków” ... Trochę tego jest, nawet jeśli uznamy to za słabe i kiczowate. 

Ogólnie jest to bardzo wciągająca lektura pełna ciekawostek. Autor ze szczególnym pietyzmem podchodzi do wątków historycznych. Gorąco polecam!

sobota, 5 maja 2018

Radomir Ristic „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”


Wracamy na Bałkany. Coś mi ostatnio trudno stamtąd myślami uciec. W sumie nie obrałem jeszcze kierunku na nadchodzące lato. Tak wiem! Najpierw obowiązki związane z dwuletnim poślizgiem wydawniczym, a potem przyjemności. A może raczej jedna z życiowych pasji jaką jest podróżowanie. Coś się wykombinuje. 

A tymczasem wracamy do Wielkiej Serbii. 

Po przeczytaniu poprzedniej pracy Radomira Ristica nie miałem najmniejszych wątpliwości; wiedziałem, że warto temat drążyć dalej – bałkańskie czarownictwo to wciągające zagadnienie; łączy ono w sobie religię pogańskich Słowian, naleciałości chrześcijańskie, a także inne cuda rodem z etnicznego kotła tamtego regionu. Są także silne podobieństwa do współczesnego czarownictwa z Wielkiej Brytanii. 

Książka „Witchcraft and Sorcery of the Balkans” to najogólniej pisząc składanka wielu esejów złożona w jedną całość dająca ciekawe uzupełnienie poprzedniego dzieła Ristica na temat „braci i sióstr w wierze i w praktyce” z Serbii. 

Dużo zagadnień zostaje tutaj powtórzonych. Znowu spotykamy nagich mężczyzn kowali kujących łańcuchy na kowadle po północy przy pełni księżyca. Czynią to nie mówiąc ani słowa po to by Diabeł nie uwolnił się z nich. A rozkuwa je bez przerwy jak dobrze wiemy z naszych lokalnych wierzeń. Ponownie czytamy o rytuałach ku czci duchów, demonów i bóstw takich jak Tartor czy Muma Padura. 

Są też rzeczy wciągające w bliski acz nowszy klimat. Ristic w kilku rozdziałach czyni w moim odczuciu kolejne porównania bałkańskiego wiedźmiństwa do tego bardziej wyrafinowanego pochodzącego z Wysp Brytyjskich. Czytamy o kotle, stangu, biczu i magicznych nożach. Wszystkie takie znajome i wręcz udowadniające, że pomysły starego Geralda nie były bezsensowne jak się wielu neołajkanom wydaje. Jest też trochę o grupowych rytuałach i zasadzie, że w obrzędzie przewodzi najstarszy uczestnik – może w przeciwieństwie do tradycyjnej wicca ma to sens? Diabli wiedzą, nie powiedzą, ale zapytać zawsze warto. Rytuały przewodzone przez „cara” i „carycę” oraz towarzyszącym im „królów” i „królowe” – unikatowe. Chyba wiem dlaczego parze młodej w cerkwiach trzyma się korony nad głowami podczas ceremonii ślubu. 

Jest trochę na temat Lucyfera-Danicy. Myślałem, że Dennica (Zorza) to siostra Słońca i Księżyca. Coś mi nie pasi! Autor dopowiedział trochę o znaczeniu rytualnych masek i muzyki. Żeby wyhodować magiczne dzieciątko matka musi odbyć dobry stosunek seksualny ze smokiem. Potem to już  górki; jak córka to urodzi się wiedźma jak syn to zmajewit – czarownik. 


Ristic opisuje także bałkańskie rytuały związane ze zmarłymi i wykorzystaniem ich regaliów. Dużo jest o magicznych właściwościach kości czy wody, w której obmywano trupy. Autor opisał także istotną rolę młynów, kuźni jako miejsc sabatów. Są też obrzędy uzdrawiania, walk z innymi czarownicami, oryginalne rytuały pochodzenia wołoskiego: De Intorkatura oraz Ku Potula. Dobrym posunięciem jest rozdział na temat bogomiłów i wykazanie ile w ich mądrościach ostało się pierwotnych wierzeń słowiańskich. Zdziwiło mnie podanie o Kowalu i Diable, który poprosił o naukę rzemiosła. Jakby się całej historii dobrze przyjrzeć to spotykamy kolejną, tym razem serbską odsłonę legendy o czarnoksiężniku Janie Twardowskim. Rytuały z przywołaniem Rodzanic ... Poznajemy ich nową rolę, całkiem sensowną. 


Pełno ciekawostek, dużo wiedzy, praca napisana prostym językiem. Koniecznie do przeczytania polecam polskim wiedźmom i rodzimowiercom (znajdziecie coś dla siebie)!

niedziela, 15 kwietnia 2018

Roman Żuchowicz "Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka"


- Pamięć o Imperium nigdy nie zginie mistrzu Ajrurze! Obiecuję ci to! Nikczemny tłum Lurwidów nie zniszczy pamięci o chwale naszych przodków! 
"Kronika Domana" (VI w.p.n.e.)

A już tak zupełnie poważnie ... 

Na co dzień ulegamy wierze w różne cuda. Kiedy oglądamy film "Conan  Barbarzyńca" widzimy chłopca, który porwany w niewolę pcha przez całe życie kierat, a po wielu latach wyrzeźbił sobie tym sposobem wspaniałą sylwetkę. Prawda jest taka, że w najlepszym przypadku miałby wielkiego garba na plecach (zakładając, że po latach ciężkiej katorgi żyłby jeszcze). Z innej strony, widzimy filmy, w których samochody zderzając się ze sobą robią salta w powietrzu. Czy to tak wygląda? Manipulacji ulegamy na każdym kroku, więc dlaczego dziwić ma nas to, że tłumy ludzi uwierzyły w teorię istnienia Imperium Lechickiego?

Turbosłowianie, bo takim mianem określa się ludzi naiwnie wierzących w pseudonaukowe teorie historyczne do tej pory mieli się całkiem dobrze. Mało kto atakował ich publicznie zgodnie ze starą maksymą "z mądrym idiotą się nie dyskutuje". Niestety efekt tego był niemalże opłakany - tłumy ludzi zaczęły bronić tych śmiesznych tez, zakładać swoje fora, blogi, nawet partie polityczne. Tak to już jest, że jak się pewnego problemu nie zacznie tamować, to z dużą siłą uderzy on dalej. Byli jednak i tacy co się przeciwstawili. Ze swojej strony polecam blogi: "Po słowiańsku"Rodzimowiercza Gromada "Białożar", "Idąc przez Las" oraz "Współczesny świat słowiański". Dużo pracy temu problemowi poświęcił inny internetowy pamiętnik "Sigillum Authenticum". Brakowało nam jednak czegoś grubszego co w pełni opisałoby problem. I w końcu nadeszła wiekopomna chwila. 

Roman Żuchowicz, z wykształcenia historyk i socjolog podjął się zadania obalenia turbosłowiańskich bredni. W moje ręce trafiła książka od deski do deski ośmieszająca tezy Janusza Bieszka, prezentująca nieznane przeciętnemu Polakowi ciekawostki historyczne. 

Dawno temu spodziewałem się, że kiedyś powstania praca o Turbosłowianach jednakże napisanie jej będzie wymagało współpracy historyków, znawców genetyki i kilku innych dziedzin naukowych. Wydawało mi się to więc trudne do osiągnięcia. Żuchowicz doskonale poradził sobie z tym zagadnieniem; w swojej pracy zamieścił wywiady z badaczami m.in. takich kierunków jak mediewistyka, archeologia, historia sztuki, orientalistyka. Tym sposobem dosadnie rozbił turbolechicki bastion; uderzył od każdej strony skutecznie przedstawiając kim tak na prawdę są ci naiwni ludzie. 

Owi badacze historii bez piątej klepki jako jeden z argumentów przeciwko reszcie stosują metodę wykorzystywania nieznanych wszystkim źródeł. Fakt faktem, gdyby jeszcze z siedem lat temu przejść przez miasto i zapytać przeciętnego obywatela o "Kronikę Prokosza", Tadeusza Wolańskiego czy Ignacego Pietraszewskiego to nikt za pewne by nic nie wiedział. Tym sposobem ci ludzie próbują pokazać swoją intelektualną wyższość i udowadniać własne racje. I to jest ich chwyt - demonstrowanie, że wiedzą coś więcej, dotarli gdzieś dalej niż ogół społeczeństwa. Z drugiej strony jak mam traktować poważnie teorie o narodzinach Zaratusztry z dziewicy nad Gopłem? 

Żuchowicz krok po kroku przygląda się całej sprawie. Zwraca uwagę na tzw. paradoks otwartego laboratorium, czyli niby mamy dostęp do źródeł ułatwiony, ale zamiast działać dla dobra nauki działa to także w przeciwną stronę dając pole do popisu wylęgarni pseudonaukowych tez. Autor omawia problem źródeł i prac historyków. Przedstawia także pseudonaukowe historie, które powstały na przestrzeni wieków. Dogłębnie analizuje historię "Kroniki Prokosza", rozwiał moje wątpliwości na temat Lelewela i jego opinii o tym falsyfikacie. Omówił słynną kwestię "Leszka Awiłły" udowadniając, że to bzdura. Spodobały mi się historie o Aleksandrze Wielkim, które jak historia pokazuje były czymś popularnym w dawnych epokach. I stąd niby wzięła się ta legenda o zwycięstwie nad jego wojskami pod Łyścem. Tak jak w polskim folklorze ludowym pojawiają się historie o Panu  Jezusie podróżującym np. po górach, tak dawniej Aleksander Macedoński był wszędzie obecny i wszędzie znany. Żuchowicz obala praktycznie wszystko, w co Turbolechici zawzięcie wierzą, a co prawdą historyczną nie jest. Znajduje też sprzeczności w tekście Bieszka. Teorie o haplogrupach, krwi i rasie również tracą swoje znaczenie ...

Zdjęcie rodzinne: BB8, R2D2 i R1A1, nasz protoplasta. ;) 

Cóż tu wiele powiedzieć? Książka jest pełna ciekawostek nie tylko z zakresu interesującego nas zagadnienia, ale także kwestii pobocznych, które mogą się czasem w życiu przydać. 

Okiem religioznawcy mogę dodać, że turbolechici to osoby wyznający statolatrię, tyle, że w ich przypadku jest to wiara w jakieś wyimaginowane państwo, którego istnienia jak niepodległości zaciekle bronią. Żuchowicz zwraca także uwagę, że wielcy guru turbolechicystyki unikają wszelkich publicznych konfrontacji. Moim zdaniem postępują dokładnie tak samo jak guru wszelkich innych sekt, którzy przemawiają tylko do swoich wiernych. Problem źródeł historycznych jest takim samym problemem znanym choćby przy historii Biblii. Skądinąd wiemy, że w czasie kiedy chrześcijaństwo dopiero rozwijało swoje skrzydła panowała moda na podpisywanie się cudzym imieniem pod jakimś listem celem zapewnienia mu autorytetu. Dopiero na Soborze Trydenckim w 1546 r. ustalono ostatecznie, które księgi są święte, a które apokryficzne. Tym sposobem odrzucono "Listy Tytusa", "Listy Jezusa", "Listy Barnaby" i inne cuda poza nawias uznając za niezgodne z nauczaniem Kościoła. Nawet analiza samej Apokalipsy Janowej daje nam łatwo do zrozumienia, że to co najmniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość ... Tak więc cała historia pozostanie pod jednym wielkim znakiem zapytania do czasu wynalezienia wehikułu czasu. Jedno jest jak dla mnie pewne - Imperium Lechitów nie istniało. Wiara w nie to czysty dereizm.

Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich! Zwłaszcza polecam ją osobom, które nie są wyspecjalizowane w studiach historycznych. Nadmierna ilość ciekawostek pokazuje jak po mapie dziejów poruszać się z kompasem i sterem poznając stopniowo temat. Polecam ją osobom, które czują chaos mentalny po przeczytaniu Bieszka, Kosińskiego, Szydłowskiego i innych. To rozwieje Wasze wątpliwości. 

Turbosłowianie, przeczytajcie to negrosyjonistyczno-żydomasońskie biadolenie, zanim odkryjecie, że Roman Żuchowicz tak na prawdę nazywał się Raszyd Zuchowstein zanim zmienił nazwisko celem zniszczenia naszej tożsamości i otwarcia żydom granic Lechii by mogli tu wrócić i nas zniewolić. Ku chwale Imperium!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Gemma Gary "Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic"



"Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic" to podróż po legendarnych i historycznych czarownikach i czarownicach zamieszkujących obszar hrabstwa Devon oraz sąsiedniej Kornwalii. Poznajmy magiczne artefakty ze sławnego Muzeum Czarownictwa, biografię i postać Cecila Williamsona (jak zwykle co książka to inaczej jest ona przedstawiona), legendy o Diabłach, psy Baskervillów, serca zwierząt nakłuwane igłami, domy pełne ropuch, ludowe sposoby zdejmowania klątw i uroków, diabelskie kamienie, procesy czarownic etc. W sumie wszystko co potrzeba do dobrej książki o wiedźmach. Nie brakuje pod koniec magicznych zaklęć, tyle, że nie są one w dobrym, pogańskim stylu. 

Ciekawe opracowanie tematu, z większym akcentem padającym na historię niż praktykę magii. Tutaj jest ona opisana z czysto antropologicznego punktu widzenia.

Ludowe historie o wiedźmach przedstawione są w klasycznym, brytyjskim fasonie. Fajnie, że na Diabła czasem mawiano "Daddy". Nie brakuje sposobu na przywołanie go poprzez okrążanie ruin siedmiokrotnie, co jest znanym motywem. Śmieszy trochę historia czarownicy, która nieświadomie zabiła własnego syna. Występują też dobrzy mężczyźni-czarownicy, którzy jak widać znali się na swoim fachu. Regionalizm odgrywa dużą rolę w brytyjskim czarownictwie - pamiętajmy, gdzie indziej "piskies", a jeszcze gdzie indziej "pixies" jakby ktoś chciał nałapać sobie chochlików. 

Książka ciekawa i wszystkim miłośnikom tematu gorąco ją polecam! I bądźcie ostrożni, bo nigdy nie wiecie, kiedy wśród Was pojawi się wiedźma z prawdziwego zdarzenia!

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

czwartek, 1 marca 2018

Vivianne Crowley "Zasady wicca. Jedyne wprowadzenie, jakiego ci potrzeba"


"Zasady wicca. Jedyne wprowadzenie, jakiego ci potrzeba" to krótka, acz sensowna prelogomena do tematu współczesnego czarownictwa. Celowo użyłem tego pojęcia mając na względzie treść. Choć w tytule pojawia się ukochane przez wiedźmy pojęcie "wicca" autorka jak to zazwyczaj bywa przedstawia czytelnikom tylko przedsmak tego, co może ich czekać kiedy wstąpią do covenu wicca tradycyjnej. A wtedy to dopiero robi się smakowicie ... Ślinka cieknie na samą myśl! 

Tak więc znana, gardneriańska arcykapłanka raczej opisuje coś co nazwalibyśmy czarostwem eklektycznym, bo żeby nauczyć się samej wicca to niestety musimy krwi napsuć jakimś arcykapłanom. Tutaj jednak wszystko wydaje się być krótkim, przed-przed inicjacyjnym kursem.

Crowley omawia podstawowe rzeczy - święta, przykłady wizualizacji, pracę z czakrami, żywioły, obala niektóre mity na temat samych czarownic i ich rzemiosła. Duży akcent pada na argumentację przyjętych założeń, to zaś sprawia, że autorka przedstawia temat od bardzo przystępnej strony. 

Oczywiście nie chcę się tutaj wdawać w polemikę; nie z wszystkim mogę się rzecz jasna zgodzić, pewne poglądy mi nie odpowiadają podobnie jak postrzeganie całego świata, które choćbym chciał to przyjąć nijak nie potrafię. 

Zasadniczo są to rzeczy podstawowe, więc trudno tu w cokolwiek się zagłębiać. Może kilka potknięć bym znalazł, np. Parwati czy Paszupati to hinduski pan zwierząt? Pewne rzeczy też nie są jasno powiedziane, oczywiście domyślam się o co chodzi, ale podejrzewam, że osoby z zewnątrz, które nigdy nie przeszły wiccańskiej inicjacji mogą to zrozumieć trochę na opak.

Podoba mi się to, że arcykapłanka pisząc tę pracę wykorzystuje klasykę dzieł religioznawstwa, psychologii i posługuje się ogólną wiedzą, które wiedźmy przekazują w swoich rodzinach. Zaintrygował mnie wątek śmierci i kultu zmarłych w Irlandii. 

Myślę, że książeczka powinna znaleźć się w "magicznej biblioteczce" każdej osoby zainteresowanej tematem wicca. Polecam!