sobota, 3 grudnia 2016

Susan Pesznecker "Yule. Rytuały, przepisy i zaklęcia na przesilenie zimowe"



Stwierdziłem, że dla nie-dobra sprawy poświęcę się i przeczytam całą tą beznadziejną serię do końca.

Z roku na rok dostrzegam, że św. Mikołaj, choinki czy renifery pojawiają się coraz wcześniej. Koleżanka odnotowała alkohole bożonarodzeniowe w sprzedaży w okolicy połowy lata. Pierwsze wystawy z choinkami w Jysku widziałem na kilka dni przez świętem Hallowe'en. I w sumie chyba nie ma w tym nic zdrożnego, zważywszy na to, że w Nanu-Nana również w okolicy tego okresu powoli trupy zaczęły znikać z wystaw, a ich miejsce zajęły duchy śnieżnego święta ...Można dostać kręćka świadomościowego. 

Skoro jeszcze przed Mikołajkami, Barbórką, Andrzejkami, Dniem Niepodległości zaczynamy czuć klimat ... Ba! Teraz jeszcze pojawił się nowy problem - Black Friday! Jeszcze indyków oficjalnie nie jemy, ale już celebrujemy czarny piątek. Ja pierdzielę!



Co zaś do samej książki to wiele nie ma co pisać. Grzybnia  z chujnią jak reszta z tej serii.

Na samym początku te same błędne, nieścisłe informacje. Czytając pozycję adresowaną do pań (znowu dyskryminacja ludzi!!!) mam wrażenie, że problem zawężenia dotyczy nie tylko płci, ale też geografii. Pewne rzeczy nijak się mają do naszej strefy kulturowej, terytorialnej etc. Wszystko to taki komercyjny miks wszystkiego i niczego zarazem pod przeciętnego Amerykańca. Przez krótszy czas zapoznawania się z treścią zastanawiałem się czy owa lektura jest adresowana konkretnie do neopogan czy też do przeciętnego zjadacza hamburgera.


Mało w niej akcentów pada na pogaństwo w porównaniu z innymi "dziełami" z tej serii. Porady praktycznie dla każdego. Jak zwykle o Słowianach prawie nic lub brednie totalne - Baba Yaga związana z tym świętem? No niech mi ktoś wsadzi coś długiego w tyłek, bo tylko tego mi do pełnej tragedii brakuje ...

Powyższe zdjęcie ma rozjaśnić ostatnie, napisane nad nim zdanie, na wypadek gdyby ktoś na opak je zrozumiał.

Środek zimy? To raczej początek jeśli w ogóle uznamy, że ona przychodzi bo przez ostatnie lata jest z nią kiepsko. Rozważania na temat grudnia jako miesiąca dziesiątego? Ludzie nasz kalendarz ma zupełnie inne słownictwo. Po co na siłę nam tu przeszczepiać i udowadniać cudze wzorce?

Książka nadaje się co najwyżej dla polskich Wikingów i Celtów tudzież w najgorszym wypadku emigrantów z Zachodu i USA. Denna komercha. No może tylko zabobony na opad śniegu się przydadzą.

Nie polecam!

PS.
Do niedawna okres świąteczny zaczynała oficjalnie reklama Coca-Coli i jej tirów jadących w okolicy dnia zadusznego. Ponieważ powoli jest to już część tradycji, myślę, że warto ją tutaj przytoczyć w nowej wersji.

niedziela, 27 listopada 2016

Paweł Zych, Witold Vargas "Bestiariusz słowiański. Część druga"


Tytuły mistrzów oficjalnie obronione!

Po raz kolejny Paweł Zych i Witold Vargas nie zawiedli swoich fanów przedstawiając mniej znany świat polskich i sąsiadujących terytorialnie z naszym krajem demonów.

Mumacze, gadzony, bandurki czy sporysze. Jest ich tyle, że nie sposób zliczyć. I znowu zastanawiam się dlaczego wielu polskich neopogan uwielbia tak postacie brytyjskich wróżek fairy, skoro kociotwarzowe małe, tańczące miawki można u nas łatwo spotkać w maju?

Żyjemy w czasach kiedy częściej napotykamy m.in. tramwajniki (demony psujące tory tramwajów, powodujące korki lub opóźnienia w ruchu transport publicznego), meilniki (wirtualne duszki spamujące pocztę elektroniczną, zmieniające hasła lub wysyłające trollujące maile i rozsyłające wirusy), burdelniki (wirtualne demony odpowiedzialne za bałagany na kontach klientów powodujących niesłuszne odcinanie usług za rzekome niepłatności), miry korporacyjne (strażnicy wielkich korporacji, które dobrze hodowane powodują olbrzymie dochody finansowe) czy dziady bankowe (diabły powodujące, że bankomaty pochłaniają karty, wypłacają za mało gotówki, a na wykazie pokazują, że wyjęto jej znacznie więcej ...). Mimo tego nie możemy zapominać jak bogaty był nasz lokalny folklor i jak wiele rodzimej tradycji zanika na rzecz lansowanej przez amerykańskie koncerny filmowe sztucznej popkultury.

Tak więc nie zdradzając wiele zawartości drugiej części (w mojej ocenie najlepiej jak dotąd wydanej serii z ilustracjami) podręcznika do instruktażu relacji człowiek-potwory stwierdzam, że bezdyskusyjnie pojawić się ona powinna w każdej domowej biblioteczce. Gdyby zdarzyło się, że zmarły sąsiad wędrował po klatce schodowej i próbował wyssać krew którejś sąsiadki od razu wiemy co robić

Gorąco polecam!

piątek, 25 listopada 2016

Joanna Wawrzeniuk "Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich"


"Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich" to pierwsza od lat znana mi  praca poświęcona w głównej mierze praktykom magicznym dawnych Słowian.

Cieszę się, że od dłuższego czasu w końcu mam w ręku książkę będącą świetną kompilacją opublikowanego do tej pory materiału na temat religii naszych przodków wraz z odkryciami archeologicznymi oraz pewnymi jak dla mnie nowościami.

Czarów co niemiara. Lepszy podręcznik dla przeciętnego maga niż 99% publikacji na ten temat dostępnych w księgarniach na półkach z literaturą ezo. Dowiadujemy się wszystkiego o amuletach, piecu, kącie, progu, ognisku domowym, wypraszaniu zmarłych na tamten świat, magicznym budowaniu domu, ofiarach ze zwierząt, ludzi etc.

Autorka poruszyła większość tematów z popularnego zagadnienia magii ludowej. Opisała je bardzo rzetelnie. Podoba mi się także podejście do samej religii Słowian i zwracanie uwagi na geograficzne rozmieszczenie bogów czczonych w danych regionach; przeważnie badaczka nie popełnia tego samego błędu co rodzimowiercy i nie miesza wszystkiego wedle uznania, choć zdaje się zauważyłem kilka rzeczy, które poważnie mnie zastanawiały (jak zwykle nie zrobiłem notatek - mea culpa) ...

Jest to bardzo obszerna pozycja, Wawrzeniuk wykorzystała wiele cennych źródeł nie pomijając najważniejszych. Mnóstwo ciekawostek i szokujących informacji (żeby umierającego kłaść na ziemi by przyspieszyć jego zgon? Przecież to magiczna euatanzja!)

Książkę gorąco polecam wszystkim miłośnikom tematu.


wtorek, 25 października 2016

Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"


Oczywiście, że tak. Gdyby Tim Burton nie zmontował ekranizacji rzeczonej książki, to pewnie nawet bym się nie pokusił, żeby ją przeczytać. Filmu na chwilę obecną jeszcze nie widziałem, ale same trailery gorąco mnie zmotywowały do kupienia lektury. 

Październik jest dla mnie od dwóch lat "Miesiącem Hallowe'enowym", w tym sensie, że przez cały okres jego trwania lubię oglądać filmy niezmiennie kojarzące się z tym uroczym świętem. Ponieważ większość klasyki horrorów mam już za sobą, a że generalnie ta dziedzina nie przypadła mi do gustu stwierdziłem, że ustąpię kanonowi literatury, sztuki i filmografii gotyckiej. Przynajmniej na razie. 

Gotyk to poszukiwanie piękna w świecie skalanego brzydotą, często za pomocą maskującego wszystko co negatywne mroku i przejaskrawionych kolorów. Taki fotoszop czy maska dla pechowców, próbujących się odnaleźć w tej rzeczywistości.


"Osobliwy dom pani Peregrine" to "X-Men ewolucja" tyle, że bardziej w nurcie "gothic" niż "cyber-gothic". Klasyczne motywy z wyobraźni amerykańskiej; odmienne mutanty posiadające specyficzne talenty (tutaj dla kontrastu skoszarowane na walijskiej wyspie). Oczywiście motyw polskich żydów też być musiał, bo jakżeby inaczej. I jak to zwykle pokazanych jako cenne autorytety polujące, walczące, podróżujące, macho, a nie idące do komór gazowych niczym cielaki.

Pomimo tych amerykanizmów kulturowych muszę przyznać, że książka bardzo mi przypadła do gustu. Pewnie decydującą rolę odgrywa tutaj główny bohater, który ma zbliżony charakter do mojego. Zakładam, że większość znajomych nie podzieli tej opinii, ale ja sam wyczuwam w Jacobie coś z własnej, wrodzonej boskości i doskonałości osobowości, którą sobą prezentuję.


Dobra narracja, przejrzystość opisów. Ciekawa fabuła, choć lekko genetycznie zmodyfikowana z komiksów.

Polecam!

poniedziałek, 17 października 2016

Witold Vargas, Paweł Zych "Święci i biesy"


"Święci i biesy" to kolejny debiut literacko-artystyczny Witolda Vargasa i Pawła Zycha, czołowych popularyzatorów polskiego folkloru w wersji przyjemnej nie tylko dla wyobraźni, ale także dla oka. Mistrzowski szkic połączony z tekstami zawierającymi całe mnóstwo zapominanego dziś słownictwa dają nam piorunującą mieszankę - każdego czarta porazi swą doskonałością.

Tym razem na piedestale pojawili się niektórzy historyczni święci i związane z nimi legendy. Idąc zgodnie z kalendarzem liturgicznym zapoznajemy się z ciekawymi opowiastkami. Autorzy niekiedy rozwijają wątki dodatkowo przenosząc nas w świat legendarnych polskich diabłów i ich sprzymierzeńców. 



Diabły najbardziej przykuły moją uwagę. Myślę, że polscy sataniści, szataniści, lucyferianie czy inni im podobni powinni pomyśleć nad stworzeniem wyjątkowego "Antyliturgicznego Kalendarza" a zamiast świętych patronujących w danym dniu zastąpić ich diabłami. Oczywiście rzeczony projekt nie musiałby zaczynać się z końcem grudnia, a kończyć w styczniu - mógłby iść normalnie od wiosny do zimy zgodnie z naturalnym cyklem. Tylu w naszym folklorze jest diabłów, myślę, że patrona na wszelki dzień znalazłoby się bez problemu. Każdy z nas ma jakiegoś swojego osobistego "złego". Mi tam chyba Rogalec najbardziej przyświeca (no bo przecież nie przyciemnia). Dzień, albo Noc Przeklętego Rogalca. Chyba znalazłem alternatywę do obchodów imienin (!). 

Historie ciekawe, niektóre rodem z pogaństwa pochodzące. Zaintrygowała mnie legenda św. Mikołaja i jego rozmowy z wilkami. 


Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników wierzeń ludowych. Gorąco polecam!

Teraz możemy iść grzeszyć ...

wtorek, 11 października 2016

Zuzanna Śliwa "Wróżby"


Sposób na zabicie pięciu minut życia. No, góra dziesięciu! Kilka stron ślicznie ilustrowanych z podstawowymi informacjami na temat kilku rodzajów wróżb. I nic ponadto. Okładka gruba, sprawiająca wrażenie, że zawartość będzie treściwa. Jednak tylko opracowanie graficzne jest na dobrym poziomie. Marny wysiłek jej twórców, książka powinna być znacznie grubsza. 

poniedziałek, 26 września 2016

"Roman Kostrzewski - Głos z ciemności"


ŁZA DLA CIENIÓW MINIONYCH 
(czyli osobiste refleksje, pewnie Cię one nie zainteresują, dlatego z łaski Szatana zjedź od razu do pogrubionego punktu następnego ...) 

Czerwiec 2002

A był to dzień gorący kiedy udałem się do "Zimy". Zaskoczył mnie widok jej włosów ciekawie ułożonych. Image niczym egipska faraonka, ale zastanawiałem się, jak z tak starannie przygotowaną fryzurą chce ona przeżyć nadchodzący koncert ... Matura zdana, można pozwolić sobie na chwilę luzu przed egzaminami na studia. Dotarliśmy pod Extreme o odpowiedniej porze. W końcu zjawił się Józek z totalnie spraną i wypłowiałą koszulką "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". Towarzyszył mu "Dzięcioł". Mnóstwo ludzi odzianych na czarno kręciło się pod klubem. Wiele znajomych twarzy ze szkoły, z knajpy, a nawet z osiedla. Upał i Sahara. Stoimy i czekamy. Towarzystwo radośnie się upijało dookoła profanując (bo trudno to inaczej nazwać) piosenki Kata. Garstka wiernych kultowego zespołowi fanów niecierpliwie oczekiwała na otwarcie bram. Emocje grały. Pamiętam jak kilka osób stało przy wąskiej uliczce pod Extreme, a kiedy przejeżdżał obok nich samochód pozorowali, że oponami przejechał im po nogach. Było śmiesznie. I niecierpliwie. Poszedłem po chipsy, ale to był błąd. Upał dawał we znaki, a świadomość tego co będzie pod estradą jeszcze bardziej podgrzewała ... Dwie godziny czekania. I krzyczenia: "Kurwa mać! Ile mamy stać!" ... No w końcu stało się! Otworzyły się ziemskie bramy. Bramy żądz! Wyszliśmy na płytę czekając na kolej rzeczy. Najpierw wyszedł jakiś tam zespół. Pamiętam, że wszyscy cierpliwie czekali aż wreszcie skończą, bo w końcu nie oni byli atrakcją wieczoru. Za chwilę zgasły światła ... Dym wypełnił salę ... Intro! ... Widać mgliste postaci wychodzące na scenę. "Oset!" krzyczeli co poniektórzy na widok sylwetki we mgle, którą przez sekundę rozświetlił reflektor. I ruszyło! 

 AlKATraz!!!

Z chmary dymu wyłonił się sam Romek Kostrzewski śpiewając pierwszą piosenkę z albumu "Error". Większego tłumu nie było, ale atmosfera była niezastąpiona. Romek po zagraniu pierwszego kawałka stwierdził: "Ponieważ na sali zrobiło się na prawdę gorąco, dlatego Panowie ściągają koszulki ... Panie ściągają biustonosze!" Oznajmił także, że oficjalnie ogłaszają konkurs, na największą ilość zebranych staników, a na antenie któregoś radia, ogłoszą, które miasto wygrało. I zabawa na całego! Pamiętam, że zapytałem "Zimy" dlaczego nie ściąga, ale odpowiedź i tak znałem patrząc na jej minę ... Większość panów zdjęła koszulki (jak zwykle należałem do wyjątków, bo po co wątłą klatę pokazywać, a już żeby było weselej zgubić gdzieś ją na sali, gdzie jeden glanem depta po drugim). Pamiętam, że Romek dostał piękne czarne stringi. Przez cały koncert z nimi stał i śpiewał. Na końcu zadeklarował, że "koszulki są do zwrotu i to też jest do zwrotu, bo potem stara z chałupy wywali ..." No obiecywał także, że w razie potrzeby przygarnąć może. Oczywiście kilka piosenek AlKATrazu, a potem cała reszta rewelacyjnych utworów Kata. To był koncert nad koncertami. Trzech oryginalnych Katów grało w AlKATrazie. Miała miejsce dedykacja jednego utworu dla zmarłego niedawno wcześniej "Fenrisa", osoby której nie miałem okazji poznać. Pamiętam tylko te krzyki "Fenris żyje, Fenris nie umarł!" ... Koncert nad koncertami! Tego się nie da zapomnieć ... 

Pół roku później

Już jako Kat z Piotrem Luczykiem! Teraz dla odmiany zimno! Wszyscy czekają na chłodzie. Stary slogan znowu uroczyście wznawiano: "Kurwa mać! Ile mamy stać!" Pełno znajomych i co ciekawsze u góry w Rotundzie koncert jakiejś gwiazdy ze spalonego teatru, chyba Renaty Przemyk, ale nie dam sobie głowy uciąć (żadnemu Katowi) - i przyszło na niego chyba 200 osób. A na dole w ciasnym Extreme koncert Kata, na który przyszło chyba ... 600 osób! Żeby było śmieszniej tylko ok. 250 biletów wydrukowano. Sajgon! Pamiętam Józka, Ewę, Włochatego, pamiętam kolegów z Apogheum. Pamiętam, że był Arek i koledzy z jego klasy. I jakoś wszedłem w końcu na ten koncert ... A reszta musiała czekać aż bilety dodrukują. Na koncercie złapałem doła, co mi trochę popsuło zabawę, ale w owych czasach było to normą. Do momentu aż wydźwignąłem się z depresji doły były non stop dzień w dzień przez następne lata. Jakoś przynajmniej starałem się szaleć. Pamiętam też jakąś wielką flagę, mokrą od potu, którą jakiś fan machał, a większość poczuła ją na ryjach. Romek miał katar, bo co chwila nos wycierał. A te wiadra zimnej wody w rozgrzaną publiczność ... Pamiętam pijanego Arka, który pojawił się na sali w środku koncertu, a który wcześniej z kolegami poszedł pić z rozpaczy wywołanej brakiem biletów. A to, że zapomnieli flaszkę wziąć ze stoiska świadczy dobitnie o tragedii, która mogła fanów Kata spotkać. Skapnęli się dopiero nad Wisłą gdzie poszli odreagować. Nagle padła informacja, że bilety dodrukowano. Dzięki temu część znajomych mogła wejść ... Pamiętam, że tym razem Romkowi ktoś rzucił czerwone gacie, ale jak on sam słusznie zauważył "metalówy takich nie noszą" ... Ale koncert również zapisał się w historii ... W każdym razie ten poprzedni wspominam lepiej. 

===
Fanem Kata zostałem odkąd usłyszałem "Łzę dla cieniów minionych", ze starej jeszcze kasety moich kuzynek. Wcześniej zespół ten kojarzył mi się z agresywnymi gnojami z osiedla. No, ale czasy się zmieniły. Stałem się wielkim fanem Kata, a bardzo dużo jego utworów przypadło mi do gustu. Na zdjęciu powyżej prezentuję cała zgromadzoną kolekcję prac Kostrzewskiego. Była też bluza "Oddech wymarłych światów" i koszulki "666" oraz "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". No, ale czas je posunął ... Jestem z tego pokolenia, które załapało się na reedycję kaset i płyt; winyli nie posiadam podobnie jak kultowych edycji kaset ze starymi, zabytkowymi okładkami. Muzyka Kata należy do wyjątkowej. Dołujące rytmy, które mi trochę prostowały nastroje w ciężkich dla mnie czasach. A teksty? Miejscami niezwykłe, miejscami dziwaczne. Na pewno ambitne. Uważam, że Kat ma w sobie więcej słowiańskości niż 99% zespołów, które rzekomo propagując idee pogańskie tworzą totalny chłam, w którym nie da się odczuć tego co powinno. Klimaty czarnych mszy i lat minionych. Kiedy słucham Kata czuję stare budynki, pozostałości po poprzednim systemie ... Jakoś tak to odbieram. 

GŁOS Z CIEMNOŚCI 
 (  Stop!   Tutaj miałeś/miałaś doscrollować!)

"Roman Kostrzewski - Głos z ciemności. Legendarny lider zespołu Kat w prowokującej rozmowie z Mateuszem Żyłą" to wywiad autobiograficzny, w którym znany polski muzyk, "Pierwszy Satanista RP" opowiada o swoim dzieciństwie, młodości, problemach w czasie Stanu Wojennego, relacjach rodzinnych, związkach, kłopotach na jakie natrafia artysta. Są też relacje z życia metalowego muzyka, na co wszyscy czekali najbardziej.

Po klimatycznym wstępie Łukasza Orbitowskiego i przedmowie Mateusza Żyły myślami przenosimy się na Śląsk w czasy PRL. Widzimy tamtejsze realia takimi jakimi one były. Romek opisuje rozmaite przeżycia, lepsze i gorsze, a także wnioski jakie z nich wyciągnął. 

Zaciekawił mnie wątek przekazów podprogowych w tekstach Kata. Jako człowiek o bardzo uduchowionej wówczas (na początku XXI w.) naturze zupełnie inaczej je odbierałem. Problemy codzienności, metafizyka, niezwykłe potencjały umysłu, zainteresowanie magią, czarownictwem, demonami i fascynacja poznaniem wyższych sił rządzących Wszechświatem zupełnie inaczej kierowały moje emocje ... Ale cóż, może dobrze, że człowiek nie był świadom pewnych spraw.

Zainteresował mnie wątek Jarocina, a nawet oglądając film o rzeczonym festiwalu łatwo dostrzegam, że ludzie dawniej byli zupełnie inni niż dzisiaj ...

Można też przyjąć że za pośrednictwem tego wywiadu Romek dementuje wszystkie plotki, jakie na jego temat krążyły; słyszałem, że jest gejem, że był księdzem ... Bzdury! Albo nadinterpretacja tekstów. 

Wywiad jest bardzo wyczerpujący. Pokazuje idola wielu koneserów porządnego grania jako zwykłego człowieka, a przy okazji mądrego, z zasadami, buntownika z wyboru, oczytanego i w przeciwieństwie do wielu maniaków - umiarkowanego w swoich postępowaniach. 

Gorąco Polecam!