piątek, 10 lutego 2017

Ransom Riggs "Biblioteka dusz"


Kto jak kto, ale Ransom Riggs ma talent do trzymających w napięciu zakończeń. Tak samo jak przy ostatnich stronach drugiego tomu, tak i chwilę temu zastanawiałem się jaki będzie finał całej historii. Na szczęście mogę darować autorowi wszystkie przewinienia - w życiu nie spodziewałbym się, że cała przygoda z gotyckimi x-meniątkami przybierze taki obrót sprawy. Niespodzianka jakich mało. Chyba cierpię na niedobór problemów skoro taka opowiastka wywiera na mnie tak silny wpływ. 

Nowy tom, nowe miejsca, nowi bohaterowie, nowe przygody. Przez dłuższy czas zastanawiałem się z czego Riggs zaczerpnie wątki i przyznam szczerze, że wielu źródeł się nie doszukałem. Ten finał trochę podobny jak w Mortal Kombat X, ale w moim odczuciu, pojawia się on w wielu grach komputerowych. 

Osobowość głównego bohatera też mi zaimponowała. Trudno go nie lubić; jest wytrzymały, powoli odkrywa własne talenty. Może to ta jego pechowość i próba postawienia na swoim sprawia, że jest w nim coś swojskiego. Odkrywa swoje talenty w fantastycznym świecie, ale pod koniec znowu ląduje jak zwykły nastolatek w otaczającej nas rzeczywistości. Coś w tym jest kiedy człowiek zachodzi do góry i nagle znowu budzi się na swoim starym łez padole .... tylko czy jako cyniczny oportunista powinienem się z nim identyfikować? Dobrze, nie słodźmy sobie za bardzo!

Uważam, że cała trylogia jest super! Owszem, miejscami przynudza, ale od dawna nie wciągnęło mnie nic równie wspaniałego. Z czystym sumieniem nie zdradzając szczegółów książki gorąco wszystkich zachęcam do zapoznania się z cała serią prac Riggsa. Miłośnikom gotyku, podróży, a nawet pasjonatom estetyki gustujących w historycznych obrazkach. 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Philip Heselton "Doreen Valiente Witch"


Powracamy do książek z górnej półki na temat wicca i jej notabli.

"Doreen Valiente Witch" to kolejna biografia jednej z najsławniejszych wiedźm jakie nosiła brytyjska ziemia. Możemy na marginesie dodać, że szanowanej na całym świecie; chyba żadna inna nie wniosła tyle wkładu dla współczesnego religijnego ruchu czarownic co Doreen Valiente. Jak już wspominaliśmy (chyba) kiedyś, Doreen była niczym R2D2 i C3PO dla "Gwiezdnych Wojen" - pojawiła się właściwie wszędzie tam gdzie powstawały legendy - była w covenach Gardnera, Cardella, Cochrane'a, Gryffin. Swoją osobą spaja w jedną całość wydarzenia lat 50., 60. i 70.  Znała wielu wybitnych okultystów i czarowników. 

Co do osoby autora, Philipa Heseltona, to chyba nie trzeba go już przedstawiać - nikt jak do tej pory nie dorównał mu doskonałością prac w interesującym nas zagadnieniu. Jest niewątpliwie  najlepszym historykiem współczesnego czarownictwa jakiego nosiła ziemia. Zasłużył na przydomek "Wielki" lub "Wspaniały".

Nie tak dawno temu pisałem o biografii Valiente autorstwa Jonathana Tapsella. Nie jest ona zła, ale tak na prawdę stanowi ona pewien encyklopedyczny skrót tego co sporządził Heselton. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, jak zwykle dotarł do dokumentów, listów i sporządził znacznie dokładniejszą i lepszą pracę opartą na całej masie źródeł. Zgromadził masę dowodów, które niejako rozwijają wszystko to co wcześniej opisał Tapsell. Ta biografia jest zdecydowanie lepsza od swojej poprzedniczki. 

Zaciekawiły mnie pewne fakty z życia Valiente o których do tej pory głośno nie mówiono. Jej pierwszym chłopakiem był Polak! Nawet brytyjska wiedźma wie co najlepsze. Polacy mają bardzo duży wkład w historię współczesnego czarownictwa, ale że aż tak olbrzymi to nawet nie wiedziałem. Tak trzymać panowie! My wiemy najlepiej jak z kobiety zrobić legendę czarownictwa! 

Zastanowił mnie wątek przynależności Doreen do jednej prawicowej partii politycznej. Wprawdzie Heselton robi wszystko, żeby jej wizerunek ocieplić i dowieźć, że wcale nie była ona zagorzałą miłośniczką idei lansowanych przez tą grupę, tylko starała się jej użyć do innych celów. Jednakże czy tak było na prawdę? Tego nie jestem w stanie powiedzieć znając mentalność pierwszych wiccan, którzy w przeciwieństwie do tych późniejszych mieli głowy na karkach. Do tych obecnych nie miałbym dylematu strzelać bez zmrużonych brwi gdyby nadarzyła się okazja. Taka współczesna adaptacja "Czekisty" ... A przynajmniej do co poniektórych...

Valiente staje się autorytetem dla feministek, liberalnych poganek i innych takich. Czytając jej biografię mam wrażenie, że Doreen była zwyczajną osobą; oczytaną miłośniczką wielu ciekawych tematów. Była bardzo zaangażowana w czarownictwo i poświęciła swojej pasji całe życie. A nawet po śmierci jest jego ikoną. Dla mnie była wręcz wzorem czarownicy pomimo tego, że w późniejszych latach życia prezentowała bardziej liberalne poglądy niż jej bracia z Covenu Bricket Wood. Takie wiedźmy lubię najbardziej - pasjonatki, badaczki, poetki. Nie żadne samotne, wyzwolone, utuczone babochłopy chodzące z pentagramem na czole w stroju wampirzycy do hipermarketu po żwirek dla swoich trzech wykastrowanych kotów ... 

Książkę gorąco wszystkim polecam!

czwartek, 19 stycznia 2017

Jacek Stanisław „Siwy Jar” Greczyszyn „Biełwica. Obrazowanie”


Zastanawiam się często, co powoduje taką popularność nowych, słowiańskich alfabetów? Czy jest to okoliczność,  że pisma Słowian Wschodnich i Południowych, wyróżniają się innością na tle popularnego na całym świecie alfabetu łacińskiego? Kiedy podróżujemy do krajów, w których mieszkańcy stosują inne abecadła niż nasz intryguje i zaciekawia nas ta egzotyka. Każda kultura jest unikatowa na swój sposób, podobnie jak język i sposób jego zapisu. Tą regułę dostrzegamy w krajach słowiańskich - bułgarska, ukraińska czy rosyjska cyrylica, są unikatowe. Wydawać się może, że Słowianie nie gęsi, swoje alfabety mają. No, ale co z Polską? Jak zwykle i tutaj mamy lukę do wypełnienia, także w związku z brakami w liternictwie. 

W mrokach dziejów pogrążyło się nasze, rzekomo istniejące dawniej pismo, w przeciwieństwie np. do nordyckich run. Do dziś wróżą z nich wiedźmy, masowo wykorzystuje się ich symbolikę i grafikę, a także stosuje np.  do medytacji i innych celów. Kultura masowa i moda na przedchrześcijańskość w Europie powodują, że odnajdujemy je nawet na stylizowanych koszulkach z popularnymi pro - pogańskimi hasłami lub jako motywy zdobiące noszonych na szyjach talizmanów.  

Tytułowa „Biełwica”, zwana także pierwotną, słowiańską runicą, to kolejny, stworzony na nowo słowiański alfabet. W przeciwieństwie do „Głęgolicy”, nie jest ona w pełni autorskim projektem Jacka Greczyszyna. O obiecadle tym, pisał już wcześniej Winicjusz Kossakowski w pracy „Polskie runy przemówiły”, a także Feliks Gruszka, który w rękopisie „Runy słowiańskie”, po raz pierwszy użył tej nazwy. Jako prekursorskie pozycje wyjściowe, inspirujące autora,  „Siwy Jar” podaje także dokonania Joachima Lelewela i Wawrzyńca Surowieckiego. 

Celem tego, krótkiego opracowania jest wykazanie przez autora, że właśnie taki układ znaków jest zdecydowanie lepszy od tych, proponowanych przez jego poprzedników. Greczyszyn wykonał tutaj podobny krok jak Aleister Crowley, który w stworzonym przez siebie zestawie Tarota, zamienił znaczeniem i numerami karty „Sprawiedliwość” i „Siłę”. Zmiana ułożeń pewnych symboli, a także towarzyszące temu opracowanie powoduje, że cały system w sposób istotny zmienia znaczenie. Tutaj również spotykamy tę samą sytuację. Niestety, to zjawisko nie jest  łatwe do wytłumaczenia ludziom, którzy nie czują magii i nie rozumieją określonej symboliki płynącej z kart. Intuicja podpowiada mi jednak, że zmiany dokonane w omawianej w tym poście książce, również fundamentalnie zmieniają pewne schematy i układy. Powoduje to, że praca z nimi staje się łatwiejsza dla odbiorcy, ponieważ biełwica została tutaj zgrabnie i logicznie przekształcona w zwarty, słowiański, ezoteryczny system opracowany na bazie liter. 

Naturalne połączenie biełwicy z duchowością dawnych Słowian, wpływa doskonale na jej jakość. Znakom przypisani są poszczególni bogowie, ich działające siły.  Greczyszyn przedstawia także sposoby wykorzystywania jej we wróżbiarstwie i podaje zwarte metody ich wykorzystania, podobne do tych opracowanych w „Głęgolicy”. 

Kolejne ciekawe opracowanie napisane odchwaszczoną polszczyzną. Podoba mi się stosowane słownictwo, styl , przekaz i ideały. W swoim,  docenionym już wielokrotnie stylu (a może wypada już napisać „siwojarskim stylu”?) autor  pokazuje, że można stworzyć własny system tylko wówczas, gdy zna się doskonale podstawy ezoteryki. Szkoda, że o Zakonie 40i4, autorskim projekcie twórcy niniejszej książki, nie jest w Polsce tak głośno jak o importowanych stowarzyszeniach ezoterycznych, które często gęsto bezkrytycznie przyjmują wzorce zachodnie nie bacząc ile ciekawych koncepcji może dać im polska kultura. 

piątek, 13 stycznia 2017

Carl F. Neal „Imbolc. Rytuały, przepisy i zaklęcia na święto światła”





„Podpalenie własnego domu nie byłoby zbyt dobrym pomysłem na okazanie miłości do siebie! Umieść obie białe świece w odpowiednich świecznikach” (fragment książki, s. 156).

„... Zmontujemy grupę z towarami super (^^), damy top muzykę, zrobią gimnastykę! Ja jestem Menago – Stonse’a robię nago ...” (Franek Kimono „Ja jestem menago”, zastanawiam się czy nie przewidział ery wicca w Polsce – taka krótka dygresja na wstępie z mojej strony)


Powietrze nasycone oczekiwaniem. Czuć w nim pierwsze znaki wiosny. No, chyba w Wielkiej Brytanii bo w Polsce dawniej wszystko leżało pod grubą warstwą śniegu, która idealnie wpasowywała się w klimat środka zimy. Dziś to jednak rzadkość, ale wiosny zdecydowanie nie czuć w powietrzu, prędzej jedną wielką spalinę ...  


Książka Carla F. Neala „Imbolc. Rytuały, przepisy i zaklęcia na święto światła” to kolejny wypełniający lukę w serii Sabaty komercyjny poradnik dla pogańskich przedszkolaków jak się dobrze bawić w okolicy drugiego lutego. Jak zwykle fluffy bunny style charakterystyczny dla wszystkich prac z tego cyklu. O klasycznej wicca jak zwykle nie ma nic poza samymi kłamstwami na jej temat. Nic prawie o nazwie Candlemas, wszystko w typowym irlandzkim wydaniu dla Amerykanów.  

Z czego możemy się tutaj konkretnie pośmiać? W sumie tradycyjnie z wszystkiego: 
- Te same komercyjne brednie powtarzane na wstępie.
- Pochwalanie nurtu tzw. Cordiac Paganism, czyli czcimy tych bogów, którzy wedle upodobań estetycznych nam pasują. Możemy być etnicznymi Słowianami, ale bawimy się w irlandzkich Celtów.
- Urocze lapsusy – Ganesza to raczej Ganeśa po polsku. Tłumaczenia też nie byle czego – „odziana w powietrze”. No trudno się w ogień odziać ... „Solowy poganin”. A dlaczego nie „stereo poganin”? Super, że Walijczycy obchodzą święto Matki Boskiej Gromnicznej. Ale Polacy też je przecież pod tą samą nazwą celebrują ...
- Pomysły autora na wróżenie z dymu raczej nie pasują do realiów naszej epoki. Wystarczy wyjść z domu, a pyłu co niemiara. Wróżyć możemy dosłownie wszędzie – na ulicy, w parku. Nawet w domu, jeśli okna całkiem pootwieramy. W Krakowie można od smogu dostać nie tylko raka, ale i kurwicy ...
- Znowu książka adresowana dla pań! W sumie powinna być dla przedszkolaków płci obojga. Co ciekawsze autorem jest mężczyzna. Czyżby wydawniczy wymóg pro-damskiego tłumaczenia odegrał tutaj decydującą rolę dla wszystkich prac z tego cyklu?  
- Dobre są te pomysły na ciasteczka z wróżbami. No i ostrzeżenia, żeby nie zjeść zawartości. Podobnie nauka Tarota z ich wykorzystaniem. Przypomina mi to tłuczenie bąbek w świątecznych wydaniach „Szansy na sukces”. 
- Walentynki to niby kontynuacja Lupercaliów ... Czyli poganie znowu walczą z pogańskim świętem w skomercjalizowanej wersji? No może faktycznie w dobrym guście byłoby przywrócić tradycję chłostania dam? Można to też uwspółcześnić.



- Rytuał przy muzyce heavy metal? Nie skoncentrowałbym  się ... Dajcie lepiej dobry black! 

Jeśli chodzi o święto, które zwykło nazywać się u nas „Gromnicą”, „Dziewanną Gromniczną”, to wolę je celebrować na sposób daleki od pomysłu Neala. Może tak jak rodzimowiercy zapalę świeczkę Nyji (oni nazywają go głównie Welesem), może zjem coś na co mam ochotę, posłucham muzyki, albo znając życie spędzę ten czas w robocie, co ostatnio stało się dla nie wręcz normą. 


Pierdół cała masa, komercja na całego. I na szczęście niepojęte tym pesymistycznym akcentem żegnamy się z serią Sabaty, z którą nieszczęśliwie dobrnęliśmy do końca. Tyle drzew straciło niepotrzebnie życie! O to już aktywiści nie walczą.

Nie polecam! Szkoda czasu na cały cykl!

środa, 11 stycznia 2017

Ransom Riggs „Miasto cieni”


Ja pierdzielę! Przez ostatnie strony książka zdrowo trzymała w napięciu. Już spodziewałem się nieszczęśliwego zakończenia. Uwielbiam takowe! Już wszystko szło z górki, aż tu nagle ...

No dobra, zacznijmy od początku. „Osobliwy dom pani Peregrine” pojawił się w końcu w kilku wersjach na Cda.pl stąd też nie miałem problemu  z zapoznaniem się z wersją kinową. Oczywiście coś mi zgrzytało, bo Olive i Emma mają swoje umiejętności przydzielone na odwrót (a w polskim dubbingu Enoch mówi podczas sceny na kolacji w kontekście Emmy, że "Olive może nawet wydać się za Jake'a" ...). Podobnie jak w książce doktor Golan to mężczyzna, a w filmie zrobiono z niego kobietę. Lektura też zupełnie inaczej się skończyła niż jej ekranizacja. Duże rozbieżności panie Burton, ale może to i dobrze? Już o scenie, w której Abe wręcza Jake'owi książkę z banknotami, a w niej stare polskie wycofane z obiegu 20-złotówki i oznajmia, że to na podróże nie wspomnę ...

Druga część sagi wciąga w lekko inny klimat; mamy tutaj bajki, osobliwe zwierzęta, wędrówki po wybuchającym Londynie i osobliwą walkę, która na końcu okazuje się ... Dobra nie będę zdradzał szczegółów ciekawskim. Coś Wam się od życia należy. Żywię tylko resztki nadziei na to, że Emma zginie. Za to wystawienie Jake'a mam nadzieję, że ją Riggs zabije w trzecim epizodzie.

Fabuła poszła w zdecydowanie nieoczekiwanym kierunku. Wyobraźnia Riggsa w dużej mierze oddala się od postaci ze świata X-menów, a coraz bardziej czuć w niej rasową historię wymieszaną z baśniowym światem.

Zobaczymy co się stanie dalej!

Czytamy, czytamy ...