piątek, 15 lipca 2016

Michał Rożek "Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy"


"Czary są nasz największy furlon"
Lucyfer w "Postępku prawa czartowskiego"

Na samym końcu czytania skapnąłem się, że książkę puściło w obieg wydawnictwo Petrus. Lepiej późno niż wcale. Ale co tam, w Taniej Książce można zawsze kupić coś na bezsenne noce nie będąc przy tym zbytnio stratnym. Przynajmniej się rozerwałem wracając do tematu wiedźm, stosów, diabłów, czarnoksięstwa i innych rozkoszy. Żyć nie umierać!

"Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy" jak wspomniałem opisuje ciekawą tematykę ludowo-ludyczną (jakkolwiek by to nie brzmiało). Autor pisze w podobnym stylu do Jana Kracika; generalnie temat stara się opisać jak najlepiej, czasem popełnia drobne merytoryczne błędy. Brakuje w tym na szczęście fanatyzmu, choć Rożek nie unika własnych komentarzy, które jasno wskazują, że do pełnego potępienia  duszy jeszcze było mu daleko kiedy kompilował materiał.

Zabawne. Jak pisał LaVey "nikt nigdy nie studiował metafizyki, jogi, okultyzmu bez wynagrodzenia swego ego i zdobycia osobistej siły". Dlaczego więc wydawnictwo Petrus puszcza w świat takie specyfiki? Może dlatego, że to część chrześcijańskiego folkloru? A może kryptoreklama dla tematu? Chyba tak.

Czarownice kradły rzeczy święte do swoich rytuałów (s.21)? Teraz to raczej kupują kradzione na Allegro. Tak czy siak nie wiadomo skąd się tam znalazły ... Swastyka chroniła przed Szatanem (s.117)? O Matko Ziemio, co ja ostatnio nosiłem na szyi ... Wiem już, że Jagiełło kazał zapalić Panu Bogu świecę, a Diabłu dwie zamiast sławnego ogarka. Kto to przekręcił? W każdym razie jest tekst źródłowy potwierdzający pierwotną wersję. Czarci brzydzili się wolnym związkami? No to już przeczy idei współczesności, która jest w Mocy Szatana w pełni zaciśnięta. Pewną ciekawostką i nowością dla mnie było pochodzenie legendy czarnoksiężnika Twardowskiego z legendy papieża Sylwestra II. Mimo tego autor wykorzystał stare rozważania na ten temat. No i znowu Zygmunt III Waza jako miłośnik czarownictwa ... Może na tym sztuka polega - samemu interesujemy się czarami, a eliminujemy konkurencję, która jest na tyle potężna, że może nam zaszkodzić. Chyba wiem co za całkiem niedługo zrobię starym znajomym ...

Pewne rzeczy rzuciły mi się w oczy np. autorami "Malleus Malleficarum" byli Heinrich Krammer i Jacob Sprenger, a w tekście jest Henryk Insistor. Widać, że na katoptromancji czy horoskopach autor się nie zna bo opisuje oba temat zabobonnie. Podobnie jak rozbawiło mnie nazwanie nakłuwanych kukiełek "średniowiecznym voodoo". Potem masy palantów wierzą, że tego typu praktyki wywodzą się z Haiti. Ludzie! Takie rzeczy były dobrze znane w Europie przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Rożek zastanawia się czy na Akademii Krakowskiej uczono magii, podejrzewając, że chyba nie (s.215). Z tego co ja wiem, była ona normalnie wykładana na studiach do XIX w. Alchemia sięga korzeniami Egiptu jak zauważa autor, ale nic nie wspomina o Chinach, które odgrywają tu znacząca rolę.

Ponieważ książka składa się z esejów, które autor napisał w różnym odstępie czasu bardzo często powtarzają się te same informacje. Jest to męczące.

Generalnie książkę polecam! Dużo piekielnie uroczych ciekawostek z zakresu folkloru czarowniczego.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Philip Carr-Gomm "Historia nagości"


Ponieważ na okładce książki napisane jest "nie czytać w ubraniu", sugeruję udać się do sypialni lub czytelni. Wkładanie literatury do odzieży i rozprawianie się z nią w ten sposób uważam za bezsensowny pomysł.

Do kupna tej książki wbrew pozorom nie zwabił mnie tytuł lecz nazwisko autora - Philipa Carr-Gomma, znanego druida, głowy OBODu. Wiedziałem, że w tekście znajdę interesujące mnie zagadnienia.

Nie, nie. O to też mi nie chodzi. Co za erotomani czytają mój blog? No dobrze! Niech będzie. Skoro tak na prawdę chcecie zobaczyć moje akty to znajdują się one na tej stronie.

Jedźmy dalej.

Oczywiście książka świetnie omawia lubiane przeze mnie zagadnienie. Nagość! Philip Carr-Gomm jest naturystą od 49 roku życia (a przynajmniej tak deklaruje). Muszę przyznać, że późno zaczął. Ja swoją przygodę rozpocząłem w wieku 15 lat a trwa ona nadal (w tym roku jubileuszowe 18 najcieplejszych w roku sezonów publicznie na golasa!). Tak trzymać!

A już te przygody tam ... Panie z którymi miałem wykłady na studiach, a które na mój widok opuściły galopem plażę. Tego się nie zapomina!

I generalnie uważam, że więcej pań w wieku od szesnastu do dziewiętnastu lat powinno zacząć praktykować to rzemiosło. Noszenie biustonosza w dużym rozmiarze na plaży powinno być surowo karane mandatami dla nastolatek, które kończą lub ukończyły gimnazjum.

Carr-Gomm pisze o wielu aspektach nagości. Politycy, modele, grupy religijne, artyści, aktorzy, aktywiści polityczni. Pomimo, że najświeższe tematy w stylu FEMEN czy gość, który wybiegł nago przed brytyjską królową nie są wspominane wśród przykładów to omówiony został każdy szczegół tej ideologii i wiemy z czym się to je.

Muszę przyznać, że praca Carr-Gomma świetnie uzupełnia się z "Homo nudus" Roberta W. Florkowskiego. Pomimo, że obaj Panowie omawiają "część wspólną historii nagości", to w każdej z ich prac z osobna czegoś brakuje. Florkowski np. nie napisał nic o wicca, naturyzmie chrześcijańskim czy gimnozofii co Carr-Gomm wniósł do świadomości czytelnika. Z kolei Florkowski lepiej przedstawia inne ciekawostki historyczne, które Carr-Gomm omawia bardzo pobieżnie.

Oczywiście jest cały rozdział o wicca. Nawet dobrze napisany. Z reguły temat ten omawiany był na końcu tego typu opracowań, a tu mamy na odwrót - niemalże od niego się zaczyna. Jest to krok w dobra stronę.

Tłumaczenie trochę zawodzi. Pisząc o kupnie "Wioski wiedźm" przez Gardnera autor miał na myśli za pewne sławną "Chatę Wiedźm", XVI-wieczną chałupę, w której potem odprawiano obrzędy. Podobnie jak pewien cytat wskazuje na to, że Budapeszt leży w Bułgarii (s.246) - trochę niejasno jest to napisane.

Spodobało mi się podejście do sprawiających problemy emigrantów-duchoborców:

Komendant policji nakazał ich otoczyć i zagonić do urzędu imigracyjnego, gdzie kazano im się ubrać. Kiedy odmówili, drzwi zabito gwoździami. Rozwieszono też świecące jasno latarnie, które przyciągały komary. Do rana wszyscy mieli na sobie odzież. (s. 123)

Żebym nie znalazł  pomysłu na bisurmanów. A, że zaliczam się do kreatywnych to ...

Dowiedziałem się, że 81% Brytyjek wstydzi się swojego ciała. No jest czego przyznam szczerze. Tylko dlaczego Brytyjki tak chętnie idą z każdym do łóżka, a Polki choć nie mają czego się wstydzić wybrzydzają? Tego nie rozumiem.

Książka fajna - gorąco polecam!

A teraz zabieram się za taniec ze spiralką w wydaniu Gwiezdnego Jarząbka ...

wtorek, 7 czerwca 2016

Anna Thulie "Wiccanka"

Może trochę po czasie, ale jak mawiają "lepiej późno niż wcale".

Pod mikroskop wziąłem "Wiccankę" autorstwa Anny Thulie. Jest to chyba pierwsza tego typu wydana w Polsce opowieść przesiąknięta wiccańską tematyką. Nie mogłem zatem pozostać względem niej obojętny.

Akcja "Wiccanki" toczy się współcześnie. Główna bohaterka jest kimś na wzór przeciętnej New Agerki miłującej się w ludowej mądrości nauczonej przez babcię. Oczywiście jak każda szanująca się osoba z tego środowiska ma problem ze znalezieniem sobie faceta na stałe. Nieznana nam z imienia tytułowa postać poznaje go podczas sabatu zorganizowanego przez jedną znajomą na Ślęży. Potem on znika. I cała reszta książki to poszukiwanie go z licznymi kryminalnymi przygodami.

Romansidło dla nastolatek, którym ostro grają hormony. Ale, że dla nastolatek to i sama treść pozostawia sporo do życzenia ...

Cała ta opowieść inspirowana jest głównie eklektycznym czarostwem. Wszystko w typowo komercyjnej wersji.

Mamy tutaj sabat, na który zaproszona zostaje główna bohaterka. Tam panie noszą kiecki, rytuał silnie inspirowany jest pewnym synkretyzmem; celtycko-słowiańska Ślęża, przywoływany jest Kupido, niby w ten sposób odbywa się celebracja Nocy Świętojańskiej. Na stronie 20 występuje jakiś motyw mitologiczny, gdzie Księżyc to mężczyzna a Słońce kobieta. Czy to jest aby na pewno słowiańskie? Bo czy wiccańskie to nawet nie zapytam. 

Termin "wiccanka" jest tutaj nadużyty. No chyba, że potraktujemy go w rozumieniu amerykańskim jako określenie tandetnych praktyk dla ciemnych mas charakteryzujących się pustym synkretyzmem i robieniem wszystkiego na własny autorski sposób. Wtedy pasuje jak znalazł. Nie brakuje też wątków rodzimowierczych i to tych romantycznych zamiast tych bazujących na historii.

A już pisanie, że wicca to religia tolerancji ... Szkoda słów.


A już opis czym jest wicca na stronach 88 i 89 to po prostu makabra. Eklektyzm lat 90. Teraz taka definicja by nie przeszła. Dobra charakterystyka puchatych króliczków, którzy wiccanom co najwyżej robią publiczny obciach.

A już ta wzmianka na stronie 101, że "przemoc jest nam obca" po prostu dobija. Wie Pani ilu wiccan siedzi za przestępstwa w Stanach Zjednoczonych? Nawet Eric Weinar pisał o covenie, w którym jakąś osobę skazano za seks z małymi dziewczynkami.

"WiccaNIE!"

Śmiesznych wątków nie brakuje.

Ciekawe, że ubieranie choinki nawiązywać ma do słowiańskiego kultu drzew. Określenie Ślęży mianem "prasłowiańskiej góry" też nie za bardzo przypadło mi do gustu. Tam dawniej byli Celtowie o czym Pani Thulie przez całą książkę zapomina. A już to, że "uszanowano słowiańską przeszłość" wspomnianej góry powoduje we mnie drgawki.

Ponadto jako inicjowany wiccanin muszę połamać przysięgę milczenia (albo i nie) i zapewnić Panią, że wiccanie nie błogosławią noży poprzez wrzucenie ich do ognia.

Z kolei pentagram to symbol znany w wielu kulturach i pisanie o nim, że jest to prasłowiański symbol uważam za zdecydowaną przesadę ... Zna Pani jakiś przykład pentagramu zachowanego na czymkolwiek jak choćby wazach z czasów przedchrześcijańskich na terenach zamieszkiwanych przez Słowian?

Na końcu jeszcze Pani Thulie podaje jakieś bzdurne encyklopedyczne pierdoły na temat tego czym jest wicca. I powiem krótko - nie są one za dobre.

Wiedźmy spotykają się w czasie pełni księżyca na tzw. "esbatach". Nie wiem dlaczego Thulie pisze "e-sabatach". To by mi bardziej wyglądało na spotkania on-line podczas sabatów ...

Pewne akcenty zbulwersowały mnie jako Silinieza.

Opis ideału faceta. "Żadna tam wiotka trzcina" (s.9)? O Pani Thulie, podpadła mi Pani ostro! Widzę, że nie tylko na wicca zna się pani równie dobrze ... Te wizje brunetów również są okropne. Wprawdzie powoli zamieniam się z wiotkiej trzciny cukrowej w słodkiego misia, ale przyznam, że wiele bym dał, żeby wyglądać tak jak dawniej.

A już te opisy jak mężczyźni powinni pachnieć... Hołduję głównej metaforze powiedzianej przez jednego człowieka dawno temu, że "jak facet nie śmierdzi gównem, to co to za facet?". Oczywiście to tylko metafora - uprzejmie proszę o nie traktowanie jej dosłownie i o nie wyrywanie z kontekstu. Chyba w takiej sytuacji nie jestem ideałem romantycznego ukochanego dla żadnej wiccanki. Zmieniać się w każdym razie nie zamierzam.


Straszne!

Kiedy zamawiałem tę książkę byłem przekonany, że będę mógł ją tutaj polecić z racji tego, że odwołuje się do tematyki wicca. Niestety zawiodłem się. Wszystko jest w niej pokazane od komercyjnej strony, wiedza autorki na temat tego czym jest wicca jest również oparta o powierzchowne źródła. Bardzo się rozczarowałem. No i szkoda ... Nie widzę powodu, żeby reklamować otwarcie książki zawierającej wiele przekłamań, błędów merytorycznych siejących dezinformację w umysłach młodych ludzi, którym się wydaje, że są prawdziwymi wiccanami. No i wszystkim, którzy mogą nabrać wiele błędnych informacji zarówno na temat tego czym jest wicca, jak wyglądały wierzenia dawnych Słowian czy na temat historii góry Ślęży.

Odradzam!

"SILINEIDA"

Odstawmy na bok pracę Pani Thulie.

Tak się czasem zastanawiam. Może sam powinienem taką książkę napisać? Na pewno zyskałaby rozgłos. Pamiętam kiedy kilka lat temu z okazji święta Prima Aprilis napisałem posta inspirowanego środowiskowymi plotkami na temat agenta ABW, który przyjdzie inwigilować mój były coven. A gdyby ten wątek rozwinąć? Pomyślmy ...

Dominik Młyński jest wysokim, przystojnym absolwentem psychologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, a także Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie.

Otrzymał etat w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i pierwsze zlecenie; jako agent ma przeprowadzić inwigilację; dokładnie zbadać i upewnić się czy wiccanie nie są groźną sektą.

Badania sponsorowane są przez Episkopat, kogoś z kręgu kardynała Wojciecha Polaka.

Młyński obmyśla strategię. Pod fikcyjnym nazwiskiem zaczyna przedstawiać się jako religioznawca badający współczesne czarownictwo i wyznawca eklektycznej wersji czarownictwa. Po dyskusjach forumowych przychodzi na spotkanie, gdzie poznaje swojego przyszłego arcykapłana "Jelonka". Ów arcykapłan pracuje w Infrastrukturze, jest znanym homoseksualistą, miłośnikiem kina i kiczowatej sztuki. By dostać się do covenu podaje on przyszłemu arcykapłanowi, że również jest gejem by zyskać jego przychylność. Z czasem prosi o inicjację i nadchodzi pamiętny dzień.

Młyński generalnie jest ateistą choć nie neguje np. bioenergoterapii i innych form medycyny niekonwencjonalnej. Zadanie wydaje mu się proste.

Młyński przechodzi inicjację. Kiedy ściągnięta mu zostaje zasłona z oczu widzi on piękną blondynkę; arcykapłankę, która go inicjowała. Od pierwszego wejrzenia się w niej zakochuje. Przy okazji poznaje cały coven. A w nim są polityk, lekarz, prawnik, sportowiec etc.

Zaczyna się inwigilacja skrupulatnie notowana przez Młyńskiego. Zapisuje on szczegóły rytuałów, zdaje raporty swoim przełożonym. Niestety ciągle po myśli chodzi mu kapłanka, która go inicjowała.

Młyński integruje się z covenem, co wiąże się z nie lada wyzwaniami. "Endymion" (zwany też "Wydymion") partner "Jelonka" opowiada mu o wielu erotycznych relacjach z mężczyznami, od których Młyńskiemu staje (w gardle). Ale twardo dalej udaje geja. Smutek ogarnia go ciągle na myśl o pięknej blondynce.

Pewnego dnia spotyka ją na ulicach Warszawy i krążą po mieście. Chyba zaczyna coś między nimi iskrzyć. Spotykają się kilka razy.

Pewnego dnia dostrzegł ich "Endymion". Doniósł o tym "Jelonkowi", który w międzyczasie zakochał się cynicznie w Młyńskim. Dochodzi do sporu w wyniku czego związek obu zostaje rozbity, a "Endymion" wyprowadza się z domu "Jelonka".

Młyński niczego nie podejrzewa kiedy przybywa na kolejne sabaty. Jednak zdziwiony był nagłym odejściem jednego z członków, podobnie jak i reszta członków covenu.

"Jelonek" zaczyna się coraz bardziej przymilać. Młyński nie wie jak go zbyć. Praca i romans lekko go frustrują. Z jednej strony kocha swoją arcykapłankę, z drugiej strony przecież zdradza ją donosząc o działalności covenu. Jest więc i rozdarcie.

Pewnego razu postanawia zwierzyć się ze swojej sytuacji swojej ukochanej. Udaje się do niej z tym. Trwa kłótnia, smutek. Ale ona mu ze łzami w oczach wybacza, po tym jak na prawdę poczuła, że ją kocha. Nagle w drzwiach zjawia się "Jelonek". Nakrywa ich razem. Jego zazdrość gotuje się w nim niczym wulkan.

Ucieka. Arcykapłanka ostrzega Młyńskiego, że teraz "Jelonek" będzie próbował rzucić na niego urok.

Szybko postanawiają odprawić rytuał. Młyński początkowo podszedł sceptycznie do słów swojej dziewczyny, ale zdarzało się, że jego coven rzucał uroki, które przynosiły efekty. Odprawiają więc rytuał we dwoje. Po raz pierwszy ukochana przywołuje jednego z bogów w osobę Młyńskiego.

W tej chwili Młyński porzuca cały swój ateizm. Ma on żywe dowody na istnienie bogów. Zaczynają rzucać przeciwzaklęcia. W tym samym czasie niecny "Jelonek" próbuje rzucić urok na Młyńskiego.

Wielki Magiczny Pojedynek.

Wszyscy troje wchodzą na plan astralny i toczą walkę na terenie ruin jakiegoś zamku w nocy. "Jelonek" zmienia postać, powiększa się. A w chwili kiedy już niemalże pokonuje Młyńskiego zostaje zabity rytualnym mieczem przez ukochaną Młyńskiego ...

Młyński w boleściach budzi się ze snu widząc swoją ukochaną obok. "Jelonek" jak się okazuje dostaje zawału ...

Historia kończy się dobrze. Młyński z arcykapłanką uciekają zagranicę. Tam zakładają rodzinę. "Jelonek" umiera ...

To już coś! Może ktoś chciałby nakręcić film i szuka scenariusza? Służę radą. ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Serge Kahili King "Szaman miejski"


Jak do tej pory nie czytałem niczego nawet ogólnego na temat Huny. W końcu postanowiłem to nadrobić. Na celownik w księgarni padł "Szaman miejski" Serge Kahili Kinga.

Temat sekretów i polityki otwartych drzwi nasunął mi skojarzenia z ulubionym tematem. Nie będę go więc rozwijał.

Najcudowniejsze jednak było to:

Ostatniego lata przed śmiercią Mao Tse-tunga, Chiny - ściśle trzymając się starożytnej tradycji, która przepowiadała śmierć władcy - zostały dotknięte niszczycielskimi trzęsieniami ziemi. Kiedy obalono szacha Iranu i w ten sposób dobiegł końca despotyczny reżim, Iran nawiedziły siejące spustoszenie trzęsienia ziemi. W noc zdetronizowania królowej Hawajów Liliuokalani miastem Honolulu wstrząsnęło niebywałe trzęsienie ziemi. Okropne trzęsienie ziemi w Armenii nastąpiło dokładnie w chwili, kiedy premier Związku Radzieckiego mówił w ONZ o przemianach społecznych. (s.170)

No proszę u nas po Katastrofie Smoleńskiej z kolei mieliśmy powodzie. Czyżby zbieg okoliczności?

To już wiemy, że Huna jest to hawajski system uzdrawiania. Trochę w tym filozofii, trochę specyficznego symbolizowania poszczególnych elementów świata. Generalnie New Age jakiego dużo. Oryginalny na swój sposób, ale nie wiem czy chciałbym uzdrawiać wszystkich dookoła. Raczej inne aspekty rodzimych hawajskich wierzeń by mnie wciągnęły.

Czyta się ciężko, ale pasjonaci tego typu tematów nie powinni mieć z tym problemu.

niedziela, 29 maja 2016

Gustave le Bon "Psychologia rozwoju narodów"



I pomimo, że wpływ egipski przeważał przez kilka wieków, tępa ta rasa murzyńska nie wyprodukowała z nich nic lepszego. (s. 70)

Myślałem, że przeczytam książkę o mentalności poszczególnych nacji, a tu proszę zamiast tego trafiłem na dobrą, naukową pozycję o nierówności ras. Autor dzieli je na pierwotne, niższe, średnie i wyższe, a my jak to zwykle bywa zaliczamy się do tej ostatniej kategorii. W przeciwieństwie do podludzi mamy wyróżniające nas cechy, które w omawianej w niniejszym poście publikacji Le Bon, jeden pionierów psychologii społecznej szczegółowo omawia. Oczywiście jest to stara książka, klasyka gatunku nieskażona poprawnością polityczną. No cóż, dlaczego sto lat temu się dało, a teraz by autora oskarżono o rasizm?

Dużo specyficznych ciekawostek. Wprawdzie teozoologia Jörga Lanza von Liebenfelsa to to nie jest, ale faktycznie hipotezy rasowe są jak na mój gust są trochę dziwne. Może zwyczajnie przestarzałe. Żeby udowodnić to, że biali ludzie faktycznie są rasą wyższą wystarczą inne badania. No, ale niestety żyjemy w czasach faszyzmu, w którym powiedzenie prawdy jest surowo karane. Kilka osób próbowało swych sił po faktycznym znalezieniu na to dowodów jednakże potem przepłacili to problemami prawnymi. Zdaje się, że pisał o tym Waldemar Łysiak w książce "Salon" w rozdziale pt. "Rasizm" - wszystkich skazano a prac ich autorstwa zabroniono publikować.

Ciekawe, że:

Tymczasem, nie upadając bynajmniej, idea równości krzewi się, a nawet rośnie w dalszym ciągu. W jej to imieniu socyalizm, podbijający stopniowo większość ludów zachodu, obiecuje zapewnić im szczęście. W jej to imieniu kobieta dzisiejsza, zapominając o głębokich różnicach umysłowych, jakie ją oddzielają od mężczyzny, dopomina się równych praw, równego wykształcenia, i skończy na tem, jeśli celu swego dopnie, że uczyni z Europejczyka istotę koczującą, bez ogniska i rodziny. (s. 12-13)

Takie stwierdzenia padają już w 1902 r. Jak widać pewne tematy nie straciły na aktualności i wbrew pozorom nie są nowe. Albo krytyka rozwoju nowoczesnych technik:

Warunki dzisiejszego rozwoju przemysłowego skazują niższe warstwy społeczeństw oświeconych na pracę bardzo wyspecyalizowaną, która nie tylko nie podnosi ich inteligencji, ale dąży do jej zniszczenia. Sto lat temu rzemieślnik był prawdziwym artystą, zdolnym wykończyć wszystkie części danego mechanizmu, zegarka na przykład. Dziś jest to przeważnie czysto mechaniczna robota, rzemieślnik spędza swoje życie na świdrowaniu jednych i ciągle jednakowych dziurek, na wygładzaniu jednego kawałka lub wprawianiu w ruch jednej i tej samej maszyny. (s. 37).  


Również wygląda znajomo. Podobnie i to:

Zawsze bywało tak, że gdy doszedł do szczytu swej cywilizacyi, lud oświecony, ale wydelikatniony i zniewieściały, musiał ustępować miejsca barbarzyńcom, niższym od niego umysłowo, ale posiadającym pewne zalety charakteru, pewne cnoty wojskowe, zawsze upadające w cywilizacyach wyrafinowanych. (s.57)


Też wygląda mi to znajomo. Polecam przebój, który prześciga zdecydowanie wszystkie reprezentacje z festiwalu Eurowizji.

Nie brakuje innych ciekawostek:

Można zrobić skończonego matematyka lub adwokata z Murzyna albo Japończyka; ale da mu się przez to tylko polor powierzchowny, bez wpływu na jego ustrój psychiczny. Form myśli, logiki, a szczególnie też charakteru narodów zachodnich nie da mu ta nauka, ponieważ żadna nauka nie może dać tego, co tylko dziedzicznie się przenosi. Ów murzyn albo Japończyk może zebrać wszelkie możliwe dyplomy, nie dosięgnie jednak nigdy poziomu zwykłego Europejczyka. (s.35) 

Ale dlaczego Japończyk niby nie mógłby być adwokatem? Przecież w Japonii też mają adwokatów.  Teoria co najmniej śmieszna.

Rasy wyższe różnią się od niższych nie tylko cechami psychologicznemi i anatomicznemi, one się różnią nadto różnolitością składników tych cech. U ras niższych wszystkie osobniki, nawet płci różnej, stoją mniej więcej na jednym poziomie duchowym. Wszyscy podobni do siebie przedstawiają doskonały obraz równości, o jakiej marzą nasi nowożytni socyaliści. U ras wyższych przeciwnie, nierówność duchowa osobników i płci stanowi regułę. (s.36)


To już wiele tłumaczy. Nawet za wiele.

Jest to błąd właściwy narodom łacińskim, że przypuszczają równoległość między wykształceniem a inteligencyą. Wykształcenie wymaga tylko pewnej dozy pamięci, ale niekoniecznie zalet rozumowania, zastanawiania się, inicyatywy i wynalazczości. Bardzo często spotyka się osobniki zaopatrzone w różne dyplomy, a jednak bardzo ograniczone, ale spotyka się również bardzo często jednostki mało wykształcone, a posiadające wysoką inteligencyę. (przypis, s. 38)


Nie mam pytań. Zwłaszcza od czasu kiedy w Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach obniżono poziom edukacji ludziom białym do poziomu murzynów. Teraz uczy się tam m.in. czytania przed maturą. Z resztą, jeśli chodzi o Polskę to też coming soon ...

Z postępem cywilizacyi różnice między krańcowemi warstwami ludności rosną bardzo szybko. W pewnych chwilach zdają się one rosnąć jakby w stosunku geometrycznym. Wystarczyłby więc sam bieg czasu (gdyby wpływy dziedziczności nie stały na przeszkodzie) do takiego wyodrębnienia się warstw wyższych od niższych, że dzieląca je przestrzeń stałaby się równie wielką jak między białym i Murzynem, a może nawet między Murzynem a małpą. (s. 38)

Również nie mam pytań. Pamiętam jak w dzieciństwie (czasy schyłku PRLu) poznałem jednego murzyna, którego ojciec jeździł samochodem z zieloną rejestracją (młodzi tego pewnie nie pojmują, gwoli ścisłości -  kolor rejestracji samochodu był znakiem rozpoznawczym tamtej epoki). Wrzucaliśmy kamienie do suszarni przez otwarte w niej okno. Samir, bo tak się ów "kolega" wabił nie chciał być gorszy więc wrzucił tam swoje zabawki, na które nas biedne dzieci wtedy nie było stać. Albo kiedyś bawiliśmy się w policjantów i złodziei mając do dyspozycji kajdanki. Nikt nie chciał się dać skuć, no to Samirek się jako jedyny zgłosił na ochotnika ...

Tematu porównywania czaszek kobiecych, męskich, chińskich przez Le Bona nie będę może cytował. Cenzura obyczajowa.

Książkę opatrzył wstępem i przełożył na język polski Julian Ochorowicz (tak, nazwisko bardzo znane miłośnikom lokalnych wątków ezo). Niestety ilość staropolskich zapisów wyrazów strasznie utrudnia czytanie. Cywilizacya, Rosya etc. Ktoś z wydawców mógłby pomyśleć nad unowocześnieniem języka w "Psychologii rozwoju narodów". Przecież Le Bon to nie Mickiewicz!

Ciekawe są rozważania na temat upadku Cesarstwa Rzymskiego i społeczeństwa greckiego, gdzie nie było miejsca na indywidualizm. To zdecydowanie jest warte uwagi.

Generalnie jest śmiesznie!

poniedziałek, 23 maja 2016

Alice Miller "Gdy runą mury milczenia"


Jak to u mnie bywa, losuję książki nieadekwatnie do kolejności w jakiej zostały napisane. Po "Buncie ciała" przyszedł czas na "Gdy runą mury milczenia" Alice Miller.

Właściwie wielu nowych rzeczy się nie dowiedziałem, poza brutalnym dzieciństwem Ceaușescu czy Hitlera Miller powtarza do upadłego swoje teorie o biciu dzieci i negatywnym wpływie tego na ich późniejsze życie.

I w sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że miejscami autorka zdrowo przegina ze swoimi teoriami. Napisała m.in., że korzeni "faszyzmu" nie należy upatrywać w problemach gospodarczych tylko w wychowaniu jego przywódców. No nieźle! Po pierwszej wojnie światowej Niemcy były tak biednym krajem, że znane są przypadki, w których kobiety oddawały się za parę rajstop ... Ale nie, bo to na pewno bolesne wychowanie Hitlera miało wpływ na to, że ludzie wybrali go w wyborach demokratycznych na swojego przywódcę, dlatego, że obiecał im normalne życie. Na pewno identycznie musiało być z ustaszami, którzy wymordowali tylu Serbów, banderowcami, którzy mordowali Polaków etc. Strach pomyśleć nad dzieciństwem prezydentów amerykańskich ... Oni to dopiero mieć musieli ciężko.

Dalej Miller bzdurzy na temat wychowania i tego, że nienawiść do Żydów, Turków, Cyganów i im podobnych jest również efektem złego wychowania. No to chyba pani Miller nie miała styczności z cyganami i wskazanymi przez siebie nacjami. Dziwne, że całe zło tego świata nigdy nie jest dziełem Francuzów, Estończyków, Chińczyków etc. Przecież to Chiny są potęgą gospodarczą. Przecież to Amerykanie napadają na wolne kraje. Przecież to Niemcy rządzą Europą. Dziwne, nieprawdaż?

Zaciekawiły mnie również postulaty o zakazie bicia dzieci na wzór szwedzkiego. Pani Miller, gdyby Pani żyła i widziała co dzieje się w Szwecji, jak tam dzieci rządzą rodzicami, jak tam każdy boi się dziecku cokolwiek zrobić etc. Tam się wręcz nie opłaca mieć dzieci. Najlepiej rozmnażają się tam Kurdowie, a rodowitych Szwedów coraz bardziej brakuje. Szwedzki postęp daje popalić ostro.

Cóż rzec, nawet jeśli pani Miller miejscami ma rację, to jednak przesadza stanowczo w wielu sprawach.

Książka może i ciekawa, ale zbyt autorskie tezy i postulaty są moim zdaniem tragiczne.

sobota, 21 maja 2016

Łukasz Wierzbicki "Drzewo. Mity słowiańskie i inne opowieści"


"Drzewo. Mity słowiańskie i inne opowieści"  to ślicznie ilustrowany album zawierający zrekonstruowany, tytułowy materiał w autorskiej interpretacji Łukasza Wierzbickiego. Kilka swojskich mitów, w których główną rolę odgrywają nasi bogowie i inne, sympatyczne, demoniczne postacie. Na końcu autor w krótkim eseju wytłumaczył dlaczego przedstawił tak wizję.

Jak to bywa z tego typu literaturą, czyta się ją z wypiekami na twarzy, podobnie jak i ogląda zdjęcia czy obrazki. Od strony plastycznej praca jest świetna. Sama interpretacja słowiańskich mitów na pewno od razu oburzy wiele osób, bo znowu nie jest dokładnie taką jaką przedstawia ją nauka. Mało tego widać w niej czasem wyraźne obce wpływy (m.in. jeden znany wątek biblijny). Osobiście uważam, że nie ma się czego czepiać.

Popularyzowanie dawnych wierzeń i naszej rodzimej kultury wymaga od nas tworzenia takich prac - inspirowanych dawnymi mitami (lub raczej ich szczątkowymi postaciami), uderzającymi na zmysł wzroku, zachęcającymi specyficzną, baśniową fabułą.

Ciekawe, urocze, polecam!