niedziela, 15 kwietnia 2018

Roman Żuchowicz "Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka"


- Pamięć o Imperium nigdy nie zginie mistrzu Ajrurze! Obiecuję ci to! Nikczemny tłum Lurwidów nie zniszczy pamięci o chwale naszych przodków! 
"Kronika Domana" (VI w.p.n.e.)

A już tak zupełnie poważnie ... 

Na co dzień ulegamy wierze w różne cuda. Kiedy oglądamy film "Conan  Barbarzyńca" widzimy chłopca, który porwany w niewolę pcha przez całe życie kierat, a po wielu latach wyrzeźbił sobie tym sposobem wspaniałą sylwetkę. Prawda jest taka, że w najlepszym przypadku miałby wielkiego garba na plecach (zakładając, że po latach ciężkiej katorgi żyłby jeszcze). Z innej strony, widzimy filmy, w których samochody zderzając się ze sobą robią salta w powietrzu. Czy to tak wygląda? Manipulacji ulegamy na każdym kroku, więc dlaczego dziwić ma nas to, że tłumy ludzi uwierzyły w teorię istnienia Imperium Lechickiego?

Turbosłowianie, bo takim mianem określa się ludzi naiwnie wierzących w pseudonaukowe teorie historyczne do tej pory mieli się całkiem dobrze. Mało kto atakował ich publicznie zgodnie ze starą maksymą "z mądrym idiotą się nie dyskutuje". Niestety efekt tego był niemalże opłakany - tłumy ludzi zaczęły bronić tych śmiesznych tez, zakładać swoje fora, blogi, nawet partie polityczne. Tak to już jest, że jak się pewnego problemu nie zacznie tamować, to z dużą siłą uderzy on dalej. Byli jednak i tacy co się przeciwstawili. Ze swojej strony polecam blogi: "Po słowiańsku"Rodzimowiercza Gromada "Białożar", "Idąc przez Las" oraz "Współczesny świat słowiański". Dużo pracy temu problemowi poświęcił inny internetowy pamiętnik "Sigillum Authenticum". Brakowało nam jednak czegoś grubszego co w pełni opisałoby problem. I w końcu nadeszła wiekopomna chwila. 

Roman Żuchowicz, z wykształcenia historyk i socjolog podjął się zadania obalenia turbosłowiańskich bredni. W moje ręce trafiła książka od deski do deski ośmieszająca tezy Janusza Bieszka, prezentująca nieznane przeciętnemu Polakowi ciekawostki historyczne. 

Dawno temu spodziewałem się, że kiedyś powstania praca o Turbosłowianach jednakże napisanie jej będzie wymagało współpracy historyków, znawców genetyki i kilku innych dziedzin naukowych. Wydawało mi się to więc trudne do osiągnięcia. Żuchowicz doskonale poradził sobie z tym zagadnieniem; w swojej pracy zamieścił wywiady z badaczami m.in. takich kierunków jak mediewistyka, archeologia, historia sztuki, orientalistyka. Tym sposobem dosadnie rozbił turbolechicki bastion; uderzył od każdej strony skutecznie przedstawiając kim tak na prawdę są ci naiwni ludzie. 

Owi badacze historii bez piątej klepki jako jeden z argumentów przeciwko reszcie stosują metodę wykorzystywania nieznanych wszystkim źródeł. Fakt faktem, gdyby jeszcze z siedem lat temu przejść przez miasto i zapytać przeciętnego obywatela o "Kronikę Prokosza", Tadeusza Wolańskiego czy Ignacego Pietraszewskiego to nikt za pewne by nic nie wiedział. Tym sposobem ci ludzie próbują pokazać swoją intelektualną wyższość i udowadniać własne racje. I to jest ich chwyt - demonstrowanie, że wiedzą coś więcej, dotarli gdzieś dalej niż ogół społeczeństwa. Z drugiej strony jak mam traktować poważnie teorie o narodzinach Zaratusztry z dziewicy nad Gopłem? 

Żuchowicz krok po kroku przygląda się całej sprawie. Zwraca uwagę na tzw. paradoks otwartego laboratorium, czyli niby mamy dostęp do źródeł ułatwiony, ale zamiast działać dla dobra nauki działa to także w przeciwną stronę dając pole do popisu wylęgarni pseudonaukowych tez. Autor omawia problem źródeł i prac historyków. Przedstawia także pseudonaukowe historie, które powstały na przestrzeni wieków. Dogłębnie analizuje historię "Kroniki Prokosza", rozwiał moje wątpliwości na temat Lelewela i jego opinii o tym falsyfikacie. Omówił słynną kwestię "Leszka Awiłły" udowadniając, że to bzdura. Spodobały mi się historie o Aleksandrze Wielkim, które jak historia pokazuje były czymś popularnym w dawnych epokach. I stąd niby wzięła się ta legenda o zwycięstwie nad jego wojskami pod Łyścem. Tak jak w polskim folklorze ludowym pojawiają się historie o Panu  Jezusie podróżującym np. po górach, tak dawniej Aleksander Macedoński był wszędzie obecny i wszędzie znany. Żuchowicz obala praktycznie wszystko, w co Turbolechici zawzięcie wierzą, a co prawdą historyczną nie jest. Znajduje też sprzeczności w tekście Bieszka. Teorie o haplogrupach, krwi i rasie również tracą swoje znaczenie ...

Zdjęcie rodzinne: BB8, R2D2 i R1A1, nasz protoplasta. ;) 

Cóż tu wiele powiedzieć? Książka jest pełna ciekawostek nie tylko z zakresu interesującego nas zagadnienia, ale także kwestii pobocznych, które mogą się czasem w życiu przydać. 

Okiem religioznawcy mogę dodać, że turbolechici to osoby wyznający statolatrię, tyle, że w ich przypadku jest to wiara w jakieś wyimaginowane państwo, którego istnienia jak niepodległości zaciekle bronią. Żuchowicz zwraca także uwagę, że wielcy guru turbolechicystyki unikają wszelkich publicznych konfrontacji. Moim zdaniem postępują dokładnie tak samo jak guru wszelkich innych sekt, którzy przemawiają tylko do swoich wiernych. Problem źródeł historycznych jest takim samym problemem znanym choćby przy historii Biblii. Skądinąd wiemy, że w czasie kiedy chrześcijaństwo dopiero rozwijało swoje skrzydła panowała moda na podpisywanie się cudzym imieniem pod jakimś listem celem zapewnienia mu autorytetu. Dopiero na Soborze Trydenckim w 1546 r. ustalono ostatecznie, które księgi są święte, a które apokryficzne. Tym sposobem odrzucono "Listy Tytusa", "Listy Jezusa", "Listy Barnaby" i inne cuda poza nawias uznając za niezgodne z nauczaniem Kościoła. Nawet analiza samej Apokalipsy Janowej daje nam łatwo do zrozumienia, że to co najmniej trzy odrębne teksty sklejone w jedną całość ... Tak więc cała historia pozostanie pod jednym wielkim znakiem zapytania do czasu wynalezienia wehikułu czasu. Jedno jest jak dla mnie pewne - Imperium Lechitów nie istniało. Wiara w nie to czysty dereizm.

Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich! Zwłaszcza polecam ją osobom, które nie są wyspecjalizowane w studiach historycznych. Nadmierna ilość ciekawostek pokazuje jak po mapie dziejów poruszać się z kompasem i sterem poznając stopniowo temat. Polecam ją osobom, które czują chaos mentalny po przeczytaniu Bieszka, Kosińskiego, Szydłowskiego i innych. To rozwieje Wasze wątpliwości. 

Turbosłowianie, przeczytajcie to negrosyjonistyczno-żydomasońskie biadolenie, zanim odkryjecie, że Roman Żuchowicz tak na prawdę nazywał się Raszyd Zuchowstein zanim zmienił nazwisko celem zniszczenia naszej tożsamości i otwarcia żydom granic Lechii by mogli tu wrócić i nas zniewolić. Ku chwale Imperium!

niedziela, 1 kwietnia 2018

Gemma Gary "Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic"



"Silent as the Trees. Devonshire Witchcraft, Folklore & Magic" to podróż po legendarnych i historycznych czarownikach i czarownicach zamieszkujących obszar hrabstwa Devon oraz sąsiedniej Kornwalii. Poznajmy magiczne artefakty ze sławnego Muzeum Czarownictwa, biografię i postać Cecila Williamsona (jak zwykle co książka to inaczej jest ona przedstawiona), legendy o Diabłach, psy Baskervillów, serca zwierząt nakłuwane igłami, domy pełne ropuch, ludowe sposoby zdejmowania klątw i uroków, diabelskie kamienie, procesy czarownic etc. W sumie wszystko co potrzeba do dobrej książki o wiedźmach. Nie brakuje pod koniec magicznych zaklęć, tyle, że nie są one w dobrym, pogańskim stylu. 

Ciekawe opracowanie tematu, z większym akcentem padającym na historię niż praktykę magii. Tutaj jest ona opisana z czysto antropologicznego punktu widzenia.

Ludowe historie o wiedźmach przedstawione są w klasycznym, brytyjskim fasonie. Fajnie, że na Diabła czasem mawiano "Daddy". Nie brakuje sposobu na przywołanie go poprzez okrążanie ruin siedmiokrotnie, co jest znanym motywem. Śmieszy trochę historia czarownicy, która nieświadomie zabiła własnego syna. Występują też dobrzy mężczyźni-czarownicy, którzy jak widać znali się na swoim fachu. Regionalizm odgrywa dużą rolę w brytyjskim czarownictwie - pamiętajmy, gdzie indziej "piskies", a jeszcze gdzie indziej "pixies" jakby ktoś chciał nałapać sobie chochlików. 

Książka ciekawa i wszystkim miłośnikom tematu gorąco ją polecam! I bądźcie ostrożni, bo nigdy nie wiecie, kiedy wśród Was pojawi się wiedźma z prawdziwego zdarzenia!

środa, 14 marca 2018

Andrzej Bronisław Pankalla, Konrad Kazimierz Kośnik "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy".


Interesuje mnie temat "słowiańskiej mentalności" i tego co nas Słowian różni od innych ludów. Czasem nawet zastanawiam się, co nas Polaków łączy, a co dzieli z innymi spokrewnionymi narodami Europy. W końcu warto studiować temat by poznać własną tożsamość.

Szczerze powiem, że nie znalazłem wiele odpowiedzi na powyższe zadawane sobie często pytania w książce "Indygeniczna psychologia Słowian. Wprowadzenie do realnej nauki o duszy" autorstwa Andrzeja B. Pankalli i Konrada K. Kośnika.

Zapoznając się z treścią przekartkowałem trochę oczywistych oczywistości o Słowianach; ich religii, obyczajach, mitach, demonach ludowych. Potem garść wiedzy z zakresu psychologii, co sprawiało, że czytając każdą, kolejną stronę musiałem sobie ziewnąć ... 

Autorzy piszą o niedoskonałości młodej nauki jaką jest psychologia, starają się nakryć na to sprawę słowiańskości. Trochę omówili stereotypów, trochę sprzeniewierzyli się znanym autorytetom. Poruszyli tematy modne, takie jak rodzimowierstwo słowiańskie czy problem Turbo-Słowian.

Akurat wiedzą na temat współczesnego nawrotu do tematyki pogaństwa mi nie zaimponowali; pisanie o Donatanie pomijając cały Black Metal, R.A.C. i resztę subkultur to ewidentne spoglądanie na temat neopogaństwa słowiańskiego w bardzo wąskim zakresie - rzekłbym "telewizorowo". Podobnie jak wzmianki o odzieży patriotycznej produkującej towar z nadrukami przedstawiającymi słowiańskich bogów; takich firm jest wiele (obecnie m.in. Slava Republic, Tirvall, Słowiańskie Koszulki, Slavicisanna).  Zarejestrowanych związków wyznaniowych rodzimowierczych mamy już obecnie bodajże pięć, wcześniej do 2018 r. były cztery, autorzy klasycznie podają, że są tylko trzy i pomijają tradycyjnie całą resztę niezależnych gromad. Policyjna historia bezdomnego człowieka, którego inni chcieli skremować jakoś nie zdradza mi żadnych wątków rodzimowierczych - przynajmniej Pankalla i Kośnik nic nie piszą szerzej na ten temat. Teraz wielu ludzi domaga się kremacji po śmierci bez względu na wyznanie religijne.

Psychologiem nie jestem i powiem, że w tą stronę nie zagłębiłem się bardzo czytając omawianą lekturę. Jednakże, nie spotkałem w całej pozycji czegoś, co szczególnie zwróciłoby moją uwagę.

Książka wałkuje znane już wszystkim tematy dotyczące religii dawnych Słowian, obecnego nawrotu do dawnej wiary i kultury. Warto się z nią zapoznać dla przypomnienia i utrwalenia sobie popularnych spraw. Nie uważam jej jednak za odkrywczą.

czwartek, 1 marca 2018

Vivianne Crowley "Zasady wicca. Jedyne wprowadzenie, jakiego ci potrzeba"


"Zasady wicca. Jedyne wprowadzenie, jakiego ci potrzeba" to krótka, acz sensowna prelogomena do tematu współczesnego czarownictwa. Celowo użyłem tego pojęcia mając na względzie treść. Choć w tytule pojawia się ukochane przez wiedźmy pojęcie "wicca" autorka jak to zazwyczaj bywa przedstawia czytelnikom tylko przedsmak tego, co może ich czekać kiedy wstąpią do covenu wicca tradycyjnej. A wtedy to dopiero robi się smakowicie ... Ślinka cieknie na samą myśl! 

Tak więc znana, gardneriańska arcykapłanka raczej opisuje coś co nazwalibyśmy czarostwem eklektycznym, bo żeby nauczyć się samej wicca to niestety musimy krwi napsuć jakimś arcykapłanom. Tutaj jednak wszystko wydaje się być krótkim, przed-przed inicjacyjnym kursem.

Crowley omawia podstawowe rzeczy - święta, przykłady wizualizacji, pracę z czakrami, żywioły, obala niektóre mity na temat samych czarownic i ich rzemiosła. Duży akcent pada na argumentację przyjętych założeń, to zaś sprawia, że autorka przedstawia temat od bardzo przystępnej strony. 

Oczywiście nie chcę się tutaj wdawać w polemikę; nie z wszystkim mogę się rzecz jasna zgodzić, pewne poglądy mi nie odpowiadają podobnie jak postrzeganie całego świata, które choćbym chciał to przyjąć nijak nie potrafię. 

Zasadniczo są to rzeczy podstawowe, więc trudno tu w cokolwiek się zagłębiać. Może kilka potknięć bym znalazł, np. Parwati czy Paszupati to hinduski pan zwierząt? Pewne rzeczy też nie są jasno powiedziane, oczywiście domyślam się o co chodzi, ale podejrzewam, że osoby z zewnątrz, które nigdy nie przeszły wiccańskiej inicjacji mogą to zrozumieć trochę na opak.

Podoba mi się to, że arcykapłanka pisząc tę pracę wykorzystuje klasykę dzieł religioznawstwa, psychologii i posługuje się ogólną wiedzą, które wiedźmy przekazują w swoich rodzinach. Zaintrygował mnie wątek śmierci i kultu zmarłych w Irlandii. 

Myślę, że książeczka powinna znaleźć się w "magicznej biblioteczce" każdej osoby zainteresowanej tematem wicca. Polecam!

środa, 28 lutego 2018

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król (ed.) "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion"


Wracamy do tematu uwielbianego przeze mnie neopogaństwa. Tym razem pod lupę weźmiemy sobie pracę zbiorową pod redakcją Adama Anczyka i Joanny Mality-Król pt. "Walking the Old Ways in a New World. Contemporary Paganism as Lived Religion". Zaczynamy!

Adam Anczyk, Joanna Malita-Król 
"Between "theological correctness" and everyday life: contemporary Paganism as lived religion".

Na samym początku redaktorzy tomu wprowadzają nas do tematu neopogaństwa - czyli piszą o problemie antykoncepcji, stosunków seksualnych przed ślubem u polskich katolików i przebywających w naszym kraju muzułmanów. Muszę przyznać, że do tematu poruszanej w niniejszej książce tematyki pasuje to wręcz jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod koniec autorzy coś łaskawie wspominają o neopogaństwie, tak więc może skończonej tragedii nie ma.

Z jednym małym wyjątkiem - Malita-Król i Anczyk wspominając o rodzimowierstwie informują, że w 2016 r. istniały w Polsce trzy zarejestrowane związki wyznaniowe, powołując się na pracę P. Ciecieląga. Z tym nie jest tak łatwo, bo w latach 90. ubiegłego stulecia do rejestru podały się faktycznie trzy grupy: Rodzimy Kościół Polski, Polski Kościół Słowiański i Rodzima Wiara (początkowo Zrzeszenie Rodzimej Wiary). W następnej dekadzie dołączyła także Słowiańska Wiara - Zachodniosłowiański Związek Wyznaniowy. Powinny być zatem cztery grupy. Los PKS jest nam nieznany, prawdopodobnie przestał on istnieć choć dalej widnieje w rejestrze. 

Ważne jak dla mnie jest to, że oprócz tych zarejestrowanych związków istnieje też cały szereg mniejszych gromad, które utworzyły nawet Konfederację Rodzimowierczą. Część z nich przyłączyła się formalnie do tych zarejestrowanych, a niektóre utworzyły nowy Związek Wyznaniowy Rodzimowierców Polskich „Ród” (to akurat mniej więcej z czasem ukazania się tej publikacji, więc nie można autorom mieć za złe, że tego nie wymienili). 

Osobiście uważam, że nie można ograniczać wizerunku rodzimowierstwa w Polsce tylko do zarejestrowanych związków, bo to właśnie te mniejsze gromady i charakterystyczny dla tego nurtu religijnego regionalizm jest głównym wyróżnikiem. Tym "zarejestrowaniem" wycierają sobie twarz przedstawiciele jednej z najmniej reprezentatywnych grup, co wpływa negatywnie na wizerunek pozostałej reszty - tej znacznie bardziej szanowanej i wzorcowej.

Dominique Beth Wilson, Carole M. Cusack 
"Australian Pagans: fashion, music, and festivals"

Autorzy następnego artykułu przenoszą nas myślami do Australii. Na początku czytamy regularnie powtarzane brednie  o tym, jak to Gerald Gardner opowiadał, że inicjowała go Dorothy Clutterbuck-Fordham. Wiemy, że nie były to zeznania ojca religii wica, tylko osób, które (prze)interpretowały jego słowa. Potem robi się już lepiej, czytamy o Rosaleen Norton i o tym jak w ostatnich dekadach poganizowała się Australia. Powiem szczerze, że artykuł wydaje mi się być pisanym na siłę esejem o charakterze reklamowym. Wilson i Cusack referują o subkulturach, festiwalach, artystach dobrze znanych, firmach produkujących akcesoria czy ubrania dla fluffików. Nic nadzwyczajnego. Oczywiste oczywistości.

Monika Banaś 
"In the name of Odin I pronounce you husband and wife". Neo-Pagan movements as a sign of reshaping the social and cultural order in contemporary Nordic countries"

Trochę o historii państw nordyckich, trochę podstaw o mitologii skandynawskiej i trochę o Ásatrú w kilku krajach. W sumie niczego nowego się nie dowiedziałem, powtórzenie popularnych informacji.

Ullrich R. Kleinhempel 
"New Ways to Sites of Power. Retrieving  a spiritual landscape in Franconia"

Niby artykuł jest o różnych, energetycznych miejscach, ale w rzeczywistości stanowi dobre lekarstwo na bezsenność. Kilka ciekawostek, kilka ładnych zdjęć, a z artykułu nic konkretnego nie wynika.

Celso Luiz Terzetti Filho 
"Celebrating the Gods of the Land. The Three Races Myth and the case of Piaga Paganism in Brasil"

Ku swojemu zaskoczeniu czytam o specyficznym micie trzech ras: białej, czarnej i lokalnej, które tworzą swoistego rodzaju mieszankę dla swoich pogańskich wyznawców określaną mianem "Piaga", co oznacza "szamana".

Widzę, że nie tylko my mamy Turbo-Słowian - są też Turbo-Brazylijczycy, którzy uważają się za potomków Atlantów, Fenicjan, Wikingów czy Europejczyków z Basenu Morza Śródziemnego.

W dalszej części artykułu Filho dokładnie opisuję "Villę Paga" stworzoną i prowadzoną przez Rafaela Nolêto. Powiem szczerze, że podziwiam tę grupę, obserwuję ją na bieżąco na Facebooku. W swojej kultowej wiosce mają ulice poświęcone rozmaitym bogom wielu panteonów. Czczą bogów wielu kultur (nie brakuje też ołtarzy poświęconych naszym, słowiańskim), a wszystko w lokalnym, brazylijskim stylu. Unikatowy klimat. Gorąco go polecam artykuł na ten temat!

Yentl Schattevoet 
"All Power is in nature: Dutch Pagans and their relationship with Other-Than-Human Persons" 

Przenosimy się myślami do pogańskiej Holandii. A dokładnie do kwestii bytów nadprzyrodzonych (bogów, demonów, aniołów, zwierząt totemicznych etc.) wśród holenderskich neopogan. Pani Schattevoet posługuje się pojęciem "other-than-humans" pochodzącym z prac Grahama Harveya, które autor pierwotnie używał w określeniu istot z religii Odżibwejów. Ciekawa praca podparta wywiadami; kilku wyznawców dokładnie opisało jak rozumie owe byty i jak z nimi pracuje, współżyje, a także jak je na co dzień traktuje. Interesujący esej.

Roman Shizhenskiy 
"The role of food in contemporary Russian Neopaganism" 

Przenosimy się do Rosji. Trochę czytamy o neopogaństwie powstałym w ZSRR i jego kontynuacjach. Na piedestale stoją napoje i potrawy jedzone podczas obrzędów i świąt. Nie brakuje kolorowych zdjęć. Jest też trochę o ofiarach, tych krwawych i bezkrwawych. Już wiem, że rytualne pojedynki nazywają się "prya" po rosyjsku. Dużo ciekawostek. Ogólnie fajny artykuł.

Adam Anczyk 
"The Art of borrowing: interpreting contemporary Pagans' ritual fashion" 

Tutaj Pan Anczyk nakłania nas do małej wizualizacji celem wykazania różnic we wrażeniu jaki zrobi na nas strój rodzimowierców ze strojem grupy wiccan eklektycznych. Tylko pytanie co będzie jeśli pobłądzę i zobaczę typową grupę amerykańską, która często łączy eklektyczną wicca z rekonstrukcjonizmem? A coraz więcej wiedźm z Nowego Kontynentu chwali mi się inspiracjami słowiańskimi w prywatnych wiadomościach na Facebooku. Eksperyment się nie udał, ale mniej więcej rozumiem o co chodziło autorowi. Ponadto dlaczego mam wizualizować coveny składające się głównie z kobiet? Marne stereotypy.

Potem kilka stron na temat mody. Tylko pytanie czy w przypadku np. czarownic możemy mówić o modzie? Kolor ma znaczenie dla większości wyznawców, a także liczy się także pewna praktyczność stroju (np. czarne peleryny by nie być widocznymi w nocy w lesie czy luźna szata by móc ją szybko zrzucić z siebie).

Mam wrażenie, że w dalszej części artykułu Anczyk na siłę powiązać ze sobą pewne historyczne fakty. Moim zdaniem trochę przez to spłyca dokładny obraz rzeczywistości. Czym np. ezoteryczny armanizm czy ariozofia wpłynęły na późniejsze postacie neopogaństwa? Runy znane są z wielu źródeł, czy to tylko wpływ Guido von Lista? Ile z zachodniej tradycji ezoterycznej wchłonął druidyzm i co powoduje, że zalicza go Pan do tej kategorii? Tak samo autor wspomina Lecha Emfazego Stefańskiego jako jednego z twórców słowiańskiej ezoteryki i założyciela RKP. OK, tyle, że z tego co się orientuję RKP to nie jest wielce ezoteryczna organizacja, co poniektórzy z tego związku sprawiają wrażenie jakby w ogóle się tym tematem nie interesowali.

Clothing used in esoteric traditions, apart from being important in celebrations, festivities and mystery ceremonies, has a certain "working" character, with mages or wizards, or witches, using specific clothing when they work. (s. 190)

Tylko kogo miał Pan na myśli pisząc "wizards"? Jeśli wiccan, to wielu "(male) witches" poczuło się obrażonych. Wiem, że są tacy mężczyźni co chcą używać tego słowa zamiast "witch", jednak należą oni do mniejszości. W tym konkretnym przypadku nie wiem jednak o kim mowa?

The symbolism (the pentagram, for instance) and clothes used in  some Wiccan ceremonies can suggest to a potential observer that the group in question is esoteric in character (even if it invokes Pagan deities during rituals, since Aleister Crowley also raised his arms to Pan, Isis or Horus). (s.191)

Też ten nawias wskazuje ponownie na jakieś usilne łącznie różnych faktów. Działalność Crowleya kończy się na dobrą sprawę wtedy kiedy Gerald Gardner tworzy swoją religię. "Hymn do Pana" to rok 1913, czas powstania wicca (pierwotnie wica) to na dobra sprawę schyłek lat 40. XX w. Tak samo możemy powiedzieć, że "dla wiccan znaczenie ma nagość odkąd Ruch Wędrownych Ptaków maszerował nago po niemieckich górach (bo w końcu to korzenie współczesnego naturyzmu, a wica powstała wiele lat później wśród brytyjskich naturystów)", albo "zakreślenie rytualnego kręgu ma znaczenie dla wiccan od czasu kiedy "Klucz Salomona" był znany w kręgach czarowników w renesansie". Czasowo dostrzegam w tym pewną rozbieżność. Czego to ma dowodzić?

Dalej w artykule czytamy o muzułmankach, które oburzyły się słysząc, że w Europie żyją politeiści, a na końcu jakieś dziwne reakcje na widok zdjęć z poganami różnych wyznań i powiązane z tym statystyki. Nic specjalnego.

Giuseppe Maiello 
"Representations of one's own funeral among the contemporary Czech Pagans" 

W 2011 r. czeska poganka zginęła w wypadku samochodowym, a pod koniec tego samego roku jeden z sześciu współzałożycieli rodzimowierczej grupy w tym kraju popełnił samobójstwo. Tym śmiertelnym akcentem przechodzimy do artykułu kolejnego, który porusza kwestię schodzenia z tego świata przez naszych pogańskich sąsiadów zza południowej granicy. Maiello opisuje zaistniałe problemy i sytuację wśród czeskich pogan po śmierci "Rowen" i "Stanislava". Co ciekawsze w dalszej części eseju autor przedstawia wyniki wywiadów, w których czescy poganie opisali jak wyobrażają sobie swoje pogrzeby i co powinno stać się z ich ciałami po śmierci. Wesołe pochówki, kremacje lub ich brak. Ciekawy temat. Gorąco polecam, artykuł na prawdę wciągający choć krótki.

Joanna Malita-Król 
"Wiccan tools. On the accesories of a modern witch" 

O dyletanctwie jakim zaszpanowała na oczach wielu Pani Joanna Malita-Król pisałem już w poście dotyczącym jej artykułu pt. "Wiccańskie gadżety, czyli narzędzia współczesnej czarownicy", który ukazał się w pracy zbiorowej pt. „Czarownice, studia z kulturowej historii fenomenu” red. A. Anczyk, J. Doroszewska, K.M. Hess. Gorąco zachęcam do przeczytania!

Malita-Król najwyraźniej myślała, że zdobędzie Rysy Sławy, a moim zdaniem udało jej się zdobyć co najwyżej Rysy Samoupokorzenia. Ale, żeby tego było mało autorka, najwyraźniej pewna swoich sukcesów postanowiła przetłumaczyć opublikowany wcześniej artykuł na język angielski i puścić w świat by zdobyć Himalaje Sławy. Moje gratulacje! Właśnie udało jej się zdobyć Himalaje Samokompromitacji!

Często polscy studenci śmieją się z zachodnich badaczy, którzy przejeżdżają do naszego kraju myśląc, że zaskoczą wszystkich swoją olbrzymią wiedzą. Kiedy tylko zadaje im się pytanie o podstawowe rzeczy od razu nie wiedzą jak z tego wybrnąć. Dlaczego oni mają takie wyobrażenia na nasz temat? Długo się zastanawiać nie muszę skoro widzę, jakie prace polskich "badaczy" wpadają im do rąk ...

Myślę, że nie ma co tutaj się wiele powtarzać. Wszystko omówiłem poprzednio. Pani Malita-Król twierdząc, że jako "wicca" rozumie przede wszystkim "wicca tradycyjne (czyli gardnerian i aleksandrian) oraz wicca eklektyczne" opisuje narzędzia czarownic czysto z perspektywy wicca eklektycznej za pomocą źródeł wicca tradycyjnej i rzadziej eklektycznej ... Wychodzi z tego totalny misz masz.

Autorka kompletnie nie rozróżnia tych dwóch ścieżek. To tak jakby pisać o Kościołach chrześcijańskich i twierdzić, że ikony świętych wiszą w zborach - nie rozróżniać prawosławia od protestantyzmu, a wszystko opisywać zbiorczym terminem "chrześcijaństwo".

Przykładem tego jest choćby pomylenie "bolline", charakterystycznego dla eklektyzmu narzędzia z nożem z białą rączką używanym przez wiccan tradycyjnych, pomimo faktu, że respondenci wspominają o nim w wywiadach ... Malita-Król nie stroni od wielu merytorycznych błędów. Twierdzi np., że narzędzi czarownic jest 7, a prawda jest taka, że w niektórych liniach jest ich np. 9. Daje przy tym ślepą wiarę jednemu ze źródeł, którym dysponuje i chociaż w innym, z którego także korzysta znajdują się jeszcze inne informacje, całkowicie je ignoruje z nieznanych mi przyczyn. Z innych ciekawostek np. dowiaduję się, że wiccanie nie korzystają z ksiąg cieni podczas swoich obrzędów, co jest bzdurą. Jeśli nikt mi nie wierzy, to zachęcam do wysłuchania wystąpienia Maxine Sanders (dostępny na YouTube film pt. "Friends of the Museum of Witchcraft - Annual General Meeting - Maxine Sanders - In Conversation." Dokładnie w 14 minucie jest o tym mowa). Autorka opisując ołtarz nie wymienia nawet 50% rzeczy, które na nim leżą. Wszelkie jej domysły okazują się być błędne (np. że symbolika narzędzi zależna jest od linii przekazu), opisuje różdżkę typową dla eklektyzmu, podobnie jak wykorzystanie innych narzędzi. Itd. itd. itd. Gdzie mogła się pomylić tam to bez wahania uczyniła ...

Co nowego tutaj? Właściwie jest to ten sam artykuł, więc czym autorka mogła się skompromitować w Polsce tym skompromitowała się na cały anglojęzyczny świat. Zwracam uwagę, że na Zachodzie jest dużo publikacji na ten temat, a tamtejsi wiccanie biorąc do rąk taką pracę muszą sobie dopiero nieźle pomyśleć: "autorka odkryła Amerykę i to jeszcze na poziomie 15-letniej dziewczynki, która wrzuca film na YouTube i uczy wszystkich jak wygląda prawdziwa "wicca" ...". Może jej tego nie powiedzą, a jeszcze ją pochwalą (w szaleństwie jest metoda), no, ale cóż, fakty prędzej czy później wyjdą na jaw. Ale przyjrzyjmy się temu dokładnie.

Oczywiście zeszłym razem byłem na tyle litościwy, że nie wywaliłem na wierzch autorce wszystkich błędów, które znalazłem w jej tekście. Stwierdziłem, że niech Joanna Malita-Król pozna moje dobre serce. Może jednak zmienię zdanie tym razem? A może przynajmniej trochę ... Anglojęzyczna wersja artykułu jest trochę rozbudowana. A zatem przyjrzyjmy się, czym nowym zaimponowała wicccanom badaczka.


SKYCLAD GUN 33 i 1/3 ...

Kolejną wtopą autorki jak na mój gust jest zdjęcie na stronie 231. Przedstawia ono pentagram, a Pani Malita-Król twierdzi, że to pentakl. Pentakl to płaski dysk, który leży na ołtarzu, a to na zdjęciu wygląda mi na pentagram, który się nosi na szyi.

Przykład zdjęcia pentakli podaję poniżej (a przynajmniej tego jak mniej więcej on wygląda w wicca tradycyjnej):


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niżej pod zdjęciem Malita-Król informuje:

The pentacle is a flat disc made from brass, wood or other solid material with pentagram inscribed on it (the pentagram is the symbol, whereas the pentacle is the physical object - but sometimes those both names are used to identify the physical object), although other markings can be added as well, like the symbols of the gods or particular elements. (s. 231-232)
Jakby już sama nie wiedziała o czym pisze ... Na pentaklu np. błogosławi się sól (o czym referuje autorka dalej w tekście). Jak wyobraża sobie Pani robienie tego na tym czymś co nam sfotografowała, a konkretnie mam na myśli wysypywanie na to coś soli? A to, że pojęcia "pentakl" i "pentagram" są mylone wynika rzecz jasna z tego, że w literaturze dotyczącej eklektyzmu pojawiają się rozbieżności. Pani jednak tego nie zaznacza.

Potem znowu wzmianka o pentagramie i co on symbolizuje, a znowu dalej autorka kontynuuje wątek pentaklu mieszając pojęcia doszczętnie (s. 232). Tutaj powołuje się na eklektyka Cunninghama i twierdzi, że pentakl może być wieszany nad drzwiami  i oknem dla ochrony domu. Moja uwaga jak wyżej.

Na stronie 233 mam wrażenie, że autorka myli sznury rytualne z miarą, o których wspomina w poprzednim zdaniu.  To miara jest zwracana adeptowi, a nie sznury, które nie mają wpływu na przysięgę ...

Potem czytamy o biczowaniu 40 razy inicjowanego (s. 233). Wszystko fajnie, ale na innych stopniach inicjacji wygląda to inaczej. 

Potem Malita-Król zachwyca nas cytując za Raymondem Bucklandem tekst mówiony podczas ceremonii błogosławieństwa ciastek i wina. Oczywiście autorka daje się łatwo nabrać na zmyloną wersję. Wiccanie często publikują zaklęcia z pominiętymi fragmentami, ze zmyłkami, bo uważają, że w ten sposób dochowują tajemnicy. Ten sam tekst podają m.in. Janet i Stewart Farrarowie w filmie "The Occult Experience", ale i tu jest ukryty pewien szkopuł. Ci znani aleksandrianie wystąpili w latach 70. w reportażu dla BBC. Na samym początku inscenizują scenę błogosławieństwa, a ten tekst mówią w jeszcze innej, zmylonej wersji. Co Pani badaczka na to? Zapewniam, że obie wersje nie są prawdziwe.

Niżej wzmianka o figurkach bogów i koncepcjach teistycznych wśród wiccan. No dobrze, ale jak ma się np. to, że niektórzy wiccanie to ateiści (co autorka odnotowuje w przypisie) do figurek bogów na ołtarzu? Czy wiccanie-ateiści ich tam nie stawiają? Po co ten odnośnik?

Potem na stronie 234, Pani Malita-Król zwraca uwagę, że wiccanie nie lubią łączyć panteonów, przy okazji figurek wspomina, że koło Artemidy nie powinno się stawiać Horusa. No fajnie, ale zapewniam Panią, że główna boska para bogów, których imiona wykorzystywane są podczas rytuałów wicca tradycyjnej wywodzą się z różnych panteonów, a wiccanie nie widzą w tym problemu. 

Na stronie 235 kolejne zdjęcia autorstwa Pani Mality-Król tym razem przedstawiające kolorową świeczką z symbolem Potrójnej Bogini. Generalnie używana w rytach eklektyków, w moim covenie coś takiego uznane by pewnie zostało za śmieszne. Mam wrażenie, że autorka próbuje pokolorować ten marny artykuł zdobiąc go zdjęciami ... 

Potem kolejne zadziwiające zdjęcie różdżki, typowo-eklektycznej jakiej w swoim covenie nigdy nie widziałem. Swoją drogą mam podobną - wystruganą z drzewa, w które uderzył piorun. Ale to nie do rytuałów wicca tradycyjnej. 

Na s. 237 informacja, że szata jest biała albo czarna - zapewniam, że nie zawsze. 

Na s. 242 fotka z kolejnym pięknym kociołkiem. I znowu się zastanawiam co autorka chciała za jego pośrednictwem udowodnić? Mam taki sam. Zapewniam Panią, że w rytuałach w moim covenie nie wykorzystywaliśmy takich. Używaliśmy dużo większych, o wielkości kotłów ogrodowych. Miało to swój wieloraki powód: praktyczniejsze - można więcej spalić w nim rzeczy, zrobić większa chmarę dymu z kadzidła. Drugi powód jest taki, że metal, z którego był ów kocioł zrobiony odgrywał dużą role przy dywinacji - charakterystyczny, metaliczny połysk wpływał na zmysły. Wyobraża sobie Pani wróżenie z takiego malutkiego kociołeczka i to z takiego tworzywa? Prędzej by Pani zasnęła nad nim niż coś zobaczyła ... Ewidentnie Pani Malita-Król chce się pochwalić, że nabyła coś takiego w przeciętnej brytyjskiej rupieciarni, którą można znaleźć w każdym mieście w tym kraju. Niebywałe osiągnięcie! Oczywiście takie kociołki wiodą prym w eklektyzmie.

242-243 - Jakieś ciekawostki o tym, że wiedźma w ogóle nie potrzebuje narzędzi. No wiccańskiego rytuału Pani nie odprawi inaczej. A magia prywatna wyznawców, odbywająca się poza kręgiem, to już zupełnie inna para kaloszy.

BADANIA TERENOWE, OBSERWACJA UCZESTNICZĄCA, UCZESTNICTWO W RYTUAŁACH - CZYLI TUPET, WYSOKA SAMOOCENA ORAZ DOBRY PIJAR PODSTAWĄ SUKCESU...

Nie jest dla mnie tajemnicą, że aby dokładnie zbadać wicca tradycyjną jest tylko jedna ku temu metoda: trzeba wstąpić do covenu, przejść inicjację i zobaczyć wszystko od środka. Nie ma innej metody! Jedynie wtedy mamy dokładną możliwość zbadania tego tematu. Wtedy widzimy co w publikacjach jest kłamstwem, a co nie. Poznajemy szczegóły rytuałów nieopublikowane nigdzie. Poznajemy ukryte zachowania samych wiccan i ich środowiska. Wielu badaczy poszło tą drogą, z czego najbardziej chyba znana jest Tanya Luhrmann. Czy ktoś zakwestionował wartość merytoryczną prac tych naukowców, którzy tak zrobili? Osoba, która chce zbadać temat z perspektywy obserwatora z zewnątrz nie ma szans nie natknąć się na pułapki jakie ten temat za sobą niesie.

Jako inicjowany wiccanin widzę gołym okiem, że Joanna Malita-Król nie jest inicjowaną wiccanką, bo gdyby była nie pisałaby takich bzdur. Dosłownie wykłada się na wszystkim co możliwe.

W jej zachowaniu drażni mnie nie tyle sam dyletantyzm. On jest typowy dla osób, które sobie przeczytały kilka książek o wicca eklektycznej i wydaje im się, że wszystko wiedzą najlepiej, bo na dobrą sprawę we wszystkich napisane jest to samo.

Jeśli sobie otworzymy przeciętny podręcznik to przeczytamy:

Czym jest wicca? ... Bla, bla, bla ...  Potrójna Bogini i Rogaty Bóg ...Bla, bla, bla ... Magia ... Bla, bla, bla ...Koło roku ... Bla, bla, bla ... Reinkarnacja ... Bla, bla, bla ... narzędzia czarownicy ... Bla, bla, bla ... Czyń co chcesz tylko nikogo nie krzywdź nie znaczy wcale ... Bla, bla, bla ... Magia kamieni, kolorów ... Bla, bla, bla ... 
I taki jest schemat przeciętnej książki. Ale zapewniam, że nie oddają one tego co ma miejsce w wiccańskich kręgach. Bardzo łatwo się na to nabrać.

Irytuje mnie pompa z jaką autorka buduje sobie doskonały Public Relation; że niby "przeprowadziła obserwację uczestniczącą, badania terenowe, uczestniczyła w rytuałach wiccańskich" ... A przyjrzyjmy się temu dokładnie.

W tekście znajduję informację, że autorka brała udział w wiccańskich rytuałach na północy kraju. To teraz pojawia się pytanie, co to były za rytuały? Przecież wicca tradycyjna to według definicji nawet przyjętej przez autorkę "inicjacyjna, misteryjna religia". Żeby wziąć w nich udział trzeba przejść inicjację. Wiccanie nie wpuszczają na swoje obrzędy gości, a już tym bardziej badaczy czy dziennikarzy, no chyba, że jak historia pokazuje robią specjalny show imitując swoje prawdziwe rytuały. Więc z tego wniosek, że autorka musiałaby przejść inicjację, żeby brać udział w rytuałach wiccańskich. Już wiemy z dokładnej analizy obu artykułów, że nie mogła tego zrobić.

Nieskromnie podejrzewam, że autorka brała udział w rytuałach warsztatowych, które organizuje co roku środowisko "Wiccańskiego Kręgu" pod nazwą Wicca Study Group. Oczywiście jest to rodzaj spotkania integracyjnego, mającego charakter promocyjny - wiccanie mówią podstawowe rzeczy o swojej religii, pokazują siebie jako kochająca się rodzinę ze swoimi symbolami na szyi. Zachęcają tym sposobem innych do wstąpienia w swoje szeregi. Na tych warsztatach odbywa się też rytuał integracyjny, który bazuje swoim schematem na rytuale wiccańskim.

Oczywiste jest to, że wyznawców obowiązuje w dalszym ciągu przysięga milczenia. Jak wiemy dochowują jej na różne sposoby przy swojej publicznej działalności: mówią rytualne teksty okrojone, ołtarz przygotowują ze zmyłkami, np. to co powinno leżeć po prawej stronie kładą w innym miejscu, albo wystawiają tylko część narzędzi. Nieskromnie podejrzewam, że to właśnie stąd Malita-Król wzięła opis ołtarza - ze zmylonego, pokazowego ołtarza podczas rytuału dla mas. To mniej więcej tak jakby recenzować film oglądając tylko i wyłącznie sam zwiastun. Chyba nie muszę mówić, jaki jest tego efekt ... Widać go tutaj gołym okiem.

Pokazowy rytuał, w którym udział wziąć może każdy ma być w pełni podstawą dla Mality-Król do opisania obrzędów inicjacyjnej religii misteryjnej? To się kłóci samo w sobie. Czy tam wszyscy byli nadzy z Panią włącznie? Nie, tam niektórzy byli w szatach, inni przebrani w jakieś śmieszne stroje, a reszta w zwykłym codziennym ubiorze. Jak na bazie czegoś takiego można powiedzieć, że się uczestniczyło w rytuale wiccańskim? Jest to czysty przykład hipokryzji. Kogo Malita-Król próbuje na swój pijar nabrać?

Dla przykładu powiem, że z tego co wiem amerykańscy skauci często pod koniec swojego obozu przebierają się w stroje Indian i odprawiają uroczysty "indiański ryt". I teraz pytanie, czy to jest ryt typowo indiański? Idąc tokiem rozumowania Pani Mality-Król, uczestnicząc w czymś takim pewnie miałbym podstawy, żeby wpisać sobie w CV "uczestniczyłem w rytuałach indiańskich". Tak dokładnie postępuje autorka w przypadku wiccan. Albo inny przykład: chodziłem do klasy z koleżanką, która była świadkiem Jehowy, raz przyszli do mnie członkowie jej grupy ze "Strażnicą" zatem mam podstawy, żeby twierdzić, że "przeprowadziłem obserwację uczestniczącą wśród świadków Jehowy". No chwila, ale życie tych ludzi to spotkania w sali królestwa, domowe wielbienie, unikanie wielu rozrywek, nie zgadzanie się na transfuzję etc. Jaki mieć mogę obraz wyznawców po jednej znajomości, a co dopiero nazywać to "obserwacją uczestniczącą"?

Zachowanie Mality-Król jest dla mnie przejawem zwykłego kłamstwa - autorka próbuje sztucznie zagwarantować sobie autorytet twierdząc, że robiła coś o czym nie ma tak na prawdę pojęcia. Pod ryty warsztatowe ukradkiem wkłada informacje o wicca. Nie tylko fałszuje obraz wicca tradycyjnej, ale z tupetem tworzy sobie image erudyty. 

Oczywiście gdy przyjrzymy się uważnie całemu tekstowi to widzimy, że w prowadzonych wywiadach respondenci wymienili tylko jakich narzędzi używają i kilka sensacyjnych nowinek. Informacje o samych narzędziach Malita-Król czerpie z książek, na czym też wychodzi nie najlepiej. Oczywiście korzysta z nich wybiórczo, raptem z kilku prac na krzyż, pomija inne źródła.

Poziom "badań" autorki przypomina mi rozważania na temat tego jakiego koloru są róże. Idę na stragan, widzę, że sprzedają tam czerwone róże, to piszę, że "róże są czerwone". No dobrze, ale kiedy zerknę do innych źródeł to się dowiem, że róże są też w wielu innych kolorach. Jeśli chcemy zbadać mentalność Brazylijczyków, to musimy polecieć do Brazylii i tam chwilę z tubylcami przebywać. To jak bada wicca Malita-Król przypomina mi raczej robienie tego zdalnie poprzez oglądanie telenoweli brazylijskich. Chyba każdy się zgodzi, że nie jest to najlepsza metoda.


Uważam, że Malita-Król zwyczajnie posuwa się do kłamstw podciągając sobie wiele rzeczy pod pojęcia "obserwacja uczestnicząca" czy "badania terenowe". Jak już pisałem, jest tylko jeden sposób na wykonanie tego, którego ona nie wykorzystała.

DOKTORANTKA W INSTYTUCIE RELIGIOZNAWSTWA 
UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

Na jednej z Facebookowych grup znalazłem ostatnio wpis Pani Mality-Król, którym poinformowała wszystkich, że za niedługo będzie bronić pracy doktorskiej na temat wicca. Mając za sobą dwa artykuły jej autorstwa chyba nie muszę spekulować jaki będzie finał jej pracy. Oczywiście jak znam życie autorka obroni go, bo profesorowie w komisji nie znając tematu łatwo dadzą się nabrać na serwowany przez nią kit.

Najwyraźniej tupet, wysoka samoocena wystarczą w zupełności do osiągnięcia sukcesu. Nie od dziś wiadomo, że Instytut Religioznawstwa UJ to siedlisko naukowego lobby - kto wejdzie w dobry układ ten mimo wszystko wyjdzie z doktoratem. Kto jest bez układu to go kopną i potraktują jak śmiecia. Tak wygląda polska nauka - nieważne co wiesz, co sobą prezentujesz, wciskanie kitu i tak przejdzie jak jesteś w solidnym układzie. Jeszcze na początku studiów doktorant zmuszany jest do podpisania się pod przysięgą, w której zobowiązuje się dbać o dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego ...

Co do prac Mality-Król to jako inicjowany aleksandrianin gorąco przed nimi przestrzegam. Autorka kompletnie nie zna się na temacie wicca.

Melissa Harrington
"The Wicca Man - a quiet revolutionary" 

Tom zamyka artykuł autorstwa znanej wiccańskiej arcykapłanki Melissy Harrington na temat mężczyzny-czarownika. Bardzo lubię ten temat, więc cieszę się, że esej wpadł mi w rękę.

Na pierwszy rzut oka widać, że pisze to osoba dobrze zaznajomiona z tematem - prowadząc badania w środowisku wiccan, autorka zwraca uwagę na wiele detali, m.in. stopnie kapłanów. Dla osoby  zewnątrz pewnie nie grałoby to żadnej roli, jednakże wiccanie wiedzą, że pewne etapy odpowiadają pewnemu doświadczeniu, a co za tym idzie - wpływa to na dalszy światopogląd.

Stosując metodę kuli śnieżnej Harrington dotarła do wielu "panów-czarownic" w swoim kraju. Ciekawe wyniki. Te historie o dzieciach i rozwodach brzmią śmiesznie, ale taka rzeczywistość. Ale, że autorka znalazła tylu heteroseksualnych kapłanów wiccańskich? I to jeszcze kilkoro z nich było konserwatystami. To chyba tylko ja miałem takiego pecha lądując gdzie wylądowałem ... Zawsze wierzyłem, że istnieją coveny dla porządnych ludzi. Tylko w Polsce takich brakuje. Emigrowałbym!

Nie rozumiem tylko co autorka miała na myśli pisząc, że tylko heteroseksualizm odgrywa w magii pozytywną rolę przytaczając nauki Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, słowa Tanyi Luhrmann, a potem prace Dion Fortune i (sic!) "Mszę gnostycką" Aleistera Crowleya? Przecież Crowley tak w pełni heteroseksualny nie był ... Chyba, że coś źle zrozumiałem.

Artykuł bardzo poprawił mi humor. Miejscami czułem się jakbym sam o sobie czytał. Zdecydowanie jest to najciekawszy jak dla mnie esej w całym zbiorze.

Podsumowanie

Jak to w takich zbiorówkach; nie brakuje artykułów lepszych (Harrington, Filho, Maiello, Schattevoet, Shizenskiy), przeciętnych (Anczyk, Wilson & Cusack, Banaś, Kleihempel), po skończoną tragedię (Malita-Król). Generalnie dochodzę do wniosku, że tomik warty jest swojej ceny, kilka wypracowań wniosło coś nowego do badań nad neopogaństwem. Polecam, acz zaznaczam, nie wszystkie opublikowane w nim teksty zasługują na miano dobrych.

środa, 21 lutego 2018

Aleksandra Archangielska „Pagan Tarot czyli tajemnice talii pogańskiej”



Jak pogańskiej to nie możemy przejść obojętnie. A już ta okłada mówi sama za siebie: „kup mnie i przeczytaj. A potem skop na blogu”. 

„Pagan Tarot czyli tajemnice talii pogańskiej” to jak wskazuje tytuł dokładne opracowanie jednej ze współczesnych wersji kart Tarota. Czy jednak aż tak dokładne to bym polemizował. Urocze jest np. to, że w książce znalazły się czarno-białe obrazki przedstawiające Wielkie Arkana, a przy okazji omawiania każdej z osobna karty dogłębnie analizowana jest symbolika zawartych na niej kolorów. Na prawdę rewelacyjne! Podobnie jak to, że w dalszej części książki czytamy opisy kart Mniejszych Arkanów, ale już w ogóle nie widzimy jak te karty wyglądają. Dobrze, że oprócz kolorów autorka napisała co na nich widać. Albo czego raczej czytając nie widać ... 

Popularne eklektyczno-newage’owe pierdoły. Porady, których jak zwykle w życiu nie sposób zastosować. Pogaństwo w wersji dla mas, nie dla elit.

No, ale sama estetyka kart bardzo zachwyca. I to jest powód, żeby tę talię nabyć. Śliczne kapłanki, piękne plenery. No tyle, że nie wiem jak z tą kolorystyką jest do końca ... 

Malowidła silnie inspirowane wicca (dlaczego autorka używa pojęcia „wicci” to nie wiem). Oczywiście chyba nie trzeba pisać, że w wicca tradycyjnej wszystko wygląda inaczej niż w eklektycznej, zwłaszcza ta inicjacja na okładce. 

niedziela, 18 lutego 2018

Bartłomiej Grzegorz Sala „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów”



„ ... Krew ...Trudno o nią w tych czasach [...]”

Gdzie się podziały tamte wampiry? Te ohydne bestie z oślizłymi twarzami pełnymi sierści ... Teraz to romantycy w skórzanych płaszczach z podkreślonymi czarną kredką oczami, bladymi twarzami, którzy piją krew ludzką a co gorsza, cierpią, bo ludzie nie mogą ich przez to zrozumieć. Wygląda mi to na hollywódzko-gotycki refleks współczesnych problemów gejowskich, ale co gorsza psuje to image prawdziwego, ludowego wampira. Teraz nieumarli udzielają wywiadów, piszą blogi, ujawniają się w programach ze swoim trupim coming-outem ... Dość poprawności politycznej! Chcemy prawdziwego Nosfateru! Czy jak mu tam leciało (krwią z ust)? 

Jeśli chcemy klasycznych wampirów, to przeczytajmy sobie książkę Bartłomieja Grzegorza Sali „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów”. I wracamy do swojskiego nam Słowianom folkloru pełnego groźnych żywych trupów dziesiątkujących wsie, których nie tak łatwo się pozbyć. 


Wreszcie trafiła mi do rąk praca przedstawiająca najbardziej znanych z historii wampirów. Do tej pory większość opracowań pomijała kompletnie takie postacie jak Myśleta, Brodka Duchaczowa, Wampir z Bolkowa, Jure Grando, Wampir z Mykonos, Georg Eichner, Petar Blagojevic, Milica, Sava Savanovic czy Arnaut Pavle. Autor poruszył także postacie znane z literatury: Filinnion, Lord Ruthven, Wampir Morlacki, Książę Kostaki Brancovan i wielu innych, w tym klasyczne dla tego środowiska postacie jak Hrabia Dracula czy Erzesebeth Bathory. Na końcu jest trochę o filmach i wampirze w kulturze współczesnej. 


Podoba mi się to, że ktoś wreszcie stworzył przystępne opracowanie przedstawiające kompletnie nie znane postacie zarówno z historii jak i z literatury. Autor dobrze przedstawił historię, ewolucję i niepopularne jak dotąd sposoby jak radzić sobie z krwiopijcami. Wprawdzie nie znalazłem żadnej wzmianki o tym, że łowcy wampirów nosili bycze skóry, ale spodobało mi się zwrócenie uwagi na czosnek i to, że rozwija się on odwrotnie do faz księżyca, co sprawia, że przez wieku przypisywano mu apotropeiczne właściwości. Dużo ciekawostek w książce (tak poza tym). Najbardziej do gustu przypadły mi historie o Draculi, o tym jak kazał zabić leniwą żonę pewnego chłopa za nieróbstwo, o tym jak (Polak potrafi)ł siebie ocalić, o turbanach przybitych Turkom do głów! Tak trzymać panie hrabio! W sumie to legendy o hospodarze, a nie hrabim, ale co tam ...

Jedynym minusem w całej pracy wydaje mi się zapełnianie tekstu historią. Jest to w niektórych przypadkach kompletnie bezsensowne i mam wrażenie, że na siłę wydłużać ma ilość stron.

Podobają mi się wnioski autor na temat współczesnego image wampira i tego, że jest on marnym cieniem swojego poprzednika. Cóż, wampirom przypisuje się refleks rozmaitych problemów – starego człowieka pożądającego młodej pięknej kobiety (np. niektóre wizje hrabiego Draculi), lesbijki (Carmilla), kobiety nienawidzącej młodszych i piękniejszych (Elunia Bathory), pedofila-pederasty (Vardelek) etc. Teraz to wszystko sprowadziło się chyba do jednego. Ale nie martwmy się, może za niedługo kino zacznie wracać do starych dobrych trendów. Tyle, że filmu Coppoli nic i tak nie przebije. 

Książkę polecam!