czwartek, 13 września 2018

Linda Howe "Wędrówka Twojej duszy poprzez wcielenia. Poznaj prawdę zapisaną w Kronikach Akaszy"


Dalej idąc tropem tematu Śmierci natrafiłem w sklepie na książkę  Lindy Howe "Wędrówka Twojej duszy poprzez wcielenia. Poznaj prawdę zapisaną w Kronikach Akaszy". O czym to? Wbrew moim oczekiwaniom to stek dennych porad napisanych przez ewidentną neurotyczkę o tym jak radzić sobie ze stresem tyle, że pod pokrywką duchowości. Wchodzimy w Kroniki Akaszy, akceptujemy rzeczywistość, doświadczamy łaski, uwalniamy się od błędnej świadomości. I w sumie w tylu słowach można by tę pozycję streścić. 

Nasze dusze wybierają te sytuacje jako okazje do rozwoju w postaci poszerzenia świadomości i pogłębienia doświadczenia miłości. Poziom świadomości duszy przychodzącej na ten świat determinuje optymalne dla jej duchowego przebudzenia warunki rodzinne i sytuacje życiowe; jednocześnie rodzice w swym otoczeniu reprezentują podobny poziom. Nie jest to rodzaj kary, lecz okazja do przekroczenia starych poglądów. Dusze często wybierają sytuacje ekstremalne pozbawione miłości, by osiągnąć mistrzostwo w miłości do siebie. jest to wybór charakterystyczny dla starszych dusz (s. 124).  

To ja muszę mieć bardzo starą duszę. Zastanawiam się tylko jak dusze się rodzą i jak umierają? Na czym polega to, że jedne są starsze, a inne młodsze? 

A już to "mistrzostwo w miłości do siebie" - to raczej prędzej doprowadzi do nienawiści do siebie. Tudzież próżnego egoizmu, który też będzie zawierał pewne nienawistne siły względem samego siebie.

Co to w ogóle za brednie? 

Napisała to Pani, która ma partnerkę i wychowała syna. Widać gołym okiem, że problemy z psychiką nie mogły być jej obce, a sama książka to sposób na radzenie sobie z problemami przez osobę po przejściach. Nic nie bierze się z niczego. Zwłaszcza współczesna duchowość. 


Wbrew wszelkim Internetowym mądrościom przypisywanym różnym autorom, duchowość to często sypanie soli na gojące się rany. Może wbrew pozorom bardziej zaszkodzić niż pomóc. 

Muszę poszukać lepszych książek o reinkarnacji, śmierci i sensie życia, bo w końcu umrę z nudów i doświadczę wszystkiego "na martwo" (no bo przecież nie "na żywo") nie znajdując odpowiedzi na zadane sobie pytania w stosownym czasie. W tym konkretnym przypadku przynajmniej człowiek chcąc nie chcąc skonfrontuje się z tym czego próbuje się dowiedzieć, nawet jeśli się nie dowie. Ironia losu.

Nie polecam!

wtorek, 4 września 2018

dr Paul Gibier "Spirytyzm. Studium historyczno-krytyczne i doświadczalne"



 A jednak dziwactwa podobne bardziej są niebezpieczne, aniżeli się wydają i przekonani jesteśmy, że niewiele by potrzeba czasu, ażeby przywrócić  pod ich wpływem czasy diabelskiego sabatu, bo jeśli nawet spirytyzm odrzuca teorię wchodzenia w czyjeś ciało i przeczy istnieniu diabła, to z drugiej strony przyjmuje fakt, iż dusza chwilowo opuszczać może ciało, a to jest właśnie istotnym i wystarczającym warunkiem nowych wędrówek i podróży na miotle 
(fragment  z zamieszczonego w omawianej w niniejszym poście książce tłumaczenia cytatu Dechambre'a "La doctrine spirite", s. 101).

Coś mi tu zgrzyta ...

Wracamy do kontaktów żywych z umarłymi. dr Paul Gibier "Spirytyzm. Studium historyczno-krytyczne i doświadczalne" to najkrócej pisząc stara książka wydana na nowo po ponad stu latach. Ogólnie tematem książki jest spirytyzm; szerzej autor pisze o fakirach, nawiedzonych domach, piśmie automatycznym, sesjach mediumicznych czy czymś co nazwalibyśmy dziś channelingiem. Psychotronika full wypas - jej wiele twarzy, problemy z interpretacją naukową. 

Czy to wszystko szarlataneria czy rzeczywiście ludzie kontaktują się ze zmarłymi? Gibier niby próbuje rozstrzygnąć ten temat, ale przyznam z perspektywy osoby żyjącej w XXI w., że idzie mu to bardzo ciężko. Dziś dysponujemy o ponad 100-letnim od niego stanem badań i rozmaitych rozważań na ten temat. Sam osobiście nie mam żadnego zaufania do Tablicy Ouija, channelingu, pisma automatycznego etc. Wszystko to działanie podświadomości płynące z naszego niezbadanego w pełni mózgu. Ale cóż, dawniej nie wszystko wydawało się to tak oczywiste jak dziś. Ba! Nawet teraz niektórzy wpadają w pewne duchowe pułapki.
Mówią też, że duchy białych, wyższej czując się natury, odrzucają powtórne wcielanie się dlatego, iż zdarzyć by się mogło, że ich duch zamieszkałby w ciele kolorowym, co byłoby zbyt poniżające. (s. 58)
Szczerze powiem, że często zdarza mi się krytykować współczesne koncepcje wizji społeczeństwa za ich polityczną poprawność. Zasadniczo ludzie udowadniają, że czarne jest białe pomimo tego, że jest czarne, ale z czasem i tak wszyscy się zorientują, że tak nie jest. 

Nigdy za to nie myślałem tymi kategoriami w sprawach życia pozagrobowego. Niektórzy wierzą, że człowiek może odrodzić się tylko człowiekiem, a zwierzę zwierzęciem. Inni stwierdzą, że dusza może przyjąć każdą postać. Spoko, jeśli przyjąć pierwszy wariant, że dusza gromadzi karmę i rozwija się od form prymitywnych do bardziej złożonych ... to w sumie odrodzenie się w ciele kolorowym mogę uznać za niemożliwe przy swoim obecnym stanie egzystencji. Uff! Coraz mniej się boję śmierci.
Powiedziano, iż tłum zawsze będzie oszukiwany, bo chce być oszukiwanym: vulgus vult decipi. (s. 78)
Nie mam pytań. Jak w spirytyzmie, tak w całym społeczeństwie. Pars pro toto.

Nudna, marna pozycja, wydaje się z perspektywy czasu namiastką tematu. Przydałyby się dodatkowe komentarze z ostatniego stuletniego apdejta w temacie. 

Nie polecam!

piątek, 31 sierpnia 2018

Chris Columbus & Ned Vizzini "Dom tajemnic"


Chrisa Columbusa zapamiętałem jako najlepszego z reżyserów "Harry'ego Pottera". Stwierdziłem, że skoro sprawdził się jako filmowiec to może i warto przeczytać to co napisał wraz z Nedem Vizzini. Tym bardziej, że lektura sama wpadła mi w rękę. A czytałem ją na raty na plaży w Kryspinowie, Słonecznym Brzegu, a nawet na Adzie Bojanie przez [łącznie z przerwami] co najmniej dwa lata. Wniosek jeden - dobra na lato, piaszczyste plaże i bezchmurne niebo. 

Przenosimy się do Ameryki, a następnie do bajkowego świata. Walczymy z piratami, rycerzami, wielkim wilkiem, olbrzymem, Wichrową Wiedźmą. Świat współczesny i wyimaginowany. Razem dają nam możliwość oderwania się od rzeczywistości i codzienności celem poprawienia sobie słownictwa i rozwinięcia wyobraźni w świecie dziecięcej fantazji. 

Dało się to przeczytać chociaż szczerze powiem, że po Columbusie spodziewałem się lepszych pomysłów i obrazów. Może gdyby tę pozycję nakręcić byłaby czymś znacznie lepszym? Tego się pewnie za szybko nie dowiemy. 

A póki co, trzeba się zastanowić nad zapoznaniem się z treścią kolejnych części. Tylko, że paradoksalnie kończy się właśnie lato ... No nic to. Może zaczniemy na wiosnę?

wtorek, 21 sierpnia 2018

Piotr Szarota "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji"


Świat się zmienia. Czujemy to w powietrzu. Czujemy to w wodzie. Czujemy to w cyberprzestrzeni. Co on nam jednak przynosi w relacjach z innymi ludźmi? Na to pytanie stara się odpowiedzieć Piotr Szarota, autor pracy "Od Facebooka do post-przyjaźni. Współczesne przeobrażenia bliskich relacji". 

Książka opisuje wiele tematów, mniej lub bardziej poruszanych przez badaczy współczesności. Na piedestale stoi kwestia przyjaźni. I faktycznie, jak to zjawisko się zmienia! Dążymy coraz bardziej do bycia samotnymi, skazanymi wyłącznie na swój telefon/ laptop. Ludzi zastępujemy zwierzętami, robotami, sztucznymi lalkami ... Tworzymy awatary i funkcjonujemy w wirtualnym świecie zaniedbując wszystko dookoła. Spada przyrost naturalny, spada ilość małżeństw ... Co się z tą rzeczywistością dzieje i w jaki kierunku ona w ogóle dąży? 

Szarota omawia szczegółowo ten temat prognozując nam nieciekawą przyszłość. Problemy natury seksualnej, ucieczki od rzeczywistości, zmiany obyczajowe ... Tak, tak drogie dzieci, ciągle to powtarzam, że ucieczka od konserwatywnej rzeczywistości do niczego dobrego nas nie zaprowadzi. Nowoczesność i postęp to w rzeczywistości zacofanie, skrzywienie i degrengolada. Gadające lalki, umierające zwierzaki w tamagotchi, agencje do wynajmu przyjaciół ... 

Człowiek jest zwierzęciem stadnym a wszelkie próby zmiany tego będą jak usilne udowadnianie, że 2+2=5. Błąd! Tak nigdy nie będzie. Ludzie noszą pampersy, żeby nie musieli przerywać gry i tracić czasu na wizytę w toalecie ... W Korei rodzice tak byli zaangażowani w świat wirtualny, że zaniedbali dziecko, które zmarło z głodu. Inny człowiek choć miał żonę i dziecko to dodatkowo "żonaty był z inna osobą z sieci, z którą żyje w alternatywnej rzeczywistości", z którą non-stop był w kontakcie. Z kolei jeden ojciec nie mógł zaakceptować faktu, że jego syn miał sztuczna lalkę zamiast żywej partnerki. Wyimaginowani przyjaciele to niby domena dzieci, a okazuje się, że i dorośli je tworzą. To nieliczne przypadki degrengolady, które Szarota przedstawia jak przykłady rzeczywistości współczesnej.
Cacioppo przekonuje, że potrzeba kontaktów społecznych jest w nas na tyle silna, że osoby samotne dążą do tworzenia relacji tzw. relacji paraspołecznych, których przykładem może być przywiązanie do bohaterów seriali, mogą też traktować jak ludzi swoje psy czy koty. Wyniki prowadzonych przez jego zespół badań przekonują, że konsekwencje samotności w wieku dojrzałym są dramatyczne. Poczucie izolacji od innych wpływa na pogorszenie funkcjonowania poznawczego, powoduje zaburzenia snu, podnosi ciśnienie krwi, zwiększa poziom kortyzolu (hormonu stresu), zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego, zwiększa ryzyko depresji i obniża samopoczucie (s. 5).
To już mówi samo za siebie.

Na pewne rzeczy człowiek nie zwracał dawniej uwagi np. serial "Przyjaciele", który przedstawia dorosłych ludzi używających życia zamiast dążenia do klasycznego kierunku. 

Zastanawia mnie też kwestia gejsz, którą przy okazji omawiania kultury Japonii autor pomija zwracając uwagę na tradycjonalizm w życiu tego narodu, a omawia problem agencji przyjaciół.

Książka pełna jest ciekawostek, miejscami wręcz przeraża wizją nowoczesności. Zebrane kompendium rozmaitych ciekawostek, których dobrą cechą okazuje się być fakt, że zdajemy sobie sprawę z tego co się dzieje z ludzkością. Ale czy to się kiedyś skończy? Czy wrócimy do dawnej rzeczywistości? Sam wstęp pracy dał mi jasno do zrozumienia, że warto było ją kupić. Oczywiście co chwila pada nazwisko znanego badacza współczesności prof. Zygmunta Baumana (Rest In Piss!) jednak jego wnioski wydają się tutaj sensowne. 

Gorąco polecam!

sobota, 18 sierpnia 2018

Elisabeth Kübler-Ross „Śmierć. Ostatni etap rozwoju”


No cóż, trochę nawywijałem. Więc Śmierć przyjdzie za pewne do mnie szybciej niż norma przewiduje. Oni mi tego nie podarują. No, ale skoro zasłużyłem ... Szkoda. Jestem za młody, żeby umierać. Paradoksalnie do niedawna myślałem ciągle o śmierci. Moje życie było więc niejako wpisane w kulturę śmierci. Co za życie? Jakie życie, taka śmierć. Przygotujmy się zatem na jej wizytę. Napije się Pani kawki? 


Do Hallowe’en jeszcze czas. Może w tym roku sam będę straszył po domach? Tylko kto by się mnie bał? Zeszłoroczne doświadczenie w Święto Duchów jasno obaliło wiele moich lęków o braku istnienia życia po śmierci. I bardzo dobrze. Nie mam się czego bać. Najgorzej, że po swoim zgonie mogę spotkać osoby, z którymi za życia miałem na pieńku. Na szczęście po śmierci ludzie się zmieniają, a samemu wyjściu z ciała towarzyszy uczucie błogostanu, braku nerwów, lęku etc. Jest surrealistycznie, ale też dziwnie. No cóż, inny stan egzystencji. Ale nie tym się teraz zajmijmy.  


Elisabeth Kübler-Ross to światowej sławy badaczka tematu śmierci, zwłaszcza z jej socjologicznej perspektywy. Praca „Śmierć. Ostatni etap rozwoju” to kilka rozdziałów na temat śmierci w poszczególnych religiach (nie zbyt wielu), historie osób, które zetknęły się z agonią bliskich lub same doświadczały powolnego procesu umierania i wysuniętych na ich bazie kilka porad i wniosków.

Z głównymi tezami autorki i poradami jestem w stanie się zgodzić.
Narzucamy sobie formy ukształtowane dla nas przez nasze rodziny, naszych pracodawców, przyjaciół i publiczne wizerunki, aż przestajemy być sobą i stajemy się karykaturą wizerunku kogoś innego. Tracimy kontakt z tym, czym i kim tak naprawdę jesteśmy. Tracimy kontakt ze świeżością i energią płynącą z tej „oryginalnej” świadomości nas samych, naszych własnych potrzeb, naszych własnych wyborów. (s. 237)
Trudno się zatem nie zgodzić, że tym sposobem człowiek umiera powoli. Tylko co, kiedy czasem paradoksalnie nie może o niczym sam stanowić? Ale warto zachować tę prawdę. Ludzie się dziwią, że czasem uaktywniam swoją superpersonę i jestem jaki jestem. Jestem sobą, lub przynajmniej tym co drzemie w moich najgłębszych instynktach.
Kiedy  dojrzewamy, obawa przed utratą relacji z innymi ważnymi dla nas osobami jest większa niż strach przed utratą własnego życia. Jesteśmy zwierzętami, które myślą o sobie w kategoriach związków z innymi ludźmi. Jesteśmy z gruntu istotami społecznymi. I nie potrafimy zerwać naszych wzajemnych więzów bez stania się bezwartościowymi. Ponieważ najważniejsze dla nas wartości skupiają się w naszych relacjach z innymi, śmierć oznacza dla nas koniec związków z innymi albo „brak łączności duchowej”. (J. Haroutunian, cytat za opisywaną w niniejszym poście książką, s. 230)
To także wiele tłumaczy. Czasem nawet w prosty sposób – nie dogadujemy się z innymi, pragniemy odejść z tego świata. Zgodzę się także z główną tezą Kübler-Ross, że tylko używanie życia i to, jeśli wszystko w nim osiągniemy da nam spokojną śmierć. Gorzej tylko jak nie możemy tego wszystkiego osiągnąć. Wtedy śmierć wywołuje przerażenie. Nawet Antek LaVey o tym pisał. 


Cóż, praktycznie życie mam za sobą. Mój czas mnie (zdaje się) dogonił, nie wiem jak długo jeszcze pożyję i co mnie za chwilę spotka? W sumie nic nie osiągnąłem, a ciągle jestem w tyle. Z drugiej strony mam wielu wrogów. A jak nie masz wrogów to znaczy nic w życiu nie osiągnąłeś. Dziwnymi zasadami świat się rządzi.

Książka z jednej strony wciąga, może właśnie te historie o zgonach młodych ludzi wciągają i ranią za jednym zamachem. Może właśnie ten fakt, że nie przeżyli oni wszystkiego tak jak powinni powoduje to dziwne uczucie. Przedwczesna śmierć, nieprzejście do kolejnych etapów (tak rodzą się demony w naszym folklorze), ryty przejścia – inicjacje ... Ech zaczynam znowu fiksować na myśl o pewnych tematach. 

Lektura może zainteresować rozmaitych tanatomaniaków, samobójców czy nekrofili, ale generalnie jak to praca z zakresu socjologii – ciekawy temat podany w nudny, niestrawny sposób. Warto się z nią zapoznać jako ciekawostką by wiedzieć, że w życiu trzeba coś osiągnąć i się spełnić.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Stanisław Primus "Czy Rosja jest barbarzyńcą? Psychoanaliza rosyjskiego ducha"


O Rosji i swoim stosunku do niej pisałem już kilka razy. Nie ma sensu tego powtarzać. Jednakże biorąc pod uwagę fakt, że Rosjanie są bardzo specyficznym narodem pod względem swojej mentalności stwierdziłem, że warto zgłębić temat bardziej. 

Zachowują się tak jakby nie mieli nic do stracenia. Bardzo często mieliśmy okazje oglądać filmy typu "Russian School" na YouTube, w których młodzież pokazuje hardcorowe scenki. Rosyjska ruletka to już stary temat, ale powraca co jakiś czas. Dlaczego tak wielu ludzi tam ginie w okolicznościach, które gdzie indziej się nie zdarzają? Przy turniejach wojów ciągle któregoś wynoszą w worku. Ciekawy naród, którego duszę niewątpliwie ukształtowała burzliwa historia. Niektórzy złośliwie prawią, że Rosja to nie kraj - to stan umysłu. Jak jest na prawdę? Trudno powiedzieć, zanim się tego z bliska nie zobaczy.

"Czy Rosja jest barbarzyńcą? Psychoanaliza rosyjskiego ducha" Stanisława Primusa to niby chęć odpowiedzi na zadane w tytule trudne pytanie. Autor wbrew pozorom próbuje zbadać mentalność Rosjan głównie za pośrednictwem literatów i znanych postaci. Większość analizy to rozmaite listy, twórczość poetów i ich własny stosunek do swojego narodu. 

Nie widzę w wynikach tego niczego nadzwyczajnego, kiedy sam na swój kraj narzekam, ale drażni mnie to kiedy przeciwko mojemu krajowi wypowiadają się jakieś zamieszkały w nim mniejszości. Tutaj też nie dziwi mnie głęboki patriotyzm Rosjan połączony z innymi cechami. 

Gołym okiem widzę, że Primus z niechęcią odnosi się do Rosjan. Pisze grzecznie, ale obiektywizmu w tym wszystkim jest mało. Znowu Rosja zniewolona, a Zachód światły, dobry i wspaniały. Tylko w Rosji wyzywanie kogoś np. od pedałów nie jest tak napiętnowane jak dzieje się to powoli w Polsce, gdzie niby wolność słowa istnieje, a każdy ma prawo do własnego zdania. To tylko pokazuje obłudę całokształtu. 

Złapałem autora na kilku dziwnych wypowiedziach:
Mało kto przecież wierzył w faszystowski mit krwi i rasy (s. 119). 
No i właśnie. Primus niby opisuje rosyjską propagandę i wytyka jej cechy, ale sam sprawia wrażenie jakby dał się na tę propagandę nabrać. Mit krwi i rasy to był w niemieckim nazizmie, a nie włoskim faszyzmie, a samo mylenie tych pojęć to efekt propagandy stalinowskiej ...
Prawie nigdy nie udało się nakłonić potężnego państwa moskiewskiego do jakiegokolwiek wspólnego frontu (s. 167).
A jakie Panie Primus wymieni mi Pan sojusze militarne, które przetrwały dłuższy czas w historii? Na dobrą sprawę długo istniał sojusz ze Związkiem Radzieckim, który się rozpadł w wyniku zmian ustrojowych i po tym jak nasi politycy postanowili wejść w dupę Amerykanom czyniąc z Rosji największe zło. Wychodzimy na tym jak Zabłocki na mydle. 

... jak Gruzja zaatakowana w 2008 roku ... (s.185)

Gruzja została zaatakowana czy to Gruzja pierwsza zaatakowała? 

Rusofobiczna pozycja próbująca na siłę udowodnić jakim to cudem Rosja zła i niegodziwa. Nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Nie polecam!

piątek, 3 sierpnia 2018

Maciej Witulski „Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały”



This is Wiccarmaggeddon! 

A więc stało się! Przez długie lata, polski rynek wydawniczy nie mógł doczekać się solidnego, naukowego opracowania tematu dotyczącego współczesnej religii czarownic, kontrowersyjnie (na ogół) zwanej wicca. Nadeszła w końcu wiekopomna chwila! 

„Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały” Macieja Witulskiego, to pierwsza w Polsce pozycja, która dokładnie i ze szczegółami opisuje historię, ewolucję, legendarne początki wicca oraz to, jak religia ta wpłynęła na kulturę współczesną. Pracę zamyka rozdział omawiający szczegółowo doktrynę, kult i organizację tego konglomeratu religijnego. 

Oczywiście już na pierwszy rzut okiem widać (nie tylko po zamieszczonej bogatej bibliografii), że praca napisana jest na solidnych podstawach. Autor korzysta wprawdzie głównie ze sprawdzonych publikacji książkowych napisanych przez znawców tematu, ale także aby uwiarygodnić swoje tezy, przeprowadził obserwację uczestniczącą w covenie tradycji aleksandriańskiej Świątyni Stella Matutina w Warszawie. Całość uzupełnił o informacje uzyskane m.in. z zamkniętych forów internetowych dla inicjowanych wiccan. Korzystał więc z wielu źródeł, uzyskał informacje od osób które (również) wyznają wicca od samego początku powstania reprezentowanej przez siebie tradycji. 

W książce Macieja Witulskiego, po raz pierwszy w Polsce opisane zostały dokładnie rytuały wicca tradycyjnej. Autor wyjaśnił bardzo precyzyjnie i z gruntowną znajomością tematu, na czym polegają wiccańskie sekrety, przysięga milczenia oraz jakie metody i zabiegi socjotechniczne stosują wiccanie, rekrutując nowych członków. Omówił również drobiazgowo ogólnodostępne  księgi cieni i udzielił wielu wyczerpujących informacji na temat rytuałów. 

Witulski krytycznie podchodzi do źródeł, w żadnym wątku nie przedstawia zagadnienia jednostronnie, czyli tak, jak pragnęliby tego sami wiccanie, natomiast stara się prezentować różne racje. Z dystansem podchodzi do autopromocyjnych zabiegów wiccan, wielokrotnie prezentujących stronniczo i w sposób wyidealizowany swój image w pisanych przez siebie podręcznikach. Jest bezdyskusyjne, że książka ma charakter obiektywnej publikacji  naukowej - autor profesjonalnie podszedł do postawionego sobie zadania, podając wiele punktów widzenia i dowodów na podane tezy. Bez żadnych oporów, dla dobra nauki ujawnia również rozliczne fakty, wstydliwie skrywane przez wyznawców. 

W oczy rzuca się pietyzm z jakim Witulski podszedł do zadania. Autor dokonał wiwisekcji wszelkich kwestii związanych z terminologią i rozwojem współczesnego czarownictwa. Klasyfikuje je i rozbija tradycyjną wicca na elementarne cząsteczki, dokładnie je analizując oraz wskazując na to, co się z czego w tej religii wywodzi. Autor daje to przykład solidnej syntezy źródeł, zahaczając także mocno o sprawy związane z okultyzmem, neopogaństwem, bajkami etc. 

Książka oprócz religijnych rytuałów zawiera wiele ciekawostek z czarowniczych kręgów. O wielu z nich przeciętny sympatyk religii wicca na pewno nawet nie słyszał. Zwyczaje, sposoby odprawiania rytuałów, etc. Autor wyraźnie rozgranicza wicca tradycyjną od eklektycznej i w przeciwieństwie do niektórych badaczy, nie wrzuca wszystkiego do jednego wora. Wyraźnie widać też obiektywizm pracy – Witulski choć jako punkt wyjścia obrał opis praktyk, w których sam brał udział, bardzo często podaje informacje o praktykach i zwyczajach innych covenów, linii i tradycji, które zdobył od wyznawców.

... Podejrzewam, że większość wiccan w Polsce o tej książce nie wypowie się w sposób pozytywny, a wręcz przeciwnie - można się spodziewać, że wyznawcy rozpoczną solidny bojkot i liczne akcje dyskredytujące zarówno publikację jak i osobę autora. Z prostej przyczyny – praca bez znieczulenia wyjawia praktycznie wszystkie informacje na temat podstaw wiccańskich praktyk. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że o ile osoby studiujące źródła anglojęzyczne wiedzą już na ten temat  prawie wszystko, tak Polacy nie mówiący po angielsku, mają wreszcie okazję dowiedzieć się dużo więcej. I do tego w skompresowanym jednym kompendium wiedzy. Spodziewany i sygnalizowany wcześniej przez autora spory opór środowiska, na pewno stanie się faktem, co autorowi jest wyraźnie obojętne. Książka ma charakter pracy naukowej więc jest adresowana wyłącznie do tych osób, które chcą wzbogacić swoją wiedzę merytoryczną, a nie dla przypadkowych, anonimowych członków rozmaitych forów internetowych, których poziom merytoryczny często delikatnie mówiąc, rozbraja. … Karawana jedzie dalej!

Praca nie ma charakteru zamkniętego. Współczesne czarownictwo, to ruch bardzo szeroki, pełen odstępstw od rozmaitych reguł. Nic nie jest oczywiste i ostateczne. Jeśli wierzyć deklaracjom  autora, z uwagi na ograniczenia wydawnicze, musiał mocno skrócić objętość swojej publikacji. Z uwagi na to, nie zawarł w swojej pierwszej książce wszystkiego, co zamierzał i planuje zrobić to w kolejnych wydaniach zostawiając sobie margines i dodatkowy czas na badania. Jak na blisko 350 stron w formacie A-4 uważam, że i tak dopiero od tej książki zaczęła się prawdziwa historia wicca w Polsce.  

Pisanie prac naukowych o wicca, bez powoływania się lub odnoszenia do zawartości tej książki, to już będzie przegrana sprawa. Jest to obowiązkowa lektura dla wszystkich badaczy, fanów tematu wicca, okultyzmu, neopogaństwa, ezoteryki. Solidna, encyklopedyczna i bogata merytorycznie kompilacja wiedzy o współczesnym czarownictwie. 

Koniecznie trzeba ją przeczytać!  

niedziela, 29 lipca 2018

Dorothy Morrison "Magia słońca na co dzień. 140 rytuałów, zaklęć i afirmacji na pokonanie przeszkód"





" ... Udekoruj ołtarz symbolami ruchu i pionierskiego ducha. Dobrym pomysłem może być ustawienie zdjęć magicznych pionierów, między innymi Geralda Gardnera lub Alexa Sandersa, lub pionierów historycznych, na przykład Amelii Earhardt, Alberta Einsteina lub Bena Franklina [...]"
(s. 110)

Bla, bla, bla, bla, bla, bla bla. Nie polecam! Nie! Nie i jeszcze raz NIE!

środa, 18 lipca 2018

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania"


No dobra, to teraz trochę o seksie! 

Za dużo na blogu piszę o pogaństwie, stąd uznałem, że trzeba lekko zmienić treść i zwiększyć o 40% tematykę pogaństwa. Od przybytku głowa nie boli, jak mawiają. 

Adam Węgłowski "Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności. Naga prawda o antycznej sztuce kochania" to kwestia seksu i seksualności w starożytności. 

 Ciekawostek historycznych.pl co nie miara! Seks z osłami, kozami, chłopcami, mężczyznami, cudzymi żonami ...

O sympozjach: 

... Uczestniczyli w nich mężczyźni, jednakże bez swoich żon - za to bawiąc się akrobatkami, fletnistkami, kurtyzanami i pięknymi chłopcami. [...]" (s.24)
Matko Ziemio Wilgotna! Sodomia i Gomoria. I co na to radykalni, prawicowi poganie? Mam oczywiście tutaj na myśli tych, którzy często uważają homoseksualizm za zjawisko nienaturalne i otwarcie głoszą, że takie osoby nie powinny czcić dawnych bogów, bo swoim zachowaniem przeczą naturze. Z tego wynika, że co poniektórzy mają ciekawy poziom znajomości tematu religii Europy przedchrześcijańskiej. Gorszy wniosek się nasuwa - katoliccy księża molestujący ministrantów na zakrystii są bardziej pogańscy w swojej filozofii życia od niektórych pogan, którzy stoją światopoglądem w zgodności z oficjalnym nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego i uparcie głoszą, że homoseksualizm jest "zły i/lub nienaturalny". Świat paradoksów! 

Nie wiedziałem, że Achilles porwał i zgwałcił trojańskiego księcia Troilosa. O jego romansie z Patroklesem (nie kuzynem jak chce tego współczesność, tylko partnerem) już mi wiadomo było. Nie wiedziałem za to, że zakochał się i zgwałcił zwłoki królowej Amazonek Pentezylei ... 


Węgłowski zwraca także uwagę, że przecież pojęcia takie jak kompleks Edypa, Elektry, Orestesa i wiele innych to twory dawnej, antycznej cywilizacji. Tak więc pewne fenomeny były w niej bardzo dobrze rozpowszechnione. Królowa Pazyfae i buhaj przebijają wszystko. 

Tresowanie 12-letnich nastolatek na żony przez starszych o 10-20 lat mężów w kulturze greckiej pokazuje pewne różnice w obyczajowości dawnej kultury patriarchalnej. Porzucanie dziewczynek po narodzinach powodowało niż demograficzny wśród przedstawicielek tej płci ... No nie dziwi mnie to. Ale tak postępowano w wielu kulturach m.in. w Chinach. Z resztą jest to omówione w dalszej części pracy:
... Były wśród nich i niechciane dzieci. Częściej dziewczynki niż chłopcy (bo ci w przyszłości nie wymagali wyposażenia w posag). Takie niemowlaki po prostu porzucano. Traktowano przedmiotowo, jak zbędne rzeczy. Ateńczycy, Koryntyjczycy czy Rzymianie nie zachowywali  nawet takich pozorów jak w osławionej Sparcie, gdzie porzucano "niedoskonałe" dzieci w górach Tajgetu - oni po prostu pozostawiali maluchy przy drogach, w lesie, w glinianych garnkach, na śmietnikach. Bywało, że takie dziecko znajdował ktoś litościwy i traktował je jak własne. Bywało, że znajdował je ktoś chciwy i wychowywał na tanią niewolnicę, przeznaczoną do prostytuowania się dla swego właściciela. [...]" (s. 60)
I to po raz kolejny przychodzą mi na myśl współcześni poganie, którzy walczą z aborcją czy z prawem do aborcji dla matek dzieci z Zespołem Downa etc. A poganin wieki temu jak miał dziecko, które mogło mu tylko wadzić w życiu po prostu się go pozbywał. Bez wyrzutów sumienia.

Przypominają mi się czasy podstawówki, kiedy dzieciaki przeżywały narodziny nowego grona chomików, z których jakiś rodził się mniejszy i był zjadany przez matkę lub odtrącany. Takie jak widać są prawa natury. Dzieci niechciane, niepełnosprawne, chorowite. Ba! Czasem nawet pozbywano się tych zdrowych kiedy np. wiadomo było, że zima będzie sroga, jedzenia nie wystarczy ... Dziecko do morza i chlup ... Po sprawie. Niektórzy tego nie uczynili, a potem na efekty nie trzeba było długo czekać.


Tak czy siak, czekamy na kolejny sezon.
... Gdyby więc zawierano związki między osobami w podobnym wieku, połowa chłopców zostałaby z niczym! [...] (s. 39)
Straszne! To kogo oni bili na podwórku?

Podobnie jak widzę, że prawo pierwszej nocy nie jest chyba czymś oryginalnym. Młodożeńca w Rzymie w czasie nocy poślubnej wyręczali koledzy. Myślę, że poganie teraz powinni pomyśleć o wznowieniu tej inicjatywy. Tylko, że wtedy panny młode miało około 12 lat - więc jakieś unowocześnienia będą niezbędne.

Co ciekawsze w dalszej części książki autor  zwraca uwagę, że poglądy na aborcję, homoseksualizm też różnie wyglądały i trudno się doszukiwać jednego generalnego konsensusu. Inaczej filozofowie, inaczej społeczeństwo etc. Nawet na niektórych świątyniach były hasła przeciwstawiające się przerywaniu ciąży.

I to pokazuje jasno, że w neopogaństwie zdania również mogą być w wielu tematach podzielone, a nie opierać się o jedną, jedynie słuszną odgórną interpretację. A wywalanie na wierzch jednym, że są bardziej lub mniej pogańscy od drugich zakrawa na kpinę.

W dalszej części książki dowiadujemy się o miłosnych uniesieniach Solona do młodych chłopców i seksualnych inicjacjach młodych na Krecie. Po prostu niemalże jak w Sambii ... Ciekawi też fakt, że erastesi nie mogli wykorzystywać eromenosów w klasyczny, seksualny sposób. Dziwne, ale wychodzi na to, że jednak nawet pederastia czy efebofilia rządziły się swoją regułą. I wychodzi na to, że ludzi czasem nawet za homoseksualizm krytykowano, a za pederastię nie. Wszystko według pogańskich reguł. Generalnie stosunek dwóch mężczyzn był źle widziany, a pasywność seksualna pogardzana, ale nie mężczyzny i chłopca w niekonwencjonalny sposób. Lecz też nie zawsze.

Na zdjęciu arcydruid Arrenomix.

Trudno we wszystkim o jakąkolwiek regułę. Moda się w końcu zmienia co parę lat, co tu dopiero mówić o kilku stuleciach?

Historie cesarzy biją wszystko na głowę. Warto mieć na względzie, że ojciec Aleksandra Wielkiego też przebierał w przedstawicielach płci obojga. Nie różnił się więc dużo od swego syna. Rozmaite seksualne wybryki Juliusza Cezara, Galby, Heliogabala czy Kleopatry z wibratorem z pszczołami ... Perwersji co niemiara. 

Książka nadzwyczaj interesująca i pokazują antyk od pomijanej strony. Od tej pory oglądając filmy o filozofach i ich uczniach, władcach i dworach będę miał na względzie cenzurę obyczajową. 

Polecam!

środa, 11 lipca 2018

Diane Ducret "Kobiety dyktatorów"


" ... Poza tym Lenin powtarza na prawo i lewo, że nigdy w życiu nie poznał kobiety, która byłaby zdolna przeczytać Kapitał albo rozeznać się w rozkładzie jazdy pociągów czy też grać w szachy. [...]" (s. 114)

Chciałbym być dyktatorem. Pytanie tylko kim wówczas byłaby Pani Dyktatorowa? Lub raczej jak by wyglądała? Jako niekwestionowany przywódca na pewno znalazłbym sobie jakąś wedle upodobań. A nie jestem wymagający. Kryteria wyboru mam dość proste.


Niestety pech sprawił, że nie jestem dyktatorem i nic nie wskazuje, że nim kiedykolwiek zostanę. A szkoda! Dajcie mi władzę i kawałek Sybiru. Już ja to bym porządził! Kraju byście nie poznali; Halloween trwałby w nim przez cały rok. No, wiadomo, że ludzie wiszący na latarniach ulicznych byliby zmieniani w ramach dekoracji co kilka godzin. Nie pozwoliłbym na rozpowszechnianie się chorób i zarazy w swoim państwie. To nie w moim stylu.

Mniejsza z tym. Poczytajmy o innych, wielkich ludziach historii. Dla odmiany weźmiemy sobie na piedestał panie. "Kobiety dyktatorów" autorstwa Diane Ducret to historie sympatycznych dam, które były bliżej lub dalej wokół takich postaci jak Włodzimierz Lenin, Benito Mussolini, Adolf Hitler, Józef Stalin, Mao Zedong, Jean-Bédel Bokassa, Antonio Salazar i Nicolae Ceaușescu.

Nie znałem tych panów od tej strony. Nawet powiem szczerze nie znałem dobrze ich biografii aż do teraz. Ducret świetnie je przedstawia pomijając główne wątki polityczne przez co dowiadujemy się wielu ciekawostek powszechnie nieznanych. Nie wiedziałem np. że Stalin był żonaty z własną, nieślubną córką, a Hitler romansował z bratanicą ... Sodomia i Gomoria na salonach.


Oczywiście śledząc poczynania różnych "gwiazd wolnej politykanki" próbowałem złapać jakiś jeden generalny kod charakteryzujący zarówno panów jak i krążące wokół nich panie. I powiem szczerze - nie przyniosło to żadnych rezultatów. Moje badania spełzły na niczym. Kobiety z tej książki miały bardzo różne charaktery, może trochę cechowała je upartość w dążeniu do celu? Ale to też nie jest żadna reguła.

Ciekawostek pełno. Dowiedziałem się m.in., że Róża Luksemburg była Niemką ... Spodobał mi się cytat Yang Kaihui:

"Lepsze jest nic od niedoskonałości."
Jest wiele dziedzin życia, w których zastosowałbym to hasło jako przewodnie motto. Za to hasło Mao Zedonga, "oczyszczam się w ciele kobiety" jako wymówkę do niemycia genitaliów uważam za bardzo mało przekonywujące. Kompetencje pani Eleny Ceaușescu jako doktora chemii też przykuły moją uwagę:
"Najlepszym dowcipem, jaki krążył w tamtym czasie po laboratoriach Bukaresztu, był jej sposób podania wzoru dwutlenku  węgla - CO2 - który przeczytała, zachowując wszystkie połączenia międzywyrazowe. Rezultat wygłoszony w języku rumuńskim brzmi komicznie: wzór przeczytany w ten sposób daje słowo "cudoi", które oznacza "kutasa". [...]" (s. 268-269)
Dużo ciekawostek choć lektura nudzi średnio co dwadzieścia stron. Da się ją jednak przeczytać.

Do oceny własnej pozostawiam czytelnikom.