poniedziałek, 26 września 2016

"Roman Kostrzewski - Głos z ciemności"


ŁZA DLA CIENIÓW MINIONYCH 
(czyli osobiste refleksje, pewnie Cię one nie zainteresują, dlatego z łaski Szatana zjedź od razu do pogrubionego punktu następnego ...) 

Czerwiec 2002

A był to dzień gorący kiedy udałem się do "Zimy". Zaskoczył mnie widok jej włosów ciekawie ułożonych. Image niczym egipska faraonka, ale zastanawiałem się, jak z tak starannie przygotowaną fryzurą chce ona przeżyć nadchodzący koncert ... Matura zdana, można pozwolić sobie na chwilę luzu przed egzaminami na studia. Dotarliśmy pod Extreme o odpowiedniej porze. W końcu zjawił się Józek z totalnie spraną i wypłowiałą koszulką "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". Towarzyszył mu "Dzięcioł". Mnóstwo ludzi odzianych na czarno kręciło się pod klubem. Wiele znajomych twarzy ze szkoły, z knajpy, a nawet z osiedla. Upał i Sahara. Stoimy i czekamy. Towarzystwo radośnie się upijało dookoła profanując (bo trudno to inaczej nazwać) piosenki Kata. Garstka wiernych kultowego zespołowi fanów niecierpliwie oczekiwała na otwarcie bram. Emocje grały. Pamiętam jak kilka osób stało przy wąskiej uliczce pod Extreme, a kiedy przejeżdżał obok nich samochód pozorowali, że oponami przejechał im po nogach. Było śmiesznie. I niecierpliwie. Poszedłem po chipsy, ale to był błąd. Upał dawał we znaki, a świadomość tego co będzie pod estradą jeszcze bardziej podgrzewała ... Dwie godziny czekania. I krzyczenia: "Kurwa mać! Ile mamy stać!" ... No w końcu stało się! Otworzyły się ziemskie bramy. Bramy żądz! Wyszliśmy na płytę czekając na kolej rzeczy. Najpierw wyszedł jakiś tam zespół. Pamiętam, że wszyscy cierpliwie czekali aż wreszcie skończą, bo w końcu nie oni byli atrakcją wieczoru. Za chwilę zgasły światła ... Dym wypełnił salę ... Intro! ... Widać mgliste postaci wychodzące na scenę. "Oset!" krzyczeli co poniektórzy na widok sylwetki we mgle, którą przez sekundę rozświetlił reflektor. I ruszyło! 

 AlKATraz!!!

Z chmary dymu wyłonił się sam Romek Kostrzewski śpiewając pierwszą piosenkę z albumu "Error". Koncert był niezapomniany. Większego tłumu nie było, ale atmosfera była niezastąpiona. Romek po zagraniu pierwszego kawałka stwierdził: "Ponieważ na sali zrobiło się na prawdę gorąco, dlatego Panowie ściągają koszulki ... Panie ściągają biustonosze!" Oznajmił także, że oficjalnie ogłaszają konkurs, na największą ilość zebranych staników, a na antenie któregoś radia, ogłoszą, które miasto wygrało. I zabawa na całego! Pamiętam, że zapytałem "Zimy" dlaczego nie ściąga, ale odpowiedź i tak znałem patrząc na jej minę ... Większość panów zdjęła koszulki (jak zwykle należałem do wyjątków, bo po co wątłą klatę pokazywać, a już żeby było weselej zgubić gdzieś ją na sali, gdzie jeden glanem depta po drugim). Pamiętam, że Romek dostał piękne czarne stringi. Przez cały koncert z nimi stał i śpiewał. Na końcu zadeklarował, że "koszulki są do zwrotu i to też jest do zwrotu, bo potem stara z chałupy wywali ..." No obiecywał także, że w razie potrzeby przygarnąć może. Oczywiście kilka piosenek AlKATrazu, a potem cała reszta rewelacyjnych utworów Kata. To był koncert nad koncertami. Trzech oryginalnych Katów grało w AlKATrazie. Miała miejsce dedykacja jednego utworu dla zmarłego niedawno wcześniej "Fenrisa", osoby której nie miałem okazji poznać. Pamiętam tylko te krzyki "Fenris żyje, Fenris nie umarł!" ... Koncert nad koncertami! Tego się nie da zapomnieć ... 

Pół roku później

Już jako Kat z Piotrem Luczykiem! Teraz dla odmiany zimno! Wszyscy czekają na chłodzie. Stary slogan znowu uroczyście wznawiano: "Kurwa mać! Ile mamy stać!" Pełno znajomych i co ciekawsze u góry w Rotundzie koncert jakiejś gwiazdy ze spalonego teatru, chyba Renaty Przemyk, ale nie dam sobie głowy uciąć (żadnemu Katowi) - i przyszło na niego chyba 200 osób. A na dole w ciasnym Extreme koncert Kata, na który przyszło chyba ... 600 osób! Żeby było śmieszniej tylko ok. 250 biletów wydrukowano. Sajgon! Pamiętam Józka, Ewę, Włochatego, pamiętam kolegów z Apogheum. Pamiętam, że był Arek i koledzy z jego klasy. I jakoś wszedłem w końcu na ten koncert ... A reszta musiała czekać aż bilety dodrukują. Na koncercie złapałem doła, co mi trochę popsuło zabawę, ale w owych czasach było to normą. Do momentu aż wydźwignąłem się z depresji doły były non stop dzień w dzień przez następne lata. Jakoś przynajmniej starałem się szaleć. Pamiętam też jakąś wielką flagę, mokrą od potu, którą jakiś fan machał, a większość poczuła ją na ryjach. A te wiadra zimnej wody w rozgrzaną publiczność ... Pamiętam pijanego Arka, który pojawił się na sali w środku koncertu, a który wcześniej z kolegami poszedł pić z rozpaczy wywołanej brakiem biletów. A to, że zapomnieli flaszkę wziąć ze stoiska świadczy dobitnie o tragedii, która mogła fanów Kata spotkać. Skapnęli się dopiero nad Wisłą gdzie poszli odreagować. Nagle padła informacja, że bilety dodrukowano. Dzięki temu część znajomych mogła wejść ... Pamiętam, że tym razem Romkowi ktoś rzucił czerwone gacie, ale jak on sam słusznie zauważył "metalówy takich nie noszą" ... Ale koncert również zapisał się w historii ... W każdym razie ten poprzedni pamiętam lepiej. 

===
Fanem Kata zostałem odkąd usłyszałem "Łzę dla cieniów minionych", ze starej jeszcze kasety moich kuzynek. Wcześniej zespół ten kojarzył mi się z agresywnymi gnojami z osiedla. No, ale czasy się zmieniły. Stałem się wielkim fanem Kata, a bardzo dużo jego utworów przypadło mi do gustu. Na zdjęciu powyżej prezentuję cała zgromadzoną kolekcję prac Kostrzewskiego. Była też bluza "Oddech wymarłych światów" i koszulki "666" oraz "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach". No, ale czas je posunął ... Jestem z tego pokolenia, które załapało się na reedycję kaset i płyt; winyli nie posiadam podobnie jak kultowych edycji kaset ze starymi, zabytkowymi okładkami. Muzyka Kata należy do wyjątkowej. Dołujące rytmy, które mi trochę prostowały nastroje w ciężkich dla mnie czasach. A teksty? Miejscami niezwykłe, miejscami dziwaczne. Na pewno ambitne. Uważam, że Kat ma w sobie więcej słowiańskości niż 99% zespołów, które rzekomo propagując idee pogańskie tworzą totalny chłam, w którym nie da się odczuć tego co powinno. Klimaty czarnych mszy i lat minionych. Kiedy słucham Kata czuję stare budynki, pozostałości po poprzednim systemie ... Jakoś tak to odbieram. 

GŁOS Z CIEMNOŚCI 
 (  Stop!   Tutaj miałeś/miałaś doscrollować!)

"Roman Kostrzewski - Głos z ciemności. Legendarny lider zespołu Kat w prowokującej rozmowie z Mateuszem Żyłą" to wywiad autobiograficzny, w którym znany polski muzyk, "Pierwszy Satanista RP" opowiada o swoim dzieciństwie, młodości, problemach w czasie Stanu Wojennego, relacjach rodzinnych, związkach, kłopotach na jakie natrafia artysta. Są też relacje z życia metalowego muzyka, na co wszyscy czekali najbardziej.

Po klimatycznym wstępie Łukasza Orbitowskiego i przedmowie Mateusza Żyły myślami przenosimy się na Śląsk w czasy PRL. Widzimy tamtejsze realia takimi jakimi one były. Romek opisuje rozmaite przeżycia, lepsze i gorsze, a także wnioski jakie z nich wyciągnął. 

Zaciekawił mnie wątek przekazów podprogowych w tekstach Kata. Jako człowiek o bardzo uduchowionej wówczas (na początku XXI w.) naturze zupełnie inaczej je odbierałem. Problemy codzienności, metafizyka, niezwykłe potencjały umysłu, zainteresowanie magią, czarownictwem, demonami i fascynacja poznaniem wyższych sił rządzących Wszechświatem zupełnie inaczej kierowały moje emocje ... Ale cóż, może dobrze, że człowiek nie był świadom pewnych spraw.

Zainteresował mnie wątek Jarocina, a nawet oglądając film o rzeczonym festiwalu łatwo dostrzegam, że ludzie dawniej byli zupełnie inni niż dzisiaj ...

Można też przyjąć że za pośrednictwem tego wywiadu Romek dementuje wszystkie plotki, jakie na jego temat krążyły; słyszałem, że jest gejem, że był księdzem ... Bzdury! Albo nadinterpretacja tekstów. 

Wywiad jest bardzo wyczerpujący. Pokazuje idola wielu koneserów porządnego grania jako zwykłego człowieka, a przy okazji mądrego, z zasadami, buntownika z wyboru, oczytanego i w przeciwieństwie do wielu maniaków - umiarkowanego w swoich postępowaniach. 

Gorąco Polecam!

niedziela, 18 września 2016

Michał Wawrzyniak "Hejtoholik. Czyli jak zaszczepić się na hejt, nie wpaść w pułapkę obgadywania oraz nauczyć zarabiać na tych, którzy cię oczerniają"


Temat tzw. "internetowego hejtu" stał się jednym z czołowych zainteresowań badaczy wielu dziedzin, a także dziennikarzy odkąd dzięki sieciowym portalom, forom ludzie mnóstwo kwasu zaczęli wylewać na głowy innym. Stwierdziłem, że skoro to temat na topie warto go poznać od jakiejś szerszej strony. Ponieważ nie miałem ostatnio szczęścia do ciekawych książek postanowiłem dla rozrywki przeczytać sobie coś lekkostrawnego. W Matrasie przypadkowo znalazłem pracę Michała Wawrzyniaka pt. "Hejtoholik. Czyli jak zaszczepić się na hejt, nie wpaść w pułapkę obgadywania oraz nauczyć zarabiać na tych, którzy cię oczerniają". Stwierdziłem, że zaryzykuję. 

Stare powiedzenie mówi "nie oceniaj książki po okładce". Ale na przyszłość może warto zapoznać się z informacjami na niej zawartymi. Duży błąd, że nie dokonałem tego. Biję się w pierś. Następnego dnia jadąc rano do pracy w tramwaju zacząłem czytać o autorze: "... Silna, charyzmatyczna osobowość, budząca skrajne emocje. Jest człowiekiem biznesu, filantropem i kimś, kto postanowił przekazać innym swój unikalny sposób widzenia świata (pod warunkiem, że zaakceptowane zostaną forma i styl jego pracy) ..." I od razu wiedziałem, że pieniądze wydałem na marne. Z doświadczenia wiem, że stare powiedzenie o krowie, która dużo ryczy sprawdza się w stu procentach, zwłaszcza kiedy czyta się takie "CV" i od razu widzi z jakim typem człowieka ma styczność. I tu się nie pomyliłem. 

Zweryfikowanie takich deklaracji z reguły długo nie trwa. Zapoznając się z treścią "Hejtoholika" mogłem szybko się przekonać, że wertuję książkę napisaną przez człowieka, który przeszedł w życiu przez piekło i dzięki temu wie wszystko najlepiej i wszystkich będzie pouczał. Przypomina mi to ględzenie starych babć, takie "niemądre bycie mądrym". I tutaj większych różnic nie widzę.

Ale nie! Ja się na to nie nabiorę. Żeby coś wiedzieć trzeba także przeczytać wiele mądrych książek, znać celne uwagi, ciekawostki etc. Mieć się czym podzielić oprócz smutnych wspomnień, jak to mnie wszyscy bili.

Moje główne uwagi:
1) Z ponad dwustu stron można było spokojnie zrobić góra sto. Książka to niemiłosierne lanie wody, rozrzucanie tekstu na siłę z wielkimi odstępami na kolejne strony. Mniej papieru by się zmarnowało.
2) Cała ta praca nie zawiera prawie żadnych naukowych wzmianek. Nieliczne uwagi, które autor zamieścił można bez problemu znaleźć w sieci. Nie ma żadnej polecanej bibliografii. 
3) Nie widzę w tej książce żadnych praktycznych porad, żadnych skutecznych sugestii, a nawet sposobu radzenia sobie z "hejtem". Pustosłowie i zero praktycznego podejścia. Zalecenia autora przypominają sposób walki z terrorem w Belgii - malowanie chodników kredą.
4) Autor pod pojęciem "hejt" i "hejterzy" wrzuca do jednego wora wszystko co możliwe - hejt internetowy, gnębienie słabszych przez silniejszych, narzekanie na szefa w pracy etc. Nie wiem jaki to ma sens? Czym innym jest problem gnębienia słabszych przez silniejszych w szkole, czym innym narzekanie na warunki pracy a czym innym sytuacja kiedy ktoś komuś robi zdjęcie i wrzuca na ośmieszające portale.
5) Pokaźna liczba wulgaryzmów zawarta w tej książce sprawia, że nie wiem do kogo jest ona adresowana. Do złośliwych hejterów? Oni jej i tak nie przeczytają. Do młodych ludzi, którzy są gnębieni? Czy taki zasób słownictwa robi na takich pozytywne wrażenie? Mnie osobiście język stosowany przez Wawrzyniaka pełen łaciny kuchennej i zapożyczeń z angielskiego zwyczajnie zniechęcił. 
6) Pewne przytoczone historie są jak dla mnie zupełnie nie na temat.

Autor nie zaimponował mi praktycznie niczym. Może zgodziłbym się tylko z jednym jego pomysłem odnośnie wyłączania możliwości komentowania na pewnych stronach. Ale czy to załatwiłoby problem? Nie sądzę, ale jest to temat na dłuższą dyskusję.

W całej tej pracy dostrzegam tylko próbę autolansu autora i prowadzonej przez niego działalności. Zdecydowanie jego książki nie mogę polecić. Uważam, że jest po prostu słaba.

czwartek, 15 września 2016

Idries Shah "Droga sufich"



Suficka mądrość okazuje sie być dla mnie zlepkiem żałosnych anegdot, bajek i marnych historyjek, które rzekomo obnażać mają wielką madrość jej notabli. Pełno hipokryzji i dziwacznych morałów. Już chyba wiem skąd wziął się mądry obyczaj skarżenia właścicieli domów przez złodziei, którzy doznali tam strat.


Może tylko kilkoma cytatami podzieliłbym się jeszcze gdybym sporządział jakieś notatki...


Tragicznie oceniam sufizm przez pryzmat pracy Idriesa Shaha "Droga sufich". O ile do autora żywię duży szacunek (bogi jeden wiedzą, czy nie był on jednym z członków covenu Geralda Gardnera, wiadomo, że był współautorem jego biografii ), tak mądrość sufich przedstawiona w jego pracy absolutnie do mnie nie przemawia. Książka jest okropnie nudna, pełna dziwnych przekazów i generalnie mających się do rzeczywistości jak pięść do kinola. I nie chodzi mi bynajmniej o przedstawione tutaj bajki, w których psy rozmawiają z ludźmi. Mój realistyczno-cyniczno-egoistyczny światopogląd zwyczajnie kłóci się z widzeniem świata według przedstawiceli tego nurtu "mądrościowego" ... A może raczej "mądralińskiego".

Nie polecam!

środa, 31 sierpnia 2016

"Księga Welesa"


Dzięki Wydawnictwu "Triglav" możemy zapoznać się z zabytkową wręcz w naszych czasach "Księgą Welesa", klasyką jeśli chodzi o słowiańską pseudoepigrafię.

To, że rzeczona lektura to apokryf wiadomo nie od dziś. To, że dla co poniektórych rodzimowierców wschodnich jest świętą księgą, też nie jest nowością. Przyznam, że niezłe połączenie, ale w sumie ten twór w porównaniu z innymi świętymi księgami czczonymi przez miliony frajerów i tak swoją treścią wypada dużo lepiej. Przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie.

My Słowianie mamy długą tradycję znajdowania tego typu specyfików. W końcu termin "Apokryfy Słowiańskie" zagościł w świadomości dawno temu. Ale dotyczył troszkę innych, religijnych bzdur. Jeśli sięgniemy pamięcią wstecz to wiemy, że Bogomili twierdzili, że głównym dramatem stworzenia jest konflikt między dwoma braćmi Satanaelem i młodszym Sawaofem. Satanael stworzył (jako zły demiurg) świat i człowieka, Bóg dla ich ocalenia posłał Słowo w pozornym ciele Chrystusa. Co więcej, istnieje kilka przekazów bogomilskich, w których pewne elementy znanego już nam przekazu występują. W szesnastowiecznym odpisie apokryficznej Legendy Morza Tyberiadzkiego Bóg, gdy unosił się nad wodami, ujrzał Satanaela jako ptaka wodnego i kazał mu zanurkować w głąb morza, inna wersja przedstawiała Boga i Diabła w postaci białego i czarnego nura. Znajome? A jakże.

Najgorzej jednak kiedy wchodzimy w temat apokryfów rodzimowierczych.  Tutaj to mamy wręcz całe biblioteki i tematy na leksykony. "Wet-za-Wet", Trygław wyrywający sobie głowy, gdzie z każdej z nich płynie krew w innym kolorze, Czarnogłów i Białobogini walczący o Bułłę ... A już sławetne "Słowiańsko-Aryjskie Wedy" to po prostu zwieńczenie sukcesu. Oczywiście zdaje sobie świetnie sprawę, że w większości przypadków to tylko dzieła literackie, które mają na celu wyleczyć nas z kompleksów obdartych ze skóry Słowian, którym wiele się z dawnej religii nie zachowało. Tylko, że pewnym paradoksem tego jest to, że niektórzy tego typu prace traktują poważnie, niczym dzieła objawione, a to już jest patologia.

Chociaż nie! My ostatnio przebijamy wszystko turbosłowiańskim kanonem pseudonaukowym; sklonowane dziecko ynglizmu wraz z genem Kadłubka daje nam kulturowego Lechickiego Uruk-Hai ... Ale dobra, Tolkien też mógł mieć polskie korzenie (jak inni np.: Leibnitz, Kolumb, Codreanu, Tito, Nietzsche etc.). Nie zagłębiajmy się za bardzo ... Ale musimy przyznać, pseudonauka turbosłowiańska to dopiero patologia.

Nic to. Co zaś do samej "Księgi Welesa" to czytając ją otrzymujemy odpowiedzi na wiele istotnych pytań. Nie musimy zastanawiać się skąd się wzięła popularna teoria, że Świętowit podzielił się na dwóch innych bogów w słowiańskim micie kosmogonicznym, o czym czytamy w kilku pracach pisanych przez wyznawców. Pojęcie "Jawii" i "Prawii" też dziwnym sposobem pojawia się tutaj. Drodzy rodzimowiercy! Śmiejecie się z innych grup, ich pozerstwa, a sami czerpiecie garściami z czyjejś wyobraźni ... Mądre to w ogóle?

Przyznam, że "Księgę Welesa" czyta się jak typową ruską pracę; natchnienie patriotyczne, wybujałe wyobrażenia na temat historii. Do tego dochodzi w tym przypadku dorodny synkretyzm słowiańsko-rygwedyjski, a nawet jego dalsza kombinacja. Śmieszne, ale urocze.

Warto poświęcić kilka godzin na zapoznanie się z treścią. Obowiązkowa lektura dla każdego fana tematyki religii Słowian i neopogaństwa. Oczywiście jest to bajka historyczna jak każda inna, ale pokazuje jak tłumy idiotów mogą czyjąś wyobraźnię wziąć na serio. Cudzą Biblię tępicie, swego nie znacie! (Jeśli oczywiście uznamy "Księgę Welesa" za naszą, bo jednak to praca ze Wschodu. No chyba, że pójdziemy dalej i będziemy pansłowiańsko oceniać rzeczywistość jak rodzimowiercy spod szyldu Peruna i Chorsa).

Gorąco polecam!

wtorek, 30 sierpnia 2016

Karen Farrington, Lewis Constable "Potterowa Myślodsiewnia. Tajemnice świata magii Harry'ego Pottera"


Tak to się dzieje, kiedy rodzice kupują dzieciom książki. A w tym przypadku to mamy wręcz przecenienie więzi literackich. Wszyscy porządni ludzie wiedzą, że dzieciom się takich prac nie kupuje. To może ich nauczyć uprawiania czarnej magii. Tylko czy istnieje coś takiego jak czarna magia? Wątpię. Magia nie jest ani biała, ani sraczkowata. Jest równie tęczowa jak niektórzy czarodzieje ... 

Mniejsza o to. 

Podejrzewam, że omawiana lektura została nabyta w księgarni za symboliczną złotówkę. I w sumie więcej warta nie jest. Ileż kosztować mogą komercyjne dzieła literackie, które nie sprzedały się w odpowiednim czasie w zwyczajnych księgarniach?

"Potterowa Myślodsiewnia. Tajemnice świata magii Harry'ego Pottera" to krótki przewodnik turystyczny po świecie magii stworzonym przez J.K. Rowling. Właściwie to takie ni to streszczenie, ni to pokrewne tematy - sukces wydawnicze na rynku, trochę o filmach, kilka ciekawostek z życia pani Rowling, trochę łaciny, trochę cytatów, trochę porównań do prac Tolkiena. I w sumie byłby to dobry materiał na krótki filmowy reportaż reklamujący świat czarowników, w którym da się lubić kilka postaci na raz (u mnie są to Lord Voldemort, Lucius Malfoy, Narcyza Malfoy, Bellatrix LeStrange, Severus Snape, Igor Karkaroff, Barty Crouch junior, a nawet po trochu Lupin, Sirius Black, Hagrid, rodzinka Weasleyów, Dumbledore jeden i drugi). Książka ma tylko jedną główną wadę - została wydana zanim wszystkie części "Harry'ego Pottera" tak literackie jak i ich adaptacje filmowe ujrzały światło dzienne. Więc połowa informacji jest już nieaktualna. Pewne informacje też są zbyt komercyjne ... Np. z tego co wiem w Anglii też palono czarownice. Moda na wieszanie przyszła później (to odnośnie zamieszczonego cytatu z książki Jeffreya Russella, którego twórczość potępiłem przy okazji omawiania pracy M. Murray).

Dobrze jednak, że tłumacze pracy zwrócili uwagę na błędy merytoryczne w tekście. Z innej strony pewne ciekawostki wydają mi się kompletnie bezsensowne, jak np. żołnierz imieniem Harry Pottter, który zginął w Izraelu ... Jak się ta zbieżność nazwiska ma do oryginalnego Harrego Pottera? Nijak. A nawet wiemy, że w Polsce pewna historia o Harrym Potterze została napisana dawno temu.

Marna komercha, ale odrywa od świata codziennego.

Warto pomęczyć oczęta jeśli się jest fanem Henryka Garncarza i Tajemnic Wunderwaffe.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej"




Przeżyjmy to raz jeszcze! Do tej pory pisane było mi tylko zapoznanie się z wersją książki w formacie pdf, ale w końcu jest - Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" po raz pierwszy drukiem po polsku! Idziemy do przodu na pełnym gazie.

Skoro Wydawnictwo Sacrum zadbało o to, żeby Polacy mogli zapoznać się ze słynnymi tezami brytyjskiej pani antropolog nie pozostało mi nic innego jak natychmiastowe nabycie owawianej w niniejszym poście lektury.

Oczywiście nie widzę sensu, żebym pisał o rzeczach, o których i tak wszyscy wiedzą. Zatem daruję sobie jej streszczanie.

Ze swojej strony zwrócę uwagę tylko na kilka istotnych faktów. Oczywiście, że Murray wywarła duży wpływ na wicca (jaki konkretnie dowiecie się szczegółowo w niedalekiej myślę przyszłości). Nie jest jednak tajemnicą, że jej rola jest wyjątkowo wyolbrzymiana. Gerald Gardner skorzystał z jej tez przy tworzeniu zrębów swojej religii, jednakże innych źródeł wykorzystał - rzekłbym - tyle samo i w równym stopniu. Tak więc z nieznanego dla mnie powodu we wszystkich opracowaniach tematu, gdzie historia wicca jest omawiana, na piedestał wystawia się głównie dzieła Murray, a całą resztę wymienia jako drobne ciekawostki. Nie oceniłbym tego w taki sposób zapoznając się szczegółowo z tematem na przestrzeni lat.

Książki Murray są biblią dla swoistego rodzaju Turbo-Wiccan (tacy odpowiednicy Turbo-Słowian, którzy wierzą we wszystkie bzdury, które swoją niesamowitością dodają niezwykłego klimatu każdej bredni, która zastępuje realną, suchą historię. Po angielsku mówi się na takich "fluffy bunnies", ale polska kultura znajduje więcej terminów do prostszego zrównania ich z ziemią).

Na wstępie Adam Anczyk wprowadza do tematu. Przyznam szczerze, że poważniejszych błędów nie dostrzegłem w jego eseju. No chociaż ze swojej strony nie poleciłbym nikomu czytania Huttona. Ta książka po 15 latach wiele straciła na swojej zawartości, a nawet świeżo po jej wydaniu już na nią co poniektórzy szczekali. Nie wspomnę już o książce będącej jego krytyką autorstwa Bena Whitmore'a. Podobnie polecany przez Anczyka Jeffrey Russell, który też mi niczym nie zaimponował w tej dziedzinie. Przestarzałe farmazony, które obalała m.in. Doreen Valiente jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia. Tak samo zwrot mówiący o tym, że Gardner otrzymał inicjację z rąk Dorothy Clutterbuck. No i owszem, bo niektóre źródła podają, że tak w istocie deklarował, ale jak zwraca nam uwagę Philip Heselton - te zeznania nigdy nie były autorstwa Geralda, a raczej były to plotki stworzone na bazie skrótów myślowych, które stworzyli inni opierając się na przedstawionych przez niego powierzchownie informacjach. A czy rzeczywiście Clutterbuck-Fordham inicjowała Gardnera? Przecież wiemy, że nie. Szpanowanie wiedzą z zakresu książek wydanych wiele lat temu daleko Pana nie zaprowadzi ...

"Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" czyta się jak sielankę. Muszę publicznie schwalić Wydawnictwo Sacrum, zwłaszcza tłumaczkę Agnieszkę Kisiel za kawał dobrej roboty. Ogromnym plusem dla książki jest dobry przekład i zamieszczone przypisy.  Tutaj podstawową zaletą są te urocze stenogramy z procesów czarownic. Wiemy, że bzdurne tezy Murray odłożono do lamusa dawno temu, jednakże dzięki niej mamy ciekawą lekturę pełną historii legendarnych sabatów, ofiar z dzieci, ludzi, zwierząt, opisy diabłów i harców podczas spotkań. Obowiązkowa czytanka dla wszystkich miłośników tematu wicca, czarownictwa i Epoki Stosów. Czuć ludowy klimat!

Polecam!


piątek, 15 lipca 2016

Michał Rożek "Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy"


"Czary są nasz największy furlon"
Lucyfer w "Postępku prawa czartowskiego"

Na samym końcu czytania skapnąłem się, że książkę puściło w obieg wydawnictwo Petrus. Lepiej późno niż wcale. Ale co tam, w Taniej Książce można zawsze kupić coś na bezsenne noce nie będąc przy tym zbytnio stratnym. Przynajmniej się rozerwałem wracając do tematu wiedźm, stosów, diabłów, czarnoksięstwa i innych rozkoszy. Żyć nie umierać!

"Magia, alchemia i ... królewskie horoskopy" jak wspomniałem opisuje ciekawą tematykę ludowo-ludyczną (jakkolwiek by to nie brzmiało). Autor pisze w podobnym stylu do Jana Kracika; generalnie temat stara się opisać jak najlepiej, czasem popełnia drobne merytoryczne błędy. Brakuje w tym na szczęście fanatyzmu, choć Rożek nie unika własnych komentarzy, które jasno wskazują, że do pełnego potępienia  duszy jeszcze było mu daleko kiedy kompilował materiał.

Zabawne. Jak pisał LaVey "nikt nigdy nie studiował metafizyki, jogi, okultyzmu bez wynagrodzenia swego ego i zdobycia osobistej siły". Dlaczego więc wydawnictwo Petrus puszcza w świat takie specyfiki? Może dlatego, że to część chrześcijańskiego folkloru? A może kryptoreklama dla tematu? Chyba tak.

Czarownice kradły rzeczy święte do swoich rytuałów (s.21)? Teraz to raczej kupują kradzione na Allegro. Tak czy siak nie wiadomo skąd się tam znalazły ... Swastyka chroniła przed Szatanem (s.117)? O Matko Ziemio, co ja ostatnio nosiłem na szyi ... Wiem już, że Jagiełło kazał zapalić Panu Bogu świecę, a Diabłu dwie zamiast sławnego ogarka. Kto to przekręcił? W każdym razie jest tekst źródłowy potwierdzający pierwotną wersję. Czarci brzydzili się wolnym związkami? No to już przeczy idei współczesności, która jest w Mocy Szatana w pełni zaciśnięta. Pewną ciekawostką i nowością dla mnie było pochodzenie legendy czarnoksiężnika Twardowskiego z legendy papieża Sylwestra II. Mimo tego autor wykorzystał stare rozważania na ten temat. No i znowu Zygmunt III Waza jako miłośnik czarownictwa ... Może na tym sztuka polega - samemu interesujemy się czarami, a eliminujemy konkurencję, która jest na tyle potężna, że może nam zaszkodzić. Chyba wiem co za całkiem niedługo zrobię starym znajomym ...

Pewne rzeczy rzuciły mi się w oczy np. autorami "Malleus Malleficarum" byli Heinrich Krammer i Jacob Sprenger, a w tekście jest Henryk Insistor. Widać, że na katoptromancji czy horoskopach autor się nie zna bo opisuje oba temat zabobonnie. Podobnie jak rozbawiło mnie nazwanie nakłuwanych kukiełek "średniowiecznym voodoo". Potem masy palantów wierzą, że tego typu praktyki wywodzą się z Haiti. Ludzie! Takie rzeczy były dobrze znane w Europie przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Rożek zastanawia się czy na Akademii Krakowskiej uczono magii, podejrzewając, że chyba nie (s.215). Z tego co ja wiem, była ona normalnie wykładana na studiach do XIX w. Alchemia sięga korzeniami Egiptu jak zauważa autor, ale nic nie wspomina o Chinach, które odgrywają tu znacząca rolę.

Ponieważ książka składa się z esejów, które autor napisał w różnym odstępie czasu bardzo często powtarzają się te same informacje. Jest to męczące.

Generalnie książkę polecam! Dużo piekielnie uroczych ciekawostek z zakresu folkloru czarowniczego.