środa, 20 września 2017

Tomasz Kosiński „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu”


Dawniej Polacy narzekali na cenzurę. Teraz mają powody, by narzekać na jej brak. Żyjemy w czasach, w których każdy może wydać sobie książkę. Zarówno nauka jak i pseudonauka mają się dzięki temu doskonale. Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych zdań stał się (przynajmniej w Polsce) nurt popularnonaukowy tworzony przez tzw. Turbo-Słowian. 

Są to najkrócej pisząc ludzie wierzący w paleoastronautyczne teorie pochodzenia naszej rasy z innych planet, przez historię wielkiego Imperium Ariów, które rozpadło się w wyniku atomowej wojny z Atlantami (o ile dobrze pamiętam) i spowodowało przebiegunowanie ziemi, po istnienie wielkiego Imperium Lechitów obejmującego pół Europy. Turbosłowianie krytycznie odnoszą się do oficjalnej nauki, która ich zdaniem została sfałszowana przez wrogie nam nacje politycznymi pobudkami. 

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że wyznawcy alternatywnej wersji historii do jakich wspomniana grupa osób się zalicza kompletnie pomijają ogrom dorobku naukowego, który obala ich tezy albo doszukują się oni w nich przekłamań na siłę. W dyskusjach przejawiają syndrom „oblężonej twierdzy”. Pochodzenie nazw własnych państw, narodów czy miast starają się wywodzić od współczesnych słów nie bacząc na to, że ich znaczenie się zmienia przez stulecia. Zarzucają innym nacjom fałszowanie naszej historii czyniąc dokładnie to samo - usilnie próbując z obcych nacji czy plemion zrobić Wielkich Słowian np. z Gotów. 

Do najpoczytniejszych jak na dzień dzisiejszy postów na moim blogu zalicza się wpis na temat jednego z ojców współczesnego turbo-slawizmu Janusza Bieszka i jego „Słowiańskich królów Lechii”. Mam nadzieję, że większość osób czytając go wyczuła ironię w moich słowach. Jeśli nie, to bardzo mi przykro... 

Obok Piotra Makucha, Pawła Szydłowskiego, Czesława Białczyńskiego, Janusza Bieszka do Panteonu Zasłużonych dla Alternatywnej Wizji Historii dołączamy nową postać – Tomasza Kosińskiego. 

Niestety nie jestem historykiem, archeologiem ani językoznawcą. Pisząc niniejszy post nie mogę wnikliwiej ustosunkować się do omawianej pozycji.  

Spróbuję jednak swoich sił! 

Pisząc „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu” Tomasz Kosiński pokazuje, że zapoznał się szczegółowo z wieloma teoriami na temat historii naszych przodków. Odwołał się do wielu zagadnień, źródeł i punktów widzenia. Przyznam, że wieloma tezami już się spotkałem i wieloma mnie osobiście zagiął. Dzięki temu autor staje się wiarygodniejszy w swoich rozważaniach od np. Janusza Bieszka, na którego miejscami się powołuje. 

Praca ma jednak sporo wad:


1) Zbyt mała ilość przypisów do źródeł. Połowa przedstawionych koncepcji kompletnie nie wiadomo skąd pochodzi.  

2) Typowe turbosłowiańskie i paleoastronautycznie koncepcje wysnute z czegoś, tylko bez dokładnego podawania źródeł. 

Historie w rodzaju:
 „ …Na pokładzie Nibiru przybyli na Ziemię Niburianie, którzy stworzyli swoje ziemskie cywilizacje jakieś 45000 lat temu. To oni byli bogami Anunnaki w Mezopotamii oraz mieli kolonie w południowej Afryce i Ameryce (Andy), gdzie wydobywali złoto. W składzie załogi Nibiru byli też: Plejadanie, Centaurianie, Arianie, Karianie i humanoidalne Gady – Reptilianie […].” (s. 29)
Skąd w ogóle te informacje (bo chyba nie teorie, skoro znamy pełny skład załogi statku kosmicznego) pochodzą? Pomijając fakt, że dawniej kontynenty musiały wyglądać inaczej przed tym sławnym przebiegunowaniem? 

Legendy o sabatach na Łysej Górze mają zdaniem Kosińskiego wywodzić się z historii o lądujących tam statkach kosmicznych.

Popiel miał uciec do Dalmacji, gdzie obdarzono go księstwem. Przypomina mi to historię królowej Aby z „Podróży Pana Kleksa”, która rzuciła się do morza, a kiedy odzyskała przytomność niesiona była w lektyce, a lud tego kraju obwołał ją swa królową … Czyżby Popiela tak ni z tego, ni z owego obdarowano królestwem?

Galowie zamieszkiwali Inflanty … Trochę daleko. 
 
3) Kosiński korzysta z pseudohistorycznych źródeł. 

Nie jestem w stanie zweryfikować wielu z nich. Przyznam się, że nie czytałem większości, ale rzuca się w oczy np. to, że wykorzystane tutaj zostały teorie Trechlebova czy „Kronika Prokosza”, która jak powszechnie wiadomo jest apokryfem. Korzystanie z dzieł Kadłubka również obce Kosińskiemu nie jest. Autor książki sprawia wrażenie jakby próbował dopasować wiele istniejących koncepcji na temat historii i pseudohistorii do jednego wspólnego mianownika z punktu widzenia czysto „lechitocentrycznego”; jakby z Polski chciał uczynić centrum całego świata i punkt wyjścia dla dziejów cywilizacji.

4) Typowe turbosłowiańskie wywody nazewnictwa miast, narodów czy imion praktycznie całkowicie przekreślają wartość merytoryczną całej pracy. 

Stosując Brzytwę Ockhama Kosiński głosi wiele specyficznych teorii etymologicznych. Np. Podlasie wywodzić się ma od „Podlechii”. Żeby było najśmieszniej – autor w całym świecie dostrzega polskie akcenty np. Kukulkan Majów to dla niego kukułka. Z innej strony biblijna Ewa to (dzi)ewa z prasłowiańskiego … Nazwa „Polanie” ma wywodzić się od bieguna polarnego. I pełno takich tez. Nazwa miasta Toruń wywodzić się ma od Peruna. No super, ale z tego co wiem najpierw był tam gród Postolsko (Postolsk, Postolin). Nazwę Toruń nadali najprawdopodobniej Krzyżacy. Nazwę Walii Kosiński wziął od imienia Welesa. Super ale wyraz „Welsh” w angielskim wywodził się pierwotnie od wyrazu oznaczającego „obcego”. Inny przykład:

„Z czasem jednak Prasłowianie zaczęli zbuntowaną krainę złodziei Złotego Runa (Świętej Księgi Słowian, spisanej złotymi runami) nazywać Helladą, od słowa hel – piekło […]. (s. 241)

Dlaczego niby Słowianie mieliby używać germańskiego słowa oznaczającego coś w co wiara rozprzestrzeniła się wiele wieków później ... ? I to "hel" czy "hell"? A może "Hel"?

Igor i Oleg to podobno imiona o słowiańskiej etymologii … 

Dziwi mnie to, że Kosiński uważa, że język polski jest najtrudniejszym językiem świata. Niby w jakim sensie? Wymowa, gramatyka? A już stwierdzenie, że jest najbliższy sanskrytowi … Podobno język kaszubski jest bardziej polski od polskiego bo zachował wiele tego, co już polski stracił. A teza, że język polski najbliższy jest praindoeuropejskiemu? Z tego co wiem to litewski ma najwięcej cech … 

5) W pewnych teoriach Kosiński goni własny ogon i mam wrażenie, że gdyby się uważnie przyjrzeć całości to znalazłyby się pewne rozbieżności w treści. 

„ … Analiza zmienności mitochondrialnego DNA człowieka współczesnego i porównanie jej z sekwencjami mtDNA neandertalczyków wskazuje, że współczesne populacje ludzkie nie zawierają genów neandertalczyka. To wskazuje, że neandertalczyk był osobnym, rozumnym gatunkiem ludzkim, lecz nie stanowił etapu rozstrzygającego (mtDNA są przekazywane wyłącznie w linii żeńskiej. […]” (s. 22) 

Czyli jak mam to rozumieć? Mężczyźni ze współczesnej rasy ludzkiej brali śluby z neandertalkami? 

Podobnie zastanawia mnie to, że Kosiński narzeka na polską edukację i to, że nie uczy się nas o bogach słowiańskich w szkole. Tylko zastanawiam się kim oni według niego są? Bogami rozumianymi w klasyczny sposób czy ufoludkami jak Marduk czy Anunnaki?

Autor raz pisze o Wikingach w hełmach z rogami, w innym miejscu zaznacza, że to chodziło o inne typu rogów. Dalej w tekście znowu znajduję tych wojów z rogami na hełmach … Nota bene z tego co wiem rogi nosili Celtowie nie Wikingowie.

Na końcu w ogóle czytamy wywody na temat wielu nacji, miast, państw i wszystko według logiki – głównie z języka polskiego. Z całym szacunkiem to nie ma sensu. „Ar” w wielu nazwach nie koniecznie musi być pozostałością po „Arjach”. 

Choć autor wiele rzeczy wie, lgnie usilnie w specyficznym kierunku swoich rozważań. Olbrzymia wiedza graniczy wręcz z obłędem i oderwaniem od rzeczywistości. Dostrzeganie wszędzie wpływu Słowian, czynienie wszystkich nacji Europy pochodną naszych Lechitów to już moim zdaniem paranoja. Rozumiem, że np. Sienkiewicz pisząc swoje powieści gwizdał na prawdy historyczne bo zależało mu na pokrzepieniu serc, tak uważam, że przesadne czynienie z Lechii kolebki ludzkości na wzór innych (tak chyba Lew Syłenko robił z Ukrainy centrum Europy w podobnym stylu) to już megalomania narodowa. 

Kosiński to mój tegoroczny, oficjalny kandydat do Nagrody Hugo …

niedziela, 10 września 2017

Michael Thomas Ford „The Path of the Green Man. Gay Men, Wicca, and Living a Magical Life”




Nie no! Nic z tych rzeczy! Absolutnie! Po prostu zgodnie z obietnicą kontynuuję wątek „Mejl Łicz Prodżekt”. 

MEJL WITCH PROJECT


To, że czarownictwo jest domeną mężczyzn nie od dziś wiadomo. Co dali panowie światu magii? Praktycznie wszystko co dobre:
  • szamanizm w czasach antycznych,
  • stworzyli podstawy matematyki i filozofii w starożytności (m.in. Pitagoras, Platon),
  • poznawali anioły i ich język (J. Dee i E. Kelly),
  • stworzyli pierwsze organizacje o magicznym charakterze (W. Wynn Westcott, S.Liddell MacGregor Mathers, W. R. Woodman),
  • przełamali wszelkie konwencje (A. Crowley),
  • dbali o wartości rodzinne i przyszłość swoich synów („Salomon” w swoim „Większym Kluczu” zadbał o Roboama, a Abraham o Lamecha w „Świętej Księdze Abramelina Maga” i starszego syna edukowanego kabalistycznie),
  • stworzyli nowe systemy magiczne (m.in. Austin Osman Spare, Peter Carroll),
  • stworzyli tradycje współczesne czarownictwa (m.in. G. Gardner, A. Sanders, R. Cochrane, G. Frost, E. Buczynski, R. Artisson, A. Chumbley, R. Buckland),
  • dbali o kulturę i zakładali muzea (C. Williamson, G. Gardner),
  • Rozpowszechniali czarownictwo w świecie (m.in. R. Buckland, S. Cunningham),
  • Zadbali o wspaniałość kobiet czyniąc te muzy arcykapłankami i głowami covenów (G. Gardner).
I tak dalej, i tak dalej. A co czarownictwu dały kobiety? Zubożenie doktryny religijnej wplątując w nie rozmaitego rodzaju ideologie :
  • Ekologizm i ekofeminizm (Starhawk), co przyczyniło się do problemów z rozwojem gospodarczym kraju i kłopotami uczciwych biznesmenów,
  • Feminizm i mizoandria (Z. Budapest), co przyczyniło się do dyskryminacji mężczyzn i osłabienia poczucia ich wartości w roli czarowników,
  • Dyskryminację brunetek (M. De Naglowska),
  • Lans i konflikty z innymi wyznawcami zakończone emigracją do obcych krajów (J. Farrar, S. Leek).
Tak więc widzimy, że wpływ mężczyzn jest niezwykły i korzystny, podczas kiedy to kobiety zajmujące się magią lepiej było palić na stosach w minionych wiekach.  Ale już dobrze, kończę to bzdurzenie ... 

ZIELONE LUDZIKI

Może zajmę się teraz książką. Kontynuując interesujący mnie wątek przeczytałem pracę Pana Michaela Thomasa Forda pt. „The Path of the Green Man. Gay Men, Wicca, and Living a Magical Life”. Wpadłem na pomysł przeanalizowania kilku podręczników napisanych przez przedstawicieli rozmaitych „tradycji” współczesnego czarownictwa. Celem tego jest nie tylko wykazanie różnic i specyfiki tych odłamów (fenomenologia religii), ale także znalezienie powodów, dla których wyznawcy praktykują to, a nie tamto. 

Tego się spodziewałem! A przynajmniej na to wyszło. Pan Ford po tym co napisał jasno pokazał mi, że nie różni sie niczym od wielu innych, równych sobie osób, które zakładają swoją grupę towarzysko-religijną, nazywają ją po swojemu, otaczają wybraną eklektycznie symboliką i sprzedają światu jako kolejną, atrakcyjną, niezwykłą, unikatową tradycję współczesnego czarownictwa. 

„Zieloni ludzie” to kolejna gejowska tradycja „wiccańska” jakich wiele. 

Ciekawi mnie to, że Ford wcale nie wykazuje się większą wiedzą w temacie:
  • Wspomina kilka znanych postaci m.in. Starhawk, Gardnera ale np. milczy zupełnie o tym, że były i są już grupy, które stworzone zostały z myślą o osobach homo. Do takich zaliczymy Tradycję Minojską E. Buczynskiego. Oczywiście obecnie jest tego więcej. Najnowszy trend to Gala Tradition. Nie wspomnę już o Y. Aburrow i jej autorskiej wersji praktyki w obrębie tradycji gardneriańskiej.
  • Autor, który dawniej nie mógł znaleźć swojej ścieżki w dalszym ciągu zdaje się mieć problem z chrześcijaństwem – omawia kwestie dobra i zła, często nawiązuje do swoich przeżyć związanych z tą religią. Sprawia wrażenie jakby nie odciął się od swojego starego światopoglądu niczym traumy.
  • Dużo opisów prywatnych opinii i przeżyć – mało interesujące refleksje.
  • Autorskie mity, które Ford napisał a także opisy świąt są strasznie fluffy bunny ... Cuchnie topioną czekoladą na kilometr jak niegdyś z fabryki „Wawel” przy ul. Wrocławskiej w moim mieście.
  • Lanie wody niemiłosierne.
  • Temat przedstawiony w zakresie podstawowym. Nic imponującego.
Stwierdzam, że praca to typowa komercha. Nic odkrywczego, nic sensownego, taki tani lans. 

Nie polecam, straszne homoseksualstwo.

piątek, 1 września 2017

Zbigniew Łagosz „Czesław Czyński. Czarny adept”



Ponownie myślami przenosimy się do przełomu XIX i XX w. Są to czasy największego okultystycznego ożywienia, które wywarło decydujący wpływ na najpopularniejsze religijno-ezoteryczne ugrupowania współczesne. Choć w tym przypadku to i tak możemy śmiało pisać o prekursorach tej epoki oraz ich wpływie na wybitne jednostki tamtego okresu. Zbigniew Łagosz po raz kolejny przedstawia nam postać Czesława Czyńskiego, jego losów, działalności, podróży i powiązanego z nim środowiska światowej sławy masonów, różokrzyżowców, martynistów. Tym razem autor postanowił zawężyć temat tylko do postaci „Punar Bhavy”; ponownie poznajemy biografię tej nietuzinkowej postaci ze szczegółami. 

Publikacja tak jak i poprzednim razem oparta została o doskonale zgromadzone unikatowe źródła i dokumenty. Życie i działalność Czyńskiego opisana jest zatem z niezwykłą, detaliczną precyzją. Łagosz poświęcił dużo miejsca problemowi skandali z udziałem Czyńskiego, jego procesom, kontrowersjom oraz zwykłym kłamstwom. A temat ten jest niezwykle popularny jeśli chodzi o notabli tego towarzystwa – nawet kilka dekad później. Tutaj zdemaskowane zostały szarlatańskie występki, z których zasłynął już za życia sławny polski hipnotyzer, mag, członek wielu „tajnych” stowarzyszeń krążąc wokół znaczących dla historii postaci, m.in. rosyjskiego cara. Dodatkowym atutem niniejszej pracy jest dobre przedstawienie rozwoju martynizmu w Polsce i co dla nas Polaków ważne – pokazanie, że rozmaite stowarzyszenia były tutaj tak samo popularne jak w innych częściach Europy czy Ameryki. 

Praca stanowi świetne uzupełnienie poprzedniej książki Łagosza pt. „Punar Bhava. Czesław Czyński i Aleister Crowley w świetle XX wiecznej tradycji ezoterycznej”, sprostowanie oraz rozwinięcie wielu omawianych wcześniej wątków. Autor ma lekkie pióro zatem wszystkim miłośnikom tematu gorąco rekomenduję jego kolejną pracę!

sobota, 26 sierpnia 2017

Claire „Miejskie wiedźmy. Magiczne rytuały, talizmany, miejsca mocy”


Na dobrą sprawę tytuł „Wiejskie wiedźmy” też by doskonale pasował. W końcu rośliny rosnące w dużych aglomeracjach jak i za rustykalnymi oborami są takie same. No może z zaznaczeniem, że na wsi więcej jest łąk i za pewne też lepszy wybór.

Kolejna praca Pani Claire, którą miałem okazję przeczytać nie wiele różni się od omawianej wcześniej „Magii wiedźm”. Na dobrą sprawę gdybym przekopiował stary post i wkleił go tutaj to tak na prawdę treść pasowałaby jak ulał. No może tym razem nie było czarów ze spłuczką od kibla, ale kilka pomysłów równie ambitnych się znalazło jak choćby rytualna libacja przed jakimś urzędem. 

Kilka porad Claire uznałbym za warte uwagi. To był chyba jedyny pozytywny atut tej pracy. Niestety większość rytuałów i pomysłów, na które podli, inicjowani (lub byli) wiccanie patrzą co najwyżej zgryźliwie kątem spojówki uważam za stratę czasu, albo co najwyżej formę drobnego relaksu. Dla rozrywki można, ale na pewno nie dla wyższego celu. 

Nic wartego szerszej uwagi. Denna komercha à la Studio Astropsychologii - specjalność zakładu. 

Nie polecam! 

niedziela, 13 sierpnia 2017

dr Suzana E. Flores „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi”




Wiele badań naukowych wykazało, że ludzie, którzy spędzają masę czasu na tym portalu, mają większą skłonność do depresji, niepokoju i obniżonego poczucia własnej wartości. Dlaczego więc nie staramy się trochę tego ograniczyć? Ponieważ bez wątpienia Facebook ma poważnie uzależniający składnik. Podczas badania przeprowadzonego dla Retrevo, internetowej strony konsumenckiej specjalizującej się w elektronice, zapytano użytkowników mediów społecznościowych, jak często zaglądają na strony takie jak Facebook i Twitter. Wykazano, że nasze mózgi uwalniają zastrzyk dopaminy, gdy tylko zachwyci nas konkretny status. To wywołuje poczucie euforii. Uzależniamy się od tego dopaminowego haju i zaglądamy na Facebooka w pogoni na nim. Kochamy ten serwis i nienawidzimy go niczym narkoman narkotyk. Chcemy spędzać na nim mniej czasu, ale nie potrafimy. Nie możemy się doczekać, aż opiszemy każde wspaniałe doświadczenie, jakie staje się naszym udziałem. Potrzebujemy naszej dawki Facebooka. I dopóki nie znajdziemy jakiegoś innego sposobu na zajęcie naszych myśli, on nadal będzie naszym narkotykiem z wyboru. Facebook nie tylko wpływa na nasze decyzje, ale także przeobraża nasze mózgi. (s. 217-218).

Pamiętam, że nie tak dawno temu czytałem na jakiejś stronie internetowej artykuł poświęcony szkodliwościom jakie rodzi Facebook. I w sumie nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że na samym końcu eseju znajdował się link reklamowy „polub nas na Facebooku”. To tylko udowadniało, że zawarta w nim treść była prawdziwa ... 

O tym, że życie na portalach społecznościowych wzięło nad nami górę nie od dziś wiadomo. Podobnie jak to, że owe magazyny wirtualnych dusz działają w dwie strony, z których ta negatywa może dać się silnie odczuć ... 

Sam zaczynałem od Naszej Klasy, a skończyłem z sześcioma (obecnie) kontami na Facebooku. Tyle, że ta liczba spowodowana jest niedoskonałością tego portalu i złośliwościami jakie ten socjalistyczno-komunistyczny judoetwór wywiera na naszą codzienność. Tak więc przez jedno konto przeglądam strony o wicca, współczesnym czarownictwie, druidyzmie etc. Przez drugie i trzecie moderuję swoją stronę. Przez czwarte przeglądam politykę i sytuację rozmaitych środowisk meta politycznych. Przez piąte oglądam fotografię artystyczną. A szóste to moje oficjalne konto. Bany i inne zabawy spowodowały u mnie zmianę taktyki życia w sieci. Nie mam zwyczaju trollowania czegokolwiek. Co najwyżej zgłaszam po cichu posty. Nie zawsze to jednak skutkuje. Jestem już weteranem życia na kultowych witrynach, ale przyznam szczerze – większość z nich mnie już znudziła. Zaczynam odkładać tego typu sprawy na bok. To doświadczenie mam powoli za sobą – lepszy rower, basen i książki. 

Problem z portalami społecznościowymi jest jak dla mnie głównie taki, że osoby mojego pokroju preferują wąskie grono odbiorców najczęściej o podobnych poglądach religijnych, politycznych, gustach muzycznych, zainteresowaniach etc., a są oni rozproszeni po różnych miastach, państwach czy regionach. I to rodzi kłopot, bo niby jak się z nimi inaczej komunikować? Jestem na Facebooku dlatego, że:

- otrzymuję wieści o interesujących mnie wydarzeniach, środowiskach, wydawnictwach muzycznych czy naukowych, badanych grupach,
- mam możliwosć czatu z wszystkimi w łatwy sposób (nie muszę dodatkowo instalować na dysku jakichś przeżytków w rodzaju Gadu-Gadu),
- nie muszę płacić więcej za rozmowy z osobami, wystarczy załatwienie wszystkiego na fejsowym czacie włącznie z przesyłaniem plików,
- kiedy dzieje się coś ciekawego, to nie będę dzwonił do setki osób, tylko wyślę im zaproszenie do wydarzenia na Facebooku
- wiem, kiedy kto ma urodziny,
- jestem na bieżąco z tym co słychać u znajomych, których latami nie widziałem (ale jak napisałem wcześniej jest to sprawą drugorzędną, cieszę się, że mogę utrzymywać znajomość dalej, ale nie jest to najistotniejsze),
- wszystko co mnie interesuje informuje mnie samo o tym na bieżąco – nie muszę skakać po portalach i śledzić. Czasami znajomi podrzucą coś krążącego aktualnie na topie,
- wszystko mam w kupie, zarówno znajomych jak i informacje na różne tematy, nie muszę wszędzie szperać, 

Facebook uzależnia mnie generalnie swoimi praktycznymi aspektami.


Należy jednak brać pod uwagę i drugą stronę medalu, która opisuje dr Suzana E. Flores w swojej bestsellerowej publikacji „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze życie, emocje i relacje z innymi”. Owe magazyny dusz niestety stają się źródłem konfliktów, upokorzeń, przyczyną samobójstw, pożywką dla stalkerów i innych osób, które wertują nasze strony, żeby zdobyć informacje na nasz temat, by następnie wykorzystać je przeciwko nam. Byli kochankowie śledzący się bez przerwy to tylko przykład. Flores omawia dobrze znane sytuacje i zmierza ku słusznemu wnioskowi, że dzięki mediom społecznościowym najczęściej nie pokazujemy siebie, lecz próbujemy stworzyć swój wizerunek – doskonali na zdjęciach, przedstawiający sytuacje, których wszyscy mogą nam pozazdrościć (wakacje w drogim kurorcie, duży dom, nowy samochód etc.). Działanie Facebooka czy Twittera to podświadoma zmiana sposobu życia, a także niestety pewien czynnik kumulujący niską samoocenę, depresję i inne przypadłości nałogowe, z którymi borykamy się jako ludzie XXI w. Rzeczone portale powinny być oknem na świat a stały się celem samym w sobie. Mamy już jasne przykłady uzależnień, tylko jeszcze nikt tego nie zaczął leczyć:
Chociaż IAD [Internet Addiction Disorder – przypis Siliniez] nie jest aktualnie przyjętą jednostką chorobową, badania wykazują, że może wywoływać określone objawy, takie jak wyraźne cierpienie, zmiany nastroju, tolerancja, głód, upośledzenie wyników zawodowych i akademickich oraz życia towarzyskiego. IAD kojarzony jest również z depresją, zachowaniami samobójczymi, zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, zaburzeniami odżywiania, zespołem nadpobudliwości z deficytem uwagi oraz używaniem alkoholu i narkotyków. (s. 218).
Flores opisuje ciekawe przypadki, których dostarczyli jej respondenci. Nękanie, siedzenie do rana spoglądając w główny wall, zamieszczanie czyichś zdjęć bez zgody, a następnie wynikłe z tego sytuacje. Niestety ludzkość miejscami się zezwierzęciła, i nie trzeba na to dużej ilości dowodów. Przypadła mi do gustu wypowiedź osoby przedstawionej jako „Angie”:
Angie, 27 lat
Detroit, Michigan
Wolę Facebooka od seksu. Mogę sobie wyobrazić, że nie uprawiam miłości przez tydzień, ale wizja tygodnia bez fejsa jest nie do pomyślenia. Potrzebuję go. Nie wiem, jak wyglądałoby bez niego moje życie. (s. 270-271). 
Autorka książki omawia też interesujące nas zjawisko np. FOMO, lęk przed pominięciem jakiejś istotnej informacji, która wszyscy już znają. Albo hiper-dodawanie jak największej ilości znajomych. Niestety, pewne rzeczy to już choroby umysłowe, tylko jak to w tych czasach bywa, nikt tego głośno nie mówi, a pewne style życia wydają się być wszystkim normą. Dowartościowywanie się za pomocą lajków, komentarzy, liczby znajomych etc. 


Flores też udziela rad jak korzystać mądrze z Fejsa. I powiem, że jest to pozytywny atut tej książki. Ja sam mam konta pozamykane, a wpisy widzą już konkretni znajomi, po tym, jak da się to ustawić za pomocą konkretnych opcji. Ale za słuszne uważam stwierdzenie, że  im więcej chcemy udostępnić jednym, tym więcej chcemy by inni tego nie widzieli. Lepiej pozwólmy naszym przyjaciołom, żeby wiedzieli o nas tyle, ile byśmy chcieli, żeby wiedzieli o nas nasi wrogowie. I tak będzie najbezpieczniej. 

Książkę polecam, choć dziwnie jest pisana. Myślę, że czasem autorka niepotrzebnie z jednego zdania robi dwa, ponadto zastanawia mnie w polskim tłumaczeniu raz zwracanie się do czytelnika jak do mężczyzny, a raz jak do kobiety. Niemniej warto przeczytać by uświadomić sobie jak głęboko w szponach nałogu możemy się znaleźć. Wirtualny świat stał się klatką, tylko ludzie tego nie dostrzegają. Ale cóż, wszystko ma swoje dwie strony.